L00100 Roman Walczak

Z Encyklopedia Solidarności

Tylko w Internecie.

Relacja Romana Walczaka

Wychowywałem się w prostej polskiej rodzinie, w małej wiosce Ciernie na Dolnym Śląsku. Dzieciństwo nie było łatwe, gdy miałem pięć lat zmarła moja mama. Musiałem pracować na roli i zajmować się młodszym rodzeństwem. Potem przeprowadziliśmy się do miasta. Rozpocząłem naukę w szkole zawodowej, a później poszedłem do technikum. Jako czternastolatek rozpocząłem pracę w Zakładach Metalowych, nast. Zakładach Przemysłu Odzieżowego w Świebodzicach. Następnie zacząłem pracować na różnych kopalniach. Najpierw na wałbrzyskim Thorezie, potem na kopalni Pniówek w Pawłowicach i przez krótki okres na KWK Jastrzębie.

W 1975 lub 1976 roku przyjechałem do Bielska-Białej, gdzie podjąłem pracę w Zakładzie Maszyn Elektrycznych INDUKTA. Po roku przeniosłem się do WPK, tam po ukończeniu kursu zostałem kierowcą autobusowym. Pracując w komunikacji miejskiej, spotkałem przyjaznych i życzliwych mi ludzi. W tym czasie w Bielsku rozwijała się Fabryka Samochodów Małolitrażowych. Spowodowało to przypływ ludzi z całej Polski. Prawdopodobnie to właśnie sprawiło, że panowała tam taka przyjazna atmosfera.

Sierpień 1980 roku wywarł na mnie duży wpływ. Nastąpiła we mnie ogromna przemiana i młody, niemal „buntownik” chciał stawić czoło tym zmaganiom, które wtedy mnie dotyczyły. W środkach masowego przekazu ciągle słyszałem „bujdę” komunistyczną, która tłumiła moje własne spostrzeżenia i doświadczenie życiowe. Razem z kolegami chciałem się jej sprzeciwić. Ruch polityczny był dla mnie praktycznie nieznany, nie uczestniczyłem w żadnych inicjatywach. Okręg Podbeskidzie nie miał takich mocnych środowisk jak Gdańsk, Warszawa czy Kraków.

8 sierpnia 1980 po kolejnej rozmowie z kolegami i kierowcami z zajezdni postanowiłem wreszcie coś zmienić. Podjąłem decyzję o wystosowaniu petycji do władz miasta i kierownictwa zakładu, w którym byłem zatrudniony, po to abyśmy w przyszłości byli lepiej traktowani. Napisałem ją i zacząłem zbierać podpisy. Nie proponowałem żadnego strajku jako formy nacisku. Wtedy zaczęto mnie inwigilować. Dyrekcja wywierała na mnie naciski, abym się ujawnił, przestał chodzić do ludzi i zbierać podpisy, a petycję ze złożonymi podpisami oddał im. Powiedziałem, że przekażę ją wtedy, gdy będzie gotowa, a ci, którzy ją podpisali, zdecydują, że nadszedł na to czas. Wielu z tych, którzy złożyli swoje podpisy pod petycją, oczekiwało ode mnie gwarancji, że nic im nie będzie groziło. Byłem ich głosem i jednocześnie pieczęcią ich bezpieczeństwa. W tym okresie w autobusie, którego byłem kierowcą, jeździli funkcjonariusze SB. Często byłem ściągany z trasy do bazy. Niemal codziennie byłem wzywany do dyrektora Dyczka, który z kodeksem karnym w ręku informował mnie, jaka grozi mi kara za wywrotową działalność. Nie przerażało mnie to, a wręcz wzmacniało chęć, aby coś zrobić, zadziałać.

Wtedy nie byłem jeszcze pewny, czy cała załoga rzeczywiście stoi za mną i wesprze mnie. Nie byłem pewny, czy ci, którzy złożyli swoje podpisy, powiedzą „jesteśmy z Tobą”. W tym okresie nikt mnie nie wspierał, nie było organizacji lub grupy osób, z którymi mogłem dzielić swoje rozterki... To był ciężki okres. 13 sierpnia postanowiłem dostarczyć naszą petycję do dyrekcji. Tam dowiedziałem się, że zbierze się komisja, która zsumuje nasze postulaty uzupełniające dotyczące WPK. Zebrano ich ponad 170, ale nie ustały zastraszania, szykany ani ściąganie z tras. Ubeckie podchody wzmagały się.

Próbowano doprowadzić do odizolowania mnie od załogi przez powołanie do służby wojskowej. Otrzymałem wezwanie do stawienia się 21 sierpnia na komisję poborową w Cieszynie. Oficer WP, który mnie kwalifikował, okazał mi dużo życzliwości. Powiedział, że spróbuje mnie z tego wyciągnąć, bo ktoś mnie wrabia. Więcej tego człowieka nie widziałem.

W małym gronie kolegów zadawałem sobie pytanie, czy mamy jakieś szanse, czy coś z tego wyjdzie, czy uda nam się zorganizować strajk? Próbowałem sondować, komu można zaufać. Baliśmy się, ale równocześnie byliśmy nieugięci, bo mieliśmy dosyć upodlenia. Nie wiedzieliśmy, jak zareagują pasażerowie i władza, jeśli stanie komunikacja. Mnie także dręczyły rozterki i zadawałem sobie pytania: kto mi dał takie uprawnienia, dlaczego ja, po co? Informacje o wydarzeniach w Świdniku przekonały mnie ostatecznie, że idę w dobrym kierunku.

Zdecydowałem się na pierwszy krok, którym było błędne poinformowanie dyrekcji o chęci spotkania się – chyba 27 sierpnia – z zarządem i przedstawicielami władz miasta. Moja propozycja została przyjęta i w tym dniu przedstawiciele dyrekcji i władz miejskich stawili się na spotkanie. Później dowiedziałem się, że w tym czasie trwało posiedzenie KW PZPR, na którym ustalono, jak ze mną postępować. Na początku trzeba mnie „wziąć na krzyk”, później zastraszyć odpowiedzialnością karną, a jeśli i to nie poskutkuje, należy mnie skorumpować i przekupić. Władze nie przypuszczały wtedy, że na Podbeskidziu nie będzie drugiej takiej osoby, która sprawi im tyle kłopotów. Bali się o swoje „fotele, komnaty, lodówki pełne jedzenia” itp.

W tych trudnych warunkach w godzinach rannych 26 sierpnia 1980 roku załoga zajezdni autobusowej rozpoczęła strajk. Stanąłem na czele wyłonionego Komitetu Strajkowego. W jego składzie byli ludzie, których obecność mocno podniosła mnie na duchu. Wiedziałem, że wielu z tych, którzy podawali mi swoje ręce, robiło to w pełnym oddaniu sprawie. Do takich zaliczam: J. Berezowskiego, J. Marcinka, A. Michurę, J. Warchałowskiego, H. Pawłowicza, G. Batelta, S.Wajdzika, braci Z. i A. Paterków, K. Paszka, G. Kupczyka i wielu innych. Grupa ta tworzyła grupę działaczy niezależnego ruchu związkowego i miała świadomość, że wspólnym wysiłkiem nasz zryw osiągnie zamierzony cel. Komitet Strajkowy szybko został wciągnięty w wir pracy: zabezpieczono zajezdnię, szybko stworzono struktury ochrony mienia. Pomysły i aktywność wielu członków była wręcz zaskakująca w kolejnych dniach strajku.

Konieczność komunikacji z innymi zakładami była bardzo istotną formą zabezpieczenia przed złamaniem naszego ducha. Próbowali nas zastraszać komuniści, którzy trzymali jeszcze władzę i mieli policyjno-wojskowe możliwości. Doskonale zdawałem sobie z tego sprawę, wiedząc, że pod bokiem mieliśmy rozmieszczone jednostki wojsk powietrzno-desantowych. Milicja ustawiła posterunek kontrolny na drodze wyjazdowej z zajezdni, szare postacie przemykały w pobliżu. Wokół zajezdni zaczęło się robić się gorąco, okoliczni mieszkańcy informowali nas o licznych pojazdach i osobach krzątających się wokół późną nocą. Pomysłów nam jednak nie brakowało i w grupie kilku osób udało się ominąć policyjną kontrolę. Przeszliśmy do PKS-u, a następnie TRANSBUD-u i Przemysłówki, nawiązując łączność, o którą nam chodziło i która była bardzo nam potrzebna.

Tworzenie Międzyzakładowego Komitetu Strajkowego w tym okresie miało związek z moimi osobistymi kontaktami w poszczególnych zakładach pracy. Miałem możliwości dotarcia do tych zakładów i włączania się od czasu do czasu do negocjacji i rozmów prowadzonych z dyrekcją lub zarządem zakładu przez ich zakładowe komitety strajkowe. Tym grupom negocjacyjnym zawdzięczam poparcie w późniejszym okresie.

Pamiętam dobrze moment, w którym po zakończeniu strajków dowiedziałem się od śp. Tadeusza Wielgolawskiego, redaktora naczelnego „Kroniki”, że była opracowana czarna „Kronika” na mój temat w celu zniesławienia „prowodyra” społeczności Podbeskidzia. Wtedy to dziennikarze solidarnie stanęli po stronie redaktora T. Wielgolawskiego i nie wyrazili zgody na publikację tych oszczerstw. Zrozumieli, że jest to nasza wspólna sprawa.

Dzisiaj wiem więcej o wydarzeniach sierpnia 1980 roku w moim zakładzie. Przytoczę tutaj fragment z dokumentów IPN: „(…) W wyniku działań dezinformacyjnych prowadzonych 27 i 28 VIII przez 2-ch TW i 6-ciu KO zmierzających do rozbicia jedności strajkujących, ośmieszenia i skompromitowania przywódcy i głównego inspiratora załoga masowo wybierała urlopy, udawała się na L-4 i wyjazdy do miejsc zamieszkania, szczególnie 29 i 30 VIII. W rezultacie wyrobienia opinii człowieka nieodpowiedzialnego przewodniczącemu KS R. Walczakowi ster przywódcy przejął Patrycjusz Kosmowski(…)” (IPN Ka/047/937; SOS Kryptonim „ Autobus”).

Podczas strajku w zajezdni od mieszkańców Bielska-Białej napływały do nas spontaniczne wyrazy solidarności. Przekazywali nam swoje dowody wsparcia w postaci żywności, kawy, papierosów i innych rzeczy. Nie wiem, w jaki sposób udawało się im dostarczyć to wszystko, bo przecież droga do zajezdni była obstawiona przez milicję i tym samym zamknięta dla ruchu. Aparat władzy podejmował próby złamania strajku. Jedną z nich było przerzucenie na teren zajezdni pijanego funkcjonariusza SB, który przez prowokację miał stworzyć sytuację dla interwencji i wejścia na nasz teren milicji lub wojska pod pretekstem odbywającej się „pijackiej libacji” w zajezdni. Załoga szybko jednak złapała prowokatora, zabierając mu służbową legitymację, i pierwsi powiadomiliśmy organa MO o zajściu.

Te 30 lat, które upłynęło od wydarzeń sierpniowych, to spory kawał czasu. Niektóre momenty stają mi jednak przed oczami jak świeżo namalowane obrazy. Takim obrazem jest pierwsza próba rozmowy władzy wojewódzkiej, tj. I sekretarza KW PZPR, z załogą. Jak na ironię ta sama załoga odśpiewała Międzynarodówkę. Ja z kolegami z KS z czerwonymi kokardami wpiętymi w klapy marynarek i swetrów, które udało się mojej przyszłej małżonce wykroić w domu... 26 sierpnia stoimy i słuchamy opowiadania o ćwiartce wódki, o plasterkach szynki, polędwicy lub schabu, które posiada w swojej lodówce sekretarz Buziński, i o tym, że cielęciny to on w ogóle nie widział. Mówił, że jest robotnikiem i zawsze był i jest z robotnikami. „Ja Was rozumiem, na pewno się dogadamy” mówił. Chwalił, że słusznie robimy i że nasza krzywda jest im znana. Rzucono nam „na pożarcie” jakąś sumę pieniędzy – chyba ponad 5 mln – ze słowami „idźcie do roboty. Po co macie się kontaktować z Gdańskiem? To i tak wam nic nie da”. Szefowie byłych WRZZ uśmiechali się tylko pod nosem i myśleli o tym, że będą mogli pochwalić się przed robotnikami, jak to załatwili pieniądze na podwyżki płac w komunikacji miejskiej. Załoga nie mogła zrozumieć, dlaczego w dalszym ciągu lekceważono nas, popychając do utrzymania niezłomnej postawy w tym sensie, że składający obietnice sami w nie nie wierzą! Takie to były rozmowy robotniczej partii ludu z tym ludem... W innych zakładach pracy Regionu rozmowy były prowadzone w podobnym stylu. Myślę, że podobnie mogło być w innych regionach i negocjacjach prowadzonych na wyższym szczeblu.

W tym czasie niemożliwy był kontakt z Gdańskiem ani innymi regionami w Polsce. Łączność była przerwana. Ta sytuacja paraliżowała nasze działania. Znowu przedsiębiorczość wielu osób pozwoliła nam na przekazywanie wiadomości i informacji o postępach w negocjacjach. Wszystko to budowało morale załóg i dawało nadzieję, że nasza walka będzie miała pozytywny wynik.

Dołączyli do nas pracownicy administracji, poszerzał się krąg osób zdecydowanych na udział w wolnym ruchu związkowym. Co ciekawe, wówczas to partyjna przedstawicielka podrzuciła nam biało-czerwone kokardki dla członków Komitetu Strajkowego. Po oświadczeniach polityków i byłych związkowców solidarna postawa zaczęła przybierać „ludzką twarz”. Już nie czuliśmy się „robolami” i „warchołami”, jak nas określano w partyjnych kręgach.

31 sierpnia po powrocie z kolejnego „partyzanckiego” wyjazdu do PKS-u i TRANSBUD-u z utraconym głosem poprosiłem P. Kosmowskiego, który dołączył do nas kilka dni później, o przekazanie informacji do KW PZPR w Bielsku-Białej, że nasz strajk kończymy i wracamy do pracy – na trasy. Ten niedzielny poranek pozostanie zawsze w mojej pamięci, a jego wynikiem stała się moja nowa droga życiowa.

Latem 1980 roku zmieniła się sytuacja społeczeństwa i obraz Polski, protest społeczny utorował sobie drogę do przyszłości. Po raz pierwszy strajk łączący cele obywatelskie i pracownicze zakończony został porozumieniem, a nie rozlewem krwi! Została otwarta droga do stworzenia prawdziwego niezależnego i samorządnego związku zawodowego. Zmienił się układ sił społecznych, powstała nowa szansa dla Polski. W konsekwencji tego, co wtedy nastąpiło, „Solidarność" jako ruch społeczny stała się wyrazem naszej nadziei.

Czas, jaki upłynął od sierpnia 1980 roku, nie był czasem spokojnym. Jako społeczeństwo i jako związek szliśmy drogą nieprzetartą przez nikogo. Żadne wzory do naszej sytuacji nie pasowały, wszystkie musieliśmy tworzyć na nowo. Musieliśmy uczyć się zrozumienia i porozumiewania na własnym modelu, w realiach, które nas przytłaczały i głęboko zasmucały. Dzisiaj zadaję sobie pytanie: „Czy tak miało być?” Wtedy pytałem: „Co nas teraz czeka? Jaka będzie przyszłość po tym, co zaszło w sierpniu 80?” Te pytania i myśli przytłaczały mnie z ogromną siłą i nadal przytłaczają. Beznadziejność była tak obezwładniająca i wszechogarniająca, że nie można było oprzeć się jej sile. Eskalacja nacisku i zastraszania wywoływała wzburzenie i jeszcze większą depresję. Pamiętam deklaracje ówczesnych władz i określenia mówiące o „wzroście”, potem o „dalszym wzroście”, a później o „dalszym i dynamicznym wzroście” poprawy warunków życia społecznego. W tym okresie uświadomiłem sobie jedno – strajk wydobył na wierzch nowe i nieoczekiwane wartości, ujawnił nową energię społeczną, która znalazła ujście w spontanicznym działaniu. Robotnik zmienił swój wizerunek i jawił się teraz jako człowiek zaangażowany w sprawy społeczne, świadomy swojej siły, solidarny, zdolny do bezinteresownego działania i poświęceń. Naród, który dowiedział się o sobie, jakim jest, poznał swoją moc i swoje demokratyczne prawa, nie powróci łatwo do uległości i szarzyzny dawnych dni. Jeśli jednak zmiany okazałyby się nietrwałe, jeśli nie powstaną nowe warunki życia i pracy, prawa i porządku, administracyjnej i politycznej odpowiedzialności, to człowiek stanie się znowu pasywny, zrezygnowany, obojętny na innych, nieskory do pomocy i działania. Wtedy młodzi i ufni połączyliśmy siły ze starszym pokoleniem, które przelało swe robotnicze zmagania na nasze barki dla dobra ich i naszych rodzin. Czy zostały one spełnione?

Po strajku trzeba było iść dalej i zorganizować się w większe grono, bo to dawało nam poczucie, że nie jesteśmy sami w naszych działaniach. 11 września 1980 zorganizowałem zebranie komisji założycielskich z ok. 40-tu zakładów pracy Regionu Podbeskidzia w biurze PAX-u, w którym od czasu do czasu przebywałem i gdzie miałem przyjaciół. Miałem więc miejsce na zorganizowanie tego spotkania. Tutaj ukonstytuował się MKZ. Zostałem I wiceprzewodniczącym, a na przewodniczącego wybrano Patrycjusza Kosmowskiego. Wiedząc, że mamy przy sobie ludzi z wyższym wykształceniem, chcieliśmy stworzyć szerszą strukturę dla nas wszystkich, a nie tylko zrzeszać się jako robotnicy. Jednocześnie musiałem zająć się tworzeniem struktury zakładowej w WPK. Ciągle zaganiany starałem się tworzyć struktury dla nas samych, dla przyszłości. Później miało to przekształcić się w NSZZ „S” i tak się stało. Wierzyłem, że z mojej strony było to działanie pełne, czyste i nieskażone. Szkoda, że stało się inaczej i zostało to przejęte przez SB. Na pewnym etapie wszystko zostało zatracone i nie było już możliwości stworzenia tej czystej i sprawiedliwej „Solidarności”, o jaką walczyłem w sierpniu 1980 roku.

Chcąc potwierdzić nasze szerokie współdziałanie z Gdańskiem i Wybrzeżem, byłem inicjatorem i uczestnikiem pierwszych krajowych spotkań i krajowej łączności podczas gdańskich spotkań z pierwszą Krajową Komisją Porozumiewawczą. W ten sposób nawiązał się kontakt i stworzyliśmy bardziej zwartą grupę ludzi i zakładów pracy, które chciały łączyć się w sieć i wzajemnie informować o swoich działaniach. Wiedziałem, że na tym nie skończę i pójdę dalej. Zdecydowałem dalsze działania zostawić ludziom, którzy mieli większą wiedzę ode mnie w tym zakresie, a sam postanowiłem poświęcić się swojemu zakładowi, bo z niego wyszedłem i tam rozpoczynałem swoją działalność związkową. Nie mając wiedzy i podstaw, aby w swoim działaniu przejść na wyższy poziom, zacząłem uczyć się nowych technik związków zawodowych, tworzenia struktur i innych. Zajęło mi to sporo czasu. Zacząłem poszerzać moje dotychczasowe kontakty i nawiązywać nowe. Dużą pomoc uzyskałem z Huty Katowice. Miałem od nich bibułę i bieżące informacje oraz wiedzę o tym, jak informować załogę o aktualnych wydarzeniach. W tym czasie było to duże przedsięwzięcie. Wszystko było jeszcze w rękach działaczy partyjnych, ale już czuło się nadchodzące zmiany.

Od redaktora „Kroniki” T. Wielgolawskiego i jego zastępcy dowiedziałem się, że wszyscy pracownicy redakcji zostali zwolnieni z pracy za sprzeciwienie się w sierpniu 1980 roku dopuszczeniu do druku szkalujących mnie i moją działalność paszkwili. Dowodziło to również tego, że w tej walce łączą się z nami środowiska inteligenckie, którym los ogółu nie był obojętny. Chcieli brać udział w życiu społecznym i dlatego chcieli przyłączyć się do nas. Przyłączając się do naszego ruchu, widzieli w nim swoją siłę i obronę w razie potrzeby. Również ci, którzy zostali wyrzuceni przez sekretarza PZPR, stanowili dla naszej działalności mocne wsparcie. Byliśmy tutaj ostrożni, bo zdawaliśmy sobie sprawę z tego, że chętni mogli być prowokatorami ze strony SB. Reasumując – uważałem, że jest to nasz wspólny kraj i musimy dać sobie radę sami. Nie godzić się na układanie nam przyszłości przez obce siły. Dawało mi to siłę, aby nie dać się złamać.

W tym czasie kontaktowałem się z innymi zakładami, od FSM po zakłady spożywcze. W ten sposób chciałem przekazać nasze wsparcie dla nich i pokazać naszą formę organizacji, którą stworzyliśmy u siebie w MPK i MKZ. Podejmowałem próby przekonania ich do nas, by przyłączyli się do MKZ, a później Regionalnego Ruchu. Było widoczna potrzeba takich działań w wielu zakładach pracy, a to stwarzało nadzieję na zjednoczenie naszej struktury. Widząc, że wszystko spokojnie idzie w dobrym kierunku, zacząłem myśleć o politycznym zaangażowaniu się w przemiany na poziomie regionu i kraju. Podczas wcześniej już wspomnianych spotkań w Gdańsku wspólnie z Bogdanem Lisem tworzyliśmy łączność z zakładami pracy w całej Polsce. Było to znaczące przedsięwzięcie dla KKP. W naszym Regionie należało szczególnie zająć się tym zadaniem.

Zbliżała się zima i podjąłem się zorganizowania manifestacji 11 listopada 1980, pierwszej tego typu akcji w powojennej historii Podbeskidzia. Zaczęliśmy nawiązywać kontakty z zakładami pracy poprzez KZ i rozmawiać z władzami wojewódzkimi w tej sprawie. Oczywiście były trudności, ale zgodę dostaliśmy. Wspólnie ze śp. T. Wielgolawskim napisałem moje pierwsze przemówienie, które mocno okrojone przez I sekretarza miałem wygłosić właśnie 11 listopada przy Pomniku Lotników na Osiedlu Wojska Polskiego. Tego skróconego przemówienia nie wygłosiłem. Wygłosiłem za to inne, które miałem wcześniej przygotowane o prawdziwej historii tego wydarzenia. Podczas przemówienia patrzyłem na twarze policjantów, wojskowych, przedstawicieli miejscowych władz i widziałem w ich oczach wielkie przerażenie, a na twarzy pytanie: „jak to jest możliwe?” Następnie przeszliśmy dużą grupą w kierunku ul. Michałowicza w dół pod pomnik Adama Mickiewicza, przy parku blisko przyszłej siedziby NSZZ „S”. Był to moment przełomowy – nikt nie przypuszczał, że bez wsparcia można było zorganizować taką manifestacje i że w ogóle odbyła się ona bezkonfliktowo.

Byłem założycielem Komitetu Obrony Więzionych za Przekonania. Ludzi niszczono i deptano za to, że mieli inne poglądy, za to, że domagali się kromki chleba! Moja inicjatywa powołania KOWzP wynikała ze sprzeciwu wobec władzy, która nie uznawała ww. postaw i karała za nie poniżaniem, a nierzadko i więzieniem. Konsekwencją tych wszystkich działań była moja rosnąca popularność w Regionie. SB coraz mocniej zaczęło mi deptać po piętach.

Jesienią 1981 roku myślałem o powołaniu zrzeszenia transportowców lub grupy ludzi, którzy działaliby w kierunku poprawy transportu samochodowego w swoich regionach. Na Zjeździe Transportowców w Katowicach organizowanym przez śląską NSZZ „S” podjąłem takie próby. Niestety istniejące już antagonizmy między regionami i – jak było widać – wewnątrz regionów przeszkodziły w stworzeniu takiej struktury.

Nigdy nie myślałem, że w MKZ dojdzie do jakichś podziałów. W tym czasie FSM był największym zakładem w Regionie. Ich oczekiwaniem było to, aby być w strukturach MKZ i mieć decydującą rolę. Uważałem i tak zadeklarowałem, że wszystko to jest do uzgodnienia i wprowadzenia. Zauważyłem, że w samym Zarządzie MKZ zaczęły tworzyć się jakieś grupy, co dla mnie było niezrozumiałe. Zostałem odsunięty, oficjalnie zrezygnowałem. Uważam, że mój sposób działania nie był akceptowany przez wszystkich i niektórzy nie czuli się dobrze w mojej obecności. Aspiracje niektórych osób sprawiły, że zaczęły się ubeckie podchody. Nie chciałem wtedy dopuścić do swojej świadomości tego, że w moim otoczeniu mogli działać tacy ludzie. Niestety dzisiaj wiem, że było to faktem.

Po dłuższym czasie zrozumiałem, że związek zawodowy nie powinien angażować się w politykę. Wtedy przyłączyłem się do KPN-u i wspólnie z T. Wielgolawskim i Waldkiem Hoffmanem założyliśmy struktury KPN na Podbeskidziu. Nie chciałem wchodzić w to głęboko, gdyż bardziej byłem zainteresowany związkami zawodowymi. Uczyłem się, chciałem zrozumieć i zgłębić istotę KPN. W 1981 roku w Warszawie spotkałem się z L. Moczulskim, jego żoną i ludźmi z jego kręgu. Nieznane mi były wtedy jego kontakty z bezpieką i uważałem, że skoro tak się zaangażował w działalność, to musiał być czysty. Tego roku odbywała się ogromna ilość różnych manifestacji i spotkań. Organizowało się bardzo dużo różnych grup. Próbowano te grupy skłócać między sobą, szkalowano ich przywódców.

Wreszcie 13 grudnia ogłoszono stan wojenny. Jedno nie ulega wątpliwości – stan wojenny stworzono po to, aby wydrzeć ludziom zdobycze, jakie uzyskali po sierpniu 1980 roku. Ilustracją tego stanu niech będzie fakt, że jeden z artykułów Dekretu stanu wojennego zawiera totalny zakaz krytyki wszelkich poczynań władz, przewidując możliwość ścigania każdego za wypowiadanie własnych poglądów.

12 grudnia o godz. 23:30 zostałem zabrany z domu i przewieziony do KW MO w Bielsku-Białej, w pierwszej grupie. Pytaliśmy funkcjonariuszy, którzy nas tam przywieźli, dlaczego nas zatrzymano, co jest tego powodem i co mają zamiar z nami zrobić. Nie bardzo wiedzieli, co nam powiedzieć, i zbyli nas stwierdzeniem, że „tutaj będziemy z wami rozmawiać”. Potem nagle zniknęli i nie byli już dla nas dostępni. Przez kilka godzin byłem przetrzymywany na mrozie wraz z innymi zatrzymanymi w samochodzie tzw. „krowiarce”. Internowanie wpłynęło na moją psychikę... 13 grudnia zostaliśmy przewiezieni do Ośrodka Odosobnienia (sarkastycznie to brzmiało) w Jastrzębiu-Szerokiej, był to zakład karny. Posadzono mnie w 8-osobowej celi. Narodziła się wtedy inna, nowa „Solidarność” - mieliśmy prawdziwą motywację do działania! Gdy znaleźliśmy się w celi, część osób podłamała się, zapał do walki zniknął. Po prostu „skapcanieli”, ich pazerność, jaką mieli w okresie „S” po sierpniu, już opadła. Można to było zrozumieć, bo warunki nie były sielankowe. Tam też z powodu wilgoci i mrozu nabawiłem się ostrego zapalenia płuc i paraliżu prawej strony, których następstwem była choroba nowotworowa i usunięcie 1/3 płuca w 2001. Trzeba było ludzi jakoś podnieść na duchu. Podczas spacerów i w trakcie rozmów z internowanymi doszliśmy do wniosku, że trzeba wybrać grupę ludzi, którzy będą odpowiedzialni za internowanych i będą kontaktowali się z władzami więzienia. Wybrano mnie na przewodniczącego pawilonu I, a moim zastępcą został doc. Gabriel Kraus z UŚ zajmujący celę nr 26. Wspólnie odpowiadaliśmy za łączność i kontakty z „wierchuszką”.

Wśród internowanych w Jastrzębiu kręciło się trochę ludzi, którzy prawdopodobnie z powodu obaw, iż będą inaczej postrzegani, utworzyli oddzielną grupę. Stworzyli swój własny klan i chcieli działać we własnej grupie. Sami rozmawiali z SB i wymieniali się informacjami tylko między sobą. Wtedy też wyłoniła się sprawa podpisywania „lojalek”. Staliśmy na stanowisku, że to nic nie zmieni w naszej walce. Bezpieka dzieliła nas, robiąc to w przekonaniu, że jest to sukces jej działalności.

Było wśród nas wielu ludzi, których nie można było złamać i którzy nie byli podatni na ubeckie chwyty. Do nich właśnie chcieliśmy dotrzeć. Bycie szefem pawilonu nie było ani łatwe, ani przyjemne. O tym, co działo się w zakładzie karnym, przekazywałem informacje na zewnątrz. Moje radio, dzięki któremu wiedzieliśmy, co dzieje się poza murami wiezienia, zaczynało się psuć. Po ciągłych „kipiszach” w celi trudno było znaleźć miejsce do jego ukrycia. Aby służba więzienna nie mogła go znaleźć, wkładałem je do worka foliowego, worek zawiązywałem i wkładałem do muszli sanitarnej. Pakunek zanurzany był w wodzie i w konsekwencji radio działało coraz gorzej. Nie chcieliśmy dalej się narażać, gdyż wykrycie radia przez służby groziło rozdzieleniem nas i przewiezieniem do innych ośrodków. Zdecydowaliśmy się na przekazanie tego radioodbiornika śp. księdzu Józefowi Sanakowi, który nas systematycznie odwiedzał z posługą kapłańską. Później ksiądz opowiadał nam, jak przenosił ten mokry, obciekający wodą pakunek i jak mocno był wtedy przerażony. Schował go pod sutannę, jednak przed wyjściem z ośrodka składał jeszcze wizytę komendantowi obozu. Stał na dywanie, a spod sutanny ciekła woda i wokół zrobiła się mokra plama. Ksiądz pomyślał, że komendant uzna, iż posikał się ze strachu.

22 marca 1982 roku wraz z innymi zostałem przeniesiony z Jastrzębia do Zakładu Karnego w Nowym Łupkowie. W międzyczasie przez wiele tygodni byłem w szpitalu w Sanoku z powodu problemów gastrycznych. Tam nie tylko leczyłem się, ale także działałem. Pod okiem SB drukowałem bibułę, ulotki, cegiełki. Słynna ulotka z wizerunkiem pochylonego papieża JP II z twarzami ludzi w tle to również efekt mojej pracy. Pomagali nam w tym „solidarni” mieszkańcy Sanoka, pielęgniarki i lekarze, przywożąc nam prasę, papier i materiały poligraficzne oraz pomagając w kolportażu. Podziwialiśmy ich za zaangażowanie i odwagę. Za to należą się im słowa podziękowania. W kolportażu pomagały nam rodziny, moja żona zabierała ulotki i przekazywała działaczom „S” będącym na wolności, a oni dalej. Rodziny innych internowanych również zabierały ze sobą materiały. W moim odczuciu robiliśmy wtedy coś, co było prawie niemożliwe. Po wyjściu ze szpitala wróciłem do zakładu karnego w Łupkowie. W dalszym ciągu organizowaliśmy apele, sesje naukowe z wykładami prowadzonymi przez internowanych, uczyliśmy się. Miałem aparat fotograficzny przemycony do obozu. W świat zrobione przeze mnie zdjęcia obozu, naszych cel i nas na apelu.

Z internowania zostałem zwolniony 29 listopada 1982 roku i na krótko znalazłem się w szpitalu w „Stalowniku” w Bielsku z osłabieniem i wrzodami żołądka. Zapewne był to szok po zetknięciu się z realiami normalnego życia. Po wyjściu na wolność wspierałem pozostających w uwięzieniu. Byłem sygnatariuszem protestu w sprawie obrony ludzi pracy i represjonowanych działaczy opozycji w Polsce adresowanego do ONZ i skierowanego również do Amnesty International. Podejmowałem wiele innych działań na rzecz obrony „więźniów sumienia”.

Po powrocie do domu w Bielsku-Białej byłem przez cały czas inwigilowany. Co miesiąc byłem zatrzymywany na 24 godziny, w domu ciągłe rewizje, w zakładzie pracy zastraszany, nie ominęło to również zakładu pracy małżonki. Każda próba podjęcia przeze mnie działalności była obserwowana, a pojawienie się w określonych miejscach odnotowywane. Znajomi, którzy zauważyli mnie na ulicy, przechodzili na drugą stronę, a później tłumaczyli mi, że nie chcieli sobie, a być może i mnie zaszkodzić. Ludzie byli zastraszeni i bali się być ze mną kojarzeni. Przykre doświadczenia niektórych osób sprawiły, że inni ludzie bali się i izolowali od nas. Było to dla mnie trudne, gdyż chciałem wtedy nawiązać kontakty i miałem nadzieję, że będę kontynuował naszą wcześniej rozpoczętą działalność.

Późniejsze represje wobec mojej osoby i małżonki oraz groźba 5-letniego wyroku i kary więzienia spowodowały, że przyjęliśmy paszport w jedną stronę i opuściliśmy granice Polski. Od listopada 1983 jestem na emigracji w Kanadzie. W kanadyjskich warunkach nie zaprzestałem działalności i wsparcia dla „Solidarności” poprzez informacje, wystawy i artykuły w prasie polonijnej. Wstąpiłem do Partii Konserwatywnej i będąc członkiem Rady Dyrektorów w moim okręgu wyborczym, stałem się emisariuszem sprawy polskiej na emigracji i jej orędownikiem na forum kanadyjskim. W tym czasie naciski na ambasadę i konsulat Polski sprawiły, że stosunki dyplomatyczne Polski z Kanadą nie były łatwe. Za całokształt moich inicjatyw zostałem wyróżniony przez moją firmę McDonnel Douglas jako „Społecznik roku 1991”. W 1992 roku na mój wniosek wraz z Centralą Związkową CAW przyjęliśmy na dwutygodniowe szkolenie 12-osobową grupę związkowców z Polski, w tym również z Regionu Podbeskidzie. Z bólem stwierdzam, że nie przyniosło ono zamierzonych efektów w zakresie dalszej współpracy, gdyż jak się później okazało, w grupie tej było czterech agentów.

W Kanadzie nauczyłem się dobrych zasad funkcjonowania ruchu związkowego. Wiele razy przekazywałem moją wiedzę i doświadczenie podczas spotkań w Regionie w Bielsku-Białej, a także moim przyjaciołom. Niestety dowiadywałem się, że jeszcze nie ma możliwości wprowadzenia takich zasad działania związku w Polsce. To mnie bardzo zaskakuje, dla mnie to było i jest bardzo proste.

Chciałbym oddać hołd wszystkim matkom, żonom i dziewczynom uwięzionych, które z pewnością na te wszystkie sprawy mają inne spojrzenie. To one znosiły dzielnie ten czas represji, dzięki nim mieliśmy łączność i informacje, mieliśmy ich wsparcie duchowe. Tego nikt nie odbierze Naszym Kobietom i chwała im za to, chylę czoło przed Nimi.

To, co przedstawiłem jest jedynie wybranym fragmentem z przed 30 lat i odzwierciedla wątki tamtych wydarzeń, które zapisały się w mojej pamięci. Ta – jak wiemy – ma swoje słabości i jest ulotna.

Mississauga, Ontario, Kanada, 23 VII 2010

Opracowanie: Halina Żwirska