L00101 Kazimierz Włodarek

Z Encyklopedia Solidarności

Tylko w Internecie.

Relacja Kazimierza Włodarka

Urodziłem się 19 lutego 1942 roku w miejscowości Drawsko nad Notecią w Wielkopolsce. Swoje dzieciństwo i młodość przeżyłem w uroczym miasteczku Witnica na Ziemi Lubuskiej. W czerwcu 1956 roku, zdając egzaminy do szkoły średniej w Poznaniu, stałem się naocznym świadkiem buntu robotników przeciwko władzy „ludowej”. Jako niespełna 15-latek nie umiałem sobie realnie wytłumaczyć tego, co widziałem i przeżyłem. Po tzw. odwilży gomułkowskiej na krótki czas odrodził się w prawdziwym kształcie Związek Harcerstwa Polskiego (od 1948 roku zaanektowany ideologicznie i personalnie przez PPR, potem przez PZPR), do którego wstąpiłem, stając się członkiem starszoharcerskiej drużyny „Wodniaków” przy Hufcu w Witnicy. Prowadzący drużynę podharcmistrz oprócz normalnych zajęć harcerskich prowadził z nami pogadanki i dyskusje o patriotyzmie i ustroju, w którym znalazł się nasz kraj. Byłem dosyć czynnym i aktywnym dyskutantem, co po około dwóch latach skończyło się zatrzymaniem mnie przez funkcjonariuszy Służby Bezpieczeństwa w Gorzowie Wielkopolskim. Wstępnie przesłuchany zostałem w Gorzowie przez kpt. Orlika, a następnie przewieziono mnie do Zielonej Góry, gdzie zajęli się mną esbecy z województwa. Postawiono mi zarzut działania przeciwko ustrojowi państwa. Działo się to w lipcu 1959 lub 1960 roku (brak informacji o wyroku, ewentualnie innych represjach).

W listopadzie 1972 roku przyjechałem do Jastrzębia-Zdroju i rozpocząłem pracę na kopalni Zofiówka, której nazwę następnie zmieniono na Manifest Lipcowy. Pamiętam wrzesień 1977 roku; spacerowałem wieczorem wraz z żoną i towarzyszyła nam grupa młodych ludzi. Kiedy mijaliśmy dworzec autobusowy przy ul. Arki Bożka, podjechała do nas „suka”, z której wyskoczyło dwóch milicjantów. Twierdzili, że zakłócamy ciszę nocną i chcieli zabrać moją żonę do samochodu. Stanąłem oczywiście w jej obronie, więc zabrano mnie i zawieziono na Komendę Milicji Obywatelskiej przy ul. Śląskiej w Jastrzębiu-Zdroju. Rozpoczęło się przesłuchanie, w trakcie którego przesłuchujący uderzył mnie kilkakrotnie w twarz. Na agresję z jego strony zareagowałem dosyć mocnymi słowami. Wyprowadzono mnie więc na korytarz, gdzie wykręcono mi ręce i przełożono przez oparcie krzesła, a kilku milicjantów zaczęło mnie bić gumowymi pałkami, tzw. „szturmówkami”. Bili mnie po plecach, pośladkach i nogach. Zostałem dosłownie skatowany. Kiedy zaprzestali znęcania się nade mną, byłem zsiniały i odrętwiały z bólu. Zostałem wrzucony do „ciemnicy”. Następnego dnia przed południem żona odebrała mnie z Komendy i taksówką przewiozła mnie do szpitala, gdzie dr Ploch przeprowadził obdukcję. W wyniku odniesionych obrażeń na zwolnieniu lekarskim przebywałem bez mała trzy miesiące. Oczywiście złożyłem do prokuratury w Jastrzębiu-Zdroju doniesienie o popełnieniu przestępstwa. Śledztwo trwało ponad rok i jak można się było spodziewać zakończyło się niczym – czyli umorzeniem postępowania.

Nadszedł rok 1980, w trakcie którego zweryfikowałem i ugruntowałem mój antykomunistyczny światopogląd. 28 sierpnia 1980 roku na kopalni Manifest Lipcowy rozpoczął się strajk, na czele którego stanął Stefan Pałka. Zryw górników z naszej kopalni stał się impulsem dla załóg innych jastrzębskich kopalń do przyłączenia się do strajku. Stworzyliśmy Międzyzakładowy Komitet Strajkowy, na czele którego, co dla mnie było dziwne, stanął Jarosław Sienkiewicz; był on zresztą bardzo popierany przez Tadeusza Jedynaka, który w pewnym okresie, jak sam powiedział, gotów był mu „buty czyścić”. W czasie trwania strajku aż się serce radowało, jak bardzo ludzie potrafią się jednoczyć wspomagając się wzajemnie. Szkoda tylko, że w naszym życiu społecznym tak mało jest podobnych chwil. Po podpisaniu Porozumienia Jastrzębskiego MKS przekształcił się w Międzyzakładowy Komitet Robotniczy (MKR). Zostałem wybrany na członka prezydium i rozpocząłem ciężką i mozolną pracę nad tworzeniem struktur nowego związku zawodowego NSZZ „Solidarność”.

W czasie swojej pracy w MKR odbyłem kilkadziesiąt spotkań z załogami zakładów pracy, instytucji i urzędów na terenie całego Śląska, Zagłębia, a nawet dalej: od Bełchatowa poprzez Radom aż do Ostrowca Świętokrzyskiego. Na spotkania ze mną przybywało od kilkudziesięciu do nawet kilku tysięcy osób. Opiszę może jedno z nich. Było to w październiku 1980 roku w Radomskiej Wytwórni Wyrobów Tytoniowych. Organizatorzy zaprosili mnie na spotkanie z załogą. Było dosyć chłodno i padał deszcz. Dyrektor zakładu nie zgodził się jednak, aby odbyło się ono w hali produkcyjnej czy w jakimkolwiek zadaszonym pomieszczeniu. Spotkanie odbyło się na placu fabrycznym, w strugach deszczu i bez nagłośnienia, no i stało się tak, że okupiłem to zapaleniem gardła. Wspominam o tym dlatego, aby zapamiętano, w jakich warunkach tworzyliśmy zręby „Solidarności”, i że władza jak mogła, nawet przy pomocy takich nieraz śmiesznych utrudnień starała się ten proces powstrzymać. Swoją działalność w MKR zakończyłem w lutym 1981 roku po przeprowadzonej przez Tadeusza Jedynaka intrydze. Powróciłem więc do pracy na dole w kopalni, głosząc dalej swoje przekonania polityczno-związkowe.

13 grudnia 1981 roku około godziny 5.00 nad ranem usłyszałem wielki łomot do drzwi wejściowych do mieszkania. Żona pobiegła zobaczyć, co się dzieje. Za drzwiami stało dwóch podoficerów i jeden oficer MO. Nie wiedziałem o co chodzi, kazałem więc przyjść im po godzinie 6.00. W odpowiedzi usłyszałem, że jeśli natychmiast nie otworzę, to oni wejdą do mieszkania sami, ale razem z drzwiami. Po wpuszczeniu ich do środka usłyszałem, że jestem zatrzymany. Zawieziono mnie na Komendę Powiatową MO w Rybniku, a stamtąd do zakładu karnego w Szerokiej. Po pewnym czasie wszystkich zatrzymanych wyprowadzono na plac i oznajmiono nam, że jesteśmy internowani na mocy dekretu o wprowadzeniu stanu wojennego w Polsce. Wraz z innymi kolegami znalazłem się w 10-osobowej zimnej, a co gorsza zapluskwionej celi. Cały mój pobyt opiszę w dalszej części relacji, teraz zwrócę jednak uwagę na jedno wydarzenie. Otóż krótko przed Wigilią Bożego Narodzenia jeden z kolegów z celi nagle zasłabł. Do chorego przybył lekarz więzienny z sanitariuszem i po wstępnym badaniu zdiagnozował podejrzenie zawału serca. Chorego zabrano do szpitala. Towarzyszącym lekarzowi sanitariuszem okazał się być mój stary znajomy, poznany kiedyś przeze mnie w świetlicy osiedlowej. No i ten sanitariusz szepnął mi na ucho, abym następnego dnia zaczął symulować silne bóle brzucha, tak aby przyprowadzono mnie do izolatki więziennej. Powiedziałem o tym kolegom z celi. Każdy z nich napisał krótki list do rodziny. W przeddzień Wigilii w istocie zgłosiłem, że odczuwam silne bóle. W związku z tym strażnik zaprowadził mnie do izolatki sanitarnej, tam przekazał mnie lekarzowi, a ten z kolei umożliwił mi spotkanie z sanitariuszem. Przekazałem mu listy ode mnie i od kolegów, które on zawiózł mojej żonie. W sam dzień Wigilii mój, wtedy niespełna 16-letni, syn z bardzo ważnymi informacjami przedostał się do żony innego internowanego kolegi, pani Grzyb zamieszkałej w Gotartowicach. Stała się ona drugą osobą poinformowaną o tym, gdzie internowano jej męża. Pani Grzyb miała do dyspozycji samochód marki syrena, więc wspólnie z moim synem udali się do rodzin tych kolegów, którzy napisali listy. Na pierwszym widzeniu syn opowiedział mi, jaką wielką radość sprawił tym rodzinom, dostarczając te pierwsze wiadomości od ich bliskich. Po wyjściu z internowania w marcu 1982 roku i kilkunastotygodniowym pobycie w szpitalu górniczym w Jastrzębiu-Zdroju, wróciłem do pracy na dole w kopalni.

W pierwszą rocznicę podpisania Porozumienia Jastrzębskiego po II zmianie zorganizowałem wraz z kilkunastoma kolegami przemarsz z kwiatami pod obelisk upamiętniający to wydarzenie. Zaznaczam, że plac autobusowy przed kopalnią był obstawiony przez oddziały ZOMO i milicji. Pod sam obelisk udało nam się dojść tylko dwóm. Podczas składania kwiatów „dopadło” nas dwóch esbeków. Odebrali nam kwiaty, a nas samych zawieźli na komendę MO w Jastrzębiu. Kolegę zwolnili po kilku godzinach przesłuchania, a mnie „wałkowali” do rana.

W sierpniu 1988 roku znalazłem się w Komitecie Strajkowym i byłem odpowiedzialny za bezpieczeństwo kopalni na dole. Pełniłem jednocześnie funkcję wiceprzewodniczącego ZKS-u. Ten strajk, podobnie jak strajk z roku 1980, rozpoczął się z poparciem kilku tysięcy pracowników, natomiast jego zakończenia doczekało około 150 najwytrwalszych.

Po zakończeniu strajku Zakładowy Komitet strajkowy przekształcił się w Tymczasową Komisję Zakładową NSZZ „Solidarność”, a po reaktywowaniu naszego związku zostałem wybrany na przewodniczącego Komisji Zakładowej, już w wolnej Polsce. W październiku 1989 roku w wyborach do stałych struktur zakładowych NSZZ „Solidarność”, po niecnej intrydze przeprowadzonej przez Tadeusza Jedynaka i Grzegorza Stawskiego, przegrałem wybór na przewodniczącego. Do 1992 roku, czyli do przejścia na emeryturę, pełniłem funkcję zastępcy przewodniczącego NSZZ „Solidarność” KWK Zofiówka.

Teraz postaram się odtworzyć to, co pamiętam z okresu internowania od chwili aresztowania, aż do opuszczenia więzienia. 13.12 1981 r. godz. 5.30. Rozległo się głośne pukanie do drzwi. Nie usłyszałem tego hałasu, ponieważ wróciłem z imienin od przyjaciół dopiero około 1.30 w nocy i byłem na tzw. rauszu. Żona weszła do mojego pokoju i poinformowała mnie, że przed drzwiami stoi trzech milicjantów, którzy domagają się aby otworzyć im mieszkanie. Zlekceważyłem sprawę; powiedziałem jej aby przekazała im żeby przyszli o 6.00 rano, tak jak mówi prawo... chociaż nie miałem wątpliwości, po co przyszli. Żona przekazała im to o co ją prosiłem, na co przedstawiciele władzy ludowej zareagowali groźbą wyważenia drzwi. Cóż, w związku z powyższym żonie pozostało tylko otworzyć przed nimi podwoje naszego mieszkania. Moim lekko zamglonym oczom ukazał się porucznik, st. sierżant i plutonowy, funkcjonariusze MO. Oficer MO ku mojemu zdziwieniu bardzo grzecznie poprosił mnie, abym się ubrał, ponieważ jestem aresztowany. Kiedy się ubierałem, chciałem nawet założyć krawat, ale „obywatel” porucznik doradził mi, abym zamiast krawata ubrał jakiś ciepły sweter i w ogóle ciepło się ubrał oraz zabrał ze sobą pieniądze na drogę powrotną i dowód osobisty. Pamiętam, że wziąłem ze sobą pół paczki papierosów carmen. Chciałem również zadzwonić do przyjaciół, ale okazało się, że łączność telefoniczna została zablokowana. Nie budząc nawet dzieci, udałem się w „doborowej” asyście do windy i przed blok. Na wprost klatki schodowej stał Fiat 125p z niewidocznymi znakami, a przed nim jeszcze jeden funkcjonariusz. „O cholera, ależ figura ze mnie” – pomyślałem. Z ulicy Zielonej udaliśmy się pod hotel robotniczy KWK XXX-lecia, gdzie mieli aresztować Władka Kołuduńskiego. Nie zastali go, ponieważ zmienił adres zamieszkania. W dalszą podróż udaliśmy się w stronę Rybnika. Dopiero w czasie jazdy dowiedziałem się z dziennika radiowego, że w nocy z 12 na 13 grudnia został wprowadzony stan wojenny na terenie naszego kraju i że wszystko jest w zgodzie z konstytucją PRL. Dojechaliśmy do Komendy MO w Rybniku. Zaprowadzono nie do wewnątrz; kazali powyciągać mi wszystko z kieszeni, oddać pasek od spodni oraz sznurówki. Tej ostatniej rzeczy nie mogłem im oddać ponieważ miałem na nogach buty na zamek błyskawiczny. Przeprowadzili rewizję osobistą i spisali moje personalia, po czym podali mi do podpisanie nakaz internowania, z którego dowiedziałem się na jakiej podstawie mnie aresztowano: Dekret 42 z dnia 12.12.1981 roku.

Zaczęto wyprowadzać internowanych z cel na podwórze Komendy MO, gdzie ładowano ich już do więźniarek. Po załadowaniu dwóch więźniarek samochody ruszyły w asyście patroli MO w „nieznanym kierunku”. Po kilkudziesięciu minutach samochody wjechały na teren Zakładu Karnego w Jastrzębiu-Zdroju, w dzielnicy Szeroka. Kiedy wyprowadzili nas z samochodów i ustawili na placu, to zauważyłem, że dwie osoby ubrane są jedynie w bieliznę osobistą i stoją boso na śniegu. Wprowadzono nas do budynku administracyjnego, a po chwili szliśmy „grzecznie” do pawilonu z celami. Znalazłem się w pawilonie, w celi nr 22 z następującymi więźniami:

Andrzej Gorczyca – prac. Elektrowni Rybnik. Przed internowaniem z-ca Śląsko-Dąbrowskiej „Solidarności”.

Henryk Śliwa – prac. KWK Dębieńsko. Przed internowaniem przewodniczący ZKR Dębieńsko.

Stefan Czerw – prac. KWK Szczygłowice. Przed internowaniem członek Komisji Zakładowej.

Romuald Myga – prac. ZZPW w Zabrzu. Przed internowaniem przewodniczący Komisji Zakładowej.

Ryszard Grzyb – prac. Transrow- Rybnik. Przed internowaniem kierowca, nie należący do żadnego związku.

Wincenty Krzos – prac. Ryfany w Rybniku. Przed internowaniem członek komisji socjalno-bytowej NSZZ „S”.

Stanisław Kmiecik – prac. Ryfamcetu w Kuźni Raciborskiej. Przed internowaniem członek Komisji Zakładowej.

Alojzy Widenka – prac. Cukrowni Racibórz. Przed internowaniem przewodniczący Komisji Zakładowej.

Józef Kaczmarczyk – prac. PKS Rybnik. Przed Internowaniem kierowca autobusu.

Cela nr 22 była 10-osobowa z piętrowymi łóżkami, umywalką i ubikacją. Po tym jak pościeliliśmy sobie łóżka i otrzymaliśmy niezbędniki do spożywania posiłków przedstawiliśmy się sobie. Do wieczora otworzono celę tylko dwa razy na obiad i kolację. I tak doczekaliśmy pierwszej nocy za kratami.

14.12.1981 – 23.12.1981 r. Po dwóch dniach całkowitego zamknięcia pod kluczem na skutek naszego działania (kocia muzyka na talerzach, głośne śpiewy itd.) służba więzienna umożliwiła nam oglądanie Dziennika Telewizyjnego. Ponadto dowiedzieliśmy się dosyć szczątkowo o przysługujących nam prawach. W dniu 16.12.1981 r. wraz z kolegą Kaczmarczykiem podjęliśmy akcję głodową, domagając się statusu internowanych. Po pełnych trzech dobach i 12 godzinach zaprzestałem tej akcji, ponieważ pozostałem sam. Kiedy po kilku dniach okazało się, że wobec nas nadal stosowany jest rygor więzienny, część internowanych zaczęła przebąkiwać, że szkoda iż akcja głodowa nie została podjęta przez większość z nas. Tak to już jednak jest w naszym społeczeństwie, że „mądry Polak po szkodzie”. Aby dać o sobie znać ludziom mieszkającym niedaleko obozu, zaczęliśmy po kilka razy dziennie śpiewać Hymn Narodowy i Boże, coś Polskę. Właśnie w tych dniach kilku internowanych kolegów ułożyło piosenkę na melodię Dnia 1-go września. Oto słowa tej piosenki:

Trzynastego grudnia roku pamiętnego
Wzięła nas milicja z domu rodzinnego
Płacze żona, dzieci; co wy tu robicie?
Gdzie wy mi bandyci męża prowadzicie?

Nie płacz żono, nie płacz niedługo posiedzę
Jeśli nie pojadę „na białe niedźwiedzie”
Walczyłem o prawdę, za nami jest masa
Upomni się o nas robotnicza klasa.

Robotnicza klasa oraz naród cały
Prawda dziś zwycięży, choćby działa grzmiały
Strajkują załogi, Partii nie do śmiechu
Nie zwyciężysz prawdy przeklęty Wojciechu.

Jesteśmy w niewoli na mocy dekretu
Na życzenie Moskwy i władzy Sowietów
Kamaryla władzy ciągnięta na sznurku
Nie potrafi rządzić na własnym podwórku.

Kryzys gospodarczy zrobiła nam kilka,
Który z tych foteli pomału umyka.
Zrobili miliony na naszej harówce,
wtedy gdy robotnik ciułał po złotówce.

Wszyscy prominenci wprost przebrali miarę
Muszą w końcu ponieść zasłużoną karę.
Za nasze udręki i morze cierpienia
Dostają od władzy glejt odosobnienia.

Władze dbają o to by w warunkach wojny
Nie zrobił im krzywdy naród ten, spokojny,
Ale doczekamy tych czasów pomału
Gdy Naród powoła sądy Trybunału.

Odpowiedzą oni za spełnione zbrodnie
Wtedy będzie w Polsce cicho i pogodnie
Cały Naród Polski i wszyscy rodacy
Zaniechają strajków i wrócą do pracy

Wykrzykniemy wszyscy: nad marnością marność
Niech działa dla wszystkich dobra Solidarność
Choć dzisiaj te słowa tamują nam kraty
Sprawiedliwość będzie w tym kraju na raty.

Na bezbronną ludność skierowano działa,
Aby reżim mogła trzymać garstka mała,
Ale wkrótce będzie to już akt ostatni
Naród się połączy w jeden związek bratni.

Tak oto te słowa stały się hymnem internowanych. W ciągu tygodnia pobytu w obozie internowania zdążyłem się przekonać, jak bardzo brakuje jednomyślności wśród działaczy, co było bardzo widoczne w poglądach przez nich głoszonych. Jestem głęboko przekonany, że co najmniej połowa z nich nie miała pojęcia, co to jest związek „Solidarność”, nie mówiąc już o tym, czym jest demokracja. Zauważyłem, że z wprowadzenia stanu wojennego może wyniknąć tylko jedna korzyść, a mianowicie taka, że związek samooczyści się z „krzykaczy”, których jedynym argumentem jest mocny głos. Bo w istocie, jeśli wziąć za przekrój tę setkę ludzi znajdujących się na drugim pawilonie, to nie miałem żadnych wątpliwości, że nastąpiło zniewolenie Polaka przez Polaka. To co wydarzyło się na kopalni „Wujek”, było dla wszystkich wstrząsem. Uważam, że nie musiało dojść do tej tragedii, ale cóż – najlepiej wystawić pierwszego z brzegu na pierwszą linię, a samemu stać z tyłu, lub z boku. Gdzie w tym czasie byli ci, którzy zdecydowali się poprowadzić załogę do walki wręcz z siłami ZOMO? Kiedy później rozmawiałem z przewodniczącym Komisji Zakładowej kopalni „Wujek” kol. Jasiem Ludwiczakiem, dowiedziałem się, że gdyby on tam wtedy był, na pewno nie dopuściłby do takiej formy protestu. Ale cóż, fakt pozostanie faktem: znowu polała się krew tego pamiętnego roku.

Zbliżały się święta Bożego Narodzenia, jakże rodzinnego w polskim społeczeństwie. Były to moje drugie święta poza domem. Pierwszy raz nie było mnie pośród najbliższych w roku 1963, kiedy odbywałem Zasadniczą Służbę Wojskową. Teraz miałem razem z moim synem Tomkiem jechać do moich rodziców. Zapewne sporo łez się wylało, skoro nas się nie doczekali. No cóż, mówi się: trudno. W piątek 23.12.1981 r. zarządziliśmy zebranie przedstawicieli wszystkich cel i ustaliliśmy, że od Wigilii do drugiego święta włącznie nie będziemy korzystać z jedzenia państwowego. Zaczęły się już pomału odwiedziny rodzin i stad też znalazły się pewne zapasy żywności na okres tych trzech dni. Nadszedł dzień Wigilii. Na stole znalazło się białe nakrycie z prześcieradła, gałązka świerku i sporo delicji łącznie z opłatkiem. Przed południem zabrali z celi kolegów Andrzeja Gorczycę i Józka Kaczmarczyka. W pierwszej chwili byliśmy pewni, że zostaną zwolnieni do domu. Okazało się jednak później, że przewieziono ich na Komendę Wojewódzką MO w Katowicach. O godz. 23.30 wszyscy internowani z trzech pawilonów zaczęli śpiewać Hymn Narodowy, Boże coś Polskę i naszą 13 grudnia. Śpiewy zakończyły się około północy i udaliśmy się na spoczynek. Zapomniałbym o tym, że oczywiście śpiewaliśmy kolędy. Cały pawilon tego dnia solidarnie nie brał jedzenia więziennego.

25.12.1981 r. Pierwszy dzień Świąt rozpoczął się świątecznym śniadaniem i odśpiewaniem kilku kolęd. Potem co poniektórzy zaczęli przygotowywać się do odwiedzin. W niedzielę 27.12 na widzenie ze mną przybyła żona wraz córką Anią. Nareszcie dowiedziałem się coś konkretnego o nastrojach społecznych. Dowiedziałem się, że ludzie czują się okropnie zastraszeni. Minęły Święta i rozpoczęła się szara więzienna rzeczywistość. Na uwagę zasługuje fakt, że w tym czasie kol. Widenka dostał ataku serca i zabrano go do szpitala więziennego w Bytomiu.

Nadszedł Sylwester; spędziliśmy go o „suchym pysku”, każdy tylko wzdychał do szampana i czegoś mocniejszego, ale za to pośpiewaliśmy sobie, poskładaliśmy życzenia Noworoczne i nad ranem poszliśmy spać.

1.1.1982 r. Zapewne nikt z nas nie spodziewał się, że w ten sposób będzie spędzał Nowy Rok. Dzień minął na dyskusjach i śpiewach. Istotnym wydarzeniem dla internowanych było odprawienie mszy świętej przez ks. biskupa Czesława Domina. Każdy z nas otrzymał obrazek z wizerunkiem Matki Bożej.

2.1.1982 r. Ogłoszono nam regulamin dla internowanych, który był całkowicie oparty na regulaminie dla skazanych. Różnica polegała jedynie na tym, że słowo skazany zastąpiono słowem internowany. Otrzymałem od żony broszurę prof. Krasickiego komentującą podwyżki cen żywności. Po dokładnym przestudiowaniu poprosiłem kol. doc. Jędrzeja Krakowskiego, jako fachowca o naświetlenie tematu. Poparł on całkowicie wariant mówiący o zniesieniu nawisu inflacyjnego, który jednak zmusiłby społeczeństwo do mocnego „zaciśnięcia pasa”. Nie umiałem sobie wyobrazić życia, gdy do tego wszystkiego dojdą nowe ceny art. przemysłowych. Pomyślałem jednak: pożyjemy, zobaczymy.

Rozpoczął się jakiś ruch w obozie; zaczęto zwalniać pojedyncze osoby do domów, przewozić do innych obozów, a niektórych zabierali na przesłuchania do KW MO w Katowicach. Obserwowałem twarze internowanych kolegów i zauważałem na nich pojawiające się początki zmęczenia psychicznego. Muszę przyznać, że jedną z największych kar dla człowieka jest pozbawienie go normalnych praw. Dotarła do nas wiadomość, że za miesiąc grudzień otrzymamy z zakładów pracy wynagrodzenie nie większe niż 7000 zł. 17 stycznia w czasie odwiedzin miałem się dowiedzieć coś więcej na ten temat.

11-17.1.1982 r. Tydzień minął bez większych wydarzeń, poza tym że 16. zabrano z naszej celi Heńka Śliwę. Następnego dnia dowiedzieliśmy się, że został przetransportowany do ośrodka w Strzelcach Opolskich. Co do mojego wynagrodzenia za grudzień, to wypłacono mi za 9 dni, które przepracowałem, czyli 6000 zł. Po potrąceniu świadczeń rodzinnych żona otrzymała 4100 zł.

18-24.1.1982 r. Rozpoczęły się rozgrywki I i II ligi tenisa stołowego. Byłem zawodnikiem I ligi i szło mi różnie.

21.1.82 r. został zwolniony do domu Wincenty Krzos, a 23 Ryszard Grzyb. Ubyły więc z naszej celi kolejne dwie osoby. W niedzielę 24.1 przyjechali na widzenie moi synowie Piotr i Tomek. Wszyscy czekaliśmy na poniedziałek, na posiedzenie sejmu i przemówienie Jaruzelskiego w imieniu WRON-y.

Moja kochana córeczka Ania złożyła mi dosyć ciekawą propozycję. Mianowicie stwierdziła, że Tomkowi należałoby kupić meble do jego pokoju, dlatego też powinienem zraz wyjść z więzienia i iść do pracy na pół roku, a po dokonaniu zakupu wrócić z powrotem do obozu. Nie dziwiłem się Małej, skoro moja małżonka również narzekała, że przez to moje siedzenie nie będzie miała kolorowego telewizora. Samo życie.

25.1.1982 r. Na spacerze „klawisz” chciał zabronić grupie internowanych rozmowy z chłopakami z I pawilonu. Naubliżał nam co niemiara. Na obiad była zupa z kapusty i kasza z sosem z nie wiadomo czego. Obrzydliwe, nie nadające się do jedzenia. Nie jadałem zup w ogóle, a drugie danie od czasu do czasu. O godz. 14.00 rozpoczęły się obrady sejmu. Pomyślałem, że skorzystam z możliwości wyjazdu do obranego przez siebie kraju. Wstępnie wybrałem sobie Belgię.

26-27.1.1982 r. W tych dniach otrzymałem odpis zarządzenia podpisanego przez dyrektora kopalni odnośnie do mojego wynagrodzenia za czas pobytu w obozie dla internowanych. W rozgrywkach I ligi w tenisa stołowego odniosłem dwa zwycięstwa i jedną porażkę. Nasz pawilon decyzją komendanta otrzymał zakaz spacerów na okres 10 dni za słowną napaść na „klawisza” w poniedziałek 5.1.1982 r.

28.1.1982 r. Na śniadanie zrobiliśmy sobie chleb z margaryną obłożony swojską kiełbasą. Z urzędu była zupa, której nikt z nas nie wziął. O godzinie 10.00 była łaźnia. Nie poszedłem, bo miałem temperaturę i byłem ogólnie przeziębiony. Dokuczał mi ból stawu barkowo-karkowego. Nie mogłem spać inaczej niż tylko na wznak. Pomyślałem, że po wyjściu będę się musiał udać na leczenie szpitalne. Na obiad tego dnia był ryż z sosem i kawalątkiem mięsa. Zjadłem. Po południu grałem w lidze i wygrałem swój mecz 3:1. Potem wzięli nas na prześwietlenie. Było źle, bo kończyły nam się papierosy, ale następnego dnia miała być „wypiska”, więc uzupełnimy zapas. Tego dnia po raz pierwszy zaczęli porządnie grzać. Na kolację przynieśli mleko i margarynę; dodatki były z prywatnych zapasów.

29.1.1982 r. Rano nie zjedliśmy śniadania, bo zabrakło nam cukru i herbaty. Odwieszono nam zakaz spacerów. Tego dnia w kilku celach przeprowadzili totalny „kipisz” (kontrolę). Kontroli dokonała specjalna ekipa SB. Pozabierali notatki, wiersze, piosenki oraz szereg innych materiałów. Zastanawiającym było, że tak dokładnie wiedzieli, gdzie szukać. Ani chybi był wśród nas „kapuś”. W nocy budziłem się na skutek pogryzienia przez pluskwy.

To by było na tyle wspomnień na podstawie notatek, które starałem się robić na gorąco w trakcie internowania. Na koniec przytoczę treść dwóch grypsów, które przesłałem do rodziny w okresie internowania w obozie na Szerokiej w Jastrzębiu-Zdroju na przełomie 1981 i 1982 roku.

1)

Szeroka 17.12.1981r.

Kochani!

Znajduję się w obozie internowanych w Szerokiej (Zakład Karny). Czuję się dobrze, tylko mocno tęsknię za dziećmi. Martwię się również czy dajecie sobie radę w tych ciężkich chwilach. Jedzenie mamy dobre. Potrzebuję kilku koszul, bieliznę osobistą oraz skarpetki i przybory higieny osobistej. Nie wiem kiedy się zobaczymy. Życzę Wam wszystkim zdrowych i spokojnych Świąt Bożego Narodzenia oraz pomyślnego Nowego Roku.

Całuję mamę.

Ojciec

P.S.

Proszę przesłać pozdrowienia i życzenia wszystkim przyjaciołom i dobrym znajomym.

Kazik

2)

Moi Kochani!

Jeżeli będziecie mogli, to przyjedźcie do Szerokiej w drugi dzień Świąt. Niezależnie od tego napisz do Komendanta KW MO w Katowicach o zezwolenie na widzenia. Przesyłam wam kartki od kolegów. Niech Piotr weźmie sobie za zadanie bojowe i jutro rano tj.24.12.1981 r. weźmie te wszystkie karteczki i pojedzie autobusem do Rybnika, a stamtąd do Gortatowic (jest to miejscowość na trasie Rybik-Żory). Gdy dojedzie tam niech odnajdzie adres na nazwisko Grzyb Ola i ona z nim pojedzie pod podane adresy swoim samochodem. O wykonaniu zadania daj znać przez Waldka. Chłopcy mają Cię bezsprzecznie słuchać, a Ania ma być grzeczna. Jak przyjedziesz do mnie to przywieź mi to o co Cię prosiłem. Całuję mocno.

Kazik


Kwiecień 2010

Opracowanie: Andrzej Kamiński