L00103 Ewa Andrzejewska

Z Encyklopedia Solidarności

Tylko w Internecie.

Relacja Ewy Andrzejewskiej

Byłam członkiem „Solidarności” w Wojewódzkim Biurze Projektów w Nowym Sączu. Po 20 marca 1984 roku odbyła się w naszym mieszkaniu rewizja. Prowadziło ją chyba pięciu funkcjonariuszy SB, m.in. Sadlisz, Hebda i Bąk oraz kobieta. Mieszkałam razem z Krzysztofem Lipińskim i dwójką naszych dzieci: Martą (8 lat) i Kubą (5 lat). W czasie tej rewizji byłam na zwolnieniu lekarskim. Przeszukanie trwało ponad osiem godzin i wszyscy byliśmy tym bardzo zmęczeni. Esbecy zniechęcili się zobaczywszy nasze zagracone mieszkanie, a ponieważ mieliśmy sporą bibliotekę to zaczęli czytać książki. Byliśmy przekonani, że mieszkanie jest „czyste”, ale powoli stół zaczął zapełniać się drukami i książkami. Krzysztof zdenerwował się gdy zaczęli czytać jego prywatną korespondencję, a szczególnie listy, które z Wronek słał jego ojciec (Wacław Lipiński, zamordowany 4 kwietnia 1949 roku w komunistycznym więzieniu we Wronkach, dr hab. historii, podpułkownik Wojska Polskiego, działacz antykomunistycznego podziemia niepodległościowego). Krzysztof dwukrotnie w latach 50. był zwijany przez UB i doświadczył rewizji ubeckich, więc strofował funkcjonariuszy SB, że nie umywają się do swoich nauczycieli i niestarannie przeszukują mieszkanie. Pod koniec wykonywali swoje czynności „z zaciśniętymi zębami”, szło im coraz wolniej. Godzinami trwało pisanie protokołu, a niektórzy z nich w tym czasie czytali książki, dlatego w pewnym momencie pokój wyglądał jak czytelnia. Przez cały dzień przychodzili do nas znajomi, których zdążyła zawiadomić moja córka Marta. Zrobiła to idąc do szkoły – esbecy wypuścili ją z domu po przeszukaniu tornistra. W południe przyszła Joasia z pełną siatką włoszczyzny, bo przecież dla chorej trzeba ugotować domowy rosół. Gdy rosół już został nastawiony w kuchni, Joasia dała swój dowód do spisania. Na stole rosła sterta dowodów i lista spisanych odwiedzających. Znajomych częstowaliśmy kawą, herbatą i szarlotką, a mój synek Kuba domagał się, aby funkcjonariuszy też poczęstować ciastem. Przynosił „rewizji” na stół – tak nazywał tych panów – zabawkowe karabiny jako swoją „bronitwę” do spisania. Nie chcieli spisać jego zabawek, znajomych owszem. Krzysiek się śmiał, że możemy zasiąść do brydża, bo przecież szkoda czasu.

Zatrzymana byłam dwa razy. Pierwszy raz 13 kwietnia 1984 roku. Było to tego dnia, kiedy wróciłam do pracy po zwolnieniu lekarskim. O godzinie 11.00 zostałam zatrzymana przez dwóch esbeków w miejscu pracy – biurze projektów. Na Komendę Milicji przy ul. Szwedzkiej, zabrał mnie tzw. „opiekun zakładu” – Gebel; było w to piątek. Instynktownie zabrałam ze sobą z pracy jakieś rysunki i kartki, tak jakbym przewidywała, że będę musiała się czymś zająć. Zresztą Krzysiek mi to wcisnął w ostatniej chwili wiedząc, że będę miała dużo czasu, to mogę popracować. Siedziałam kilka godzin na komendzie sama w dużym pokoju z widokiem na ulicę Dunajewskiego i patrzyłam przez zakratowane półkoliste okno w dół – na ulicę, po której tyle razy chodziłam tam i z powrotem. Widziałam wieżę Ratusza, ale nie widziałam zegara, bo zasłonięty był dachami kamienic. Bardzo długo trwało to moje patrzenie na ulicę; wiedziałam, że i tak nie zobaczę nikogo ze znajomych. W korytarzach trzaskały drzwi, do pokoju od czasu do czasu ktoś wchodził i wychodził. Zachowywali się tak, jakbym była powietrzem, a pokój był pusty. W końcu zaczęłam coś robić, nie zwracając na nich uwagi. Wyciągnęłam kartki i zaczęłam rysować coś, nad czym zastanawiałam się w biurze. Udawałam, że jestem bardzo zapracowana i jestem tu tylko przez pomyłkę. Skutkowały nauki Krzysztofa, żeby myśleć o tym, co będzie jutro i o tym, co opowie się dzieciom. Krzysiek radził, bym myślała, co opowiem maluchom za cztery miesiące dodając, że na życiorys trzeba zapracować. Pod koniec dnia pracy Komendy przyszedł po mnie jeden z panów i zostałam zaprowadzona do niewielkiego pokoju od strony podwórza. Zastosowano metodę kija i marchewki. Najpierw wrzeszczano, że zabieram im czas i jestem nikim. Po chwili mówiono, że zaraz mnie wypuszczą, bo to pomyłka, przecież tylko „puszczałam” się z chłopakami z „S”. Twierdzili, że muszą tylko coś sprawdzić, a ja muszę to potwierdzić, to tylko moment, zawracanie głowy i jak tylko podpiszę ten protokół, to mnie odwiozą do domu, bo dzieci nie mogą być same. Odpowiadałam, że wyjdę i dojdę do domu sama. Starałam się nie odzywać w sprawie dzieci, bo Krzysiek mnie uczył, że lepiej jest milczeć. Wiele razy instruował mnie też, by w takich sytuacjach nie myśleć o dzieciach.

Zawsze byli we dwóch: jeden krzyczał, drugi grzecznie prosił i przemawiał do „rozsądku”. Jeden straszył i się wydzierał, drugi po cichu i zawsze „w tajemnicy” przed tym pierwszym mówił, że ta moja sprawa to nic – pomyłka, strata czasu i że niepotrzebnie tak długo tu siedzimy, a mąż się denerwuje. W pewnym momencie przyszedł ktoś nowy i został ze mną sam na sam. Był niski, takiego wzrostu jak ja, potwornie wściekły. Pochylając się nade mną wrzeszczał, że jestem „ostatnią dziwką, nie warto dla takich chłopaków tak się puszczać i siedzieć za nich” (to wszystko co wrzeszczał, było bardziej wulgarne). „Nie wyjdziesz stąd nigdy – krzyczał – zgnijesz w więzieniu”. Odsuwałam się od niego, aż dotknęłam ściany za sobą. Był taki moment, że poczułam strach, że mnie uderzy. Nie odzywałam się, a działo się to wszystko tak szybko i na tak wysokich obrotach, że w ogóle nie myślałam. Czekałam tylko, kiedy skończy wrzeszczeć. Skończył, wyszedł i już go więcej nie widziałam. Zaraz po wrzaskach nastąpiło bagatelizowanie sprawy, że sprawa nie kwalifikuje się do zatrzymania, a za chwilę potem wrzaski, ale już nie takie napastliwe. „Mimochodem” mówili mi, że jesteśmy sami w budynku, a za chwilę pocieszali mnie, że jak nie dziś, to jutro na pewno wyjdę. Pokazywali mi pliki druków, ulotek i książek. Ponieważ nie dotykałam niczego, nic nie przekładałam, a wszystko oni mi rozkładali i pokazywali, to w końcu się wściekli. Zapadał wieczór i zaczęło im się spieszyć. Wreszcie po podpisaniu jakiegoś protokołu z danymi osobowymi oświadczyli, że dziś śpię na dołku. Grozili mi, że aresztują męża, ale było mi wszystko jedno i chciałam spać. Po trzech czy czterech godzinach trzaskania drzwiami i straszenia sprowadzili mnie do piwnicy na dołek. Było już ciemno. Przez pierwszą noc nie mogłam zasnąć. Podobno w tych piwnicach byłam sama jedna. Na drugi dzień miałam towarzystwo – w jakiejś innej celi posadzili handlarza dywanów; ktoś z obsługi dołka powiedział, że to znany kajakarz.

Tak minęła sobota i Niedziela Palmowa. W niedzielę byłam przesłuchiwana krótko, bardziej rutynowo – chyba z nudów – i szybko wróciłam na dołek. Po południu, jak się już ściemniło, zauważyłam, że brama od podwórka została otwarta. Trochę mnie to zdziwiło. Oczy miałam na wysokości wybrukowanego podwórza, a za otwartą bramą widziałam secesyjną kamienicę. Patrzyłam, jak jej elewacja niknie w nadchodzącym zmroku i pomyślałam, że tyle razy obok niej przechodziłam i nie widziałam delikatnej falistej attyki. Pomyślałam, jak mało widziałam na wolności i niewiele rozmyślałam i w końcu jak mało miałam czasu, by być sama ze sobą. Teraz jestem z tą niknącą falistą fasadą, powolnym wieczorem i sobą. Wtedy usłyszałam, że ktoś nadchodzi, trochę nierówno, jakby zataczając się. To był Krzysiek. Udawał, że jest pijany i wpadł w to podwórko. Odnalazł moje okienko i udawał, że stoi przy ścianie za potrzebą.

W poniedziałek rano wsadzili mnie do milicyjnej nyski. Na placyku pod Komendą zobaczyłam czerwoną skodę Krzysztofa. Jechaliśmy na Limanową, wspinaliśmy się na Wysokie, a czerwona skoda jechała przed nami. Jakby nas pilotowała. Wreszcie pokazały się Tatry i był to najwyższy punkt drogi, dalej zjeżdżało się na Limanową. Wtedy skoda zjechała na bok i zatrzymała się. Nyska przyspieszyła i nie zdążyliśmy nawet na siebie z Krzyśkiem spojrzeć. Kiedy się odwróciłam, to zobaczyłam, jak nasz samochód wolno zakręca i odjeżdża w kierunku Nowego Sącza. Zawieźli mnie do WUSW na ul. Mogilskiej w Krakowie. Byłam tam przesłuchiwana raz albo dwa; niewiele z tego pamiętam. W Wielki Czwartek 19 kwietnia dowiedziałam się, że mam widzenie, ale przyjechali śledczy z decyzją o uchyleniu aresztu. Byłam zaskoczona i nie wierzyłam, że w ich towarzystwie wracam do domu. Niewiele się odzywali i byli wściekli. Wjechaliśmy nyską do Myślenic (bo chyba musieli mnie wymeldować z aresztu śledczego dla kobiet). W alei prowadzącej do aresztu zobaczyłam czerwoną skodę Krzysztofa. Wypuścili mnie, nie wracałam z nimi do Nowego Sącza. Myślę teraz, że uchylenie aresztu spowodowane było m.in. interwencją Kurii. Wracając zatrzymaliśmy się na chwilę w Myślenicach u babci Czesi. Było tam kilka osób, znajomi babci. Wszyscy się cieszyli i gadali. Dostałam wielki talerz jajecznicy. Musiałam zjeść. Wszyscy krzyczeli, że przecież mnie głodzili w tym areszcie całe trzy dni. Musiałam wszystko zjeść, a każdy z tych znajomych babci Czesi przyniósł to, co miał najlepszego. Po powrocie do domu moje dzieci nie odstępowały mnie na krok.

Po pierwszym zatrzymaniu i uwolnieniu mnie przed świętami wielkanocnymi nadal byłam chora i pozostawałam na zwolnieniu lekarskim. Wszyscy byli przekonani, że prokurator wniesie odwołanie od uchylenia sankcji. I rzeczywiście, na początku maja dostałam wezwanie z prokuratury by stawić się na badanie lekarskie do szpitala celem wydania orzeczenia o stanie mojego zdrowia. Położono mnie tam na Oddziale Ginekologii, badano i leczono. Od czasu do czasu na korytarzach pojawiali się esbecy. Szpital mnie „przetrzymywał”, stosowano różne badania celem wyjaśnienia przyczyn choroby i dlatego tak długo byłam chroniona. Jako, że nie było ordynatora to nikt nie podejmował decyzji: ani prokuratura, ani lekarze. Późnymi wieczorami przychodziło do mnie mnóstwo ludzi z pomysłami i wiadomościami, co na wolności się wydarzyło, z listami od dzieci, ze smakołykami. Czułam się jednak coraz gorzej, jak zapudłowana. Czułam, że zaraz wpadnę w jakąś prawdziwą chorobę.

List od Marty – 5 V 1984.

Kochana Mamo. Pozdrawiam cię serdecznie. Było bardzo wesoło w Olszance. Robiliśmy ognisko i piekliśmy kiełbasę, ziemniaki i jabłka. Po jedzeniu Tata z Kubą poszli grać w piłkę a my (ja z ciocią) sadziłyśmy kwiatki i cebulę. Najpierw plewiłam grządkę sama motyką. Ciocia też. Potem ciocia wykopała dołki na cebule i wsadzała je do środka, a ja zakopywałam ziemią. Potem padał deszcz. Cały czas byliśmy w domu. Fajnie było w Olszance tylko za dużo pająków. Pa, pa. PS. Jak jechaliśmy do domu to widzieliśmy latające cztery bociany.

List od Kuby – 5 V 1984 (pisała Marta, bo Kuba miał 5 lat).

Serdecznie cię pozdrawiam i całuję. Sto całusów. Nie mogłem ci nazbierać kwiatków bo miałem za mało czasu. Graliśmy z tatą w piłkę i tylko szczeliłem* jednego gola. Leciały śmieszne czarne papiery z ogniska. Dlatego że był wiatr. Tata kupił na obiad kaczkę Dziwaczkę. W Olszance bawiłem się fajnie. Kuba dyktuje mi ten list leżąc pod stołem. Pa, pa mamo. Daj pani pielęgniarce 20 złotych i niech cię wypuści.

List od Marty – 5 V 1984.

Kochana mamo! Serdecznie cię całuje i pozdrawiam. Ja i Kuba byliśmy z ciocią Zosią w Olszance. Robiliśmy ognisko i piekliśmy chleb. Poznałam tam taką dziewczynkę Marzenkę, która miała piłkę i chodzi do I klasy. Graliśmy z nią w piłkę ale za krótko bo po pierwsze ciocia ją za późno zobaczyła a po drugie zaczoł* padać deszcz. Całuje cię mocno i Pa.

[Z drugiej strony listu narysowane ognisko.]

List od Kuby – 5 V 1984. Kochana mamo! Serdecznie cię pozdrawiam. Nie mogłem nazbierać kwiatków ponieważ ciągle nie mam czasu. Wypiliśmy cioci całą butelkę picia. Ja znalazłem motyla i pająka na oknie, ciocia żabę w basenie a Marta żółte kaczeńce. Ja i Marta poszliśmy do lasu nazbierać kwiatków dla cioci. Jutro napiszemy znów do ciebie list. Pa mamusiu do jutra.

[Z drugiej strony listu narysowana od tyłu ciocia Zosia jak siedzi pod drzewem. Z drugiej strony drzewa stoi butelka z napisem: picie. Obok stoi Kuba. Zaraz przy nim zaczynają się schody do domu.]

List od Marty – 9 V 1984.

Całuje cię bardzo mocno i serdecznie cię pozdrawiam. Jakoś tak się złożyło, że tak długo nie odpisywałam po prostu nie miałam czasu. Bo tak. Wstaję, myję się, ubieram się, jem śniadanie i o 7.30 idę do cioci Grażynki, żeby mnie uczesała, potem idę do szkoły, a po szkole idę do domu, odrabiam lekcje, czytam, idę na religię i jem kolację. Uczę się dobrze i pozdrawiam cię mocno.

[Z drugiej strony listu narysowany stół z książkami i ucząca się Marta, szafka z telewizorem i półki. Podpisane drukowanymi literami: Dom nasz i twój.]

List od Marty.

Kochana mamo. Serdecznie cię całuję. Wczoraj Kuba mnie kopnął w buzię. Dobrze mi wyszła powtórka z religii. Wczoraj była ciocia Zosia i zrobiła nam piekło – niebo. Byłam u kolegi. Nie mam już siły na Kubę. W sobotę był Bolek i Lolek bardzo fajny. Spytaj się pań pielęgniarek kiedy wreście* wrócisz do domu. Z ciocią Zosią graliśmy w różne gry. Pa mamusiu. PS. Musisz być na Komuni Św.*

List od Marty – 10 V 1984.

Serdecznie cię pozdrawiam! Egzamin z religii poszedł mi bardzo dobrze a dzisiaj była próbna Spowiedź Święta. Bardzo mi się podobał ten plan lekcji i bardzo ci dziękuję za to. Jeszcze nie wypisałam na nim lekcji ponieważ jeszcze myślę, że będę mieć na drugi rok. Spytaj się pań pielęgniarek kiedy wrócisz do domu. Myślę, że wrócisz na Komunię Św. Jesteśmy zdrowi. Kuba był niegrzeczny u Ewuni i Pawełka, bo mówił brzydkie wyrazy. Cały czas obgryza pazury. Już odrobiłam lekcje. Pa mamusiu.

List od Marty – 11 V 1984.

Kochana mamo! Serdecznie cię pozdrawiam. Dzisiaj u nas będzie brydż. Mamo mi tak smutno i nudno. Chciałabym, żebyś była w domu. Nie wiem czy tata zrobi mi zdjęcie w sukience Komunijnej. W ogóle nie biorę na SKO. Spytaj się pań pielęgniarek kiedy wreszcie przyjdziesz do domu. Teraz tata przyniósł list od ciebie. Nie mam co robić. I pisz zawsze. I na tym kończę. PS. PA MAMUSIU. PS. Postaraj się żebyś na komunię nie miała zwolnienia, tylko już naprawdę była w domu.

Kartka z 11 V 1984 z wielkim czerwonym sercem.

Dla Kubusia za grzeczne zachowanie się w ciągu dnia.

[Podpis pani z przedszkola.]

Miałam już dość szpitala. Każdy chodził i radził coś innego. Wieczorem znikali esbecy. Przed północą, jak już wszyscy spali i gasło światło w salach, a wypastowane zielone linoleum błyszczało na korytarzu, to wtedy przybiegał do szpitala na ginekologię ksiądz Stanisław. Siostry z dyżurki parzyły mu mocną kawę, siadaliśmy przy stoliku w korytarzu i obgadywaliśmy wydarzenia. W tym czasie – w tajemnicy przede mną – był przygotowywany mój przerzut do szpitala w Gorlicach i ks. Stanisław brał w tym udział. Chłopcy bawili się jak dzieci.

Około 15 maja wrócił z urlopu ordynator i tego samego dnia wpłynęło do szpitala zapytanie prokuratury o moją chorobę. Prokuratura miała już dość zabaw w kotka i myszkę i 16 maja 1984 roku miałam już oświadczenie o stanie zdrowia oraz wypis ze szpitala. Następnego dnia rano na szpitalnym korytarzu zaroiło się od łapsów. Ala przyniosła mi torbę z ciuchami i poszłam się przebrać. Ciuchy były wystrzałowe, czerwone dżinsowe spodnie, bluza z wielkim czarnym napisem „Kamikadze”, na to koszula w kolorowe paprocie. Wyglądałam jak egzotyczny ptak. Miałam świetnie obcięte i nastroszone włosy. Torba była ciężka i było tam pełno szmat. Okazało się później, że to Ula – kuzynka Ali – leciała z pokazów mody z Paryża do Australii i zrobiła sobie przerwę w Warszawie. Kochana Ula wraz z rodzicami wyjechała z Polski w 1956 roku. To ona powiedziała, że gdziekolwiek pojadę to muszę być widoczna. Ala czekała na mnie na klatce schodowej i zeszłyśmy do piwnic. Tam była już ruda siostra „Krwawa Mary”, która pokazała nam dalsze przejście. To ona zawsze czekała na ks. Stanisława i robiła mu osobiście kawę. Po przejściu piwnicami i zbliżeniu się do podstawionej karetki zostałam przechwycona przez SB na podwórku. Zmasowany atak, wyglądało jak na filmie. Prawie za każdym drzewem stał łaps w cywilu trzymając w rękach płachtę gazety. Wrzeszczeli strasznie i władowali mnie do milicyjnego samochodu, gdzie jeszcze czterech ich wpakowało się za mną. Krzysiek dobiegł i wrzucił im do bagażnika wielką torbę z kwitkiem pozwolenia z Prokuratury na bagaż. W czasie jazdy do Prokuratury na ul. Pijarską, panowie obiecywali mi najgorsze rzeczy typu: „nie wyjdziesz nigdy, gówniarzu, zachciało się gówniarzowi AK i kanałów to popamiętasz” itp. Przekrzykując bezskutecznie ich wrzaski domagałam się, żeby mi pokazali papier, że jestem ponownie aresztowana, ale oni nic nie mieli, bo dokument był dopiero pisany w Prokuraturze! Dostali go jak tylko przyjechaliśmy na ul. Pijarską. Domagałam się zwrotu mojej książeczki ubezpieczeniowej i wypisu ze szpitala. Moje żądania doprowadziły ich do wściekłości. Staliśmy dość długo pod Prokuraturą (w tym czasie pisano ów nakaz aresztowania), dwóch esbeków wysiadło i stanęło obok auta. Wtedy pojawił się Krzysiek. Wyszedł z Prokuratury z drugą wielką torbą i następnym pozwoleniem od prokuratora. Esbecy ją również do załadowali bagażnika. Później Krzysiek mi opowiadał, że ten „dobry” go pocieszał, że jednak na 22 lipca będzie amnestia. Kiedy wrócili z podpisanym nakazem aresztowania, wszyscy wsiedli i znów zaczęli krzyczeć na mnie, bo ja nadal domagałam się papierów. Pokazali mi z daleka nakaz aresztowania, ale ja zażądałam kopii. Tak byłam nauczona, że to moje prawo, żeby móc się odwołać. Cały czas chciałam dostać mój dowód, książeczkę, albo jakiś inny papier. Pamiętam jak w końcu im mówiłam, dość przerażona, ze jestem nikim bez papierów i mogą ze mną zrobić to, co z Jurkiem Wyskielem (we wrześniu 1983 roku został porwany, pobity i wyrzucony na drogę) i nikt nie będzie nic wiedział. Jak sobie to przypomniałam naprawdę się wystraszyłam. Jechaliśmy bardzo szybko i agenci powoli się uspokajali. Widząc, że nic od nich nie dostanę, zajęłam się krajobrazem, który mijał za szybami. Znów wjechaliśmy na Wysokie i widać było Tatry. Przed Mszaną zwolniliśmy, bo milicja zrobiła blokadę na szosie. Stało dużo samochodów i po kolei je sprawdzano. Okazało się również, że esbecy zostawili mój dowód w Nowym Sączu i trzeba było wracać po niego do Limanowej. Byli wściekli, ale mnie już to nie dotyczyło. Żaden areszt przecież by mnie nie przyjął bez dowodu osobistego. Byłam już w ich rękach i nie miałam na nic wpływu. Cieszyłam się więc wiosną, którą widziałam po drodze. Esbecy byli jeszcze bardziej źli, kiedy nie mogli mnie zostawić w areszcie kobiecym w Myślenicach. Jak się później dowiedziałam, miałam wypis ze szpitala z zaleceniem dalszego leczenia szpitalnego. Musieli dalej tracić czas i benzynę i wieźć mnie do szpitala w Areszcie Śledczym na ul. Montelupich w Krakowie. W szpitalu była jedna cela – sala dla kobiet na cały okręg południowy.

Kiedy przyjechaliśmy na „Monte”, akurat była przerwa obiadowa i nic nie funkcjonowało, a przynajmniej tak mi się wydawało. Zostałam z dwoma panami, byli to Hebda i Bąk. Trzeba było czekać w korytarzu na przyjęcie. Byłam modnie i kolorowo ubrana i miałam przy sobie dwie wielkie torby. Siedziałam na korytarzu na podłodze i paliłam papierosy Marlboro. Wyglądałam jak spekulant. Po obu moich stronach stali śledczy. W pewnym momencie korytarzem przeszła grupa mundurowych z odznaczeniami. Jak się później okazało, była to wizytacja służby więziennej wysokiego szczebla z Katowic. Pamiętam, jak jeden z nich stanął przede mną i zapytał: „a ty dziecko, za co?” A ja mu na to, że struktura polityczna jestem i ekstrema. Wówczas ujął mnie za podbródek, popatrzył i powiedział: „nie martw się dziecko, będzie amnestia”. W jednym dniu powiedziały to dwie osoby. Wieczorem – jak mi później powiedział Krzysiek – potwierdził to znajomy redaktor z „Polityki”.

I tak dostałam się pod celę w więziennym szpitalu... Śledczy mnie przekazali i odjechali obiecując dalsze spotkania. Zamknięto mnie w „wagonie”, czyli w takim długim wąskim zamkniętym korytarzu. Tam był depozyt, w ścianie znajdowało się malutkie okienko, ale było zamknięte. Następnie zaprowadzono mnie do szpitala. Szłam długim korytarzem na piętrze i mijałam okna z widokiem na nieregularny dziedziniec. Szłam i rozmyślałam, czy taki sam widok oglądał ojciec Krzyśka, jak go aresztowało gestapo w Krakowie; czy zaraz potem, przed końcem wojny, przez ten dziedziniec przechodził Krzysiek, jak był młody i przewozili go z aresztu w Wiedniu na konfrontację z ojcem? Miałam chwilę czasu, bo musieli kogoś poszukać, żeby mnie przyjąć, więc stałam i patrzyłam w okno. Nic już ode mnie już zależało. Chciałam tylko zapamiętać ten widok na brukowany nieregularny dziedziniec. Nawet coś mi przeszło przez myśl o ciągłości historii. Starałam się nie myśleć o dzieciach, zostawić je na wolności, nie zabierać ze sobą, tak jak mnie nauczono. Ponieważ pozwolili mi na zabranie jednej torby w celi zostałam przyjęta bardzo podejrzliwie. Pod celą były same kryminalne przekonane, że jestem cwel. Ale to już inna historia...

W czasie mojego pobytu na „Monte” byłam kilkakrotnie przesłuchiwana. Jeden z śledczych o nazwisku Hebda opowiadał mi o swoim dziecku, które też w tym roku miało Komunię, jak moja córka. Długo nie mogłam się pozbierać, że zaaresztowali mnie na trzy dni przed pierwszą Komunią córki, ale starałam się im tego nie okazywać. Najpierw przesłuchanie było spokojne, następnie zaczynano mnie straszyć, że mąż mnie zdradza. Tu padały imiona moich przyjaciółek, które bywały w domu w dzień; podawali mi, które z nich zostawały na noc, a także z kim Krzysiek jeździł do Krakowa. Krzyczano, że nie wyjdę tak szybko, bo nie chcę z nimi współpracować i zeznawać do protokołu, żeby go skończyć i podpisać, że taki protokół nikomu krzywdy nie zrobi. Opowiadali mi z troską, że nie wiadomo, kiedy będzie proces, bo sprawa jest rozwojowa. W międzyczasie chcieli mnie wrobić jeszcze w sprawę nowohucką i obcy oddziałowy przyniósł mi pod celę w czapce jakieś ulotki i znaczki, żebym sobie obejrzała. Byłam jednak wyszkolona i niczego nie dotykałam. Ciągle mnie straszyli, że mają na mnie haki i o Krzyśku też dużo wiedzą. Obiecywali mi, że co najmniej trzy lata dostanę, a mąż znajdzie sobie inną. Kiedyś powiedziałam jednemu, że sobie studia tu zrobię podyplomowe i że biblioteka więzienna jest wspaniale wyposażona. Wtedy chyba przestali mnie straszyć tymi trzema latami. Czasami śledczy przyjeżdżał i zupełnie bagatelizował moją sprawę, mówił, że jak tylko coś podpiszę, zabiera mnie do domu, bo serce mu się ściska, jak ja się tu marnuję i wyglądam, a mąż – czy to wiem? – był ostatnio u lekarza badać serce. Przeplatało się to z opowieściami jak Krzysiek się puszcza i ile kobiet go otacza, a dzieci są opuszczone i zaniedbane. I tak na przemian: o swojej rodzinie i dzieciach, o kobietach otaczających Krzyśka, o tym, że nie wyjdę, niech mi się nie wydaje, że koledzy coś zrobią w mojej sprawie, wszyscy sypią i mnie obciążają, sprawa jest rozwojowa itd., itp.

Myślę, że dwa razy zostałam nieźle przestraszona. Domagałam się w jakimś momencie wizyty u dentysty. Zawsze to atrakcja – wyjście z celi. Każde wyjście z celi traktowałam poznawczo, myśląc o ojcu Krzyśka i o Krzyśku. Siedzieli tu w czasie wojny. Zostałam w końcu wezwana do dentysty, mimo że nie był to dzień przyjęć. Wpuszczono mnie do poczekalni „przez pomyłkę”, jak później tłumaczono. Poczekalnia miała dwa pomieszczenia przedzielone siatką. W drugim pomieszczeniu było pełno więźniów. Trwało to chwilę zanim mnie stamtąd zabrano. Nie było to miłe przeżycie, tym bardziej, że zamiast do dentysty zaprowadzono mnie na przesłuchanie. Dobrze, że to spotkanie ze śledczym nie zostawiło mi w pamięci negatywnych przeżyć. Więcej nie zabrano mnie już do dentysty.

Drugi raz zostałam nastraszona na dwa dni przed ogłoszeniem amnestii. Byłam na siebie wściekła, że tak im się udało. W całym więzieniu huczało o amnestii, całymi godzinami omawiał to radiowęzeł. Nie było wiadomo do końca, w jakim będzie zakresie, ale pod celą wszystkie kryminalne kobiety, z którymi siedziałam wierzyły, że przy tej amnestii coś uzyskają. Wszyscy byli rozluźnieni, a oddziałowy częściej przynosił czajnik z wodą na herbatę. Do głowy mi nie przychodziło, że jakiś śledczy może jeszcze przyjechać na przesłuchanie. No i przyjechał, dokładnie nie pamiętam kto, zmieniali się. Pierwszy raz byłam przesłuchiwana na parterze w niewielkim, ale długim pokoju, wyglądającym trochę jak tramwaj. W biały dzień paliło się tam światło. Bez wstępów śledczy powiedział mi, że mój mąż został aresztowany, a dzieci wywiezione do Gdańska, bo chyba tam mam rodzinę, o ile oni się nie mylą. Miałam, wiedzieli to. Wtedy zgasło światło, w pokoju zrobiło się prawie czarno. Gdybym pomyślała wtedy racjonalnie, nie przeraziłabym się, bo w więzieniu często gasło światło w dzień z powodu ciągłego włączania „jantarek” do herbaty. Ale stało się to w takim momencie, że wpadłam w histerię. Zawsze mi Krzysiek mówił, żeby płakać potem, ale nie przy śledczym. Popłakałam się i uwierzyłam mu. Rozmazały mi się oczy i ryczałam jak bóbr. Jak zgasło światło zaczęłam krzyczeć, że celowo wyłączył prąd w pokoju, bo w więzieniu na pewno jest światło. Po jakiejś chwili ktoś otworzył drzwi i mnie wypuszczono. Rzeczywiście na korytarzu nie było światła, ale ja byłam w takiej histerii, że nie usłyszałam, jak przejmuje mnie inny oddziałowy i prowadzi na widzenie z Krzyśkiem. Wyjaśniałam mu, że mąż jest aresztowany i że to podpucha i konfrontacja. Mówiłam, że wszystko jest ukartowane i że będą nas podsłuchiwać. Weszłam na widzeniówkę i zrobiłam „widowisko”. Krzysiek siedział uśmiechnięty; nie rozumiałam, dlaczego się uśmiecha, skoro jest aresztowany. Zabroniłam mu się odzywać, bo może nam zaszkodzić. Nie wierzyłam mu, że dzieci są w Gdańsku, bo pojechały na wakacje do babci. Zabrali je znajomi, bo jechali na wczasy. Nie wierzyłam mu w nic. Cały czas płakałam. Krzysiek się wtedy przeraził. Wszystko to na dwa dni przed amnestią! Jak ochłonęłam pod celą po jakichś środkach uspakajających, zaczęłam myśleć bardziej logicznie, ale dalej płakałam z wściekłości, że tak w ostatniej chwili udało im się mnie załamać. Myślałam też, w jakim stanie Krzysiek jedzie do domu.

Siedziałam w tej samej celi od 16 maja do 27 lipca. Było nas tam czasem do dziesięciu kobiet. Najstarsza była Ernestyna ze Śląska. Zabiła męża, siedziała już czternaście lat. Znalazła się w szpitalu, bo mogła z niego wyjść na chwilowe zwolnienie warunkowe. Bała się bardzo. Nie znała się na pieniądzach, kartkach, nie miała gdzie mieszkać. Wszyscy ją opuścili. Rozczesywała swoje siwe długie włosy. Przeważnie siedziała na łóżku. Mało mówiła. Była trochę jak mężczyzna. Obok niej spała Róża z Kazimierza. Była malutka i niezwykle ruchliwa. Chorowała na żołądek. Siedziała za nielegalny handel alkoholem. Dostała kolegium, które musiała odsiedzieć i martwiła się, że ją wypuszczą na zimę. Też nie miała gdzie pójść, bo jej konkubent – jak mówiła – już miał inną kobietę. Powtarzała, że musi coś wykombinować i wrócić do aresztu na zimę. Ciągle się śmiała. Pastowała w soboty podłogę pod celą. To ona wiedziała jakie wybierać ręczniki – trzeba było wybierać takie, żeby można było wypruwać z nich kolorowe nitki do haftowania. Do dziś mam jeszcze papierowe szpulki z kolorowymi nitkami. Nigdy nie myślałam, że z szarych ręczników można wyciągnąć tyle koloru. Mam pozaczynane serwetki z kwiatami i inicjałami K, M i duże K.

Na środkowym łóżku siedziała małolata Jadźka. Zwinęła radio z magnetofonem znanemu piosenkarzowi. Mieszkali obok siebie, na Starym Mieście. To ona postawiła butelkę Słonecznego Brzegu jak przez radio poszła wiadomość o amnestii tylko dla politycznych – zrobiła się wówczas taka cisza pod celą, że ona zawołała na klawisza i dała mu pieniądze, by kupił koniak. Gdyby nie ta butelka, kobiety zapłakałyby się na śmierć. A tak to płakałyśmy i jeszcze śmiałyśmy się, ale krótko. Nie spałyśmy tej nocy. Był wtedy zaostrzony dyżur. Całą noc słychać było karetki. Przywożono więźniów po „połykach” i uszkodzeniach. Amnestia nie była taka szeroka, jak ją zapowiadano.

Krótko była z nami Kaśka. Była śliczną dużą dziewczyną. Stała na straży, jak jej narzeczony zamordował kogoś na Woli Justowskiej. To było głośne morderstwo na zamówienie, za pieniądze. Jej narzeczony był już po sprawie, dostał kaeskę; siedział w pojedynce na „Monte” i czekał na uprawomocnienie się wyroku. Ona siedziała w Myślenicach i jak dowiedziała się, że jej narzeczony jest na „Monte” to szybko zrobiła „połyk” z haczyków od sprężyn i przewieziono ją do szpitala więziennego. Siedziała kilka dni wyprostowana na łóżku i te haczyki schodziły w niej coraz niżej i niżej. Robiono jej zdjęcia rtg. W końcu wzięto ją na operację, byle nie dopuścić do zapalenia otrzewnej, jak powiedziała. Nie bała się, była szczęśliwa. Siedziała nieruchomo wyprostowana, bo bolało ją, jak zmieniała pozycję. Była szczęśliwa, że jest tak blisko narzeczonego i miała pretensje do wychowawcy, że nie puszczają w radiowęźle tych piosenek, które ona sobie życzyła. Tłumaczyła nam, że on by zrozumiał, że ona jest obok. Ale i tak była radosna – mimo bólu. Zaraz po operacji zabrano ją z powrotem do Myślenic. Nauczyła mnie zwijać tytoń z niedopałków w gazetę i palić „Hawaje”. Nauczyła mnie robić mocną herbatę. Zaparzała cały słoik herbaty, wrzucając do niego przeciwbólowe pigułki, które chowała. Nie połykała ich, a cały czas o nie prosiła. Owijała ten słoik na godzinę ręcznikami i kocami. To było jak misterium. Czasem jeszcze dodawała do niego pastę do zębów.

Zaraz po Kaśce przywieziono Jadzię Kempę z Sosnowca. Jadźka była polityczna i do amnestii było nas dwie na celi. Mówiła, że ma SM i na początku nie wstawała. Potem powoli chodziła. Była bardzo podobna do Jankowskiej-Cieślak. Modliła się stale. Było nam raźniej. Chodziłam z nią po celi tam i z powrotem. Kiedy dostałam od Krzyśka w szczypiorku w paczce zawinięte stokrotki, chodziła od łóżka do stołu, żeby powąchać jak pachną.

Siedziała jeszcze z nami młoda cyganka. Powiedziała, że za kury. Nie odzywała się w ogóle i całymi dniami leżała. Nie wychodziła na spacernik. Nic nie robiła; nigdy nic nie umyła, ani nie pomogła. Myślałyśmy, że nic nie rozumie, albo w ogóle nie mówi. Pewnego razu klawisz otworzył drzwi żeby nam dać czajnik z wrzątkiem. Za klawiszem stał cygan. Dała wtedy takiego susa do drzwi i tyle nagadała po cygańsku na przemian z nim, że patrzyłyśmy jak zahipnotyzowane. Od tego czasu wywalałyśmy ją z łóżka do roboty, do umycia podłóg. Bardzo się ociągała. Była strasznie niemrawa.

Mijały kolejne dni. Jak nie było wrzasków na celi dostawałyśmy całe kartony gazy do cięcia i przygotowania gazików i opatrunków. To nas łączyło. Piłyśmy herbatę, pracowałyśmy, a ja odpowiadałam za maleńkie nożyczki. Korzystałam z biblioteki. Raz na tydzień przyjeżdżał wózek z katalogami. Można było pożyczyć książki. Wszystko można było zamówić. Panowie byli świetnie zorientowani. Biblioteka była znakomicie zaopatrzona, najlepsza z więziennych, podobno współpracowała z tymi na zewnątrz. Zawsze się dostawało wszystko, co się zamówiło, nawet obiecywano „RES-y”. Przeczytałam całego Lorkę i zapisałam gruby zeszyt jego wierszami.

Niedzielne popołudnia wybrukowane były pisaniem listów i kartek do domów. Mam te listy ozdobione rysowanymi niezapominajkami i myszkami dla dzieci, podpisane: Ewa A córka Teodora. Mam te kartki i listy, ocenzurowane z myszkami schlapanymi pieczątkami. Mam zasuszone kwiatki, jakąś różę i stokrotki. Mam kasetę z Frankiem Kimono. Całymi dniami leciał przez radiowęzeł, a na tydzień przed amnestią szedł na okrągło. Ciepłe czerwcowe noce, otwarte lufciki, zapach kwitnących kasztanów. Nocami dolatywał głos z dworca głównego zapowiadający pociągi. To było tak blisko.

Śpiewałyśmy taką piosenkę. Podobno jakaś polityczna ją ułożyła, jak była na szpitalu:

Dziwne Krakowa poznawanie,
na Montelupich mam mieszkanie.
Wiatr w gałęziach się błąka,
Kasztany całe w pąkach.

Na moim łóżku kiedyś spała Anka Walentynowicz. Krótko była. Ernestyna ją pamiętała. Miała zagraniczne lekarstwa.

Nie zostałam wypuszczona na imieniny Krzyśka. Wyszłam dwa dni później, czyli 27 lipca. Wychodziłam w ostatniej lub przedostatniej transzy politycznych z „Monte”, chociaż wszystkie kobiety wypuszczono na początku amnestii.

Na „Monte”, w samym szpitalu, było dobrze. Mam do tej pory ogromne uczucie wdzięczności dla personelu i lekarzy. Na początku dostawałam jakieś ogłupiające pigułki – może to był sposób na wyjście na wolność poprzez otrzymanie psychiatrycznych papierów, jak mi to ktoś tam tłumaczył; podobno kuria się starała. Nie chciałam z takiej furtki korzystać i przestano mi je dawać.

Paczki były robione przez straganiarki na Kleparzu. Krzysiek przyjeżdżał rano i zlecał zrobienie paczki dla więźnia politycznego. Dostawałam bukieciki stokrotek owinięte szczypiorkiem. Maleńkie różyczki w sałacie. Umyte truskawki i rzodkiewki. Raz dostałam domowe ciasto na papierowej serwetce w wycinane serduszka. Pod ciastem był napis ołówkiem: Kochamy cię.

Trzymali mnie w „pionie” przyjaciele na wolności. Dr Ewa Boupre zorganizowała miejsce w szpitalu na ul. Kopernika, gdyby tylko zechcieli mnie wypuścić z „Monte” do szpitala na zewnątrz, ale nie chcieli. Dziewczyny, które opiekowały się moimi dziećmi: Grażynka, która codziennie rano zaplatała warkocze mojej córce i wyprawiała ją do szkoły, Zosia, która przychodziła im czytać wieczorem książeczki (Dzieci z Bullerbyn) i sprawdzać lekcje, Joasia, która piekła ciasta – kiedyś piekła placek i włożyła w niego wszystkie bakalie zbierane na święta. Taki miał być dobry i pożywny, ale zrobił się zakalec, trzeba było jeszcze raz go upiec. Ktoś gotował im obiady, a Hanka chodziła z Martą na nabożeństwa Białego Tygodnia. Koledzy, którzy pokończyli nasze projekty, kiedy Krzysiek kursował między Krakowem a Nowym Sączem. Moi rodzice – trzeba było utulić wieczorem moje dzieci, kiedy Krzysiek zostawił je w Gdańsku. Pojechały do dziadków na wakacje. Kuma i jej koty tarmoszone przez moje dzieci – na zdjęciach stoją na podwórku w Sopocie z dwoma kotami, Kuba nieśmiało pokazuje palcami literkę V. Wszyscy, o których wiem i nie wiem, że nas wspierali. Było warto, mimo że teraz jest jak jest i Krzysiek już od dawna nie żyje.

* zachowana pisownia oryginalna

Relację spisał Sławomir Chmura
Redakcja Alicja Lipska