L00104 Eugeniusz Baran

Z Encyklopedia Solidarności

Tylko w Internecie.

Relacja Eugeniusza Barana

W 1976 roku żyliśmy tym, co się działo w kraju. Po strajkach w Radomiu dużo osób zostało pokrzywdzonych i zwolnionych z pracy. Zaczęły do nas napływać ulotki z prośbą o pomoc dla nich. Szkoda tylko, że nikt nie zachował tych ulotek dla potomnych. Zaczęliśmy zbierać potajemnie pieniądze. Nie pamiętam już nazwisk osób, które przyjechały z Radomia. Jedna z nich była u mnie w domu, gdzie omawialiśmy jak skutecznie organizować pomoc. Chodziło też, by oprócz wsparcia finansowego, organizować również wsparcie moralne poprzez podejmowanie akcji na terenie zakładu pracy.

ZNTK (Zakłady Naprawcze Taboru Kolejowego w Nowym Sączu) był największym zakładem w Nowosądeckiem, liczył ok. 6 tys. osób. Na terenie zakładu zostały rozrzucone ulotki potępiające działania władz. Wydrukowane zostały poza Nowym Sączem – chociaż z treści można by wnioskować, że zrobiono je na miejscu. Ulotki zostały wyrzucone przez okno w biurowcu, kiedy ludzie zmierzali rano do pracy. Chętnie je zbierano. Po ok. pół godzinie zjawiła się milicja i SB. Rozpoczęły się dochodzenia. Ja pracowałem na Wydziale Wagonowym i któregoś dnia zostałem wezwany, wypytywano mnie czy czegoś nie widziałem. Oczywiście zaprzeczyłem, że cokolwiek wiem i widziałem, chociaż było zupełnie odwrotnie. Zniszczyłem jednak tę ulotkę po przeczytaniu, gdyż obawiałem się rewizji w miejscu pracy. Od tego czasu byłem sympatykiem KOR-u, co później wytykały mi przez władze zakładu. W latach 70-tych miałem zaufanie u ludzi na Wydziale Wagonowym, pracowało tam ok. 1200 osób. Dzięki temu zwyciężałem w wyborach na przewodniczącego Rady Robotniczej na wydziale, co bardzo nie podobało się „towarzyszom” partyjnym. Wiele spraw było kierowanych właśnie do mnie.

W 1976 roku sytuacja była odwrotna od tej z października 1956, kiedy ten sam zakład – w którym pracowało wówczas ok. 7,5 tys. osób – wyległ cały przed dom kultury z poparciem dla Władysława Gomułki, nowego I sekretarza. W 1956 roku wyszedł na balkon niejaki Szczerba i zaczął przemawiać: „Drodzy koledzy, precz z pałkami stalinowskimi. Niech żyje wolna Polska!” Inni podchwycili to i skandowali. Wydawało się, że w związku z tą odwilżą wszystko będzie dobrze. Niestety, zaczęto przykręcać śrubę jakby nic się nie zmieniło. Widać było przynajmniej, że w ludziach tkwi ten nurt wolnościowy, społeczny, który był uśpiony. Bez tej atmosfery nawet tysiąc Wałęsów nie obaliłby niczego. Wydaje mi się, że społeczeństwo ruszyło się, by spełnić życzenia ojców i dziadów, którzy walczyli i ginęli za tę Polskę... Zrobić to, co oni zrobili w 1918 roku po 123 latach niewoli. I dlatego rok 1980 warto chyba zawdzięczać nie tyle Wałęsie, co całemu społeczeństwu. Podczas zjazdu w Gdańsku w 1981 roku, dziennikarz jednej z gazet, którą do dzisiejszego dnia mam w domu, zapytał mnie, kogo widzę na stanowisku przewodniczącego. Odparłem: „Podczas pierwszej kadencji na tym stanowisku widzę Wałęsę. Następnej absolutnie nie”. Oburzyły mnie słowa Wałęsy, który powiedział: „Jeśli mnie za przewodniczącego nie wybierzecie, to ja z Solidarności rezygnuję”. Obecnie nic się mu już nie podoba, ale „ja” pozostało. Kiedy Wałęsa przyjechał w latach 80-tych do Nowego Sącza to cały dzień przygotowywaliśmy się do tej wizyty, łącznie z ochroną i opaskami z napisem Solidarność – jedną mam do dzisiejszego dnia.

28 sierpnia 1980 roku na Wydziale 5, tj. na spalinówkach przerwano prace nie informując o tym fakcie innych wydziałów. Gdy dowiedzieliśmy się o tym wysłaliśmy tam swoich przedstawicieli. Kiedy zjawili się na Wydziale 5 to okazało się, że już wznowiono tam pracę. Cała akcja trwała ok. godziny. Największy wydział, na którym pracowałem, tj. wagonowy zrezygnował z podejmowania podobnej akcji ze względu na brak przygotowania i możliwości poderwania całego zakładu. Dopiero 18 września – wobec faktu, że w całym kraju podejmowano protesty, a w Nowym Sączu w największym tu zakładzie nic się nie działo – podjęliśmy działania wśród ludzi, by zakład stanął. Kiedy nasz Wydział Wagonowy to zrobił, to od razu porozsyłaliśmy ludzi na inne wydziały by wytypowali swoich przedstawicieli i przysłali na nasz wydział. Po ich przyjściu uzgodniliśmy, by doprowadzić do rozmowy z dyrektorem zakładu Władysławem Stenderą. Chcieliśmy mu przedstawić nasze postulaty. Poszedłem do niego i powiedziałem mu, że zapewne wie, iż załoga stoi i by zszedł na dół bo ludzie chcą rozmawiać. Gdy zeszliśmy ludzie podnieśli mnie na jakiś stół, z którego powiedziałem do dyrektora: „Widzi pan co jest. Są tu przedstawiciele wszystkich wydziałów i jeżeli pan dyrektor nie będzie z nami rozmawiał na temat postulatów to niestety będzie strajk”. Dyrektor odpowiedział: „Zgoda, na którą godzinę się umawiamy?” Uzgodniliśmy, że spotkamy się o godz. 12.00 na świetlicy zakładowej. Józefa Jareckiego – młodego inżyniera – wybraliśmy na szefa tej grupy, która miała spotkać się z dyrekcją. Z załogą zakładu uzgodniliśmy, że wróci do pracy, a w południe poinformujemy ją, czy dyrektor zgodził się na nasze postulaty i podejmiemy decyzję o ewentualnym strajku w całym zakładzie pracy. W międzyczasie powstał Komitet Strajkowy, który opracował i o godzinie 12.00 przedstawił trzy główne postulaty: 25% podwyżka płac brutto ze względu na panującą drożyznę, przyjazd ministra komunikacji do zakładu oraz przeprowadzenie wyborów do Rad Wydziałowych i Zakładowej ze względu na brak w tym czasie wolnych związków zawodowych. O godzinie 12.00 przyszedł dyrektor i poinformował, że się zgadza na przedstawione mu postulaty. Następnie poszedłem do radiowęzła i ogłosiłem, „że pracujemy bo dyrektor się zgodził na postulaty. Teraz będziemy uzgadniać szczegóły”. Następnie Komitet Strajkowy przekształcił się w Komitet Robotniczy w dziesięcioosobowym składzie: Józef Jarecki – przewodniczący, ja zostałem jego zastępcą; członkami tego komitetu zostali: Andrzej Pałka, Jan Kociołek, Kazimierz Adamczyk, Henryk Majocha, Mieczysław Świebodzki, Józef Orlita, Roman Kałyniuk, Władysław Sławecki. Zostaliśmy wybrani, by przygotować wybory oraz ordynację wyborczą do tych rad.

Okazało się jednak, że nie mamy wiedzy na temat tych rad, które próbowaliśmy powołać, a termin ich wyboru ustalony był na 26 września. Podszedł do mnie jakiś pracownik z innego wydziału i poinformował, że jadąc pociągiem z Warszawy spotkał podróżującego z Gdańska inżyniera, który jest zaznajomiony z sytuacją związkową. Pojechaliśmy do Muszyny by go odszukać. Oprócz mnie udali się tam jeszcze Jarecki i Kociołek. Jan Kociołek był podczas wojny w Armii Krajowej i patriotyzm miał we krwi. Kierowcą był Kubańczyk zatrudniony w naszym zakładzie pracy, który miał „Malucha”. Pojechaliśmy nim do Muszyny. W jakimś sanatorium na recepcji zacząłem wypytywać o tego inżyniera, którego nazwiska nie znaliśmy. Recepcjonistka poinformowała nas, że się nie orientuje, bo jest dużo osób. Powiedziała tylko, że obecnie goście jedzą kolację na sali. Poszedłem tam i donośnym głosem zapytałem czy jest na sali inżynier z Gdańska. Wstał jeden mężczyzna i odpowiedział, że to właśnie on. Siedzieliśmy następnie z półtorej godziny z nim. Udzielił nam wiarygodnych informacji. Dał również założenia do statutu, ale nie były to konkrety. Dlatego poprosiliśmy go, by do nas przyjechał.

Na zakładzie pracowała Marysia Wojnar, która była sprzedawczynią w kiosku zakładowym. Kiedy dowiedziała się o naszych kłopotach poinformowała mnie, że posiada numer telefonu do Józefa Okarmusa z Krakowa. Z Jareckim zadzwoniliśmy do niego i umówiliśmy się z Okarmusem na konkretny dzień i godzinę jego przyjazdu do nas. Kiedy zorganizowaliśmy wybory 26 września ludzie zebrali się na świetlicy. Byli tam również przedstawiciele partii – taki to był czas, kiedy nie było wszystko wiadome do końca. O wyznaczonej godzinie przedstawiciel z Krakowa się nie zjawił, więc poprosiłem zebranych by jeszcze poczekali. Spóźnił się pół godziny. Zaraz na wstępie powiedział: „Proszę panów, proszę pana – zwrócił się do mnie – jeśli mają się odbyć wybory, to ja wychodzę. Nie wolno absolutnie robić wyborów robić, trzeba poczekać”. Powiedział, że można wybrać tylko tymczasowy Komitet Założycielski – „żadne rady, tylko związek” – co też uczyniliśmy. On też pierwszy powiedział: „NSZZ, czyli Niezależny Samorządny Związek Zawodowy. I do tego związku należy się przygotowywać”. Oczywiście wtedy nie było jeszcze słowa „Solidarność”. W składzie Komitetu Założycielskiego znalazło się 25 osób. Zaczęliśmy sporządzać listy osób chętnych do nowego związku. Po jakimś czasie Jarecki (przewodniczący Komitetu Założycielskiego) przeszedł do MKZ w Nowym Sączu, a ja zostałem przewodniczącym. Na zastępców wziąłem Józefa Filipka, Jana Jarka oraz Henryka Majochę. Skierowaliśmy pismo do dyrektora Stendery o urlopowanie tych osób.

Pewnego dnia przyszedł do nas faks od kolejarzy, by wyznaczyć dwóch przedstawicieli jako wsparcie do rozmów z komisją rządową. Ja i Filipek pojechaliśmy na te rozmowy do Wrocławia. Kolejarze się ucieszyli, że dołączył do nich również Nowy Sącz. Przed rozpoczęciem rozmów odbywał się strajk w świetlicy dworcowej do którego dołączyliśmy. Wszystko było otoczone kordonami milicji, udawało się jednak dostarczać strajkującym żywność. Raz tylko między 22 października, a 6 listopada była możliwość skorzystania z pryszniców. W tym celu robotnicy z Pafawagu przyszli i eskortowali nas szpalerem do ich zakładu. Przygotowali nam też porządny obiad. Odwiedzili nas też Jarecki i Henryk Pawłowski z Nowego Sącza. Kiedy Jarecki zobaczył, w jakich warunkach tu przebywamy to się rozpłakał. 1 listopada udaliśmy się wszyscy wspólnie na cmentarz i do kaplicy cmentarnej.

Kiedy w końcu doszło do rozmów z komisją rządową to okazało się, że ZNTK w Nowym Sączu jako jedyny spośród wszystkich ZNTK-ów nie strajkował, co oczywiście próbowali wykorzystać przedstawiciele strony rządowej. ZNTK w Nowym Sączu był drugim co do wielkości w Polsce. Zaczęło dochodzić do przerw w rozmowach. Widząc to wszystko powiedziałem, że nie jest to możliwe. Wtedy podszedł dyrektor ZNTK we Wrocławiu i poprosił mnie do telefonu. Dzwoniącym był dyrektor Stendera, który chciał się dowiedzieć jak wygląda sytuacja. Ja zakląłem i powiedziałem, że jest kompromitacja na całego: „Wszystkie ZNTK-i stoją, a nasz nie!” Z kolei on zaklął i zadał pytanie: „A co, ja mam podjąć? Jak pan wyjechał to schodzą się i rozchodzą i nie ma komu podjąć”. W końcu uzgodniliśmy telefonicznie, że za pół godziny czyli o godzinie 14.00 Nowy Sącz będzie stał. Wtedy poszedłem na salę obrad z uśmiechem i zakomunikowałem, że o godz. 14.00 ZNTK w Nowym Sączu będzie stał. Cała sytuacja wynikła z pilnego terminu oddania czegoś do eksploatacji. Wówczas przedstawiciel strony rządowej powiedział, że w takim wypadku to robimy przerwę. Oni mieli łączność cały czas. Dopiero o godz. 14.00 zaczęli z nami rozmawiać. Dyrektorowi Stenderze udało się doprowadzić do zatrzymania pracy w ZNTK w Nowym Sączu. Mimo że był w PZPR, to kiedyś należał do AK; kiedy Niemcy wieźli go do Oświęcimia uciekł przed Tarnowem z transportu. Wiele dla zakładu zrobił. Podczas rozmów uchwalaliśmy pragmatykę kolejową wspólną dla ZNTK-ów i PKP. Powstała wówczas również Krajowa Komisja Porozumiewawcza ZNTK i PKP, do której wszedłem obok m.in. Plucińskiego z Gdańska. Jej spotkania odbywały się w Ostrowie Wielkopolskim, Opolu, Wrocławiu, Gdańsku. Wiele w tamtym czasie jeździłem po Polsce.

W siedzibie Komisji Zakładowej u nas w ZNTK zawisł drewniany krzyż zrobiony przez rzeźbiarzy, którzy mieli nazwę „Konary”. Krzyż był piękny. Towarzysze partyjni, którzy czasem tam przychodzili, byli zniesmaczeni tym faktem, ale nikt nie ośmielił się protestować. W momencie mego internowania krzyż został zabrany przez Stanisława Cichońskiego i przekazany mi po opuszczeniu Załęża. W roku 1990 przekazałem go do Komisji Zakładowej Solidarności w ZNTK.

Od 1 grudnia 1980 roku zaczęliśmy przeprowadzać wybory do Komisji Wydziałowych, których powstało 32. Już wówczas mieliśmy statut związku Solidarność. Na odsłonięcie pomnika pomordowanych stoczniowców 16 grudnia załatwiłem salonkę, którą pojechaliśmy do Gdańska. Jako przedstawiciele załogi ZNTK składaliśmy wieniec, chociaż nie pierwszego dnia, bo było to niemożliwe ze względu na liczbę delegacji. Udało się to dopiero nazajutrz. W naszej delegacji oprócz mnie byli również Stefan Popiela i Leon Nowakowski, który wcześniej był w organizacji ks. Gurgacza. Wszyscy byliśmy z Wydziału Wagonowego.

Podczas strajku w nowosądeckim Ratuszu od 9 stycznia 1981 roku z ZNTK oddelegowanych było 17 pracowników jako uczestników tego protestu. Dyrektor Stendera dał nam samochód, którym zawiozłem 40 śpiworów oraz zupy regeneracyjne. Dał również pieniądze na dodatkowe obiady do wykupienia w restauracji. Kiedy 11 stycznia o godz. 21.00 z polecenia ówczesnego prezydenta Nowego Sącza milicja usunęła nas z Ratusza przenieśliśmy się na ul. Zygmuntowską do Domu Robotniczego. Nie pozwolili nam zabrać nic za wyjątkiem krzyża, który niósł Stefan Popiela. Domagaliśmy się przyjazdu komisji rządowej. By wzmocnić nacisk 16 stycznia ZNTK przeprowadził jednogodzinny strajk, co było bardzo pomocne. Po wydaniu przez ZOMO rzeczy zostawionych w Ratuszu okazało się, że brakuje dwóch śpiworów. Dyrektor anulował ew. zapłatę za ich brak.

Ogłosiliśmy konkurs na projekt znaczka Solidarności i sztandar związkowy. Był to pierwszy na Sądecczyźnie sztandar Solidarności. W konkursie udział wzięli: Józef Dobosz, Eugeniusz Zakrzewski i Sobczyk, który wygrał. Nagroda wynosiła 5 tys. zł. i złożyli się na nią pracownicy, wtedy to nie była jakaś wielka kwota. Wykonanie samego sztandaru załatwił i zlecił Jan Jarek zakonnicom w Grybowie.

W marcu 1981 roku doszło do wyborów do Komisji Zakładowej, w których nie uczestniczyłem. Kilku innych działaczy, którzy intensywnie działali przy zakładaniu związku, też zrezygnowało, m.in. Józef Jarecki oraz Jan Jarek. Jeździłem wtedy po całej Polsce. Przewodniczącym wybrano Stanisława Cichońskiego, jego zastępcą Konstantego Konara, sekretarzem Jana Żuchowicza, a skarbnikiem Władysława Mikulca. Mnie wybrano przedstawicielem na Walne Zebranie Delegatów, które miało odbyć się w Tarnowie. Tam z kolei wybrano mnie do Komisji Rewizyjnej w Zarządzie Regionu, zostałem też delegatem na Krajowy Zjazd w Gdańsku.

14 maja 1981 roku na Wydziale Wagonowym została odprawiona msza w intencji papieża rannego w czasie zamachu. Wiele inicjatyw zawiązywało się na tym właśnie wydziale. Stolarze wykonali prowizoryczny krzyż z desek, który po mszy wkopaliśmy obok biurowca. Stoi tam do dzisiejszego dnia, choć oczywiście jest to już inny krzyż. Mszę celebrował jezuita o. Augustynek. Obecnie sądecki stadion nosi jego imię.

Na pogrzeb kardynała Stefana Wyszyńskiego w dniu 31 maja 1981 roku w Warszawie zorganizowaliśmy dwa autobusy dla pracowników. Na autokarze umieściliśmy transparent z napisem: Solidarność Nowego Sącza żegna Prymasa Polski Stefana Wyszyńskiego. Jeszcze w Nowym Sączu autokary stanęły, a my przemaszerowaliśmy z tym transparentem ulicami. Ludzie zatrzymywali się i bili brawo. Msza w Warszawie odbyła się na Placu Zwycięstwa, obecnie Piłsudskiego. Posiadam zdjęcia z tej uroczystości.

15 sierpnia 1981 roku odbyło się uroczyste poświęcenie sztandaru zakładowej Solidarności z ZNTK na stadionie Sandecji. Wcześniej jednak trzeba było oczyścić stadion z trawy i chwastów, którymi był strasznie porośnięty. W tym celu po pracy ekipą 20-30 osób chodziliśmy tam i sprzątaliśmy. Na tę uroczystość został wykonany specjalny krzyż. Samą mszę celebrował biskup Józef Gucwa. Mnie spotkał ten zaszczyt, że byłem w poczcie sztandarowym obok Mieczysława Świebockiego i Karola Zontaka. To było pierwsze poświęcenie sztandaru Solidarności na Sądecczyźnie.

Odnośnie do stanu wojennego... Pochodzę z Zawady – dziś jest to dzielnica Nowego Sącza. Przed 13 grudnia 1981 roku mieszkałem już w Nawojowej i tam też Służba Bezpieczeństwa nachodziła mnie podczas zjazdu w Gdańsku. Postanowienie o internowaniu wystawione było jednak na inny adres w Zawadzie, gdzie mieszkał mój brat. Tam też w nocy 13 grudnia o godzinie 12.00 pojawili się esbecy. Brat nie chciał powiedzieć, gdzie mieszkam, więc został zatrzymany i siedział 3 dni w areszcie. Dotarli do mnie kilka godzin później, o 4.30 nad ranem. Trzech po cywilnemu weszło do domu. W tym czasie moi synowie spali i nic nie wiedzieli. Esbecy powiedzieli, bym się ubierał. Zapytałem, o co chodzi. Na żądanie żony dali jej pokwitowanie – był to nakaz zatrzymania, ale bez pieczęci. Mimo że domagali się bym szybko się ubierał, to postanowiłem się ogolić. Mogłem uciec, ale zastanawiałem się o co tu chodzi. Po wyjściu z domu zauważyłem dwa samochody. W tym momencie esbecy chcieli mnie skuć kajdankami. Zaprotestowałem i powiedziałem, że skoro jest ich tak dużo, to co za honor mnie skuwać... Udało mi się jeszcze przekazać żonie kilka dolarów trzymanych na „czarną” godzinę. W samochodzie siedziałem między dwoma esbekami. Nie rozmawialiśmy ze sobą. Po przyjeździe na komendę milicji odebrano mi pasek, sznurówki i inne rzeczy osobiste. Zapytałem w końcu milicjanta, co się dzieje. Wrzasnął, bym „stulił mordę”. Odpowiedziałem, że mam syna w jego wieku. Dodałem również, że teraz już wiem, kto zaczyna rządzić w tej kochanej ojczyźnie. Gdy siedziałem usłyszałem nazwiska działaczy Solidarności jak Andrzej Szkaradek, Władysław Piksa i innych, wywoływanych i następnie stuk zamykanych zamków. Wywołano też Mariana Białoskórskiego, który był ze Stronnictwa Demokratycznego. W tym momencie wywołano też mnie. Gdy wyszedłem Białoskórski zaczął się ze mną wylewnie witać, milicjanci skuli nas razem.

Zapakowali nas do „kibitki”, skutych po dwie osoby; była to pierwsza tura wywózek do Ośrodków Internowania. Gdy nas wieźli i przejeżdżaliśmy obok Ratusza wszyscy zaczęliśmy śpiewać „Jeszcze Polska nie zginęła”. Zaczęli nas oczywiście uciszać. Zatrzymaliśmy się w Gorlicach gdzie wprowadzono jeszcze jedną osobę, gość strasznie na wszystko klął. Nie był w kajdankach, był sam. Odezwałem się do niego, by nas nie dołował bardziej widząc przecież, co się dzieje. Odpowiedział, że pewnie mamy go za kapusia. Zaprzeczyłem, ale powiedziałem, że mamy świadomość iż niektórzy pracują pod przykrywką. Wtedy się rozpłakał.

Po przyjeździe do Załęża koło Rzeszowa oddali nam nasze rzeczy osobiste. Od razu założyłem krawat. Jeden z milicjantów, którzy nas konwojowali podszedł do mnie i zaczął mi wpychać papierosy do kieszeni. Ja się wzbraniałem, ale on się uparł. Poleciały mu też łzy po policzkach. Pomyślałem, że jednak są jeszcze po tamtej stronie ludzie, którzy nam współczuli. On też pewnie do końca nie wiedział gdzie nas wywiozą, może gdzieś na „białe niedźwiedzie”. Na koniec uścisnął mi rękę. Niewiele trzeba by drugiego człowieka wesprzeć. Chciałbym się z nim dziś spotkać.

W Załężu ponownie zabrali nam sznurówki, paski i inne rzeczy osobiste, przemyciłem jedynie zegarek. Pobrali od nas również odciski palców. Następnie zaprowadzono nas do cel – ja z Białoskórskim znalazłem się w jednej. Były tam piętrowe łóżka. Białoskórski stwierdził, że trzeba zajmować górne prycze „w razie gdyby tłukli”. Na górze były jednak tragiczne warunki ze względu na unoszące się zapachy. Nie byłem recydywą więc nie miałem o tym wszystkim pojęcia. W pierwszych dniach było bardzo ciężko. W celi byli z nami Jerzy Las z Sandomierza i Antoni Weryho z Rzeszowa, którzy inicjowali tworzenie różnego rodzaju utworów i piosenek. A że mieliśmy papier i długopisy oraz dużo wolnego czasu, by się czymś zająć zaczęliśmy tworzyć. Były to często piosenki o internowaniu i ogólnie o sytuacji w kraju. Później było wspólne śpiewanie w celi. Na spacerniku – gdzie równocześnie przebywali uwięzieni z dwóch czy trzech cel – przekazywaliśmy je innym, często wspólnie i głośno śpiewając. Było to słyszane w wielu celach. Inne utwory satyryczne przekazywaliśmy współwięźniom na kartkach podczas mszy. Nigdy jednak nie mogli dorównać w „twórczości” studentom, którzy potrafili rozrabiać niemiłosiernie. Rozprowadzaliśmy również wśród osadzonych instrukcje, jak zachowywać się podczas przesłuchań – jak odpowiadać na pytania lub by nie odpowiadać w ogóle. W każdym razie nie należało mówić prawdy. Przydało się to po wyjściu na wolność podczas licznych przesłuchań.

Pewnego dnia powiedziałem, że więcej na spacernik nie pójdę. Czułem się jak lew zamknięty w klatce. Nad nami była metalowa siatka. Siatka na górze została założona jakiś miesiąc wcześniej, gdyż wówczas przebywający tam więźniowie kryminalni zdołali wedrzeć się na komin. Nad siatką była budka strażnicza z uzbrojonym w długą broń zomowcem. W moich oczach wyglądał jak esesman. Stąd się wzięła moja decyzja, by zaniechać wychodzenia na spacernik. Ale Jerzy Las i Antoni Weryho powiedzieli bym jednak chodził, bo dodatkowa izolacja nic mi nie da. Ostatecznie zacząłem chodzić na te spacery. Było to zwykle pół godziny lub godzina.

Na spacernik wyprowadzał nas często młody chłopak ze służby więziennej, którego kiedyś poczęstowałem papierosem. Nieufnie, ale jednak przyjął go wtedy. W czasie wigilii ten sam strażnik zrewanżował się, przynosząc mi opłatek do celi, którym podzieliłem się ze współwięźniami. W ten wieczór w celi do późna śpiewaliśmy wspólnie kolędy – chociaż strażnicy nas uciszali i wyłączyli światło. Chyba na początku roku przyjechał do nas biskup tarnowski Jerzy Ablewicz przywożąc nam produkty żywnościowe, za które podziękowałem będąc później w Tarnowie. Zebrali je wierni, mimo że żywność była wówczas na kartki. Odbyła się również msza na korytarzu, który miał ok. 50 m długości i był dość szeroki. Zgromadzono na nim wszystkich osadzonych. Zomowcy stali w drzwiach cel. Podczas mszy można się było wyspowiadać. Śpiewaliśmy również kolędy. Jerzy Wyskiel z Nowego Sącza był jednak chory i nie wyszedł na korytarz. Ja podszedłem do biskupa i poinformowałem go o tym, wyrażając obawy, że go do Jurka nie przepuszczą. Biskup odparł jednak, że go puszczą, co też się stało. Wtedy też podszedł do mnie mężczyzna, którego dołączono do naszego transportu w Gorlicach, a co do intencji którego wyrażaliśmy obawy. Powiedział do mnie: „mieliście mnie za kapusia, a ja też tu jestem”. Przeprosiłem go i uścisnąłem.

Kiedyś ktoś krzyknął: „Wyskiel umiera!” Zaczęliśmy tłuc w drzwi. Zrobił się wielki szum. Wieczorem go zabrali, ale rano był już z powrotem. Poprosiłem tego młodego strażnika, którego wcześniej częstowałem papierosami, by umożliwił mi widzenie z Wyskielem, który jest chory i jak ja pochodzi z Nowego Sącza. Strażnik nic nie odpowiedział, jednak wieczorem o godz. 11.00 usłyszałem szczęk otwieranego zamka – ów strażnik zaprowadził mnie do chorego. Wziąłem ze sobą trochę wędliny, którą dostałem z domu. W rozmowie z Wyskielem zacząłem go wspierać i pocieszać, by się trzymał w całej tej sytuacji. Później się okazało, że strażnik, który mi pomagał, był w jakiś sposób wcześniej związany ze związkiem Solidarność.

Pod koniec stycznia do Załęża przyjechał drugi biskup tarnowski Józef Gucwa. Wówczas msze odprawiane były na świetlicy, do której przyprowadzano osoby z kilku cel. Miał być biskup przemyski Ignacy Tokarczuk, jednak został osadzony w areszcie domowym.

Podczas pierwszych odwiedzin mojej żony – była u mnie dwa razy – poprosiłem ją, by posłała naszego syna Marka do moich znajomych i popytał, jaka jest sytuacja na zakładzie. Informacje podczas widzeń udawało się przekazywać jedynie ustnie, bo byliśmy pod czujnym okiem strażników. Wszystkie listy dochodziły do nas ocenzurowane. Zdarzało się, że listy nie dochodziły do adresatów. Do tej pory posiadam listy z zakreślonymi na grubo fragmentami, które zostały ocenzurowane.

Zdarzało się, że musiałem uspokajać Jerzego Lasa: rano robił gimnastykę, po czym zaczynał walić pięściami i kopać drzwi wyrażając w niecenzuralnych słowach swój stosunek do komunistów. Byłem najstarszy w celi i chyba najbardziej opanowany. Kiedyś Las napisał list do żony, by szukała sobie jakiegoś chłopaka, bo on nie wie, ile będzie jeszcze siedzieć oraz by przygotowała wniosek rozwodowy, a on go podpisze. Z najbliższej wizyty wrócił dosyć szybko. Po prostu żona dała mu w twarz i wyszła. Podczas następnej wizyty wrócił jednak uradowany z przemyconą jakimś sposobem butelką wódki. Na koniec dnia trzeba było zdać raport ze stanu celi. Ja się zgłosiłem, za co mieli mi zostawić trochę wódki w butelce. Po wypiciu swojej części patrzyli jednak tak tęsknie na tę resztę w butelce, że powiedziałem im by ją dokończyli.

Po wyjściu z internowania wraz z grupą znajomych założyliśmy nieformalny komitet pomocy uwięzionym i ich rodzinom. Obok mnie byli w nim Zbigniew Bocheński, Konstanty Konar oraz Krystyna Piekarz, która okazała się współpracownikiem SB. Wcześniej jednak, podczas mego internowania w Załężu, ktoś z uwięzionych krzyknął: „kto jest z Nowego Sącza?” Odparłem, że ja i że pracuję w ZNTK. Osoba ta powiedziała, że mamy wśród nas konfidenta, Piekarzową. Mimo mego niedowierzania osoba ta upierała się przy swoich słowach. Po opuszczeniu Załęża zapytałem się Piekarzowej, czy to prawda. Oczywiście stanowczo zaprzeczyła. Ja też nie mogłem uwierzyć, że była agentem. Po latach okazało się, że współpracowała pod pseudonimem „Jola”. Mimo ówczesnego zaangażowania potrafiła donosić na innych... Na mnie doniosła 6 razy – mam to udokumentowane.

Relację spisał Sławomir Chmura
Redakcja Alicja Lipska