L00105 Janusz Barański

Z Encyklopedia Solidarności

Tylko w Internecie.

Relacja Janusza Barańskiego

W 1979 r. zacząłem w Krakowie studia, na które przyjechałem z prowincjonalnego miasteczka Pajęczna – obecnie są to południowe rubieże woj. łódzkiego, wówczas było to woj. częstochowskie. Tam chodziłem do liceum, a po zdaniu matury postanowiłem studiować w Krakowie. Było to trochę sprawą przypadku – myślałem o studiach takich czy owakich, ale w pewnym momencie decyzja o kierunku studiów zapadła po nawiązaniu znajomości ze studentem etnologii w Krakowie. Zresztą o etnologii myślałem wcześniej, kontakt ten jednak i zachęcające informacje przeważyły. Kraków był przypadkowym miejscem, ale tak się stało, że tutaj się znalazłem.

Pierwszy rok upłynął na aklimatyzacji chłopaka z prowincji i wdrażaniu się w życie akademickie wielkiego miasta. Interesowały mnie różne rzeczy, ale nie na tyle, by się w nie jakoś angażować. Pamiętam, że np. w pierwszym miesiącu przyszli członkowie lokalnej komórki SZSP na etnologii, czyli Socjalistycznego Związku Studentów Polskich, i zorganizowali spotkanie z nowymi studentami pierwszego roku. Było to dwoje starszych kolegów, którzy namawiali nas, by się zapisać do ich organizacji. Już w pierwszych słowach zaznaczyli, by się nie zrażać przymiotnikiem „socjalistyczny”, bo to nic nie znaczy, a związek zajmuje się pomocą wzajemną, organizacją imprez, życia turystycznego, koncertów i tego rodzaju rzeczami. Byłem jednym z nielicznych w gronie kilkunastu osób na roku, które się do SZSP nie zapisały. Pamiętam atmosferę typową dla tamtego czasu: trochę było takiej bezrefleksyjności, trochę bezmyślności, którą młodzi ludzie wykazywali. Pamiętać należy, że był to 1979 rok, a więc jeszcze przed ważnymi wydarzeniami społecznymi, choć wiele wskazywało na to, że źle się dzieje. Jedni mieli większą świadomość historyczną, znając historię najnowszą, inni mniejszą. Ale pamiętam atmosferę takiego ubezwłasnowolnienia, która kazała większości kolegów zapisać się do tego SZSP – bo należy się zapisać do jakiejś organizacji studenckiej. A argumenty lokalnych działaczy SZSP nie odgrywały tak naprawdę roli. Ja oczywiście powiedziałem „nie”, chociaż poszedłem z ciekawości na to spotkanie. I powiedziałem „nie” bynajmniej nie z pozycji twardego opozycjonisty, bo moja wiedza i doświadczenie były jeszcze bardzo w powijakach, aczkolwiek wiedziałem o wielu rozmaitych rzeczach w najnowszej historii. Natomiast ani nie byłem wyrobiony politycznie, ani nie miałem jakichś specjalnych pomysłów na temat tego, co można robić, jak można robić i gdzie oraz dlaczego. Było to doświadczenie polityczne pierwszych miesięcy, ale bardzo szybko pojawiło się również inne. Pamiętam na przykład studenta filozofii – na ostatnich latach – Marka Ciesielczyka, który był chyba działaczem SZSP i który – jeśli się nie mylę – stworzył ruch, który się nazywał Akademicki Ruch Odnowy. Był to ruch – wydaje mi się – poziomy w obrębie SZSP. Ciesielczyk był dosyć malowniczą postacią: ubierał się na modłę hinduską, zarazem hippisowską, długowłosy, do tego elokwentny erudyta. Byłem na spotkaniu ARO w Żaczku – w ciągu tego roku akademickiego – i była to jedyna rzecz, która jakoś do mnie wtedy dotarła, z którą miałem do czynienia. I właściwie na tym moje wszelkie przygody polityczne tamtego okresu się skończyły. Natomiast zaczęły się na dobre dopiero razem z powstaniem Solidarności oraz razem z powstaniem NZS-u.

Różne mam wspomnienia z tego okresu, ale pamiętam, jak w lipcu 1980 r. byłem na praktyce terenowej – nazywało się to Międzyuczelniany Obóz Terenowy. Wszystkie ośrodki etnologii w Polsce miały w tamtych czasach miesięczny obóz na Podlasiu w miejscowości Różanystok, gdzie – przynajmniej w tamtych latach – studenci pierwszego roku z całego kraju zjeżdżali się na obowiązkową praktykę. Organizowano tam badania terenowe na rozmaite tematy. Po tym obozie – w pierwszych dniach sierpnia – zostałem jeszcze przez chwilę w tamtych okolicach, w Puszczy Augustowskiej, po której się włóczyłem z plecakiem. Następnie pojechałem pociągiem z Ełku do Łeby przez wybrzeże, przez Trójmiasto. Nie pamiętam, na jakim etapie był już wówczas strajk sierpniowy, ale pamiętam, że gdy przejeżdżałem przez Trójmiasto, to utkwił mi w głowie taki obrazek: spoglądałem przez okno wagonu na trójmiejską kolejkę i ludzi, robotników, którzy o 5 rano czekali na peronie lub jechali do pracy. Ubrani byli czasem w jakieś drelichy, a ja wyobrażałem sobie, że pewnie w pobliżu jest jakaś stocznia. W Łebie miałem być dwa tygodnie z rodzicami – był to jeszcze okres, gdy trochę czasu spędzało się z nimi – pod namiotem. W połowie sierpnia wróciliśmy do domu, gdy zaczęły dochodzić jakieś informacje na temat tego, że coś się dzieje. Źródłem informacji była Wolna Europa i poczta pantoflowa. Wówczas przypomniałem sobie ten obraz robotników, że być może widziałem aktorów historycznych zdarzeń, którzy za chwilę mieli uczestniczyć w wielkich rzeczach.

Na tej praktyce terenowej poznałem dziewczynę, która była z Warszawy. W trzecim tygodniu sierpnia wybrałem się do niej. W tym czasie w stolicy już „huczało”. U niej w domu i wśród jej znajomych spotkałem się z wprost formułowanymi obawami, strachem, który jakby wisiał w powietrzu. Tej dziewczynie, która miała 20 lat – podobnie jak ja – mama nie pozwalała wychodzić z domu. Bała się, że coś się może zdarzyć. Oczywiście Warszawa żyła bardziej dziejącymi się sprawami – ja nie miałem świadomości, że Gdańsk już wówczas stał, podobnie jak wiele innych ośrodków, w których coś się działo. To było dojmujące doświadczenie czegoś, co wisi w powietrzu. W końcu informacje zaczęły się przebijać i dochodzić również drogą oficjalną, a porozumienia sierpniowe podpisano już w blasku fleszy.

Byłem tym bardzo podbudowany, a nawet podniecony, i postanowiłem przyjechać do Krakowa, by coś robić. Słyszałem bowiem, że studenci zaczęli coś organizować. Nie pamiętam już nawet, gdzie mieszkałem po przyjeździe – chyba kątem u jakiegoś kolegi. Większą część września spędziłem w Krakowie i uczestniczyłem w zawiązującym się ruchu. Pamiętam spotkania ciała, które było określane jako Komitet Założycielski NZS-u. Pamiętam tam takie osoby jak: Jaś Rokita, Marek Lubiński – kolega, którego poznałem na praktyce zerowej, historyk sztuki, bardzo zaangażowany w organizowanie, chociaż później nie włączył się za bardzo w ruch (obecnie chyba mieszka w Peru i oprowadza zachodnie wycieczki po tamtejszych górach i dżunglach), Wojtek Modelski, Sławomir Sus – nie wiem co się z nim dzieje, później został redaktorem Głosu Ameryki, ponieważ stan wojenny zastał go na Zachodzie i słyszałem go w radiu Voice of America. Nie pamiętam natomiast Jarka Guzego – doszusował jakoś później i w działaniach założycielskich – wydaje mi się – nie uczestniczył. Widywałem tam jeszcze Jarka Zadenckiego i Kostka Miodowicza. Wiec założycielski odbył się przed Collegium Broscianum na ul. Grodzkiej, natomiast spotkania grupy koordynacyjnej były na ul. Gołębiej, na piętrze, ale nie pamiętam już, co to był za lokal. Chodziłem tam namiętnie wieczorami i słuchałem. Nie uczestniczyłem w tych spotkaniach czynnie – wszyscy to byli starsi koledzy, ludzie mający parę lat więcej ode mnie. Kiedy ja byłem po pierwszym roku, to oni już po czwartym, niektórzy na drugim kierunku. W tym przedziale wieku to była dosyć duża różnica i miałem do nich stosunek raczej czołobitny, jak do swoich mistrzów i starszych kolegów, doświadczonych, którzy wiedzą co robią i mają jakieś pomysły.

Później włączyłem się oczywiście w działalność i „kariera”, którą zrobiłem w NZS, to było członkostwo w Konwencie NZS-u. Nie miałem przy tym żadnych aspiracji – po prostu na moim kierunku zostałem wybrany wraz z innym kolegą i razem mieliśmy reprezentować etnologię. Kostek Miodowicz, też z etnologii, zasiadał w Zarządzie NZS. W całym roku akademickim 1980/1981 uczestniczyłem w pracach Konwentu – było to na zasadzie zwykłego członkostwa, uczestnictwa w debatach i głosowaniach. Nie pamiętam już szczegółów, jeśli chodzi o bieżącą pracę, ale pamiętam doskonale debaty o charakterze ogólnym. Na pewno jakieś kwestie szczegółowe się pojawiały – Konwent był przecież legislaturą tej organizacji.

W tym samym roku akademickim mieszkałem w Bursie (domu akademickim) i tam dopiero spotkałem osobiście takie osoby jak Zdobek Milewski czy Grzegorz Małkiewicz – zaangażowane w SKS [Studencki Komitet Solidarności]. O tej organizacji wiedziałem już na pierwszym roku studiów – w tym akademiku, w pokoju naprzeciwko, mieszkała studentka z filozofii, z którą się przyjaźniłem, a oni przychodzili czasem do niej na pogaduchy. To była jedyna okoliczność, kiedy z ludźmi z SKS-u miałem do czynienia. Było to na przypadkowej zupełnie zasadzie bez czynnej formy mojego zaangażowania.

Rok akademicki przebiegł trochę na studiowaniu, a trochę na działalności w Konwencie. Działałem też w Komitecie Obrony Więzionych za Przekonania, któremu na UJ przewodził Kostek Miodowicz. Był tam również Radek Huget (student filozofii od 1981 r.), który prowadził krakowskie biuro. Pamiętałam też strajk lutowy w 1981 r., kiedy strajkowali studenci m.in. na UJ. Spędziłem go w Collegium Novum, śpiąc na styropianie lub czymś podobnym. Moja rola sprowadzała się wówczas do robienia tłumu – po prostu należałem do masy studentów, którzy biernie wyrażali swoją niechęć wobec polityki władz. Pamiętam jednak, jak pojawiła się pewna inicjatywa, by nie marnować czasu biernie siedząc, a coś robić – możemy mianowicie jechać do zajezdni i myć tramwaje. To było bardzo znamienne, że środowisko chciało zachować moralną twarz. Chodziło o to, by pokazać mieszkańcom miasta i władzom, że strajk to nie jest akcja darmozjadów. Spotkało się to jednak z niewielkim odzewem – inicjatywa nie była widocznie wystarczająco atrakcyjna. Wyłoniła się tylko mała grupa, która pojechała myć te tramwaje. W marcu tego samego roku doszło do groźby strajku generalnego z powodu zajść w Bydgoszczy i Uniwersytet też uczestniczył w przygotowaniach i czterogodzinnym strajku ostrzegawczym. Podczas niego, wraz z rok młodszym kolegą z etnologii Piotrem Kaliszem, trzymaliśmy w budynku Collegium Broscianum wartę, pilnując bramy od podwórka przed milicją. W tym czasie jacyś ludzie kolportowali w Broscianum druki ulotne – nie pamiętam już przez kogo sygnowane – w których były przedstawione takie postacie jak Jacek Kuroń czy Adam Michnik w bardzo negatywnym świetle – powszechnie wskazywano na ich żydowskie pochodzenie. To była jakaś ewidentnie akcja bezpieki, która miała podważyć morale strajkujących studentów. Groźba strajku generalnego to było ważne wydarzenie w tym czasie – zawisła pewna groza i nie było wiadomo, jak to się skończy. W końcu Solidarność pękła i ustąpiła, a groźba strajku generalnego się oddaliła.

Od kiedy zaistniała względna wolność słowa i zaczęły się ukazywać różne wydawnictwa bezdebitowe, w tym Gombrowicz, Sołżenicyn itd., ja w to natychmiast „wsiąkłem” i – muszę powiedzieć – cały rok głównie strawiłem na nadrabianiu zaległości z literatury, do której nie miałem wcześniej dostępu np. w szkole średniej. Tutaj ta możliwość się pojawiła. Pamiętam, jak nocą czytało się Dzienniki Gombrowicza, bo następnego dnia trzeba było je puścić dalej. Było to coś niezwykłego. Było to rzeczywiste otwieranie się – coraz bardziej, coraz szerzej, odsłanianie tych kurtyn, którymi byliśmy w jakiś sposób ograniczeni – obecnością i nadzorem państwa, co literatura czyniła jeszcze bardziej widocznym. Pochłaniałem ją straszliwie i dużo pieniędzy wydawałem na książki. Zostało mi to zresztą i po stanie wojennym, kiedy z różnych względów miałem dostęp (sam drukowałem przez jakiś czas oraz miałem znajomych, którzy uczestniczyli w rozmaitych przedsięwzięciach wydawniczych) do publikacji niezależnych i prawie całe moje pieniądze szły na literaturę. Kiedyś dostałem od rodziców pieniądze na nowe buty – było to w przededniu zimy, a ja nie miałem odpowiednich butów, wydałem je na książki, a przez całą zimę chodziłem w dziurawych butach. Przed ich włożeniem zakładałem wcześniej foliowe torebki na stopy, bym był w stanie przechodzić cały dzień. Z kolei gdy pod koniec studiów dostałem pieniądze na maszynę do pisania, to również je wydałem na książki. W 1981 r. zaraziłem się tym kompletnie, ale dzięki temu mam bibliotekę rozmaitych dzieł. Niektóre są formatu paczki papierosów – stąd moje dzieci oczywiście nie chcą tego czytać: bo z lupą, czy co? Wówczas to był jednak skarb.

Rok akademicki 1980/1981 zszedł mi raczej na wspomnianej drugorzędnej obecności w strukturach NZS oraz na nadrabianiu zaległości z zakresu wiedzy obywatelskiej i historycznej. Nie trzeba było jednak długo czekać od rozpoczęcia roku akademickiego 1981/1982 na nadejście stanu wojennego, który zastał mnie w akademiku – wciąż mieszkałem w Bursie. Pierwszą rzeczą, jaką zrobiłem, to pojechałem do mojej dziewczyny – „krakowskiej” – mojej obecnej żony. Ona w tym samym czasie wyjechała do mnie i rozminęliśmy się gdzieś po drodze. Wsiedliśmy po prostu do autobusów, gdy z rana usłyszeliśmy o wprowadzeniu stanu wojennego – w moje drzwi zaczął stukać kolega wołając: wojna! Wydaje mi się, że tego samego dnia – w niedzielę – wylądowałem wczesnym przedpołudniem w Collegium Novum czy w Gołębniku, gdzie schodzili się ludzie do biura NZS-u. Jeden z członków Zarządu powiedział, że trzeba gdzieś upłynnić powielacz, bo będzie potrzebny. Oprócz mnie zgłosił się jakiś chłopak z matematyki i jeszcze jeden z filologii angielskiej chyba. Po jakimś czasie przyjechała nyska, do której zapakowaliśmy ten powielacz i pojechaliśmy na jedną z ulic w Podgórzu [dzielnica Krakowa]. Okazało się, że jest tam lokum na poddaszu, które należy do rodziny studentki z UJ.

Od tego momentu zaczęła się moja dwumiesięczna przygoda drukarska. Właściwie to była praca nocą, by nie wzbudzać podejrzeń, ale nie wiem, czy było to dobrze pomyślane, ponieważ powielacz robił sporo hałasu. Szczęśliwie było to nad mieszkaniem tej dziewczyny. Ale z kolei odgłosy pracy powielacza wydostawały się na klatkę schodową. Dlatego zanim zaczęliśmy pracę. za każdym razem drzwi wejściowe od wewnątrz okładaliśmy jakimiś materacami, by ograniczyć wydobywanie się odgłosów powielacza na zewnątrz. Pracowaliśmy w nocy, kończyliśmy nad ranem i wtedy wracałem do Bursy. Następnie padałem i spałem do popołudnia. Tego samego dnia widywałem się zwykle z dziewczyną, ew. coś tam robiłem i zbierałem się, by wieczorem ponownie pójść do pracy i całą noc spędzić przy maszynie. Trwało to tak przez dwa miesiące i – prawdę mówiąc – był to gorący czas, a wszystko było na speedzie. Pamiętam tylko, że drukowaliśmy rozmaite druki ulotne, odezwy różnych gremiów, które tu i ówdzie się konstytuowały. Być może były też jakieś czasopisma. Wszystko było jednak w dosyć surowej postaci – produkty powielacza białkowego. Strasznie się z nim męczyliśmy, bo ciekł, wciągał papier lub szwankowało jeszcze coś innego.

W tym czasie moi koledzy ze studiów, którzy byli przyjezdni, pojechali do domów, ponieważ zajęcia zostały zawieszone. Ja natomiast przez te dwa miesiące szwendałem się po Krakowie w przerwach pomiędzy drukowaniem. Niepokoili się jednak o mnie moi rodzice. Nie było też możliwości komunikowania się wówczas tak jak teraz. Udało mi się jednak do nich dodzwonić i postanowiłem pojechać do domu na święta. Pamiętam, jak z duszą na ramieniu jechałem do domu. Trzeba było przejechać granice dwóch lub trzech województw, na co wymagana była przepustka, a ja nielegalnie pozostałem w Krakowie. Udało mi się jednak dojechać bez żadnych kontroli i przykrości tego rodzaju, podobnie jak i wrócić – tuż po świętach – do Krakowa, w którym spędziłem Sylwestra. Dalej była cały czas ta sama praca, w tej minidrukarni, bardzo prowizorycznej.

W pewnym momencie – wydaje mi się, że w lutym – pojawił się Marek Lasota i powielacz został zabrany. Zapewne to wszystko było ze strony Zarządu NZS czy niektórych jego ludzi jakoś koordynowane. O ile pamiętam, powielacz został zabrany w związku z rekonstrukcją podziemnych struktur NZS-u po czasie pewnego chaosu. Od tego momentu zakończył się okres mojego bezpośredniego zaangażowania w działalność podziemną. Nie miałem żadnego pomysłu, co mógłbym robić dalej, a poza tym byłem jednak szeregowym członkiem. Nie byłem też na tyle ideowo dojrzały i rozwinięty. Do dzisiejszego dnia nie mam jakichś specjalnych aspiracji politycznych – po prostu chciałem być tam, gdzie wydawało mi się, że jest moje miejsce, gdzie jacyś ludzie mnie kiedyś wybrali i starałem się ich reprezentować. Postrzegałem to jako służbę, mimo że była to szeregowa działalność.

Po okresie tego rodzaju pracy jednak nieco odetchnąłem i mogłem pojechać do domu, gdzie spędziłem tydzień czy dwa. Zbiegło się to z końcem semestru, w którym nie było jednak zajęć, ale następny miał już ruszyć normalnie. Wróciłem bardziej na studia, siłą rzeczy odpuszczając działalność polityczną. Jedyną formą aktywności, jaka pozostała, to bywanie na zadymach rozmaitego rodzaju. Manifestacje z hasłami „wiosna nasza” zaczęły się tak na dobre dopiero w maju 1982 r. Najpierw na Rynku Głównym, co było przykrym doświadczeniem, bo został on zamknięty przez ZOMO, a następnie nastąpiło jedno wielkie pałowanie. Tam również mi się oberwało. Później demonstracje zaczęły przenosić się do Nowej Huty. Uczestniczyłem w tych zadymach – tu i ówdzie – ale na zasadzie robienia tłumu, jak większość ludzi wtedy. Szybko jednak przyszły wakacje roku 1982.

Nie bardzo też wiedziałem, gdzie ewentualnie mógłbym szukać jakiejś formy ponownego uaktywnienia się. Ale taka okazja przyszła niejako sama. Bodaj w sierpniu zwrócił się do mnie Zbyszek Fijak, który był wtedy asystentem u nas, w Instytucie Etnologii, i który – jak się okazało – funkcjonował w strukturach Solidarności podziemnej. Ja widocznie coś mu powiedziałem, że miałem już do czynienia z drukowaniem, na co on odparł, że mógłbym dalej drukować, tylko już w innych strukturach Solidarności: w RKW. W związku z tym spotkałem Jana Paculę, który był odpowiedzialny za druk i kolportaż w ramach tej struktury. Okazało się też, że RKW nabyła sobie samochód – była to skoda. Miałem prawo jazdy, co nie było wówczas tak powszechne, nie miał go natomiast Zbyszek ani inne osoby uczestniczące w tym przedsięwzięciu. I oprócz tego, że miałem wrócić do drukowania, to również wyznaczono mi jeżdżenie tym samochodem w różnych celach: przewożenie ludzi lub materiałów. Muszę powiedzieć, że trochę powodowany młodzieńczą fantazją chętnie na to przystałem. 30 lat temu skoda to był całkiem klasowy samochód. Wcześniej miałem okazję jeździć jedynie syrenką ojca, potrafiłem więc docenić walory skody, w której czułem się niemal jak w ferrari. Woziliśmy rozmaite rzeczy – matryce, papier, ukrywających się ludzi – jednak cały czas nie doszło do skutku drukowanie.

Nadszedł 13 września, który – jak zwykle w tym czasie – był dobrym dniem miesiąca na robienie zadymy. Pamiętam jak Zbyszek zabronił mi uczestnictwa w manifestacji 31 sierpnia w Nowej Hucie, uzasadniając to tym, że będę w końcu robić coś poważniejszego. Tego dnia była ładna pogoda, a ja wciąż mieszkałem w Bursie. Niedaleko jest Kopiec Krakusa i wyszedłem sobie na spacer, mając nadzieję, że na tę Nową Hutę popatrzę sobie przynajmniej z daleka – było mi strasznie tęskno i żałowałem, że nie mogę pojechać tam dymić. Z Kopca Krakusa widziałem kolumnę samochodów milicyjnych, która jechała w tamtym kierunku. Później też okazało się, że była to jedna z większych manifestacji w tamtym czasie. Mnie nie było dane w tym uczestniczyć z powodów, o których wspomniałem wcześniej. 13 września był dniem kiedy po 31 sierpnia miała być kolejna manifestacja – znowu w Nowej Hucie. My oczywiście nie mieliśmy w tym uczestniczyć. Ale tego dnia okazało się – z powodów nieznanych mi do tej pory, ale zapewne z braku rozsądku – że popołudniem mamy zawieść do Nowej Huty, do drukarni, w której miałem pracować, metalowe matryce do druku offsetowego. Miał to być zresztą pierwszy mój kontakt z dużo nowocześniejszą maszyną drukarską niż przed pół rokiem. Ja nie miałem wiele do powiedzenia, a i nie wpadło mi do głowy, że może to być nierozsądne, by z czymś takim poruszać się po mieście w dniu, kiedy planowana jest manifestacja. Do Zbyszka, który był dobrych parę lat starszy ode mnie i był pracownikiem naukowym, miałem zaufanie i polegałem na nim. Matryce wrzuciliśmy do takiego małego bagażnika/schowka za tylnym oparciem siedzenia. Zbyszek jedynie zasugerował, by może jechać jakąś okrężna trasą – by nie jechać koło dworca przez ul. Mogilską. Ruszyliśmy zatem Stradomiem w kierunku ul. Krakowskiej. Gdy dojechaliśmy do ul. Dietla, ulicy z pierwszeństwem przejazdu, nie zauważyłem samochodu nadjeżdżającego z lewej strony (Syrenka Bosto). Ja ruszyłem, a syrenka musiała z piskiem opon wyhamować, by nie doszło do kolizji. Pewnie ten mój błąd należy położyć na karb małego doświadczenia w poruszaniu się samochodem po wielkim mieście. Muszę powiedzieć, że w ogóle jej nie zauważyłem – a może jakoś mnie zaćmiło. Nic się jednak nie stało, a ja ruszyłem dalej, gdy na środek skrzyżowania wyszedł milicjant, który nakazał mi się zatrzymać. Po sprawdzeniu dokumentów zapytał czyj to samochód. Ja lub Zbyszek odpowiedzieliśmy, że kolegi, znajomego. Na następne pytanie o cel jazdy, któryś z nas powiedział, że do Nowej Huty. To też z naszej strony była jakaś horrendalna głupota. Wiadomo wszystkim było, że będzie tam zadyma, a my dodatkowo jechaliśmy cudzym samochodem. Pojawił się też drugi milicjant i kazali mi zjechać na wysepkę. Następnie nakazali otworzyć bagażnik, w którym nic nie było. Jednak, gdy milicjant sprawdzał środek samochodu i odsunął oparcie, zauważył matryce i je wyciągnął. Po tym odkryciu skontaktował się drogą radiową z centralą, a nam kazali wsiąść do samochodu i czekać. Po chwili podjechał radiowóz z kilkoma milicjantami wyższej rangi. Następnie wylądowaliśmy na ul. Mogilskiej w Komendzie Wojewódzkiej MO.

Mnie w międzyczasie – gdy byliśmy jeszcze na tym skrzyżowaniu – udało się podejść do kiosku Ruchu i wręczyć sprzedawczyni karteczkę z numerem telefonu mojej dziewczyny z prośbą, by ją powiadomiła o naszym zatrzymaniu. Później się okazało, że ten numer telefonu dała milicjantom. Z mojej strony był to sztubacki, głupi zupełnie odruch. Kioskarka być może uważała, że jesteśmy jakimiś kryminalistami. Tym tropem SB doszła również do mej dziewczyny, która była wzywana na przesłuchania oraz miała rewizję w domu. Na szczęście – jeśli o nią chodzi – nic więcej złego się nie stało.

Gdy siedziałem na „dołku” na Mogilskiej, byłem kompletnie przerażony – była to zupełnie nowa sytuacja, nowe doświadczenie. Cele – przynajmniej w tamtym okresie – były obskurne i było to coś strasznego, mimo że ten obiekt z zewnątrz wygląda na nowoczesny. Nie było tam żadnej łazienki czy sanitariatów – był jedynie śmierdzący kubeł, który trzeba było samemu wynosić. W celi zastałem dwie osoby, które później okazały się konfidentami. Byłem wzywany na przesłuchania, ale niewiele im mogłem powiedzieć, bo i niewiele wiedziałem na tym etapie działalności. Dlatego moja psychologiczna sytuacja była bezpieczna, bo gdybym się złamał, a oni potrafili wydobywać informacje – to nie bardzo mieli czego ode mnie się dowiedzieć. Oczywiście nie miałem powodu opowiadać o swej dawniejszej działalności, a ich interesowała tylko ta sprawa. Byłem na tyle niedoświadczony, że nie wiedziałem nawet, iż mogę odmówić zeznań. To też było znamienne i świadczyło, że nasza działalność to takie pospolite ruszenie, sztubackie i lekkomyślne. Na szczęście Zbyszek – jako osoba dużo bardziej doświadczona i starsza – od samego początku odmówił składania zeznań. Pamiętam moment kiedy spotkaliśmy się przypadkiem na korytarzu: ja byłem prowadzony przez jednego ubeka na przesłuchania, a on przez innego. Pamiętam jego wygląd i myślę, że ja też tak wyglądałem. Był to obraz człowieka, który został poważnie pobity, chociaż tak nie było, bo nas nie bito. Po fizjonomii, po spojrzeniu wyglądał na zdewastowanego psychicznie, wyprutego wewnątrz. Było to bardzo przygnębiające doświadczenie dla osoby 21-letniej, jaką wówczas byłem.

Po kilku dniach przewieźli nas na „Monte” [areszt śledczy przy ul. Montelupich], gdzie wylądowałem na oddziale zamkniętym, nad którym pieczę sprawowała bezpieka – siedzieli tam sami polityczni. Ale polityczni stanowili mniej więcej jedną trzecią albo nawet mniej. Znów bowiem trafiłem do celi, w której było dwóch konfidentów. Oni niewiele mogli ze mnie wyciągnąć z tego samego powodu co na Mogilskiej. O tym, że przez kilka miesięcy siedziałem niemal wyłącznie z konfidentami, dowiedziałem się dopiero później – jeszcze jeden dowód na mój brak elementarnej wiedzy i zapewne wielu mi podobnych młodych ludzi. Odpowiednią wiedzę zdobyłem dopiero od innych aresztantów tam spotkanych, którzy byli bardziej doświadczeni, oraz po różnych rekonstrukcjach zdarzeń, które miały miejsce. Wzywany też byłem na przesłuchania, ale – jak już wspomniałem – niewiele miałem do powiedzenia.

Doświadczenie związane z pobytem w areszcie było mocne pod rozmaitymi względami. Z jednej strony fakt kompletnego oderwania od rzeczywistości, wyłączenia z normalnego życia i świata i wsadzenia w sztuczny świat (w jakimś sensie), który składał się ze mnie i dwóch konfidentów. To był cały świat, cała zbiorowość, cała społeczność, a ja nie wiedziałem, kim oni byli w rzeczywistości. Jeden podawał się za drukarza, który nielegalnie drukował obrazki święte w swojej drukarni, w spółdzielni i został na tym przyłapany, a następnie poszedł siedzieć. Oprócz tego zdarzało mu się oczywiście drukować ulotki. Drugi ze współwięźniów podawał się za pracownika jakiegoś instytutu naukowego, który jest chemikiem z tytułem doktora i nie za bardzo chciał mówić za co siedzi. Niewątpliwie była to osoba, która miała wykształcenie, i możliwe, że był on w miarę autentyczny. Możliwe, że robił jakieś ekonomiczne przekręty, bo była mowa w jego przypadku o handlu dziełami sztuki. W każdym razie uchodzili za ludzi, którym powinęła się noga, którzy utrzymywali, że mieli coś wspólnego z polityką, którzy byli jakimś jedynym antidotum na samotność w areszcie. W takich sytuacjach nawiązuje się też nawet jakiś rodzaj przyjaźni – w sytuacji, gdy nie ma żadnej wiedzy, że to są ludzie podstawieni.

Spędziłem z nimi chyba ze dwa miesiące, po czym przeniesiono mnie do celi, w której był Jasiu Rojek oraz człowiek, który nazywał się Tokarski. Była to sytuacja, w której tylko jeden był konfidentem – ten właśnie Tokarski. Podawał się za działacza KPN-u, gdzieś z Wybrzeża, ze Słupska czy coś takiego, który wpadł tutaj na jakiejś akcji. Robił wrażenie ostrego działacza: zabijać komunistów, wieszać ich i temu podobne. Do tego był dosyć elokwentny, można było z nim porozmawiać na różne tematy. Nie wzbudziło mego podejrzenia to, że miał koło oka tatuaż w postaci kropki. W rzeczywistości był to znak grypsowania, ale widocznie z Jasiem Rojkiem byliśmy wystarczająco zieloni wtedy jeszcze; Jasiu jest dodatkowo ode mnie młodszy o rok czy dwa. A Tokarski przeznaczony był do tego by nas obrabiać – poniósł jednak za to swoistą karę. W tej niewielkiej celi, w której byliśmy, robiliśmy różne dziwne rzeczy, by zachować sprawność fizyczną. Nie byliśmy bowiem zbyt często wyprowadzani na spacery, a nie mieliśmy dość siły przebicia, by się o to ubiegać. Pewnego razu bawiliśmy się w zawody gimnastyczne polegające na stawaniu na rękach z obrotem i nogami opartymi o ścianę. Coś takiego ćwiczyło się w szkole na WF. Tokarski nosił okulary, a Jaś robiąc tę figurę gimnastyczną widocznie był tak blisko niego, że gdy machną nogą, to wbił Tokarskiemu okulary w oko. Po tym wypadku pokrzywdzony wylądował w Witkowicach i miał poważne problemy z oczami, a Jasia zabrano z naszej celi do innej. Ja zostałem z Tokarskim, który był w tym czasie leczony. Była to sytuacja, w której on był pokrzywdzony, a ja skazany na obecność z nim w celi, co tym bardziej zbliżyło mnie do niego.

W końcu zostałem zabrany stamtąd i wylądowałem w zbiorczej celi, gdzie przejrzałem na oczy, gdzie spotkałem m.in. prawdziwych opozycjonistów. To byli m.in. studenci jak Jurek Pocica, który wtedy studiował psychologię (spotkałem go niedawno po latach), Jasiu Rojek (ponownie), Grzesiu Surdy. Gdy się zgadaliśmy, to dowiedziałem się, że siedziałem z kapusiami. Wszyscy byliśmy dosyć zieloni, a ja na pewno. Pamiętam jeszcze Feliksa Rosenstraucha, który pracował w HPR – Hutniczym Przedsiębiorstwie Remontowym, a równocześnie był od nas starszy o kilkanaście lat. Był człowiekiem bardzo oczytanym, z którym prowadziliśmy dyskusje filozoficzne. Pamiętam, jakie wrażenie robiliśmy na więźniach kryminalnych (zwykle młodych), których była zdecydowana większość w tej trzydziestoosobowej sali. Próbowaliśmy ich edukować, wyjaśniając m.in., co to jest totalitaryzm. Pewnego razu student – z Akademii Rolniczej – wyjaśniał znaczenie słów: „ty skurw...”, kiedy jeden z kryminalnych zwrócił się w ten sposób do innego. Tłumaczył mu, że w ten sposób obraża jego matkę, a nie jego. Ten, który tak się odezwał, był mocno tym przejęty. Prowadziliśmy wówczas rozmaite dywagacje, w tym głównie polityczne – po tym okresie zdominowania przez kapusiów. Trwało to raptem kilka dni, ponieważ ja byłem absolutnie wyprowadzony z równowagi tą sytuacją upodlenia przez konfidentów i chodziłem jak śnięty, aż w końcu dlatego zdecydowałem się na podjęcie strajku głodowego na znak protestu wobec praktyk bezpieki, do którego przyłączyli się Grześ Surdy i Jurek Pocica.

Od razu wyekspediowali nas do osobnej celi typu karcer – były w niej wybite okna, a był już grudzień. Dostaliśmy tylko po jednym kocu na drewnianą pryczę. Po pięciu dniach głodówki – o ile dobrze pamiętam – wzięli nas na przymusowe dokarmianie, gdzie rurą podawali nam wysokoenergetyczną miksturę. Proceder ten powtarzał się przez następne dni. Wydaje mi się, że koledzy zrezygnowali z tej głodówki po kilku dniach, ja natomiast ciągnąłem to dalej i w celi zostałem sam. A może nas tylko rozdzielili? Był to dla mnie czas zupełnie traumatyczny – zostałem sam w specjalnie wyziębianej, obskurnej celi. Odczuwałem to jako kompletne dno, ale chciałem jakoś wyrazić mój protest. Wcześniej miałem przynajmniej konfidentów, a tu jedynie były wybite okna – zapewne celowo – i koc na pryczy. A jedyną rzeczą do czytania, jaką posiadałem, była Biblia, którą pozwolili mi zatrzymać – wszystkie pozostałe książki zabrali.

Kiedy jeszcze byli ze mną Grześ i Jurek, nie mieliśmy prawa robienia zakupów, a ja paliłem wówczas papierosy, które zastępowałem skrętami z herbaty. Pozwalali nam ją pić i nie przeszkadzali parzyć, natomiast oprócz tego robiliśmy z niej skręty. Później już i tego nie miałem. Nie pamiętam, jak długo trwałem tak sam w tym stanie. Głodowałem trzy tygodnie, w tym prawie dwa w zupełnej samotności. Miałem zresztą w tym czasie dość ponure myśli. W pewnym momencie ubek – który się mną zajmował – poinformował mnie, że mam widzenie. Pojawiła się na nim moja matka, która mimo że było to przed procesem i zakończeniem śledztwa, zdołała wyprosić u prokuratora zgodę na widzenie. Byłem strasznie wychudzony, gdyż straciłem wówczas ok. 20 kg. Mama na mój widok się rozpłakała. Udało jej się też namówić mnie do przerwania tej głodówki. Jej obecność sprawiła, że dostałem szansę powrotu do rzeczywistości, bo żyłem trochę w odrealnionym świecie – zwłaszcza gdy podjęliśmy głodówkę. Kilka dni później – być może na zasadzie nagrody – widzenie dostała też moja dziewczyna. To też było wielkie objawienie po paru miesiącach niewidzenia kochanej osoby. Pamiętam, jak mi się przedstawiała zupełnie zjawiskowo i był to chyba taki moment, kiedy nigdy bardziej nie wydawała mi się atrakcyjniejsza – całkiem zrozumiałe.

Po przerwaniu głodówki – na początku stycznia 1983 r. – przeniesiono mnie znowu do celi zbiorczej; okazało się tylko, że są w niej sami swoi ludzie. Była to cela chyba 26, w której byli sami polityczni, m.in. spotkałem tam Staszka Handzlika, który został przewieziony z Wrocławia na naszą sprawę jako świadek (w swojej sprawie został już wówczas skazany). Zastałem tam również znów Grzesia Surdego, Jurka Pocicę, Jasia Rojka, Kazika Kowalówkę, który obecnie mieszka w Calgary w Kanadzie (dwa lata temu odwiedziłem go tam), Mariana Stacha – działacza KPN-u. Był tam też chyba Marek Bik. Można powiedzieć, że zastałem tam „cały” Kraków – w tej jednej celi. Okazało się też, że życie toczy się tam w najlepsze. Codziennie wieczorami śpiewaliśmy pieśni patriotyczne – czasem tylko przychodził oddziałowy, prosząc, by nie śpiewać zbyt głośno, bo szefostwo może być niezadowolone. „Napisałem” również muzykę do jednego z wierszy Baczyńskiego. Wymyślaliśmy też nowe rzeczy, gdy stare zaczęły nas nudzić, jak ciągle śpiewane marsze kajdaniarskie czy inne znane piosenki patriotyczne. Toczyły się nieustannie różnego rodzaju dyskusje na tematy polityczne. Był też jakiś dostęp do świata: krążyły grypsy, przychodziły paczki, które otrzymywaliśmy via Kuria z zachodnich „zrzutów”. Były to na ogół frykasy, a nam zdarzało się czasem na nie kręcić nosem: że nie szynka konserwowa tylko salami – a ludzie na zewnątrz mieli niekiedy dużo gorzej, w tym mięso na kartki. Można było kupować surowy smalec i cebulę w sklepiku aresztanckim – dlatego Kazik Kowalówka szedł od czasu do czasu na stróżówkę (na oddziale), gdzie był zaprzyjaźniony oddziałowy, który umożliwiał smażenie tego smalcu na maszynce elektrycznej. Muszę powiedzieć, że była to jakaś doza wolności w niewoli i był to moment oddechu, który po kilku miesiącach zupełnego odrealnienia w świecie konfidentów i własnej niemocy był dla mnie czymś ożywczym. Ludzie wokół mnie byli autentyczni, prawdziwi i podobni do mnie.

Robiliśmy też tzw. czaj, czyli z niedoboru rozmaitych używek przygotowywało się bardzo mocną herbatę. Z tym związane jest pewne wydarzenie, mocno traumatyczne, które omal się źle dla mnie nie skończyło. Czaj był robiony przy pomocy specjalnej grzałki, złożonej z dwóch drutów i żyletki. Jeden z przewodów podłączony był do oprawki na suficie; w obwodzie tym użyty był również stelaż piętrowego łóżka wykonany z metalu. Specjalizował się w tym właśnie Kazik. Kiedyś, podczas mycia głowy nad umywalką, złapałem się tego łóżka, a cały byłem zmoczony wodą. Ja nie byłem w stanie się od niego oderwać - zrobili to dopiero koledzy. Przez jakiś czas nie mogłem dojść do siebie. Szczęśliwie zdarzenie to nie zakończyło się porażeniem.

W tym czasie nie byłem już wzywany na przesłuchania, a do procesu doszło w lutym 1983 r. Wyroki ogłoszono po kilku dniach – 17 lutego. Sędzia nazywał się Mieczysław Przyboś i był przyjezdnym podpułkownikiem z Rzeszowa. Robił bardzo surowe wrażenie w procesie, który był farsą: nie dopuszczał adwokatów do głosu, lekceważył ich itd. Wydawało się, że rozstrzygnięcie jest z góry wiadome, ale okazało się dla nas wszystkich dużym zaskoczeniem. Spodziewaliśmy się bowiem kilku lat dla Jasia Paculi, dwóch lat dla Zbyszka, roku dla mnie i podobnie dla kilku innych osób. Tymczasem jedyną osobą, która dostała wyrok bez zawieszenia był Jan Pacula. Natomiast w grupie osób, która dostała wyrok w zawieszeniu, byłem ja, Zbyszek Fijak oraz Jaromir Grącki i Waldek Gołąb (obaj z filozofii), a także Aleksandra Gumuła, Jerzy Petlicki i Józef Polak. Była to liczna grupa, ale nikt z nich nie poszedł siedzieć. Świadkiem w tej sprawie był min. Staszek Handzlik. Jak wspomniałem, jedyną osobą, która została skazana – co poczytywano za niezwykły wyrok – był Pacula, który dostał półtora roku więzienia bez zawieszenia. Zbyszek dostał 2 lata, a ja pół roku w zawieszeniu. Po ogłoszeniu wyroku wyszliśmy na wolność, co było samo w sobie trudne do opisania – nagle okazało się, że świat jest taki ogromny i człowiek nie może przejść 200 metrów, bo nie jest przyzwyczajony do chodzenia w ogóle.

Oczywiście byłem już na zawsze spalony i nie mogłem za bardzo wracać do konspiracji. Po tym wszystkim byłem również w dużym kryzysie i nie miałem ochoty na nic. Dużo zawdzięczam mojej dziewczynie, że mnie wspierała psychicznie, bo to wszystko było traumatycznym przeżyciem – zwłaszcza obróbka przez konfidentów, co było upadlające i trudne do przegryzienia przeze mnie. Po tygodniu czy dwóch wyjechaliśmy z moją dziewczyną do Bukowiny Tatrzańskiej – z tydzień włóczyliśmy się po górach, słuchałem Wolnej Europy i dochodziłem do siebie. Słuchałem m.in. Sławomira Susa z Głosu Ameryki, w tym o podjętej wówczas nowej linii politycznej USA pod rządami Reagana, który zaczynał wtedy swoje rządy. Informowano o potędze militarnej Związku Radzieckiego i potrzebie przeciwstawienia się jej – był to początek twardej polityki, którą Reagan zainicjował.

Po okresie przygnębienia postanowiłem jednak wrócić do żywych i do życia i zdecydowałem się kontynuować studia. W tym celu wybrałem się do dziekana czy też rektora – nie pamiętam już, na jakim szczeblu prosiłem o urlop, bo byłem zawieszony w tym czasie. Gdy go otrzymałem, to do końca roku akademickiego trochę przemieszkiwałem u znajomych, a następnie wylądowałem w domu rodzinnym, by po miesiącu czy dwóch – jeszcze przed wakacjami – wrócić do Krakowa i pobyć ze znajomymi.

Ten okres konspiracyjno-więzienny właściwie na tym się zakończył. W więzieniu pozostał Grześ Surdy, który otrzymał wyrok w innej sprawie. Jaś Rojek wyszedł kilka miesięcy po moim uwolnieniu. Jednak 29 kwietnia 1983 r., Sąd Najwyższy – Izba Wojskowa po wniesionej rewizji prokuratorskiej uchylił nasze wyroki w zawieszeniu, czyli je odwiesił, a Janowi Pacule podniósł karę więzienia do 2,5 roku. W związku z tym wysłano za nami listy gończe. Zbyszek Fijak poszedł do wariatkowa (szpital psychiatryczny) na ul. Skarbowej i tam przebywał, a ja otrzymałem nakaz stawienia się do aresztu w Częstochowie w celu odbycia kary. Ja jednak pojechałem do Krakowa, a następnie do Nowego Sącza. Nie wiedziałem, co będzie: była mowa o możliwej amnestii i wtedy wyroki odwieszone ponownie zostałyby zawieszone. I ja na to liczyłem, ale to nie było takie pewne. Postanowiłem więc nie stawiać się do aresztu i uznałem to za kompletny idiotyzm. Nie chciałem jednak tego czasu spędzić na jakimś bezsensownym ukrywaniu się tylko i wyłącznie – chciałem coś robić. Nie chciałem również narażać rodziców, by mnie utrzymywali, skoro nie studiowałem w tym czasie, i nie narażali się na przykrości ze strony poszukującej mnie milicji. Miałem jednak kontakt ze Zbyszkiem Fijakiem, który załatwił mi pracę w firmie budowlanej u swojego kuzyna w Nowym Sączu. Przez jakieś dwa miesiące pracowałem na budowie w Krynicy. W połowie lipca wybrałem się z moją dziewczyną w Bieszczady, gdzie po tygodniu dowiedzieliśmy się o ogłoszeniu amnestii. W związku z tym nie miałem już powodu by dalej się ukrywać.

Później to polityczne życie potoczyło się inaczej – nie uczestniczyłem już w żadnych konspiracyjnych działaniach. Ale wraz z gronem byłych więźniów jak m.in.: Grzesiu Surdy (który później znowu niestety poszedł do więzienia), Jasiu Rojek, Edek Nowak, Staszek Handzlik, Jasiek Ciesielski założyliśmy Komitet Pomocy Więzionym. Jak pamiętam, znaczną część czasu tego gremium wypełniało życie towarzyskie. Oczywiście zdarzało nam się coś robić: ja na przykład jeździłem do Tarnowa, do żony Stefana Jurczaka, który wtedy siedział, i woziłem jakieś paczki. Do tego dochodziła pomoc prawna – jak pamiętam, przewijał się tam adwokat Buczkowski (który mnie zresztą bronił). Podejmowane działania nie były jednak na wielką skalę.

Ogólnie tych kilka lat przełomu lat 1980-1983 to był dla mnie czas wielkich przeżyć, również duchowych, i dziś zdecydowanie też bym dokonał tych wyborów – jeśli chodzi o przyjmowane postawy – co wówczas. Może to zabrzmi zbyt górnolotnie, ale postrzegałem moją postawę jak głos sumienia, nie potrafiłem być obok. To było na miarę moją, na mój wiek, na moje umiejętności i zdolności oraz moce intelektualne, fizyczne – więc to było w ograniczonym zakresie. Myślę, że to był bardzo ważny czas dla mnie z różnych względów: zbiegło się to też z wiekiem 19-22 lat – moment, kiedy wciąż się jeszcze kształtujemy, kiedy nie do końca jesteśmy dorośli. Było to bardzo silnie kształtujące i formujące w jakiś sposób. Opowiedzenie się za pewnymi wartościami było absolutnie nie do przecenienia, choć były tutaj potknięcia i rozmaite przykrości, które wynikały z niedoświadczenia, słabości psychicznej, braku stosownej wiedzy itd. Było to chyba najbardziej dojmujące, poważne i głębokie doświadczenie w moim życiu. I do tego stopnia zaabsorbowała mnie sfera polityki, że pisałem doktorat na ten temat: o propagandzie politycznej tamtego okresu – schyłkowej komuny lat 80. Zatem przełożyło się to też na moją aktywność zawodową i zainteresowania. Odcisnęło pod tym względem pewne bardzo poważne piętno, ale poza tym pozostaje cała kwestia – powiedziałbym – zewu sumienia, który mógł znaleźć upust wobec takiego wyzwania, które było mimo wszystko dużej skali. To nie był skok po tonącego dzieciaka, tylko coś większej wagi. Myślę, że to jakoś pozostało po dziś: na przykład kwestia jednostkowej wolności i godności interesuje mnie i absorbuje cały czas – chociaż nie uczestniczę w czynny sposób w polityce. Było to bardzo inicjacyjne i formacyjne zarazem doświadczenie, ważne światopoglądowo i życiowo.

Relację sporządził Sławomir Chmura
Redakcja Alicja Lipska