L00106 Henryk Bojda

Z Encyklopedia Solidarności

Relacja Henryka Bojdy

Terenowe Biuro Stowarzyszenia Pokolenie
Jastrzębie-Zdrój, 15.09.2010 roku
Spisał Andrzej Kamiński

Podczas II Wojny Światowej mój ojciec najpierw trafił na roboty do Niemiec, a później jako Ślązak został wcielony do Wehrmachtu. Zdezerterował jednak z niemieckiego wojska i trafił do Anglii, gdzie wstąpił do II Korpusu Wojska Polskiego gen. Andersa i do końca wojny walczył pod jego dowództwem. W domu, do pewnego czasu ojciec na ten temat mówił niewiele, ale tu chodzi jeszcze o czasy głębokiej komuny, a potem już coraz śmielej zaczął opowiadać swoje dzieje. Myślę, że ojciec chciał w ten sposób chronić nas, swoją rodzinę. Wiadomo – dziecko mogło się wygadać, a to pociągnęłoby za sobą zaraz jakieś kłopoty. Jako młody chłopak interesowałem się historią, bo historia była pełna przygód. Potem zaczęły mnie interesować sprawy poważniejsze. Bardzo wstrząsnął mną Archipelag Gułag Sołżenicyna, bo rzeczywistość komunistyczna zawsze była dla mnie podejrzana. Nigdy jej nie popierałem ani nigdy nie należałem do żadnej organizacji. Jeszcze w czasach młodości chcieli mnie wciągnąć do Związku Młodzieży Socjalistycznej, ale też się nie dałem.

Pochodzę ze Śląska. Urodziłem się w Żorach i do dzisiaj tam mieszkam. Do pracy na kopalni Manifest Lipcowy przyjąłem się w 1975 roku. Nie dlatego, że – jak wielu – uciekałem przed służbą wojskową, bo wojsko miałem już za sobą. Odsłużyłem swoje dwa lata w jednostce zaopatrującej okręty Marynarki Wojennej. Głównym powodem podjęcia pracy na kopalni była perspektywa szybkiego otrzymania mieszkania. Rozpocząłem pracę w dziale maszynowym MDR-2 jako ślusarz, a po trzech latach przeniosłem się na oddział MDH-3, czyli oddziału hydraulicznego. Mieszkanie otrzymałem w Żorach.

Przed wybuchem sierpniowych strajków z 1980 roku miałem oczywiście świadomość i wiedzę o 1956 roku w Poznaniu, o rozruchach studenckich 1968 roku, o krwawym 1970 roku na wybrzeżu i o pałowaniu robotników z Ursusa w 1976 roku, które pamiętam najlepiej. Komuniści zwozili ludzi z całego Śląska na stadion do Katowic i organizowali taki aranżowany wiec sprzeciwu wobec rzekomego warcholstwa robotników z Ursusa. Muszę powiedzieć, że do sierpnia 1980 roku prezentowałem coś na kształt biernego oporu wobec komunizmu. Zresztą wstąpiłem do Marynarki Wojennej, bo jako chłopak marzyłem o tym aby zostać marynarzem, ale kiedy zobaczyłem jak to wygląda od podszewki – więcej w tym indoktrynacji niż prawdziwej służby na morzu – to się bardzo do tego zniechęciłem.

W sierpniu 1980 roku byłem akurat na wczasach w okolicach Żagania, kiedy nagle zaczęły chodzić słuchy, że Wybrzeże strajkuje. Co prawda z reżimowych środków przekazu niczego nie można się było dowiedzieć, ale ludzie między sobą przekazywali informacje. Kiedy wróciłem z wczasów, to miałem jeszcze kilka dni wolnego, ale już wiedziałem, że coś się na kopalni zaczęło. Strajk zaczął się w czwartek 28 sierpnia, a ja w piątek pomimo wolnego pojechałem na kopalnię. Nie pojechałem już do domu. Zobaczyłem ogromny tłum ludzi i poczułem wielką ich siłę. Załoga organizowała się jak tylko mogła. Ludzie zbijali szałasy z desek. To był koniec sierpnia, ale było bardzo gorąco. Zaangażowałem się w strażach robotniczych. Pilnowaliśmy wszystkich bram wjazdowych, robiliśmy obchody po kopalni i pilnowaliśmy porządku. O ile pamiętam, to najwięcej kontaktowaliśmy się z Waldkiem Maciaszkiem; on nami „dowodził”, przynajmniej na początku. Kiedy przywieźli Sienkiewicza na kopalnię, to wiele osób z załogi miało pretensje o to, że na przewodniczącego MKS-u wybrano człowieka z dozoru. No, ale byli i tacy jak sztygar, który nazywał się Lange, i który bardzo zaangażował się w tworzenie początkowych struktur KZ-tu „S”, więc nie wszyscy z dozoru zaprzedani byli systemowi.

Pamiętam jak przyjeżdżały do nas delegacje z innych zakładów pracy i jak zawsze witaliśmy ich gromkimi brawami, bo sama ich obecność i świadomość, że tak wiele zakładów popiera nasz protest dodawała nam sił. To był strajk, czuło się panujące napięcie, ale było w tym wszystkim coś z atmosfery fiesty. Musieliśmy się trochę pilnować, aby w tym luzie nie dopuścić do jakiejś dywersji, bo komunistom przecież tylko o to chodziło.

Jeśli idzie o wyżywienie, to najpierw ratowali nas ludzie z zewnątrz, ale od niedzieli wspierała mnie rodzina. W niedzielę przyjechała moja żona i przywiozła mi jakieś zaopatrzenie w żywność. Dostęp do nas łatwy, bo w sierpniu 1980 roku strajkujących zakładów nie otaczały siły milicyjne. Żona mnie nie zniechęcała do udziału w proteście. Patrzyła na to podobnie jak ja, a byliśmy wtedy młodzi; jeszcze nawet nie mieliśmy dzieci. Pamiętam, że pierwsza delegacja rządowa nie załatwiła z nami nic, bo nasze postulaty wykraczały poza jej kompetencje. Potem przyjechała druga delegacja z wicepremierem Kopciem na czele. Obrady były transmitowane przez radiowęzeł, także byliśmy na bieżąco i wiedzieliśmy, jak się nasze sprawy mają. Jeśli idzie o najaktywniejszych ludzi z naszej strony, to byli nimi S. Pałka, J. Sienkiewicz i J. Piłat, przynajmniej tak to zapamiętałem. Pamiętam również Alojzego Pietrzyka, który wówczas był takim łącznikiem pomiędzy MKS-em, a strajkującą załogą. On nas informował o postanowieniach przywódców naszego protestu. W którymś momencie strajku nasi ludzie przywieźli figurę św. Barbary i księdza, który odprawił nabożeństwo. To był bardzo wzruszający moment. Wspólna modlitwa dodała nam sił i otuchy. Wtedy uzmysłowiliśmy sobie, że wszystko co robimy ma jakiś głębszy sens, nie jest działaniem na ślepo i poprowadzi nas w jakimś określonym kierunku.

3 września ok. 4.00 nad ranem udało mi się dostać do biur nad cechownią, byłem więc świadkiem podpisania Porozumienia. Chodziło nam głównie o zniesienie czterobrygadówki. To była straszna zmora. Dyrektorowi Dudzie bardzo zależało, aby to utrzymać, bo dla niego człowiek się zupełnie nie liczył. Dyrekcja nie szanowała dozoru, a ludzie z dozoru nie mieli żadnej litości nad zwykłymi pracownikami. Praca na okrągło i zero zachowania godności ludzkiej. W końcu jednak doszło do podpisania naszych postulatów. Potem pozostało tylko uporządkowanie terenu kopalni.

Kiedy wróciłem do domu i kiedy uświadomiłem sobie, co się nam udało to poczułem się szczęśliwym człowiekiem. Wcześniej mówiłem o czterobrygadówce, na której zniesieniu nam zależało, ale najważniejszą sprawą, którą udało nam się wywalczyć, były wolne soboty i niedziele. Przecież myśmy tyrali na okrągło. Pamiętam, że kiedy mój brat poprosił mnie na ojca chrzestnego dla swojego dziecka, to nie mogłem nikogo poprosić, aby zastąpił mnie tego dnia, w niedzielę na II zmianie, bo ciągle brakowało ludzi, a to była niedziela planowa. Oprócz wywalczenia możliwości funkcjonowania wolnego związku zawodowego wolne dni były najbardziej satysfakcjonujące.

Do NSZZ Solidarność należałem od początku. Przypominam sobie, że zanim jeszcze związek otrzymał lokal na swoją działalność od kopalni, to ktoś (nie pamiętam nazwiska tego człowieka) zbierał składki przy kiosku „Ruchu” przed placem autobusowym. Te pieniądze szły na różne cele np. druk ulotek, a wszyscy wtedy łaknęliśmy prawdziwej informacji. Latem 1981 roku spędzałem wakacje w Zakopanem i tam dopiero na całego poczułem, jak nasze strajki i nasz ruch wpłynął na świadomość wszystkich Polaków. Tam poczułem, że przestaliśmy się dzielić na górali, hanysów, goroli, czy ceprów. Połączyła nas Solidarność. Całe Zakopane żyło Solidarnością. Telewizja mówiła o prowokacjach i próbowała naród podzielić, a naród jednoczył się jak nigdy. Te 16 miesięcy „karnawału Solidarności”, to był niezapomniany czas. O ile pamiętam, to do końca 1980 roku pracowaliśmy jeszcze na starych warunkach, a od początku 1981 roku mieliśmy już nasze upragnione wolne soboty i niedziele. Władza próbowała nas oczywiście kupić „luksusowymi” towarami na książeczki „G” za pracę w dni wolne i niektórzy dali się sprzedać, ale ja się na to nie pisałem i przez cały ten okres nie przepracowałem ani jednego dnia ustawowo wolnego. We wrześniu 1981 roku nawet Wałęsa wzywał do przepracowania któregoś wolnego weekendu (chodziło o to, aby na zimę nie zabrakło węgla), ale ja i tak do pracy nie poszedłem. Kupowałem wtedy i czytałem całą wolną prasę jaka się ukazywała. Jeśli nie mogłem już kupić „Tygodnika Solidarność” w kiosku, to wiedziałem, że na pewno kupię go przy kopalni. Zbierałem wszystkie numery tego pisma. Czytywało się wtedy wszystko co nie było reżimowe. Relacje międzyludzkie również uległy przemianie i to zarówno w pracy jak i w codziennym życiu. Ludzie przedefiniowali swoje postawy wobec innych, a życie stało się znośniejsze.

Pomimo wszechogarniającej euforii, była jednak gdzieś z tyłu głowy obawa, że to wszystko idzie zbyt łatwo. Niby czuliśmy, że mamy za sobą prawnie działający związek zawodowy, ale przecież prowokacje się zdarzały, np. pobicie działaczy Solidarności w Bydgoszczy. Podobnie jak my wszyscy żyłem tymi wiadomościami na bieżąco. Z jednej strony czuło się jedność, a z drugiej strony obawę. Po naszej stronie mieliśmy Ojca Świętego Jana Pawła II i NSZZ Solidarność, ale komuna była jeszcze mocna. Z upływem czasu napięcie rosło, chociaż niby życie toczyło się normalnie.

13 grudnia 1981 roku... Pomimo obaw i tak wszystkich nas to zaskoczyło. Przede wszystkim nazewnictwo. Mówiło się czasami o możliwości wprowadzenia stanu wyjątkowego, ale żeby stan wojenny? To było trudne do pojęcia. Ja i moja żona byliśmy wtedy umówieni ze znajomymi i poszliśmy na to spotkanie. W Żorach na ulicach nic się nie działo, nie było jeszcze żadnych patroli. W telewizji co chwila transmitowali przemówienie Jaruzelskiego i pokazywali obrazki z ulic polskich miast, gdzie już chodziły patrole milicji czy wojska. Ta wizyta u znajomych nie była zwykłym towarzyskim spotkaniem, to bardziej przypominało stypę. Grzebaliśmy Solidarność. To nie było miłe spotkanie.

14 grudnia przyjechałem na swoją pierwszą zmianę. Ludzi było już dużo, około 2 tysięcy. Nikt nie mówił o rozpoczęciu strajku w sposób otwarty, ale też nikt nie chciał podjąć pracy. Wszyscy byliśmy bardzo zaniepokojeni. Mówiło się o aresztowaniach naszych przywódców związkowych. Byliśmy zdezorientowani. Niektórzy udawali się na nadszybie, a potem wracali. Jakoś dotarła do nas wiadomość o tym, że Jankowi Bożkowi udało się uciec esbekom, którzy po niego przyszli. Podobno uratowali go sąsiedzi. Przy okazji bardzo zdziwiło mnie to, że na kopalnię przywiózł go inż. Świderski, który był chyba kierownikiem robót, a wcześniej słyszało się o tym, że pełnił on jakąś funkcję w ORMO. Było to dosyć zaskakujące. Już nie pamiętam kogo z naszych przywódców udało się komunistom zamknąć, ale pamiętam, że W. Maciaszek i J. Blaut byli między nami na pewno. Józek miał bardzo ostre wystąpienia i bardzo podnosił nasze morale. W końcu strajk się ukonstytuował. Protestowaliśmy przeciwko delegalizacji Solidarności i aresztowaniom naszych przywódców związkowych. Ludzie byli bardzo zaniepokojeni.; ci bardziej wystraszeni chcieli zjeżdżać na dół, część była bardzo zdeterminowana, aby kontynuować protest, ale byli też i tacy, którzy chociaż się bali, to po prostu ze wstydu brali udział w strajku. Cały poniedziałek upłynął na pertraktacjach dyrekcji z naszymi przedstawicielami, a nas przybywało, bo przyjechali ludzie najpierw na II zmianę, a potem na III. Było nas może ze 4 tysiące. Od łączników, którzy krążyli między kopalniami dowiedzieliśmy się, że na Boryni załoga zakopała butle gazowe w okolicach bramy, ale myśmy na Manifeście jeszcze o czynnej obronie nie myśleli. Przyszło nam to do głowy dopiero we wtorek rano. Poniedziałek upłynął w miarę spokojnie. We wtorek rano tj. 15 grudnia dotarli do nas łącznicy ze spacyfikowanej już kopalni Jastrzębie. To chyba Janek Bożek poinformował nas o tym fakcie bez ogródek i dał nam wszystkim wybór: kto chce ten zostaje na kopalni i kontynuuje strajk, a jeśli ktoś nie czuje się na siłach to może pójść do domu. Muszę nadmienić, że żaden oficjalny Komitet Strajkowy nie powstał, aby nie ułatwiać roboty komunistom. Ci członkowie KZ, którzy nie zostali aresztowani, byli nieoficjalnymi przedstawicielami całej załogi wobec dyrekcji i komisarza wojskowego. W tym krytycznym momencie Janek zadecydował, że od tej chwili za udział w proteście każdy bierze odpowiedzialność na siebie. Niewielka grupa ludzi opuściła kopalnię, ale większość jednak została. Ja i Waldek Maciaszek, kiedy dowiedzieliśmy się o pacyfikacji kopalni Jastrzębie podjęliśmy decyzję o tym, że się zbroimy. Pobiegliśmy na warsztaty. Pobraliśmy takie zbrojone węże hydrauliczne z metalowymi końcówkami, niektórzy zbroili się w łańcuchy, inni w style od łopat i kilofów. Nie chcieliśmy tanio sprzedać skóry. W pewnym momencie zauważyliśmy, że jesteśmy otoczeni przez siły milicyjne i wojskowe. Wokół kopalni pojawiło się mnóstwo pojazdów opancerzonych i czołgów. Waldek Maciaszek skrzyknął grupę ludzi i od strony zakładu przeróbczego przeciągnęliśmy pod bramę przyczepę ciągnikową, a pod bramą przewróciliśmy ją na bok, aby zabarykadować wjazd. Nawet wtedy nie wierzyliśmy, że dojdzie do ataku na serio. Jak mówiłem, odbyłem służbę wojskową więc nie robiła na mnie wrażenia ta demonstracja siły, ale pewno większość z nas musiała czuć się nieswojo. Co chwilę przedstawiciele dyrekcji wzywali nas do opuszczenia kopalni, potem robili to na zmianę z dowódcami sił milicyjno-wojskowych. Było bardzo zimno. Około godziny 10.00 rozpoczęli atak. Najpierw zaczęli wystrzeliwać w naszą stronę pojemniki z gazem łzawiącym. Było tego bardzo dużo. Wszyscy płakaliśmy. Chroniliśmy twarze jak tylko mogliśmy. Następnym etapem ataku była próba sforsowania bramy zabarykadowanej przyczepą przez czołg. W pewnym sensie było to nawet komiczne, bo udało mu się to dopiero za trzecim natarciem. Prawdopodobnie czołgista, który kierował tym czołgiem nie był zbyt sprawnym kierowcą. Zresztą może to nie był żołnierz tylko zomowiec, nie wiem tego. W każdym razie nie szło mu gładko, a każda nieudana próba wywoływała wśród nas rozbawienie i trochę irracjonalne poczucie zwycięstwa. Podjęliśmy nawet walkę z tym czołgiem i zaatakowaliśmy go brudną wodą z hydrantu. Podpięliśmy węże strażackie do hydrantu i tą rdzawą „breją” zalewaliśmy mu szybki, a potem nawet ktoś wpadł na pomysł aby wcisnąć węża do lufy i zalać nim załogę czołgu. Inni z kolei powciskali mu jakieś rury czy kawałki szyn w gąsienice. Tak czy inaczej, udało nam się ten czołg unieruchomić. Pamiętam, że pokręcił jeszcze trochę wieżyczką, abyśmy nie wcisnęli mu tego węża w lufę i stanął. Każde nasze drobne zwycięstwo kwitowaliśmy entuzjazmem. Jednak zomowcy nie mieli zamiaru zrezygnować. Zaczęli nas mocniej ostrzeliwać pojemnikami z gazem łzawiącym i na teren kopalni wjechał drugi czołg. Za nim na kopalnię wkroczyli zomowcy w maskach gazowych. Nasza załoga zaczęła się wycofywać w kierunku nowej łaźni, ale to nie była żadna paniczna ucieczka. Ustępowaliśmy pola, ale nie uciekaliśmy; przynajmniej nie wszyscy. I wtedy dostałem z rakietnicy postrzał w twarz... Strzałów z ostrej amunicji i w ogóle tego, co się działo potem już właściwie nie pamiętam. Podobno byłem jednym z pierwszych rannych. Przeleżałem na punkcie opatrunkowym około 40 minut, bo zomowcy nie chcieli wpuścić na teren kopalni karetek pogotowia. Zapamiętałem tylko potężne uderzenie w twarz, ostry ból i zobaczyłem krew. Resztką świadomości pomyślałem tylko, że powinienem udać się na punkt opatrunkowy. Próbowałem się tam kierować i straciłem przytomność. Ocknąłem się dopiero w szpitalu. Na punkt opatrunkowy ktoś musiał mnie zanieść, ale do dziś nie wiem, kto to zrobił.

Kiedy przywieziono mnie do szpitala, to lekarze nie wiedzieli właściwie, co ze mną jest, skąd u mnie ten uraz. Miałem przebity lewy policzek, rana była opalona, a głowa spuchła mi jak balon. Lekarze nie wiedzieli, czy przypadkiem nie dostałem postrzału z ostrej amunicji, więc ogolili mi prawą stronę głowy, aby sprawdzić czy nie ma tam otworu wylotowego, bo przecież przywieziono wtedy do szpitala kilka postrzelonych osób. Dopiero kiedy przyszedłem do siebie, to ordynator oddziału neurochirurgicznego wytłumaczył mi dlaczego mnie tak dziwnie wygolili. Nawet nie wiem jak długo byłem nieprzytomny. O tym, że na naszej kopalni strzelali do ludzi dowiedziałem się więc dopiero w szpitalu. W sali szpitalnej, w której leżałem, byli jeszcze Czesiek Kłosek i jakiś pobity człowiek z kopalni Jastrzębie; on wyglądał jakby nic mu się nie stało, ale po kilku dniach od zajścia przewrócił się na prostej drodze. Później dowiedzieliśmy się, że na VII piętrze – chyba chirurgii – leżał jeden człowiek od nas postrzelony w udo. Ten młody chłopak z Jastrzębia był z nas najbardziej sprawny ruchowo, zdobywał te wiadomości i nam je przekazywał. Martwiliśmy się o to, co będzie na Boryni, bo wiedzieliśmy, że tamtejsza załoga miała zamiar bronić się na poważnie. Później dowiedzieliśmy się, że jednak z tego zrezygnowali. Personel szpitala był wobec nas bardzo przyjaźnie usposobiony. Chyba 16 grudnia pojawił się jakiś wojskowy i oznajmił, że szpital został zmilitaryzowany. Dla nas znaczyło to mniej więcej tyle, że zabroniono jakichkolwiek odwiedzin, jak również to, że żaden z nas nie może szpitala opuścić. Krótko mówiąc moja rodzina była o moim losie poinformowana jedynie częściowo, chociaż pierwsza informacja jaka dotarła do moich bliskich, była taka, że zostałem zabity podczas strzelaniny na kopalni. Ludzie może i współczuli mojej żonie, ale bali się z nią o tym rozmawiać. Żona udała się do mojego ojca, a on zdesperowany na motocyklu dotarł do szpitala. Na teren budynku nie został oczywiście wpuszczony, ale ktoś poinformował go jednak, że choć leżę ranny to mojemu życiu nie zagraża niebezpieczeństwo.

W szpitalu przeleżałem 9 dni aż do Wigilii. Z transportem było wtedy bardzo źle, więc do domu dotarłem praktycznie po wieczerzy. Żona właściwie nie przygotowała kolacji wigilijnej, była bardzo rozbita. Miała co prawda karpia i wszystko co potrzebne, ale nie była w stanie myśleć o gotowaniu. Kiedy pojawiłem się w domu to zadecydowaliśmy, że udamy się do moich rodziców. Byli co prawda po kolacji, ale i tak wszyscy bardzo na mój widok się ucieszyli.

Zaświadczenie o pobycie w szpitalu otrzymałem w okresie poświątecznym. Jeszcze prawie cały styczeń byłem na zwolnieniu chorobowym i pod koniec tego miesiąca wróciłem już normalnie do pracy. Rana się wygoiła, a ja czułem się w miarę dobrze. Przez cały okres zwolnienia chorobowego nie kontaktowałem się z nikim z kopalni, więc trochę obawiałem się reakcji kierownictwa. Nie wiedziałem, jak mnie potraktują. Okazało się jednak, że bardzo dobrze. Sztygar oddziałowy powiedział mi, że dobrze, że już jestem, bo jest mnóstwo pracy. Nie dostałem żadnego wezwania do dyrekcji. Kompletna cisza. Tak jakbym wrócił z normalnego chorobowego. Pomimo dobrego potraktowania, zaczął się jednak bardzo przygnębiający okres. Solidarności nie było, ja byłem poszkodowany, ale nie mogłem domagać się żadnego odszkodowania, najgorsze było jednak to, że na kopalni wrócono do zasad sprzed sierpnia 1980 roku. Czuło się taki wszechogarniający bezwład. Próbowaliśmy oczywiście wszyscy dowiadywać się o losach naszych internowanych przywódców. Słuchało się radia Wolna Europa, czasami wpadały w ręce jakieś ulotki, ale atmosfera ogólnie rzecz biorąc nie była zbyt budująca. Muszę przyznać, że sam czułem zwątpienie, ale żyło mi się w miarę spokojnie, aż do maja 1983 roku.

W maju, a konkretnie przed 3 Maja, spotkała mnie niespodziewana wizyta esbeków. Najpierw odwiedzili mojego ojca i pytali o mnie. Ojciec szybko jakimiś skrótami dotarł do mnie zaniepokojony i powiadomił mnie o wszystkim. Radził mi, abym wyszedł z mieszkania, ale nie zdążyłem, bo dosyć szybko pojawili się u mnie. Ojcu kazali się wynieść z mojego mieszkania i przystąpili do rewizji. Przekopali całe moje mieszkanie. Narobili mnóstwo bałaganu; wszystkie książki były porozrzucane po całym mieszkaniu. Zabrali mi wszystkie, kolekcjonowane skrzętnie numery „Tygodnika Solidarność”, jakieś broszury i inne pamiątki solidarnościowe. W szafie miałem skrzynię z narzędziami, a o narzędzia w tamtym czasie – tak jak o wszystko – było trudno, więc te narzędzia również zabrali. Stwierdzili potem, że ukradłem je z kopalni. Kiedy pytałem ich w trakcie przeszukania na jakiej podstawie to robią, to potraktowali mnie opryskliwie mówiąc, żebym się zbyt wiele tym nie interesował i że nie potrzebują mi okazywać nakazu rewizji, bo przeszukania dokonują na mocy dekretu o stanie wojennym. Było ich kilku po cywilnemu, a dowodził nimi jakiś kapitan; nazwiska nie pamiętam. Byłem naprawdę osłupiały i zdziwiony tym, co oni robili, bo ja praktycznie nie angażowałem się w żadne działania konspiracyjne i nie miałem żadnych kontaktów z działaczami Solidarności. Pomimo tego zatrzymali mnie również. Wyprowadzili mnie z bloku skutego w kajdanki, wsadzili mnie do samochodu i zwieźli mnie na komendę milicji w Żorach. Pośród zatrzymanych na komendzie żorskiej poznałem jednego znajomego. Nie przesłuchiwali nas tylko powrotem wsadzili nas do samochodu i przewieźli nas do Rybnika. Tam pozamykali nas w celach i tak spędziliśmy noc. Tak nas porozdzielali, że każdy z nas siedział w innej celi, a za towarzyszy mieliśmy samych aresztantów kryminalnych. Następnego dnia przewieźli mnie samego na komendę do Jastrzębia-Zdroju. Tutaj odbyło się wstępne przesłuchanie. Zabrali mi dokumenty i z dwoma nowymi towarzyszami niedoli zawieźli mnie do Jodłownika. Tam byłem przesłuchiwany przez oficera wojskowego, który usiłował mi wmówić, że utrzymuję kontakt z podziemiem solidarnościowym. W jakiś czas potem uświadomiłem sobie, że mógł mnie zadenuncjować taki człowiek, który przyszedł pracować na nasz oddział z „płuczki”. Starał się być nad wyraz miły i ciągle wypytywał o sprawy związane z Solidarnością. Później dowiedziałem się, że jego co rusz przerzucali z oddziału na oddział, więc najprawdopodobniej to on rozpracowywał ludzi na oddziałach kopalnianych. Zdziwiło mnie, że mnie za to zamknęli, bo ja zawsze wypowiadałem się w tych sprawach dosyć oględnie. Przesłuchanie w Jodłowniku trwało około 1,5 godziny. Przesłuchujący próbował narzucić mi swoje, a ja wszystkiemu zaprzeczałem. Nawiasem mówiąc, nawet w audycjach radia Wolna Europa szkolili ludzi, aby nie podpisywali żadnych dokumentów podsuwanych przez przesłuchujących funkcjonariuszy, więc i ja się do tych rad stosowałem. Kolejną noc spędziłem w celi w Jodłowniku. Rano wypuścili mnie na wolność. Nie miałem przy sobie ani dokumentów, ani pieniędzy, bo wszystko zostało w Jastrzębiu. Na dobrą sprawę to nie wiedziałem nawet gdzie byłem. Odbyłem pertraktacje z taksówkarzem, który miał straszne opory, aby podwieźć mnie na komendę w Jastrzębiu. W końcu go jednak przekonałem, że przecież z komendy mu nie ucieknę i dowiózł mnie do Jastrzębia. Tam nie robili mi już żadnych problemów, tylko załatwili sprawy formalne i oddali mi dokumenty i pieniądze. Kiedy zapytałem o moje rzeczy tzn. gazety i narzędzia, to odpowiedzieli mi, że toczy się postępowanie przeciwko mnie i że to są dowody w sprawie, a jako takich nie mogą mi ich wydać.

Tego samego roku w okolicach Święta Niepodległości tj. 11 listopada otrzymałem wezwanie na komendę milicji w Żorach. Kiedy tylko się tam pojawiłem od razu zostałem zatrzymany i ponownie przewieźli mnie do Rybnika. Już nie zakuwali mnie w kajdanki. Następnego dnia znowu przesłuchiwał mnie jakiś żołnierz. Nic już nie próbował mi wmawiać, tylko straszył mnie tymi wszystkimi paragrafami na wypadek, gdyby zachciało mi się zająć działalnością podziemną. Dwa razy w ciągu 1982 roku byłem bezpodstawnie zatrzymywany na 48 godzin.

Po tym postrzale i wszystkich przejściach byłem przerażony. To była duża trauma. Zapadłem na epilepsję pourazową. Zaczęło się na początku 1983 roku. Nie były to jakieś ostre ataki, po prostu zacząłem miewać chwilowe utraty przytomności. Najczęściej dopadało mnie to w domu. Nie byłem tego świadom, ale żona widziała, że coś złego się ze mną dzieje. Przekonywała mnie, abym udał się z tym do lekarza, ale początkowo zlekceważyłem swój stan. Myślałem, że może przejdzie mi to samo. Zaczęło się to nasilać. Nietrudno było domyślić się, że ma to związek z urazem, którego doznałem podczas pacyfikacji kopalni, bo wcześniej byłem przecież zdrów jak ryba. Dwóch ataków epilepsji doznałem na dole kopalni. Otrzymałem skierowanie na badania u specjalisty, ale obawiałem się utraty pracy, więc się nie zgłosiłem. Na początku 1986 roku doznałem trzeciego ataku na dole, na podszybiu. Wywróciłem się po prostu i o mało co nie rozjechały mnie wozy. Przewieźli mnie do szpitala. Leżałem tam dwa tygodnie Przebadali mnie dokładnie i stwierdzili u mnie padaczkę pourazową. Wysłano mnie na rentę. Byłem zszokowany... Żona, jedno małe dziecko, drugie w drodze, ja niby w sile wieku, a tu nie ma wyjścia – trzeba iść na rentę. Lekarz próbował mnie pocieszać, że to może po dwóch, trzech latach minąć, ale nie minęło. Renty jak wiadomo są niskie i trudno z nich utrzymać rodzinę. Po przemianach w 1989 roku ponownie „wstąpiłem” oficjalnie (bo przecież nigdy się nie wypisywałem) do Solidarności, ale niestety działacze związkowi na mojej kopalni, pomimo tego, że szukałem u nich pomocy nic w mojej sprawie nie zrobili.

Muszę trochę powrócić w czasie i dodać, że od 1983 roku brałem cyklicznie udział w mszach rocznicowych na kopalni Wujek i składałem kwiaty, pod pomnikiem. W późniejszym okresie braliśmy udział w tych uroczystościach wspólnie z Cześkiem Kłoskiem. I właśnie biorąc, co roku udział w tych uroczystościach poznałem panów Płatka i Szafrańca. Za rządów premiera Bieleckiego pan Szafraniec pomógł mi uzyskać rentę specjalną z puli ministerialnej, z tytułu trwałego uszczerbku na zdrowiu podczas pacyfikacji kopalni Manifest Lipcowy. Pan Szafraniec szukał właśnie takich jak ja; ludzi poszkodowanych w stanie wojennym. Związkowcy z mojej kopalni nie zrobili nic, a on mi pomógł. Zresztą w 1993 roku ówczesny prezydent Lech Wałęsa też przyznał, niby wszystkim rannym w tym okresie krzyże kawalerskie Orderu Odrodzenia Polski, a mnie również pominął.

Kiedy rozpoczął się proces w sprawie pacyfikacji kopalni Wujek, to na początku bywałem na prawie wszystkich rozprawach. Proces trwał bardzo długo, bo przecież 14 lat. W rozprawach brałem udział w zależności od mojego stanu zdrowia. Chciałem nawet zostać oskarżycielem posiłkowym, ale prawnicy tych oskarżonych zomowców uniemożliwili mi to. Cały ten proces wyglądał tak jakby cały aparat sądowy, aparat sprawiedliwości był przeciw zabitym i rannym górnikom, a sprzyjał oskarżonym zomowcom.

W strajku z 1988 roku nie brałem udziału. Byłem wtedy już na rencie i dorabiałem sobie na pół etatu. Wszystkie informacje o tym, co dzieje się na strajku otrzymywałem od Janka Piłata, ewentualnie od Alojzego Pietrzyka. Powiem szczerze, że bałem się utracić te pół etatu, bo już i tak wiele straciłem. Kopalnia była wtedy szczelnie otoczona przez siły milicyjne, ale ja miałem na nią wstęp, więc bardzo często kontaktowałem się ze strajkującymi kolegami. Moje ówczesne kontakty z kościołem „na górce” nie były może zbyt częste, ale ks. Czerneckiego zawsze uważałem za autorytet. Korzystałem również z pomocy radcy prawnego, który pełnił dyżury przy kościele w Żorach.

Od 1980 roku upłynęło już 30 lat, mamy 21 lat wolnej Polski, ale jakoś specjalnie o mnie się nie pamięta. Uczestniczyłem co prawda w obchodach z okazji XXV-lecia Solidarności w uroczystej sesji Rady Miasta Jastrzębie-Zdrój na kopalni Zofiówka, ale bez zaproszenia. W 1997 roku, chociaż interweniowałem w związkach zawodowych, to i tak zwolnili mnie z tego pół etatu. Byłem załamany tym zaniechaniem, pozostawieniem człowieka sobie samemu, a przecież ja ideą Solidarności żyłem stale. Zawsze mnie to dziwiło, że ludzie z Wujka potrafią tak prężnie działać, a moja macierzysta organizacja nie robi dla swoich weteranów nic. Za każdym razem na obchody wprowadzenia stanu wojennego byłem zapraszany na Wujka. W Jastrzębiu pojawiałem się sam, bez zaproszeń. Bardzo zaskoczyło mnie teraz zaproszenie na spotkanie wspomnieniowe od Janka Bożka. Nareszcie miałem okazję porozmawiać i powspominać stare czasy z kolegami z Zofiówki. To było bardzo miłe.

Na współczesną Polskę patrzę z optymizmem, chociaż rządu Donalda Tuska nie darzę zbytnim zaufaniem. Uważam jednak, że mamy w Polsce ludzi, którzy niekoniecznie kierują się własnym interesem. Myślę, że mamy tu jeszcze patriotów, którzy nie pozwolą zginąć Ojczyźnie.