L00107 Krzysztof Budziakowski

Z Encyklopedia Solidarności

Relacja Krzysztofa Budziakowskiego

Pierwszym niezwykle ważnym wydarzeniem, które ukształtowało moje motywacje było przyniesienie przez Ryśka Pawłowskiego i Gośkę Bator książki z drugiego obiegu. To był dla mnie wstrząs – dotknąłem czegoś, co powstało poza obrębem działania legalnych wydawnictw, jak gdyby produktu z innej planety! Oniemiałem gdy dostałem do ręki „Zapis” i Listy Zagajewskiego. Zobaczyłem teksty, które ludzie publikują przeciwko ustrojowi i wydają je pod swoim nazwiskiem. To było niezwykłe doświadczenie, dowód że można zrobić coś przeciwko ustrojowi, a miałem przecież świadomość tego, gdzie żyję. Wcześniej miałem poczucie, że niczego skutecznego i konkretnego nie da się zrobić, ale gdy zobaczyłem te książki po prostu oniemiałem z zachwytu... Zobaczyłem, że można zrobić coś ostatecznego i nieodwracalnego. Zawsze miałem do książek stosunek pełen uwielbienia, więc gdy zobaczyłem, że można tak po prostu coś wydać to był dla mnie szok. Ten moment, że później zostałem niezależnym wydawcą.

Przyszedł sierpień 1980 roku i gdy pojawiłem się po wakacjach w Krakowie to dostałem od kogoś wiadomość, że będzie spotkanie grupy inicjatywnej Wolnego Związku Studentów. Odbyło się w mieszkaniu Adama Jastrzębskiego na osiedlu Zielonym. Był tam m.in. Jarek Zadencki i trochę ludzi z filozofii. Jako Grupa Inicjatywna wydaliśmy oświadczenie i ulotkę, którą zrobili ludzie z SKS-u dysponujący sprzętem poligraficznym. Później ukonstytuował się Komitet Założycielski NZS. Nie wszedłem do niego, bo miałem na głowie zawalone egzaminy. Później oczywiście przystąpiłem do NZS-u mając jednak przekonanie, że moje możliwości są skromne. Myślałem, że są tam koledzy z SKS-u, do których odwagi i wiedzy miałem zaufanie – więc szedłem tam na zasadzie, że mogę najwyżej skoczyć gdzieś „posprzątać i pozamiatać”, być jakimś gońcem.

Trafiłem do grupy, która planowała założenie czasopisma społeczno-literackiego. Okazało się jednak, że tracimy strasznie dużo czasu – mija miesiąc jeden i drugi, a my tylko dyskutujemy i dyskutujemy, a nic z tego nie wynika. Nagle okazało się, że jestem w stanie coś zorganizować, mimo że wszyscy tylko gadają, raz przychodzą, drugi raz nie przychodzą. W tym czasie zaczynam robić coś konkretnego i zaczyna się z tego wyłaniać jakiś zarys. Zostałem redaktorem prowadzącym czasopisma „Bez Tytułu”. „Prowadzącym” a nie „naczelnym”, żeby nie drażnić innych ambitnych kolegów. Profil tego czasopisma nie był ukształtowany, bo sami do końca nie wiedzieliśmy jeszcze, o co nam chodziło. „Bez Tytułu” był więc zlepkiem różnych niezależnych tekstów wrzucanych trochę bez ładu i składu, zachłyśnięciem się wolnością słowa. Pismo było skierowane przede wszystkim do członków NZS-u oraz jako pismo społeczno-kulturalne adresowane do studentów w ogóle. Ukazywało się nieregularnie i w sumie wyszły tylko cztery numery, ale każdy w objętości ok. 70 stron. W redakcji były dosyć silne osobowości i napięcia, dlatego w pewnym momencie doszedłem do wniosku, że będzie lepiej, gdy się wycofam z funkcji redaktora prowadzącego. Wówczas został nim Krzysiek Gurba.

W międzyczasie zostałem zaproszony przez Jarka Zadenckiego, by wejść w skład Klubu Myśli Patriotycznej Jagiellonia. I w ramach tego klubu oraz NZS-u założyłem oficynę, która rozpoczęła działalność pod nazwą Oficyna NZS UJ Jagiellonia. Zająłem się wydawaniem książek. Nawiązałem trochę kontaktów z drukarzami pracującymi w państwowych zakładach małej poligrafii i mającymi dostęp do papieru oraz maszyn offsetowych. Z początku plątałem się po Krakowie i chodziłem do różnych ludzi mówiąc, że mógłbym wydać książkę, ale żeby mi jakąś dali i sypnęli pieniędzmi na jej wydanie. Wszyscy patrzyli na mnie jak na wariata. Byłem jednak uparty i jakimś dziwnym trafem zaufał mi Jarek Zadencki, który pożyczył pieniądze od swego ojca i dał mi pierwszą książkę. Była to pozycja Andrzeja Micewskiego Współrządzić czy nie kłamać. Po wydaniu tej książki i jej sprzedaniu oddałem pieniądze, czym potwierdziłem swoją wiarygodność. Wypracowałem również kapitał na dalsze tytuły i Oficyna NZS UJ Jagiellonia dzięki temu mogła się rozwijać. W 1981 roku wydałem cztery książki. Ostatniej z nich – Modele i praktyka Juliusza Mieroszewskiego – zrobiliśmy dodruk. Początkowo ukazało się tysiąc egzemplarzy, następnie w dodruku tysiąc lub dwa, nie pamiętam dokładnie. 8 lub 10 grudnia 1981 roku zawiozłem wydruki do oprawy do tzw. zakładu małej poligrafii UJ; współpracowałem tam z panem Kącikiem. Ostatnio usłyszałem, że miał on też inne oblicze, ale wówczas nic o tym nie wiedziałem. Zapamiętałem go jako sympatycznego i życzliwego człowieka. Zostawioną u niego książkę zastał stan wojenny – nie zdążył jej oprawić. W związku z tą książką zachowałem się kompletnie nierozsądnie. Byłem bowiem przejęty myślą, że coś trzeba zrobić i ją ratować. W styczniu 1982 roku, zupełnie bez zastanowienia poszedłem do gabinetu rektora Gierowskiego. Powiedziałem mu, że jest książka wydrukowana i trzeba ją ratować przed zniszczeniem, a ja nie wiem co robić. Nie wiem, co mi przyszło do głowy by tak to rozegrać. Dopiero później sekretarz Gierowskiego uświadomił mi, że w gabinecie na pewno jest podsłuch. Oni czekali, że Służba Bezpieczeństwa taką minę im podstawi, a ja jak sobie to uświadomiłem to dostałem ciężkiej depresji. W międzyczasie sekretarz Andrzej Sowa sprawdził mnie na tyle, na ile wówczas można to było zrobić. Kiedy powtórnie ze mną rozmawiał, to obiecał, że książka nie zostanie zniszczona i przewiozą ją do Biblioteki Jagiellońskiej, gdzie zostanie zmagazynowana. Niestety do dzisiejszego dnia nie wiem, co się z nią stało, bo moje próby śledztwa czy jest w Jagiellonce do niczego nie doprowadziły.

Prowadziłem wydawnictwo z przekonaniem, że prowadzę wydawnictwo NZS-u. Jak wspomniałem najpierw obracałem pieniędzmi prywatnymi pożyczonymi od Jarka Zadenckiego. Przyznawałem sobie pensję i jakiś fundusz reprezentacyjny związany z tym, że trzeba było wynajmować transport, by przewozić książki itd. Robiłem sobie takie wewnętrzne rozliczenie, dziś już może śmieszne, bo robiłem je sam przed sobą. Równie dobrze mogłem te książki wydawać i zarabiać całkowicie dla siebie – a ja wypłacałem sobie tylko pensję. Natomiast wszystkie pieniądze, które Oficyna NZS UJ – czyli ja – zarobiła na czysto, przekazałem 11 lub 12 grudnia 1981 roku Wiesi Sotwin. To była naprawdę góra pieniędzy, przeliczając na dolary to było około kilku tysięcy. W tamtym okresie, czyli w 1981 roku nie było praktycznie represji i nie było wpadek, więc nie było żadnych strat. W kategoriach sprzedażowych to był czysty biznes. Książki sprzedawało się praktycznie na pniu. Przykrość tylko sprawiła mi opinia rozpowszechniana – jak mnie wtedy poinformowano przez Henryka Karkoszę – że skoro tyle daję, to znaczy że 10 razy więcej zostawiłem sobie.

Drugą osobą, która uwierzyła że mogę wydawać książki, był Jan Polkowski, który początkowo też patrzył na mnie jak na kompletnego wariata. Zaryzykował, a ja wydrukowałem. Trafiłem na taki moment, kiedy Polkowski pokłócił się z Karkoszą i odszedł z KOS-a. Kiedy zaczynałem z nim współpracować to był ten moment kryzysu, kiedy Polkowski zerwał całkiem kontakty z Karkoszą i założył wydawnictwo ABC. Byłem współtwórcą tego wydawnictwa, w ramach którego wydałem kilkanaście tytułów.

Jeszcze jedną rzeczą, którą się wówczas zajmowałem była mała księgarnia z wydawnictwami niezależnymi. Jej wyjątkowość w Krakowie polegała na tym, że było wiele punktów sprzedaży/kolportażu bibuły w uczelniach i instytutach, ale mój jako chyba jedyny był dostępny dla każdego. W mieście wisiały plakaty informujące o lokalizacji tej księgarni i przychodziło bardzo wiele osób. Codziennie przed otwarciem ustawiała się kilkudziesięcioosobowa kolejka. Księgarnia mieściła się w budynku Wyższej Szkoły Pedagogicznej na ulicy Grodzkiej na parterze. Myślę, że dla wielu była to atrakcja, bo nie każdy miał kontakty z uczelnią czy ze strukturami Solidarności. Przez księgarnię przewijały się tłumy ludzi i sprzedawałem bardzo dużo książek.

W grudniu 1981 roku miałem już bardzo szerokie kontakty z wieloma zakładami małej poligrafii i moje możliwości wydawnicze były bardzo duże. Byłem dosyć dobrze zorganizowany i do tego momentu wydrukowałem sporo tytułów. W jakimś momencie jeden z drukarzy poznał mnie z drugim drukarzem, który następnie coś mi drukował. Dosyć późno dowiedziałem się, że ten drukarz, pan Czesław jest pracownikiem Komitetu Wojewódzkiego PZPR i szefem małej poligrafii u nich. Gdybym wiedział o tym wcześniej to pewnie bym się obawiał, ale wydrukował mi parę rzeczy i oferował sprzęt poligraficzny, a mógł oficjalnie „złomować” różnego rodzaju sprzęt i sprzedawać go po cichu. W grudniowe dni 1981 roku opowiadał mi różne historyjki. Pan Czesław był również pracownikiem politycznym. Mówił mi na przykład, że na początku grudnia wydano im broń podczas zebrania – on jej jednak nie wziął w przeciwieństwie do innych. Podczas jednej z rozmów telefonicznych – chyba 10 grudnia – powiedział mi, że coś się dzieje i bym podjechał pod KW, gdzie nie ma ani jednego samochodu, bo pracownicy czegoś się boją. Mówił mi rzeczy, z których powinienem był wyciągnąć wnioski, że coś poważnego się zapowiada. Nie wyciągnąłem ich jednak. Byłem pod wpływem euforii solidarnościowej i uważałem, że jesteśmy tacy wielcy i tacy silni, że nikt nam nic nie zrobi.

Przez cały rok 1981 mimo wspomnianej euforii konspirowałem, np. moja współpraca z Polkowskim wyglądała tak, że często spotykaliśmy się gdzieś w parku wieczorem. Ja się z tą współpracą nie obnosiłem. Oczywiście jeśli chodzi o Oficynę NZS UJ to kilka osób o mnie wiedziało, ale było to ścisłe kierownictwo. Nie byłem taką postacią, która chodziła po mieście i się chwaliła, że jest wielkim wydawcą. Zapewne to oraz fakt, że rozwinąłem skrzydła w końcówce roku sprawiło, iż nie znalazłem się na listach do internowania. Gdy plątałem się po mieście po wprowadzeniu stanu wojennego różni ludzie mówili, bym się ukrył bo na pewno mnie szukają i będę internowany. Po dwóch dniach takiego straszenia schowałem się i ukrywałem przez kilka dni – ale to było bez sensu, bo zwyczajnie nikt mnie nie szukał. Na wigilię byłem już w domu. Samego 13 grudnia wydałem jakąś ulotkę ze znajomym.

Po wprowadzeniu stanu wojennego byłem przekonany, że trzeba walczyć. Potrafiłem zorganizować wydawanie książek, więc się za to zabrałem. Wydałem też kilka numerów biuletynu informacyjnego z Ludwikiem Stasikiem, ale niespecjalnie nam to szło, bo ja nie miałem bladego pojęcia, jak się na „białku” drukuje; a Ludwik miał takie średnie. To, co wyprodukowaliśmy było mało czytelne – dla drukarza po prostu wstyd. Na przełomie grudnia 1981 i stycznia 1982 roku wymyśliłem sobie nową nazwę dla działalności wydawniczej: Krakowskie Towarzystwo Wydawnicze. W styczniu 1982 roku w Komitecie Wojewódzkim PZPR wydrukowałem Spisane będą czyny i rozmowy. Był to zbiór wywiadów przeprowadzonych przez Marię Paluch de Hernandez. Sama książka z wiadomych przyczyn sygnowana była jedynie inicjałami: M. P. Udział redakcyjny w tym przedsięwzięciu miał też Tadeusz Nyczek.

Myślę, że gdyby SB wiedziała, iż drukowane jest to w Komitecie Wojewódzkim to poleciałyby w tym zakładzie poligraficznym głowy. Moją też by pewnie „odstrzelili”. Myślę również, że pan Czesio mimo wszystko miał krytyczny stosunek do rzeczywistości socjalistycznej. Widział jak funkcjonuje Polska Zjednoczona Partia Robotnicza od środka, opowiadał mi różne anegdoty i historyjki. Podczas jednego ze spotkań zadał mi pytanie: „Wie pan, czym cały dzisiejszy dzień żeśmy się zajmowali w komitecie? Cały komitet się zajmował tym, że «przyszły» trzy «kasprzaki» – radiomagnetofony. A tam sekretarzy jest siedmiu i cały dzień była kłótnia i dyskusja kto te «kasprzaki» dostanie”. Zatem, on też widział, co to są za ludzie, choć oczywiście zarabiał pieniądze na tym drukowaniu. Wszyscy drukarze pracujący w państwowych zakładach małej poligrafii, którzy dla mnie coś drukowali zarabiali na tym niezłe pieniądze. Trzeba jednak powiedzieć, że mogli te pieniądze zarabiać na czymś zupełnie innym, bo można było mieć wtedy zlecenia na druk nie bibuły tylko innych publikacji. Bardzo dużym zleceniodawcą był wówczas Kościół. Dla Kościoła „lewych” rzeczy drukowało się w Polsce kosmiczne ilości. To, że zdobyłem odpowiednie kontakty wynikało właśnie z „kościelnej” ścieżki. Namierzyłem drukarzy, którzy drukowali wydawnictwa religijne dla księży oraz literaturę, która szła na czarnym rynku. Jej brak wynikał nie z tego, że była nielegalna tylko z faktu, iż wydawnictwa nie reagowały na zapotrzebowanie rzeczywiste. Dotarłem do ludzi, którzy zarabiali na tym rynku, ale przyjęli moje zlecenia już z motywacji mieszanych – czyli finansowych i polityczno-ideowych.

Pan Czesław miał mocne umocowanie w krakowskich strukturach partyjnych ze względu na bliskie pokrewieństwo z wysoko usytuowanym funkcjonariuszem partyjnym. Trudno mi powiedzieć o jego motywacjach. Jestem jednak w stu procentach przekonany, że Służba Bezpieczeństwa nic nie wiedziała. Moja teczka w IPN jest „wypatroszona” – zostało kilka kartek, z których niewiele można się dowiedzieć. Nie ma jednak żadnych śladów, nawet pośrednich, by można było wnioskować coś na jego temat. SOR (Sprawa Operacyjnego Rozpracowania) o kryptonimie Noe na moją osobę została założona dopiero w 1983 roku. Wcześniej byłem rozpracowywany w ramach SOR Arka. Gdyby wiedzieli o panu Czesławie, to miałbym SOR założoną wcześniej.

W latach 80. ukazało się ponad czterdzieści tytułów wydanych przeze mnie. Niektóre z tych książek były niesygnowane w celu wprowadzenia w błąd SB. Wydrukowałem również dwa numery czasopisma „Tędy”, którego redaktorem był Krzysiek Gurba. No i w końcu wpadłem – zaczęło się od wpadki mojego pierwszego drukarza, pana Stefana Magielskiego. Był on też jednym z moich najważniejszych koordynatorów. Miał swoich drukarzy, których ja nie znałem. Dawałem mu zlecenia, które on na swoich kontaktach realizował. Wpadliśmy na Dzienniku pisanym nocą Herlinga-Grudzińskiego, który był drukowany w zakładzie małej poligrafii NOT-u. Był tam drukarz o nazwisku Bigos, którego złapali. A jak go złapali to zeznał wszystko – postraszyli, przycisnęli to i powiedział, co wiedział. Sypnął Magielskiego i pośrednio mnie – wiedział tylko ogólnie, że jakiś student, jakiś Krzysztof. Kiedy aresztowali Magielskiego i zrobili mu rewizję to znaleźli u niego magazyn papieru, książki, blachy. Nie wiedziałem o nim jednej ważnej rzeczy, Magielski był nałogowym alkoholikiem. SB aresztowała go gdy był w „ciągu”, więc powiedział wszystko, gdy tylko nalali mu szklankę wódki. Na drugi dzień go wypuścili. Byłem w kontakcie z jego żoną, która powiedziała kiedy wyjdzie. Około godziny 15:00 czekałem na ul. Dietla, kiedy zauważyłem, że idzie trochę przymroczony. „Panie Krzyśku, wszystko powiedziałem”. Mnie włosy na głowie dęba stanęły kiedy to usłyszałem. „Wszystko, od początku” – dopowiedział, kiedy zapytałem go o to „wszystko”. Jeśli powiedział wszystko to o roku 1981, 1982 i 1983.

Nie wiedziałem za bardzo, co mam ze sobą robić w tej sytuacji. Nie miałem wielu kontaktów i namiarów jeśli chodzi o podziemie. Współpracowałem w dalszym ciągu z Jankiem Polkowskim. Wrzucałem moje książki do jego kolportażu i odwrotnie. W ramach Krakowskiego Towarzystwa Wydawniczego współpracowało ze mną kilku kolegów: Marcin Zaczek, Tomasz Placek, Paweł de Barbaro. Była również grupa drukarzy: pan Czesław, pan Stefan, pan Rysio, pan drugi Rysio itd.

Kiedy w lipcu 1982 roku Polkowski wyszedł z „internatu” był nastawiony na drukowanie bibuły. Prowadziłem z nim jednak bardzo długie rozmowy by zajął się czasopismem społeczno-kulturalnym, które wówczas powstawało. Namawiałem go bardzo, bo miał opory. Pismo początkowo miało się ukazywać pod nazwą „Feniks”. W końcu go przekonałem i wydrukowałem pierwszy numer. Jego kolportaż był wówczas jeszcze nędzny, więc większość nakładu poszła przez mój. Twórcami założeń tego pisma byli Tadeusz Nyczek, Andrzej Sulikowski i Ludwik Stasik. To oni wymyślili, że jest potrzebne takie pismo i że będzie nazywało się „Feniks”. Materiały do pierwszego numeru zostały przygotowane przez nich. Od drugiego numeru redagował i drukował już tylko Polkowski, a ja tylko częściowo kolportowałem. Główną osobą zajmującą się kolportażem pisma została Maria Makuch.

Kolportaż to była cała masa siatek nakładających się na siebie i współpracujących ze sobą. Ja np. dawałem książki do kolportażu Karkoszy i brałem od niego do swojego. Miałem też ludzi w Warszawie i na Podkarpaciu, którzy odbierali bezpośrednio ode mnie. Od moich kolporterów krakowskich książki odbierali kolporterzy z innych miast, często na zasadzie wymiany. Książki KTW docierały do środowisk akademickich i solidarnościowych.

W pewnym momencie Jarek Zadencki dostał paszport i pojechał do Francji. Podczas pobytu w Paryżu rozmawiał z Giedroyciem, któremu opowiedział o sytuacji w Krakowie, dzięki czemu Giedroyć zaproponował mi drukowanie „Zeszytów Historycznych”. W ten sposób Krakowskie Towarzystwo Wydawnicze podjęło współpracę z Kulturą Paryską; z tego co pamiętam Jerzy Giedroyć dopłacał do każdego zeszytu 200$. Dostawaliśmy gotowy egzemplarz z Paryża i dokonywaliśmy jego reedycji w Krakowie.

Moje kontakty ze strukturami podziemnymi były dosyć ograniczone. Wynikały zapewne z tego, że kilka razy się z nimi zetknąłem i zobaczyłem jak pewne rzeczy są robione po amatorsku. Drukowana była jakaś ulotka, a organizatorzy podawali każdemu, kogo spotkali na ulicy adres, gdzie można ją odebrać. Rokita też raz zrobił taką akcję. Po prostu włos się jeżył na głowie – to były kpiny z jakichkolwiek zasad konspiracyjnych. Trzymałem się więc od tego z daleka. Dla mnie wydanie książki poza cenzurą było prawdziwą bitwą. Miałem poczucie, że gdy wyprodukowałem książkę to już było zwycięstwo. „Wystrzeliłem”, czyli książka poszła do ludzi i nie można było jej już zniszczyć ani zatrzymać konsekwencji jej istnienia. Miałem z tego dziką, wewnętrzną satysfakcję, dźwigając paczki i wiedząc, że mam książki, które za chwilę pójdą do ludzi, a czerwony nie jest w stanie nic z tym zrobić, że jakiś procent z ludzi czytających je będzie przeżywać to, co ja gdy pierwszy raz dostałem wydawnictwo niezależne. Biorąc taką książkę będzie widział, że są ludzie, którzy nie tylko myślą inaczej, nie tylko potrafią sformułować i napisać książkę, ale są też tacy, którzy tu, w tym kraju, w podziemiu są w stanie ją wyprodukować. Jestem przekonany, że ruch wydawniczy i wydawcy są najbardziej niedocenioną grupą jeśli chodzi o podziemie. Praca i efekty, które oni w rzeczywistości uzyskiwali w zakresie kształtowania świadomości społecznej były ogromne. Nie tylko poprzez to, że ludzie czytali. Brali bowiem książkę do ręki i mieli namacalny dowód istnienia oporu i sprzeciwu, dowód, że istnieje coś nieodwracalnego, bo książka jest czymś nieodwracalnym. Miałem poczucie, że moja wojna z komuną na tym właśnie polega. Nie muszę knuć, spotykać się wieczorami i zastanawiać nad tym, jak obalić komunę – na to pomysłu nie miałem. Kelus o tym ładnie śpiewał: „Dochodzimy swoich racji papierową amunicją”. Takie miałem poczucie i to było wystarczające. Kiedy jednak wpadłem to nagle okazało się, że mam olbrzymią strukturę pod sobą, ale nie mogę pójść do kolegów i powiedzieć: „schowajcie mnie”. Nie mógłbym tego zrobić by ich nie narażać, w ogóle mi to do głowy nie przyszło. Poszedłem natychmiast do Rokity, ale nie zastałem go w domu. Polkowskiego też nie było, bo wyjechał.

Nie byłem przygotowany na taką sytuację. Sądziłem wcześniej, że jeżeli będzie wpadka to natychmiast zostanę aresztowany. Rzeczywistość okazała się inna. Wiedziałem że mnie szukają, stałem na ulicy i nie wiedziałem, co mam zrobić. Od momentu wprowadzenia stanu wojennego wyobrażałem sobie oczywiście, że mogę zostać zgarnięty. Zastanawiałem się też, ile wytrzymam. Policje polityczne całego świata stosują często niezwykle drastyczne metody przesłuchań. Co zastosuje wobec mnie SB? Jakie bicie czy tortury wytrzymam? Czy złamie mnie np. podłączenie jąder do prądu? Czy rzeczywiście jestem taki twardy jak mi się wydaje? Nie byłem pewny w 100% odpowiedzi na te pytania ale byłem pewny, że jeżeli zostanę złamany i sypnę moich ludzi to natychmiast popełnię samobójstwo. W tym momencie pracowało dla mnie ok. 30 osób.

Kiedy zadzwoniłem do domu okazało się, że SB już tam była. Zdecydowałem się pójść do mecenasa Andrzeja Rozmarynowicza. Mimo że się nie znaliśmy, to gdy do niego zadzwoniłem pozwolił mi przyjechać do siebie do domu. On czuł o co chodzi podczas tej rozmowy telefonicznej, kiedy coś bełkotałem bez sensu do słuchawki. Już w jego domu, pytałem co ma zrobić osoba, która jest w takiej sytuacji. W końcu jednak przestałem kręcić i powiedziałem, że chodzi o mnie. Wtedy pan Rozmarynowicz ściągnął do siebie Krzysztofa Kozłowskiego i naradzaliśmy się w trójkę. W tym czasie był okres amnestii – dlatego w wyniku dyskusji zdecydowałem się na tzw. „ujawnienie”. Postanowiliśmy, że Rozmarynowicz przechowa mnie u siebie w domu przez sobotę i niedzielę, a w poniedziałek rano zawiezie do prokuratury. Tam zgodnie z obowiązującymi przepisami złożę wyjaśnienia. Ustawa nie wymagała „sypania”, a jedynie złożenia oświadczenia, że się już będzie „grzecznym”, czyli że będzie się postępowało zgodnie z prawem. Wprawdzie prokurator Burzymowski próbował mnie przekonywać, że można podawać nazwiska kolegów, że nie ma przeszkód, co brzmiało bardzo zabawnie, ale powiedziałem, że nie znam żadnych nazwisk. Cały protokół przesłuchania jest w mojej teczce w IPN.

Dzisiaj fakt złożenia w tamtym okresie oświadczenia, że się będzie przestrzegało prawa jest traktowane przez niektórych prawie jak zdrada. Dla mnie jednak takie oświadczenie złożone w skrajnych warunkach i pod przymusem nie było wiążące. Nie traktowałem tego poważnie. Moim celem nie było prezentowanie siebie esbekom jako ważnego działacza i twardego przeciwnika, lecz wprost przeciwnie – jako szeregowego i wystraszonego studencika, kogoś nieznaczącego. Moim celem nie było bohaterstwo. Moim celem była efektywna działalność. Wydanie książki w nakładzie 2 tysięcy egzemplarzy książki było jak wystrzelenie 2 tysięcy pocisków. Prawda o historii Polski, wolna myśl polityczna i niecenzurowana literatura zmieniły świadomość Polaków ograniczaną przez propagandę komunistyczną. Jak wspominałem wpadka dotyczyła drukowania Dzienników pisanych nocą Gustawa Herlinga-Grudzińskiego. W 1998 roku Herling-Grudziński powiedział w wywiadzie dla TVP Kultura: „Ja za bohaterów uważam tych, co robili nielegalną prasę i nielegalne książki wydawali, tzw. «drugi obieg». Nie chodzi o to aby chodzić ze strzelbą po ulicy, chodzi o to żeby robić rzeczy, które wymagają odwagi i ryzyka i Polacy to robili (...) To był wyczyn i to jest swego rodzaju bohaterstwo w walce cywilnej”.

Po ujawnieniu byłem kilka razy zatrzymywany, miałem rewizje i wizyty, ale to nie były jakieś wielkie ekscesy. Mieli potężną wiedzę do momentu wpadki. Później, już tylko czegoś się domyślali. Nie wpadłem na niczym konkretnym. Nawet jak przyszli do mojego domu i znaleźli tam trochę bibuły to tylko wzruszałem ramionami. To nie był problem. Oczywiście po tej sprawie moje możliwości się ograniczyły i w drugiej połowie lat 80. było dużo trudniej. W dalszym ciągu opierałem wydawanie na zakładach małej poligrafii. Nie miałem kontaktów ze strukturami Solidarności i nie otrzymałem nigdy żadnego sprzętu poligraficznego. Nie chciało mi się natomiast uruchamiać druku na bazie sita czy białka – robienie książek takimi metodami daje bardzo niską jakość. Miałem dostęp do dobrego sprzętu poligraficznego i introligatorni. To była też kwestia logistyki: zdobycia papieru, dostarczenia go do zakładu, przewiezienia zadrukowanych arkuszy do introligatorni, itd. Nakład poszczególnych tytułów wynosił zazwyczaj ok. 2 tys. egzemplarzy. Czasem, jak były jakieś bardzo grube książki, jak np. Mariana Kukiela Dzieje Polski porozbiorowe 1795-1921 czy Szkice o literaturze emigracyjnej Marii Danilewicz-Zielińskiej, to wychodziły w nakładzie 1 tys.

Kiedyś stanąłem przed Kolegium ds. Wykroczeń za organizację druku. Moim obrońcą był dzisiejszy senator pan mecenas Cichoń, polecony mi przez mecenasa Rozmarynowicza. Ostatecznie mnie nie ukarali. Zastosowali taką formułę: Kolegium postanowiło wybaczyć i puścić w niepamięć. Jakichś strasznych represji nie doświadczyłem, jednak po trzech latach życia w bardzo silnym napięciu i lęku zapłaciłem za to zdrowiem, bo dość poważnie się rozchorowałem i trwało to prawie przez rok.

Mniej więcej od 1986 do 1989 roku moje możliwości poligraficzne bardzo się ograniczały. Wtedy wymyśliłem, że założę oficjalnie działającą oficynę naukową. Przeanalizowałem dosyć dokładnie obowiązujące wówczas w Polsce przepisy i na ich podstawie stwierdziłem, że można założyć zakład małej poligrafii. Prywatny, który by produkował nakłady książek sięgające 100-200 egz.; bez żadnej cenzury. Można to było robić – teoretycznie oczywiście. W tym celu założyłem spółkę z ograniczoną odpowiedzialnością. Na prowadzenie takiej działalności musiałem dostać koncesję, o którą wystąpiłem do Ministerstwa Kultury w 1985 roku. Wszystko formalnie było zamknięte na ostatni guzik, wszystko spełniało wymogi przepisów. Wymyśliłem, że oficjalnie wystąpię o zgodę na robienie reprintów książek, których nakłady zostały wyczerpane, a których nie ma w bibliotekach. Tak sobie wykombinowałem, że z jednej strony będę to robić, ale mając maszyny będę tłukł bibułę już bez żadnych ograniczeń. Ustaliłem też, że można zdobywać papier z tzw. „zrywów”. W dużych drukarniach gdy z roli szedł papier na maszynę – przynajmniej tak było dawniej – to co jakiś czas ten papier się przerywał. Powstające kawały papieru, można było ciąć na format A3 i używać w małej poligrafii. Wysłałem również listy do kilkudziesięciu bibliotek w Polsce. Dyrektorzy tych placówek odpisali, że to świetny pomysł i że oni to popierają. Były to np. Centralna Biblioteka Wojskowa, biblioteki uniwersyteckie. Prawie wszyscy – poza Biblioteką Jagiellońską – wyrazili pisemne poparcie. Do listy poparcia tej inicjatywy dołączyło się też kilku profesorów z UJ z Gierowskim na czele. Złożyłem to do ministerstwa. Tak to było wszystko skonstruowane, że oni nie byli w stanie odrzucić tego wniosku z powodów formalnych. Okazało się jednak (wiem to z mojej teczki w IPN), że cały czas było to pilotowane przez SB – od początku każdy mój krok był przez nich bardzo dokładnie prześwietlony. Byli cały czas w kontakcie z ministerstwem. Ostatecznie komunistyczny minister kultury Aleksander Krawczuk nigdy nie udzielił mi odpowiedzi, mimo 15 czy 20 ponagleń w ciągu czterech lat. Trudno to nazwać jakąś strasznie uciążliwą represją, ale niewątpliwie mamy do czynienia z sytuacją, kiedy ja włożyłem trochę pieniędzy i dużo pracy, a komuna uniemożliwiła mi prowadzenie tego biznesu.

Cały czas podczas działalności wydawniczej były jakieś straty związane z przejęciem części nakładu przez SB. Nie zdarzyło się jednak, by wpadł cały nakład. Nie było centralnych magazynów – produkcja, wychodząca z drukarni, była natychmiast rozlokowywana. W jakimś procencie było też tak, że nie książki nie wpadały, a jedynie dystrybutorzy tak mówili. Były też takie historie, że ludzie działający w tych strukturach robili na nich również swój biznes. Drukowali na moich kontaktach zamiast dla siebie zamiast dla wydawnictwa. Jedna z większych wpadek miała miejsce w Warszawie, z której pewnego dnia przyjechał kolporter i zakomunikował, że wpadł i podpisał dokument o współpracy ze Służbą Bezpieczeństwa, bo złapali go z dużą ilością wydawnictw, a że ma małe dziecko to go zastraszyli. Poinformował mnie, że nie powiedział im nic takiego, na podstawie czego mogliby do nas dojść; a jadąc do Krakowa był pewien, że nie ma „ogona”. Przyjechał poinformować, żeby się z nim nie kontaktowali, bo on nic więcej już nie może robić. I rzeczywiście – w tych punktach, na które on miał namiary nic się nie stało. Później i tak na wszelki wypadek zmieniliśmy te adresy.

W Krakowskim Towarzystwie Wydawniczym poziom zaangażowania poszczególnych osób był różny. Byli ludzie, którzy mieli status organizatorów – czyli osoby, które posiadały namiar na drukarza i na punkty kolportażowe. Ich zadanie polegało na pilotowaniu druku książki: kontaktowały się z drukarzem, rozliczały, ewentualnie przewoziły do introligatora, później do kolportażu. Były cztery takie osoby, które wcześniej wymieniłem, były również trzy osoby zajmujące się przygotowaniem graficznym, redakcyjnym. Dużą grupę stanowili drukarze, którzy byli opłacani i czasem sami też byli organizatorami, jak np. pan Stefan. Był tam również Ryszard Kęsek, który częściowo drukował a częściowo organizował druk. Samych drukarzy pracujących dla mnie było może dziesięciu. Drukarnie zlokalizowane były w Krakowie. Z głównych punktów magazynowych w Krakowie książki były redystrybuowane dalej.

Dochody z wydawania tych książek były, ale nie na tyle wysokie, by można było z tego żyć. Dlatego też w latach 80. w niedziele handlowałem „zwykłymi” książkami pod Halą Targową. Na tym zarabiałem niezłe pieniądze. Handlowałem również starodrukami na aukcjach organizowanych przez krakowskie antykwariaty. Pewnej niedzieli szedłem do budki telefonicznej przy Hali by zadzwonić i zobaczyłem ubeka, który z niej dzwonił. Była zima i ja byłem opatulony tak, że on mnie nie poznał, mimo że kiedyś mnie przesłuchiwał. Stanąłem w pewnej odległości i słuchałem. Ubek dzwonił do siedziby SB i informował ich, że tutaj pod Halą Targową – opisał w którym miejscu – są rozprowadzane wydawnictwa podziemne. Stoisko, na którym je sprzedawano, należało do warszawiaków, którzy tu przyjeżdżali co niedzielę. Ludzie i kolporterzy tam właśnie podchodzili. Esbek to zobaczył, ale nie chciał sam robić akcji. Gdy to usłyszałem to wycofałem się do chłopaków, których jednak nie znałem osobiście i nie współpracowałem z nimi. Powiedziałem im: „Zwijajcie te książki, bo za piętnaście minut najpóźniej jest tutaj ubecja i was wszystkich zwiną”. Oni byli lekko podpici – było zimno, stali od świtu więc się rozgrzewali – i popatrzyli na mnie dziwnie, ale pochowali te książki przed przyjazdem SB. Później też rzucali mi dziwne spojrzenia, być może wymyślili sobie, że to była akcja mająca na celu zdobycie ich zaufanie. Zamiast mi grzecznie podziękować to robili miny. Ja jednak miałem z tego wielką radość i satysfakcję, bo bardzo śmiesznie i zabawnie jest podsłuchać ubeka.

Przeważająca liczba tytułów, które wydawaliśmy to były reprinty – czyli książki kopiowane wprost z wydawnictw, głównie z Kultury Paryskiej. Pewien procent stanowiły książki autorskie, np. tomiki wierszy składane do wydawnictwa ABC przez autorów takich jak: Krynicki, Kornhauser, Zagajewski. Natomiast Spisane będą czyny i rozmowy Marii Paluch de Hernandez przyniósł mi Tadeusz Nyczek. Wówczas nie istniał problem praw autorskich, który dziś jest problemem fundamentalnym. Autorzy czy wydawcy emigracyjni byli zainteresowani tym, by te książki funkcjonowały w obiegu w Polsce.

Mówi się, że książki żyją własnym życiem. Nadawanie im tego życia odczuwałem jako kolejne moje osobiste zwycięskie bitwy. W stanie wojennym na comiesięcznych manifestacjach rzucałem kamieniami w zomowców, ale to bycie wydawcą niezależnych, niecenzurowanych książek dawało mi olbrzymią i niezwykłą satysfakcję skutecznego przeciwstawienia się komunistycznemu totalitaryzmowi. Jestem dumny z tego wszystkiego co robiłem w „podziemiu” w latach osiemdziesiątych.

Relację spisał Sławomir Chmura
Redakcja Alicja Lipska[[Kategoria:Autor Relację spisał Sławomir Chmura
Redakcja Alicja Lipska]]