L00108 Marek Domagała

Z Encyklopedia Solidarności

Relacja Marka Domagały

Mój dom w Częstochowie był może i biedny, ale normalny. Jak pamiętam, to od małego mogłem słuchać Wolnej Europy. Gdy miałem 3 lata to zapytałem ojca: „dlaczego ona nie jest szybka?” Taka sytuacja była w domu również, gdy byłem w szkole średniej. W największym technikum w mieście, do którego uczęszczałem, byłem najlepszym uczniem. Dlatego też, ze względu na dobre wyniki, miałem być typowany na studia bez egzaminu. Przyszedł jednak pan dyrektor i powiedział: „ty, Domagała, nie będziesz, bo ty nie należysz nawet do harcerstwa i żadnej organizacji – to ty się nie nadajesz!” Ja odpowiedziałem mu, że dziękuję za to typowanie. Przyjechałem jednak na Akademię Górniczo-Hutniczą do Krakowa i zapytałem w sekretariacie wydziału: „czy z tymi wynikami, jako najlepszy w szkole, ale drugi typowany” – pierwszy był komunista, pezetpeerowiec, który w V klasie technikum już należał do partii – „zostanę przyjęty bez egzaminów?” Usłyszałem odpowiedź, że jak najbardziej i zapraszają mnie. Częstochowa była średniej wielkości miastem, w którym opozycji prawie nie było. Był za to kościół, w którym ludzie się normalnie spotykali; było Duszpasterstwo Akademickie na Halach przy Jasnej Górze, do którego należała nie tylko młodzież akademicka. Nawiązaliśmy też kontakty z Ruchem Młodej Polski, który zaczął się pojawiać w naszym mieście. Pierwsze kontakty z tym ruchem miałem w latach 1977-1978 w Krakowie, m.in. z Lechem Jeziornym. Była to też po części, taka młodzieżowa przygoda.

Kiedy trafiłem na studia, odbyłem ciekawą (i obowiązkową) praktykę „zerową” przed pierwszym rokiem. Jako najlepszy uczeń trafiłem na praktykę w Tarnobrzegu organizowaną przez jedyną słuszną organizację czyli SZSP [Socjalistyczny Związek Studentów Polskich]. Organizatorem głównym był m.in. Marek Siwiec. My byliśmy jednak młodzieżą trochę inną, trochę niezależną i patrzyliśmy na to wszystko trochę z boku. Na tej praktyce był również Jurek Widzyk, późniejszy polityk, sympatyczny człowiek, z którym mieszkałem później w akademiku. Kiedy próbowano nas namówić, byśmy w niedzielę poszli lepić jakieś plakaty i inne czyny społeczne robić, wytłumaczyliśmy im, że w niedzielę to my chodzimy do kościoła. Po tym wydarzeniu przyjechał krakowski zarząd SZSP by nam tłumaczyć, że to nie o to chodzi. Oni imprezowali do późnych godzin, a my w ramach riposty wstaliśmy o szóstej rano i zaczęliśmy grać w piłkę nożną i hałasować, by nie mogli spać. I tak ta praktyka przebiegała. Później się okazało, że na tej praktyce byli ludzie, którzy następnie zakładali i działali w NZS.

Pierwszy rok na studiach był trudny – jak to na Wydziale Elektroniki. Po nim nastąpił lipiec/sierpień 1980 roku i protesty w Polsce. Kiedy wróciliśmy po wakacjach na uczelnię, to... założyliśmy NZS. Właściwie z marszu. Oryginalną listę założycieli NZS z ich podpisami przekazałem do IPN. Byli to ludzie, którzy mieli pełno chęci i idei, którzy chcieli coś zrobić. Komitet dość szybko się ukonstytuował, przeprowadzono wybory na wydziałach, m.in. na naszym, największym. Mnie wybrano do władz wydziałowych, a nast. zostałem wiceprzewodniczącym uczelnianego NZS na AGH. Byłem trochę tym zaskoczony: młody chłopak, który został doceniony za to, co mówił i jak się zachowywał. Szefem został Robert Rychlicki, z którym do dziś się przyjaźnię. Wówczas wygrał ze mną jednym głosem i ku zaskoczeniu innych na swego zastępcę zaproponował mnie. To był dobry ruch z jego strony, gdyż pozwolił zjednoczyć ludzi i wspólnie pracować przez wiele lat. W XII 1980 roku zostałem współprzewodniczącym Krakowskiej Rady Koordynacyjnej NZS razem z Jasiem Rokitą. Dzięki temu miałem kontakt z ludźmi z innych uczelni: mogłem ich poznać, pogadać. To też dało wyobrażenie o środowisku akademickim. Mogłem spotkać ludzi niezależnych, ludzi z SKS. Ludzi, którzy wybrali mnie na szefa strajku jednego, a na wiceszefa drugiego. Te kontakty dobrze sprawdziły się w podziemiu.

Organizowanie NZS ruszyło dosyć dynamicznie na uczelni, która była drugim miejscem w Krakowie – po kombinacie HiL – w którym było najwięcej zatrudnionych ludzi. Była to uczelnia zwarta terytorialnie: administracja, wydziały, akademiki – wszystko obok siebie. Później komuniści już nie popełniali takich błędów w innych miastach i nie budowali miasteczek studenckich, w których przebywało wiele tysięcy studentów w jednym miejscu. Taki, a nie inny układ architektoniczny otoczenia wytworzył specyficzną atmosferę, która dawała namiastkę eksterytorialnej przestrzeni. To wszystko wpływało na zaangażowanie ludzi w pracę. Udało nam się np. wmurować tablicę poświęconą marcowi 1968 roku.

Rektorem w tamtym okresie był prof. Antonii Kleczkowski – wspaniały człowiek, wypromowany jakby przez naszą solidarnościową stronę. Pamiętam moment wyborów, gdyż byłem przedstawicielem studentów w senacie. O tym, jaka panowała atmosfera na uczelni, nawet kilka lat później, świadczy fakt, że do wyborów rektora w „czasach wojennych” [1984 rok] stanęło tylko dwóch kandydatów – prof. Kleczkowski i prof. Zygmunt Kolenda. Prof. Kolenda przebywał w Meksyku, na wyjeździe, kiedy wprowadzono stan wojenny w Polsce. Wówczas postanowił wrócić. Był tzw „ekstremistą”, który uważał, że trzeba coś z tym zrobić. Czyli przeciwnikami w wyborach na uczelni w stanie wojennym byli solidarnościowy kandydat – prof. Kleczkowski – o poglądach umiarkowanych i jego kontrkandydatem, również przeciwnik komunizmu – prof. Kolenda – o zapatrywaniach jednak bardziej radykalnych. Odbyły się ze trzy tury wyborów, nim ponownego wybrano prof. Kleczkowskiego na rektora. To też było miarą atmosfery, która panowała na uczelni. Można powiedzieć, że była nad nami ochrona – taka pozytywna ochrona. Oczywiście myśmy też sprawiali „kłopoty”. Np. wówczas gdy na uczelnię zapraszaliśmy Jacka Kuronia, Wojciecha Ziembińskiego czy konsula generalnego USA. Po zorganizowaniu spotkania z konsulem amerykańskim zaprotestował konsul sowiecki i podjął interwencję na uczelni, by wyrzucić organizatorów. Uważał, że jest to jakaś kontrabanda. A było to w okresie jakiejś niby swobody [1980-1981]. Władze uczelni poprosiły nas jednak, byśmy sobie dali spokój, bo ich tu naciskają. Apelowali, byśmy nie podważali sojuszy międzynarodowych. Amerykański konsul mówił takie rzeczy, że „tamte” służby się za głowę łapały, iż takie rzeczy w auli na uczelni są mówione. Po prostu człowiek wolny mówił normalnym językiem. Taka była ta atmosfera wówczas, gdzie ludzie czuli się wolni, żyjący w wolnej przestrzeni, wydający własną gazetę, mający własną drukarnię, współpracujący z KPN i Solidarnością. Chociaż myśmy zawsze podkreślali, że to pokój obok Solidarności – by się specjalnie nie mylili.

Ja należałem do ludzi niezależnie myślących i do dziś mi się to nie zmieniło, a mimo to współpraca z Solidarnością na uczelni była dobra i poprawna. Ale że miałem takie przekrzywienie, jeśli chodzi o niezależność, to nie zależało mi na takim mocnym identyfikowaniu się jednych z drugimi. Nie znosiłem też takich, którzy przychodzili do nas i nogi kładli na stół (później okazało się, że był ubekiem); albo jakiś działacz Solidarności mówił nam, co mamy zrobić – ja wtedy odpowiadałem: „Solidarność, kolego..., to pokój obok”. Miałem wrażenie, że ze względu na większą liczebność to my jako NZS dawaliśmy sobie lepiej radę niż Solidarność. To my byliśmy tą drugą siłą po nowohuckim Kombinacie. I wydawało się nam, że zawojujemy świat. Pewnie każdy młody człowiek tak myśli – i dobrze, byle mu się chciało. Czyli stosunki były poprawne na zasadzie dość dużej niezależności i niewtrącania się jedni drugim. I tak powinno być.

NZS był inny od początku do końca. To nie była organizacja, która coś udaje typu: „Socjalizm tak, wypaczenia nie!” – które to hasło w jakimś stopniu zaakceptowane zostało również przez Solidarność. NZS było organizacją jawnie antysocjalistyczną, która dość otwarcie mówiła, że trzeba coś tu w kraju zmienić. Byłem organizatorem ogólnokrajowego I Zjazdu NZS w Krakowie w budynkach ówczesnego WSP. Przyjechali ludzie, starły się różne nurty. Dziś na zdjęciach z tamtego okresu widzę m.in. Marka Jurka, Maćka Kuronia; i można by jeszcze wymienić setkę osób, które później zaistniały w polityce czy życiu publicznym i często znalazły się w różnych obozach. Ale łączyło ich jedno: że trzeba w kraju zmieniać. Wiele osób przewinęło się wówczas przez NZS.

Integracja środowiska studenckiego następowała również w wyniku strajków. Uczestniczyło w nich wiele tysięcy studentów – dołączając się często już w trakcie ich trwania. Abstrahuję w tym momencie od powodów tych strajków, czy to był jakiś Hebda w Radomiu, czy trzeciorzędne ustawy o szkolnictwie. Bo tak naprawdę chodziło o zamanifestowanie naszej niezależności, wolnego myślenia. Istotne były wiece, spotkania, dyskusje w tych ogromnych aulach, salach, gdzie ludzie czuli się razem. Czuło się wtedy atmosferę, od której i dziś ciarki przechodzą. Pamiętam te dyskusje wieczorne, nocne, kiedy ludzie się czegoś uczyli wzajemnie od siebie. Ludzie, którzy jako społeczeństwo nie byli nigdy zintegrowani. Był to czas wolności – z drugiej strony, wolności może trochę naiwnej. Wydawało nam się, że już jest pozamiatane, że komuna jest w totalnej defensywie. Kiedy starsi mówili nam, że tak łatwo nie będzie, to my się w głowę pukaliśmy: co tam nie będzie! I tak nam się wydawało – do pewnego dnia.

Strajk w lutym 1981 roku oparty był na strajku łódzkim, który w tym czasie trwał. Wraz z Bogusiem Klichem miałem okazję polecieć na tamten strajk w momencie, kiedy się załamywał. Powiedzieliśmy im, by się nie załamywali, bo my od nich przejmiemy pałeczkę i będziemy ciągnąć go dalej. Tam już nie było z kim gadać. Strajk był jednak mocno integrującym środowisko wydarzeniem – jak patrzę na to z perspektywy. Malowaliśmy ręcznie tysiące plakatów i rozklejaliśmy po całym Krakowie. Wieczorem „ktoś” je zrywał – my jednak rano wieszaliśmy je na nowo. Jeden z osiągniętych rezultatów tego strajku był taki, że nas władza bardziej nie lubiła: jako związku, jako struktury ekstremistycznej. Ale tak do nas podchodzili zresztą i wcześniej, i później. W czasie trwania tego strajku okupowane były właściwie wszystkie główne pomieszczenia/sale uczelni – leżały na nich setki ludzi. Struktura była na tyle zorganizowana, że wydziały miały swoje straże, służby aprowizacyjne oraz swoje kierownictwo. Zorganizowaliśmy również prace jak mycie tramwajów, by nie mówiono, że studenci leżą i nic nie robią. Organizowaliśmy też zaopatrzenie dla innych uczelni, którym nie udało się tego zorganizować, z UJ na czele. Bo oni bardziej filozoficznie o życiu myśleli – by skutecznie zadbać o mleko i chleb dla strajkujących, to już jednak mniej. Staraliśmy się działać bardzo praktycznie. Do dzisiejszego dnia na życie patrzymy w sposób bardziej racjonalny.

Podczas strajku namawialiśmy studentów pierwszego roku, by jednak wrócili na zajęcia. Miesiąc takiej przerwy może się skończyć dla nich niezdaniem egzaminów. Sami ich namawialiśmy, by przegłosowali swój powrót na zajęcia. Oni trochę się burzyli, że traktujemy ich niepoważnie.

Strajk zakończył się podpisaniem porozumień w Łodzi. My pojechaliśmy tam nawet negocjować jako Krakowska Rada Koordynacyjna, ale było już wszystko podpisane i strajki w naturalny sposób wygasły. Cel właściwie osiągnęliśmy, bo władza ustąpiła. Mówiono nawet, że to był najdłuższy strajk studencki w Europie.

Strajk listopadowo-grudniowy miał podobny przebieg jak lutowy. Znowu zostałem wybrany do Komitetu Strajkowego na AGH. Wiele też się działo na innych uczelniach. Potrafiliśmy się też lepiej do niego zorganizować. Dziś jednak patrzę na ten strajk trochę, jak na taką zawieruchę, gdzie władza nas być może wypuszczała, by zobrazować tezę o szerzącej się w kraju anarchii. Nam to wówczas odpowiadało jako młodym ludziom, że możemy coś robić, działać. Podwoiliśmy też ilość robót interwencyjnych w postaci mycia tramwajów. Natomiast nie wpuszczaliśmy już mediów reżimowych i uznaliśmy, że nie należy z nimi rozmawiać. Hebda był tylko jednym z powodów strajku – jak zwykle szło o ustawę o szkolnictwie wyższym, którą chcieliśmy poprawić, by uczelnie były bardziej niezależne.

Byłem w Krakowskiej Radzie Koordynacyjnej NZS, gdzie odbywaliśmy regularne spotkania. Było tam trochę bicia piany typu: jak coś zrobić, by później niewiele zrobić. Główną wartością i zaletą było jednak to, że się poznaliśmy – to było bezcenne. Była to też reprezentacja do spotykania się z Kolegium Rektorów Szkół Wyższych Krakowa oraz formułowania postulatów i zajmowania się bieżącymi problemami środowiska akademickiego, jak np. akademiki. Była również próba pozyskania dla Rady budynku na ul. Gołębiej, skoro taki miał SZSP.

12 grudnia 1981 roku strajk studentów trwał jeszcze tylko na AGH, Politechnice Krakowskiej i WSP. Na innych uczelniach akcje strajkowe praktycznie zostały zakończone kilka dni wcześniej. Pokończyły się na ogół ze względu na słabość organizacyjną. Na UJ – w ostatnich dniach strajku – pozostawało tylko ok. 20 osób zaangażowanych w protest. Może przesadzam, że 20 – ale w każdym razie bardzo niewiele osób. Na innych uczelniach było podobnie. Na AGH było odwrotnie – była to ciągle duża grupa, dobrze zorganizowana, licząca setki osób. Posiadaliśmy również własną straż porządkową, która czuwała nad przestrzeganiem ustalonych reguł, m.in. po to by nie dochodziło do jakichś prowokacji ze strony SB. Młodszych studentów świadomie odesłaliśmy do nauki. Pamiętam rozmowę z tamtego okresu z Jasiem Rokitą, który dopytywał się, jak zamierzamy zakończyć ten strajk, bo trzeba go zakończyć. To było zasadne pytanie, ale odpowiedziałem pytaniem: „strajkowaliśmy, postulatów żadnych nie spełnili” to dlaczego mamy zakończyć?” Tym sposobem dotrwaliśmy do 12 grudnia z perspektywą, że pewnie w ciągu kilku dni będziemy kończyć. Nie było też jakiejś wizji co dalej. Ale Jaruzelski nas uprzedził z zakończeniem strajku.

Ok. godz. 11 wieczorem 12 grudnia nasza straż porządkowa zawiadomiła nas, że podczas obchodu zauważyli, iż coś się dzieje. Ulica, przy której był Zarząd Regionu Solidarności, została zamknięta, a do budynku wchodzi jakieś ZOMO i milicja i rozwalają Zarząd. Myśmy odpowiedzieli, że chyba ich pogięło – i jutro będzie strajk generalny. Po prostu chorzy ludzie, by atakować Zarząd Regionu. Po godzinie przestały działać telefony, na co stwierdziłem, że ich zupełnie porąbało. Powiedziałem też, że w takim wypadku trzeba iść spać, by być wyspanym. O godzinie chyba 4 nad ranem chłopcy włączyli radio i usłyszeli Jaruzelskiego wygłaszającego swą mowę o stanie wojennym. Pomyśleliśmy, że trzeba się jeszcze godzinę czy dwie zastanowić nad tym wszystkim, co zaistniało, bo to zupełnie nowa sytuacja. Zwłaszcza że pokazywali obwieszczenie, które głosiło, że za niepodporządkowanie się przepisom grozi kara śmierci. SKOT-y jeździły po ulicach, telefony nie działały, a wokół zima. Atmosfera była ciężka. Kiedy wstaliśmy ok. 6 rano, to pierwszą myślą było, by poprosić księdza – który z nami współpracował w ramach Duszpasterstwa Akademickiego – o przyjazd do nas. O siódmej odprawiona została msza. I tak się dla nas zaczął stan wojenny.

Trzeba było podjąć męską decyzję, co robić z ludźmi. Pomysł był taki: kobiety i dzieci do domu, a chłopy na wojnę. I tak to wyszło. Skontaktowaliśmy się z Solidarnością w MPK, czego efektem było, że pod uczelnię podjechały autobusy. Ja byłem jednym z tych ogniw, które podjęły decyzję o dołączeniu do strajku w Hucie im. Lenina, gdy ktoś zaproponował, że jest taka możliwość. Poinformowaliśmy też o tym ludzi z Politechniki. W ciągu paru minut narodziła się decyzja, która później okazała się rozsądna. W międzyczasie zlikwidowaliśmy drukarnię, punkty kolportażu oraz siedzibę NZS. Wszystko zostało uprzątnięte i ukryte. Spakowaliśmy również swoje rzeczy do plecaków. Zarząd, w składzie kilku osób, podjął decyzje, że kto jest zdeterminowany i ma chęć, to przenosi się ze strajkiem na hutę. To była zupełnie nasza inicjatywa i decyzja. Decyzje wówczas zapadały niemal natychmiast i nie było czasu na konsultacje. Obawialiśmy się jedynie tego, że nie zdążymy naszych postanowień wprowadzić w życie, bo wcześniej przyjdą i nas spałują.

Prawdopodobnie, nim skończyła się msza, autobusy już stały przed uczelnią – tak to pamiętam. Na hutę wyruszyły trzy autokary pełne ludzi - czyli ok. 150 osób (może trochę więcej), w tym jeden ze studentami z Politechniki. Później słyszałem, że docierały na Kombinat jeszcze jakieś grupki ludzi już własnym sumptem. Podczas przejazdu mieliśmy serca na ramieniu, gdyż uważaliśmy, że w tamtej sytuacji niemożliwy jest przejazd. Czuwała chyba opatrzność i przejechaliśmy oraz wjechaliśmy na hutę bez żadnego problemu. W pierwszej chwili nie dało się zauważyć oznak strajku na hucie: brama była otwarta, a zakład wyglądał jak uśpiony, pogrążony w ciszy.

Komitety Strajkowe na wydziałach były tajne; raz się z nimi spotkaliśmy. I myślę, że było to słuszne działanie, iż już wówczas funkcjonowano w sposób zakonspirowany. Ludzie na hucie bali się chyba bardziej od nas. My bowiem byliśmy młodzi i „nawiedzeni”. Jeden z robotników stwierdził nawet: „chłopy, co wy robicie?! Wy młodzi macie życie do stracenia, a tu przyjeżdżacie takie jaja robić”. Myśmy im powiedzieli, że trzeba załatwić radiostację, bo dlaczego „szczekaczka” i Jaruzelski nadaje, skoro my powinniśmy nadawać Wolną Europę. Robotnicy odpowiedzieli, że nie wolno tego robić, że nie można z nimi zadzierać. To nie była taka atmosfera, by huta była oflagowana, a strajk był wielki. Niestety ludzi wówczas skutecznie zastraszono.

Gdy dotarliśmy na wydziały, to na naszym uruchomiliśmy – zamiast reżimowej „szczekaczki” – Radio Wolna Europa mimo działającego zagłuszania tej stacji. Zorganizowaliśmy grupy osób i wypuściliśmy je w teren, by odwiedzały inne zakłady pracy, informując o sytuacji strajkującej huty, oraz podtrzymywały ich na duchu. Pojawiły się też pierwsze ulotki, które były wynoszone z huty w plecakach. Oni widzieli, że na zewnątrz wszyscy są spacyfikowani i za chwilę czeka to hutę. Wychodzili na zewnątrz fajni chłopcy, którzy później tworzyli podziemne struktury, jak współtwórca ARS-u Heniu Małecki.

Wieczorem czy w nocy odbył się wiec osób, które zostały na strajku. Ja z Robertem Rychlickim – Bóg dał nam rozum w tym momencie jako młodym i nawiedzonym – zaczęliśmy rozmawiać z ludźmi i mówiliśmy im, że za godzinę czy dwie będą pacyfikować. Rodziło się pytanie, czy mamy dać się zamknąć jako pacyfiści, którzy trzymają się za ręce? Mówiliśmy: „idźmy i róbmy struktury podziemne na zewnątrz. Bo dać się zadrutować na ileś lat bez oporu?” Inną opcje reprezentował Wojtek Marchewczyk, który twierdził, że my tu mamy siedzieć i trzymać się za ręce, to wtedy nas nie wezmą. Bo przecież niemożliwe, by wzięli tak hutę. Stało się jednak inaczej i kilka godzin później stłukli i zamknęli tych ludzi w „internatach”. Ja w grupie osób opuściłem konspiracyjnie teren huty, by nie dać się zamknąć.

Gdy wróciliśmy na miasteczko, to okazało się, że ludzie czekali na nas. Zaczęły się fajne klimaty, gdy grupa osób, w tym dziewczyny, robiła już pierwsze ulotki, ręcznie przepisując teksty podpisane „Solidarność” czy „NZS”. Następnie pinezkami były przypinane w akademikach. Powstawały pierwsze odezwy pisane przez kalkę. Taka panowała atmosfera, w której narodziły nowe kontakty. Natomiast niektórzy koledzy, którzy pozostali na hucie, zostali zamknięci i internowani, jak np. Tadziu Górczyk, kolega z pokoju w akademiku, późniejszy poseł na Sejm I kadencji. Z perspektywy czasu uważam, że nasze decyzje o tym, by pojechać na strajk w hucie i następnie nie dać się zamknąć, były słuszne.

Po wprowadzeniu stanu wojennego zajęcia na uczelni się nie odbywały. Musiałem się też wynieść na kilka dni z akademika i ukrywać, bo nie było wiadomo, czy nie przyjdą mnie zamknąć. Nic nie było wiadome. Chodziliśmy po znajomych i u nich sypialiśmy, ale nie można tego było robić w nieskończoność. Mimo że się rozjechaliśmy trochę po Polsce, to stworzone zostały zręby pewnych pomysłów przyszłego działania. Gdy w styczniu powróciliśmy na uczelnię, to okazało się, że jest wiele osób o podobnych poglądach – chociażby na Miasteczku Studenckim. I trzeba było działać. Poszczególne grupy zaczęły się tworzyć absolutnie niezależnie, bez żadnej koordynacji. I dobrze, że tak było. Najmocniejszą grupą był Akademicki Ruch Samoobrony (ARS), który – jak się później okazało – z chłopakami z mojej grupy stworzył potężną strukturę i wydawał ogromną masę bibuły. Początkowo nawet mówiliśmy, że to jakaś ubecka robota, bo skąd oni ten papier mają. A byli to ludzie, którzy w pewnym momencie ukryli ten papier. Nie byli to funkcyjni działacze NZS, lecz członkowie. I to była ta potężna siła. Mieliśmy wsparcie setek osób zorganizowanych w niezależnych grupach, które wydawały bibułę, zasypując nią akademiki.

Jednym z pierwszych pomysłów było organizowanie mszy każdego 13 dnia miesiąca. Był to taki dzień oporu. Właściwie każda okazja do manifestacji była dniem oporu – tak jak 17 lutego rocznica NZS. Gdy liczba manifestacji cały czas rosła, to stwierdziliśmy, że jeśli jest to kilka takich manifestacji – gdzieś po Krakowie – i każda z osobna, to robimy to nieefektywnie. Znając trochę środowisko krakowskie, rzuciłem pomysł, że trzeba się skrzyknąć, bo zorganizowana robota może dać lepszy efekt. Okazało się, że dość szybko nawiązaliśmy pierwsze kontakty, ale nie było to łatwe. Wcześniej naczytaliśmy się różnych konspiracyjnych instrukcji, jak chociażby że każdy tworzy trójkę i ich tylko zna – nikogo następnego w strukturze. To oczywiście wydłużało drogę dotarcia do innych ludzi, gdyż trzeba było przejść całą drabinę zależności. Tak naprawdę namawialiśmy ludzi, którzy byli przedstawicielami poszczególnych grup, a z którymi spotykaliśmy się na poufnych zebraniach. Tym sposobem udało nam się spotkać ze wszystkimi aktywnie działającymi grupami studenckimi. A było ich około 10, w tym 5-6 pod własnymi szyldami. Raz się udało nawet ze SKOD-ą [Studencki Komitet Obrony Demokracji] – i na szczęście tylko jeden raz, bo okazało się, że towarzystwo nafaszerowane jest ubekami, którzy przyczynili się do zamknięcia całości tej struktury. Bóg nad nami czuwał, że tylko raz się spotkaliśmy na dość niskim szczeblu roboczym – bo nas też by pozamykali.

Po tych spotkaniach zaczęliśmy się zastanawiać, jak się nazwać. A że byliśmy w wojennych nastrojach, nazwaliśmy się – na cześć bohaterów wojennych – Ruch Oporu NZS. Obok mnie byli jeszcze m.in. Jurek Mielniczuk, Robert Rychlicki i Heniu Małecki. Ten ostatni był takim szarym członkiem NZS, a okazało się, że to on tworzył te grupy arsowskie – najsilniejsze, wspaniałe. Kiedy przeniosłem się na Wydział Organizacji, to ku memu zadowoleniu okazało się, że spotkałem kolegę. Zabawne to było spotkanie – bo przez 2-3 miesiące próbowaliśmy dotrzeć jedni do drugich przez licznych przedstawicieli, a tu usiedliśmy razem w ławce. Wcześniej w ogóle nie wiedzieliśmy, skąd to są ludzie, myśleliśmy, że z innych uczelni. I takie były początki. Przez pięć lat nasza ekipa wydawała pięć tytułów podziemnych – praktycznie bez większej wpadki: „Szyk”, „Barykada”, „Póki my żyjemy”, „Gazetka Krakowska”, „Kurier Studencki”. „Barykady” wydaliśmy ze 46 numerów (innych tytułów podobną liczbę), wychodziła w miarę regularnie – tydzień w tydzień, czy miesiąc w miesiąc – pod naszym szyldem i zasypywaliśmy nią akademiki. Nakłady były po kilkaset egzemplarzy i nie wiedzieliśmy, kto je drukował. My nawet wzajemnie się o to nie pytaliśmy – co było bardzo słuszne. Ja pisałem, drukowałem i kolportowałem „Kurier Studencki”.

Posiedzenia Krakowskiej Rady RO NZS odbywały się w miarę regularnie w jakiejś kanciapie, o której ubecja przez lata nie wiedziała. Posiadaliśmy też okrągłą pieczęć organizacyjną specjalnie wykonaną. Dziś patrzę na nich wszystkich jak na ludzi z innej epoki: nie trzeba było np. dwa razy czegoś powtarzać. Przez pierwsze 2 lata nie mieliśmy problemu, by coś zrobić, zorganizować. Później zaczęły się już problemy, bo odchodziły stare roczniki. Co prawda przychodzili nowi, ale obawialiśmy się ich – nie było łatwo wziąć do struktury świeżych ludzi, których nie znaliśmy. Ta ostrożność, jak się okazało z perspektywy czasu, była naszą wielką zaletą – bo struktura była potężną organizacją i przeszła bez wpadki przez całe podziemie. To nam się udało chyba jako jedynym.

Sprzęt i materiały, które wykorzystywaliśmy w poligrafii, pochodziły z czasów legalnej działalności, a które ukryliśmy po 13 grudnia. Za własne pieniądze ze składek kupowaliśmy np. papier poprzez półlegalnie układy od pracowników uczelni. Czasem jakaś pani dała nam ryzę papieru za darmo, czasem trzeba było ją kupić. Ktoś przynosił matrycę czy papier, a ja nawet do końca nie wiedziałem skąd. Trzeba było nauczyć się pisać na maszynie, później robić na sicie, używać pasty Komfort itd. Zaadaptowaliśmy również jakąś ciemnię fotograficzną na nasze potrzeby, by powielać zdjęcia z manifestacji. To była totalna partyzantka.

Nasz pomysł na działalność był taki, by nie nastawiać się na duże niezależne wydawnictwo – a jedynie na to, by maksymalnie dokuczyć komunie. Siedzieliśmy i kombinowaliśmy, jak im dokuczyć, co ich może wkurzyć, a co my jesteśmy w stanie zrobić. I po to te krakowskie grupy się zorganizowały, by uzgadniać i koordynować manifestacje, jakieś malowanie, plakatowanie, jakieś akcje specjalne. Pomysłów na różnego rodzaju imprezy była cała masa, np. marsz po naszej uczelni; to była jakaś rocznica – dziś już nie pamiętam z jakiej okazji. Akcje specjalne to był smak tej roboty i one stanowiły o sile Ruchu Oporu NZS. Przez te lata były ich dziesiątki. Każda ryzykowna, ale też i taka, o której później ludzie mówili latami.

Każdy robił jakiś tam fragmencik i rozpisane to było w miarę precyzyjnie. Była taka akcja: ulotki zostały wydrukowane i zarzuciliśmy nimi uczelnię – było to wezwanie do przerwania zajęć o godz. 12 i podjęcia akcji protestacyjnej. Solidarność uczelniana również się w to włączyła. I rzeczywiście o godz. 12 ludzie przerwali zajęcia i wylegli na dziedziniec. Ubecja była oczywiście wściekła. Przygotowaliśmy też pewien drobiazg, który ich zaskoczył. Dzień wcześniej sprzed budynku A0 „zwinęliśmy” biało-czerwone flagi zawieszone na wysokich masztach, których kupić się nie dało, gdyż w sklepach nie było nic. Akcję ściągania tych flag przeprowadziliśmy w nocy przy ruchliwej Al. Mickiewicza. Następnie na tych flagach wymalowaliśmy piękne napisy „NZS” i „Solidarność”. Przed samą godz. 12 chłopaki z tych naszych grup specjalnych umieścili te zwinięte flagi na wyrzutniach zainstalowanych w łączniku nad główną aleją uczelni. Mechanizm był oparty na sznurku i kwasie, który powodował uruchomienie naciągu wyrzutni. Gdy ludzie wyszli o godz. 12 przed budynki, to zostali zaskoczeni nagłym rozwinięciem tych długich flag z napisami. W tym momencie ubecję szlag trafił – esbecy zaczęli biec, by je ściągnąć, co udało im się dopiero po pół godzinie, gdyż wejście do tego pomieszczenia zostało przez chłopaków odrutowane cienkimi drucikami z napisem: „Uwaga! Materiały wybuchowe”. Oczywiście oni obawiali się tam wejść i byli zmuszeni ściągnąć ekipę pirotechników. W tym momencie nam udało się zakończyć akcję protestacyjną. Był to przykład konstruktywnego myślenia, gdy połączono myśl techniczną poszczególnych wydziałów takich jak Materiałoznawstwo i Elektronika. Chłopaki mieli taki zmysł techniczny i byli zainteresowani, by tym gnojom dokuczyć skutecznie. Akcja była fantastyczna. I trzeba pamiętać, że każdemu z nas przyłapanemu na akcji groziło wieloletnie więzienie.

To jest opowieść o tamtych czasach, o tych dziesiątkach akcji, w których uczestniczyli wspaniali ludzie ze struktury, których ja często nawet nie znałem. To nie działało też na zasadzie, że my im coś każemy. Myśmy jako organizacja jedynie ustalali pewne ogólne założenia i formy protestów oraz czas ich przeprowadzania, a ludzie ze struktury dalej już robili sami. Przykładem akcje malowania czy plakatowania: ze sto napisów powstawało jednej nocy na uczelni czy Miasteczku Studenckim – robiło je 20 ekip niezależnie od siebie. Takich malowań było przez 2 lata kilka. Ubecja następnego dnia szalała, zamalowując je. Kiedy pomalowano wysokie akademiki, jak Kapitol czy Akropol – od góry do dołu – wielkim napisami: „RO NZS” i „Solidarność” oraz kotwicę, to wtedy chyba wyrzucili z uczelni jakiegoś szefa wojskowego. Stwierdzili, że to jest jakaś anarchia i uczelnię trzeba rozwiązać, bo tak dalej być nie może. Wówczas ludzie z całego Krakowa przyjeżdżali, by oglądać z zadartą do góry głową te napisy. Byli pełni podziwu. Zrobiło to kilku chłopaków, alpinistów, na linach z narażeniem zdrowia i życia. Był też słynny napis, który do dziś mam przed oczyma, a który był reakcją na próby dogadywania się z czerwonymi: „Jaruzelski, choćby ci cały naród wybaczył, to ja i tak ci przy...”. Był wykonany na chodniku. To odzwierciedlało również bojowe nastroje ludzi. ZOMO stacjonowało też na obiektach Wisły [obok Miasteczka Studenckiego], dlatego ludzie z akademików często coś krzyczeli pod ich adresem czy gwizdali. Reakcją zomowców było strzelanie petardami w okna akademików (jeden z pokoi się przez to spalił). Studenci rewanżowali się wyrzucaniem na nich przez okna co popadnie. Duch na Miasteczku był wspaniały, np. ktoś o północy grał hymn sowiecki. Esbeków ogarniała biała gorączka, bo każdej nocy był grany z innego okna i nie mogli ująć sprawcy. Pomysłów na dokuczanie im było mnóstwo i dawało to poczucie wspólnoty ludziom. Akcja gazetowa, zasmrodzenie kwasem masłowym wszystkich pomieszczeń studium wojskowego, wmurowanie tablicy, krzyże czy kotwice ze świateł w oknach akademików, wieki krzyż wkopany na miasteczku, radio NZS itd. Materiał na książkę.

Połowa sprzętu do drukowania była zlokalizowana w akademikach, natomiast druga połowa w miejscach, o których nie wiedziałem i nawet nie pytałem o to ludzi. Nasz „Kurier Studencki” robiliśmy w akademiku, „Póki my żyjemy” i „Gazetkę Krakowską” chłopaki też drukowali w akademiku. Koledzy od Mielonego [Jerzy Mielniczuk] „Barykadę” robili później w kontakcie z hutnikami. Ja wiedziałem, gdzie my robiliśmy, a po 10 latach się okazało, że koledzy w tym samym akademiku (łącznik dalej) drukowali swoje pismo. Nikt się nie pytał – ważne, że było na czas. Dla nas te regularne manifestacje – akcje bezpośrednie – chyba były jednak ważniejsze niż wydawanie pism. Na nich czuliśmy się razem i mocniejsi.

3 maja 1982 roku miały miejsce pierwsze starcia w Krakowie – dość ostre zresztą. Udało nam się przejść ulicą Grodzką/Traktem Królewskim, polewaczki nawet ustąpiły przed nami. Poczuliśmy się po tej demonstracji na tyle mocni, że postanowiono powtórzyć to kilka dni później. Kiedy 13 maja podczas manifestacji tysięcy ludzi na Rynku Głównym w Krakowie doszło jednak do brutalnej pacyfikacji w wykonaniu ZOMO, doszliśmy do wniosku, że nie można narażać ludzi na takie sytuacje. Pobito setki osób i dokonano licznych aresztowań. Ja idąc na tą manifestację, zostałem zauważony przez ubeka, który mnie wcześniej przesłuchiwał. Zadał mi pytanie: „gdzie idziesz Domagała? Won z powrotem, bo cię natychmiast zamkniemy!” Nie wiem, czy zrobił to z dobrego serca – o co go nie podejrzewam – ale przez ten incydent nie wszedłem na Rynek, chociaż byłem tuż obok i obserwowałem, co się działo. Po tej demonstracji zaczęliśmy się zastanawiać, gdzie się można skutecznie zmagać z ZOMO. Wniosek był jeden: oczywiście na otwartych przestrzeniach Nowej Huty. Liczyliśmy na podwojenie własnych sił poprzez dołączenie do nas ludzi z Nowej Huty. Do dziś cenię tych chłopaków: młodych robotników, uczniów szkół średnich, z osiedli. Oni zapewne też traktowali tę sprawę na zasadzie, że to jest ich teren i żadne ZOMO nie będzie im tu podskakiwać. Decyzję o tym ogłosiliśmy przed następną manifestacją – i od tego momentu demonstracje zaczęły się w Mistrzejowicach w Nowej Hucie. Komunistom już tak łatwo nie było. Przez lata były tam jedne z największych manifestacji w Polsce. Kiedy tłumy ludzi wychodziły z kościoła, to my momentami byliśmy górą. Zdarzało się, że ludzie wypierali ZOMO z centrum i paraliżowali komunikację, a myśmy nadawali nawet audycje radiowe. W RO NZS była grupa, która nadawał podziemne audycje radiowe. Na zadymy w Nowej Hucie ludzie niekoniecznie szli z pustymi rękoma. Zabierali często ze sobą butelki z benzyną i inne przedmioty. Mieli bowiem już dość tego, że można ich bić bezkarnie. A atmosfera panowała taka, iż uważaliśmy, że jeśli my się im nie damy, to nie będzie im tak łatwo nas lać. Była też niepisana umowa, że manifestanci pierwsi nie atakowali ZOMO. Wyjątkiem była demonstracja po zabiciu Bogdana Włosika lub Ryszarda Smagura. Wówczas demonstracje trwały trzy dni. Pierwszy raz wówczas widziałem, jak ludzie ruszyli na ZOMO, które najzwyczajniej spieprzyło. Generalnie było tak, że gdy siły były wyrównane, to zomowcy uciekali. Kiedyś też demonstranci spalili komisariat milicji w Mistrzejowicach. Setki wspomnień, obrazów. Do dziś pamiętam również starszego mężczyznę, który siedział na krawężniku i tłukł płytki chodnikowe. Na pytanie co robi odparł, że ganiać nie ma sił, ale natłucze nam przynajmniej kamieni. Takich obrazków były tysiące. Były to regularne bitwy i wojny na miarę naszych możliwości.

Studia w naturalny sposób kiedyś się kończą. Z czasem też i siła manifestacji nieco malała. Jednak do 1985 roku – mimo różnych trudności – byłem zaangażowany w działalność podziemną. Trudności były tego rodzaju, jak przymknięcie kogoś (również mnie), pobicie kogoś (również mnie). SB zdawała sobie mniej więcej sprawę z tego, co robię – nie posiadała jednak dowodów. A ja – mimo solidnego pobicia i innych brutalnych form perswazji – powiedziałem krótkie „nie!” na propozycję współpracy z nimi. W efekcie mam dziś urocze CV zawarte w korespondencji służbowej szefa SB w WUSW z innym ubeckim dygnitarzem (z materiałów IPN): „Utrzymuje kontakty z elementami dywersyjno-terrorystycznymi, kilkakrotne zatrzymywany, nie zaprzestał wrogiej działalności antypaństwowej”.

Panie pułkowniku Józefie Biel: ku chwale Ojczyzny!

Relację spisał Sławomir Chmura
Redakcja Alicja Lipska[[Kategoria:Autor Relację spisał Sławomir Chmura
Redakcja Alicja Lipska]]