L00109 Andrzej Grzybowski

Z Encyklopedia Solidarności

Relacja Andrzeja Grzybowskiego

Middletown, Connecticut, USA, 27 i 30 VIII 2010

Urodziłem się w Zabrzu w 1954 roku, ale Ślązakiem jestem tylko ze względu na pochodzenie matki i miejsce zamieszkania. Ojciec pochodził zza Bugu, urodził się 22 lutego 1922 roku w Postołowie, polskiej wsi na Białorusi, ok. 20 km od Berezy Kartuskiej. W tym czasie była tam straszna bieda, panował głód. Mój ojciec Mikołaj miał siedmioro rodzeństwa, w tym trzech braci. W 1930 roku dziadek Jan razem z najstarszym synem Stefanem wyjechali do Argentyny z zamiarem sprowadzenia później reszty rodziny. Niestety, dziadek zginął wkrótce podczas karcianej kłótni, a Stefan założył własną rodzinę. Nie było mu lekko. Na wsi została matka Zofia z siedmiorgiem dzieci. Dzieciństwo ojca upłynęło na pasieniu krów.

W 1939 roku gdy do Polski weszli Rosjanie, 17-letni Mikołaj by pomóc rodzinie wyjechał do pracy za Ural. Pracował przez półtora roku w kopalni węgla w Kopiejsku k. Czelabińska, poznając na żywo sowiecką rzeczywistość. Wrócił w przededniu ataku Niemiec na Rosję, w czerwcu 1941 roku. Za ukrywanie w wiosce rannego żołnierza sowieckiego, Niemcy rozstrzelali ok. 25 mieszkańców wybranych losowo. Wśród rozstrzelanych był Wasyl, starszy brat ojca. Zabrali go z pola, nie zdążył się pożegnać, ani wypalić papierosa. Ojca wywieziono „na roboty" do Prus Wschodnich k. Koenigsburga (pol. Królewiec, od 1946 Kaliningrad). Pracował tam m.in. w tartaku. Gdy zbliżał się front, tartak postanowiono ewakuować do Besarabii, ale tam także zbliżała się już Armia Czerwona. Przeniesiono ich więc do Bochni. Stamtąd ojciec uciekł do lasu i dołączył do partyzantów AK na Podhalu, w Pieninach i Beskidach. Oddział został otoczony i rozbrojony przez Sowietów, a ojciec znalazł się w więzieniu w Starym Sączu. Dzięki góralce, która pracowała w więzieniu i pomocy znajomych górali udało mu sie uciec. Wrócił do znajomych w Bochni i załatwił sobie fałszywe dokumenty na nazwisko „Cebulewski". Wyjechał na Górny Śląsk, podjął pracę w kopalni i rozpoczął nowe życie. W 1949 roku ożenił się z Renatą, córką właścicieli mieszkania, które wynajmował. Dopiero w 1956 roku, gdy została ogłoszona amnestia „gomułkowska” wrócił do swojego rodowego nazwiska. Do 1957 roku pracował w Zabrzu w KWK Concordia i KWK Pstrowski. W 1957 roku przeniósł się do nowo otwartej KWK Julian w Piekarach Śląskich, gdyż zaoferowano mu mieszkanie na nowym osiedlu. Ojciec znał system sowiecki z własnego doświadczenia i wiedział, czego można było się po nim spodziewać. Nigdy nie wstąpił do partii, był człowiekiem bardzo skromnym. Postanowił przetrwać. Najlepszym jego przyjacielem był repatriant z Francji, wśród sąsiadów byli ludzie z Wilna, Lwowa, centralnej Polski. Pracował 35 lat na dole jako rębacz-strzałowy, a ostatnich 5 lat przed emeryturą na niebezpiecznych przebudowach. Nie miał żadnego poważnego wypadku – w pracy także nie był ryzykantem. Po pracy była działka, kawałek wydzierżawionego pola, las. Pamiętam jego odwiedziny w O.O. w Jastrzębiu-Szerokiej. Gdy zobaczył się ze mną nic nie mówił, tylko patrzył wokół i kiwał głową. Wcześniej próbował powiedzieć mi, czym się to skończy.

Historia mamy i jej rodziny jest jeszcze bardziej powikłana. Moja babcia Maria pochodziła z Wieszowy, wsi położonej między Zabrzem a Tarnowskimi Górami, z polskiej rodziny Kocybików. Brat mojego pradziadka Aleksandra Kocybika, Szczepan był zaangażowany w działalność Śląskich Kół Śpiewaczych i Polskiej Organizacji Wojskowej, a w czasie powstań śląskich zorganizował i dowodził polskim oddziałem powstańczym w Wieszowie. W oddziale było czterech braci mojej babci – Antoni, Adolf, Emanuel i Henryk. Niestety Wieszowa po plebiscycie znalazła się w obrębie Niemiec. Szczepan zamieszkał w pobliskich Tarnowskich Górach przyznanych Polsce. W 1939 roku należał do grupy samoobrony stworzonej przez byłych powstańców. Bojąc się zemsty Niemców musiał uciekać. Udało mu się przedostać do USA. Jego córka była tam zakonnicą kolo Chicago. Po wojnie przysyłała paczki, ale kontakt wkrótce się urwał. Aleksander, mój pradziadek do 65. roku życia pracował w kopalni „Centrum” – dziennie 13 km pieszo. W 1895 roku ożenił się z Zofią Kozubek z Paczyny kolo Toszka. Moja babcia Maria urodziła się w 1910 roku. Aleksander i Zofia mieli 12 dzieci, 4 dziewczynki zmarły po urodzeniu, dwóch braci zginęło w kopalni, a dwóch w Rosji na wojnie (Wieszowę przyznano Niemcom, musieli więc walczyć w szeregach Wehrmachtu). Syn Henryka, brata babci – Rajmund, był w pierwszej grupie absolwentów Wyższego Seminarium Duchownego Śląska Opolskiego, w trudnych dla kościoła czasach stalinowskich. Moja babcia marzyła o tym, abym i ja został księdzem. W 1954 roku Rajmund Kocybik wyjechał do Niemiec gdzie do tej pory mieszka jako ksiądz. W roku 2004 w Katedrze Opolskiej koncelebrował mszę z okazji 50-lecia kapłaństwa wraz z pozostałymi jubilatami. Moja babcia wyszła za mąż za Ryszarda Kuscha w 1929 roku. Jego ojciec Franciszek był sztygarem w kopalni Castellengo w Rokitnicy (późn. m.in. Pstrowski), matka Małgorzata Kowalska, pochodziła z Kotulina kolo Toszka. Rodzina Kusch miała przekonania pro-niemieckie. Dziadek Ryszard (Richard) został po wojnie w Niemczech i już nigdy do Polski nie przyjechał. Babcia została z trojgiem dzieci w Zabrzu. Po dojściu W. Gomułki do władzy nastąpiło chwilowe rozluźnienie w polityce, pozwolono na łączenie rodzin. Wtedy babcia z synem Ewaldem wyjechała do Niemiec. Po roku jednak, nie mogąc ułożyć sobie życia z Richardem i ulegając prośbom swojej najmłodszej córki Małgorzaty, wróciła do Polski. Brat mamy Ewald został w Niemczech i tam założył rodzinę.

Podsumowując moje „tradycje rodzinne”: z wyjątkiem babci, mieszkającej do śmierci w Zabrzu oraz rodziną matki i ojca, kontakty mieliśmy sporadyczne kontakty. Odwiedzanie grobów w Wieszowie na Wszystkich Świętych, rzadkie listy do Postołowa i Niemiec. Zarówno o elementach niemieckich tej „tradycji", jak i doświadczeniach sowieckich ojca, mówiło się u nas niechętnie. Jeśli można mówić o jakimś wpływie na moje życie, to pewnie było to bardziej uczucie „wykorzenienia" i wyobcowania niż „zakorzenienia". Poczucie nieufności, ostrożności i niezależność, były jakby antidotum na komunistyczną indoktrynację, którą każdy z nas przechodził w PRL. Nikt nie rodzi się antykomunistą, sam dochodziłem do wszystkiego i na wszystko wyrabiałem sobie pogląd. Zawsze czułem i czuję się Polakiem i Ślązakiem. Nigdy nie nauczyłem się języka niemieckiego. Bliscy wpoili mi szacunek do pracy i brak zgody na krzywdę. Może dlatego zostałem socjologiem, chociaż nie pracowałem długo w tym zawodzie. Życie jest bowiem nieprzewidywalne i w tym jest jednocześnie ból i urok. Uczyłem się na Uniwersytecie Jagiellońskim w Krakowie. Studiowałem socjologię na Wydziale Historyczno-Filozoficznym. Będąc na III roku socjologii podjąłem jednocześnie studia prawnicze na Wydziale Prawa i Administracji. Lubiłem dyskutować, głośno wypowiadać swoje uwagi i opinie. W 1976 roku podpisałem listy adresowane do Rady Państwa i Sejmu PRL, które krążyły wśród studentów a dot. umieszczenia zapisu o kierowniczej roli partii w Konstytucji oraz w związku z represjami wobec uczestników wydarzeń w Radomiu i Ursusie. Bezpośrednich represji nie odczułem, ale uprzykrzano mi życie. Służba Bezpieczeństwa interesowała się moją osobą, rozpytywano o mnie na wydziale nawet prof. Władysława Kwaśniewicza. Od niego właśnie dowiedziałem się, że udało mu się mnie obronić, a wykorzystał do tego moje pochodzenie robotnicze ze strony ojca. Kilka razy byłem na spotkaniach u Leszka Maleszki, były to spotkania dyskusyjne. Nie pamiętam nazwisk osób, które brały w nich udział. Zapamiętałem tylko jedną dziewczynę, która mnie wprowadziła, studentkę polonistyki, która opiekowała się dzieckiem kobiety, u której wynajmowałem mieszkanie w Krakowie. Jeździliśmy na te spotkania w pełnej konspiracji, zmieniając kilka razy autobusy. Teraz ta konspiracja wydaje mi się śmieszną, gdy wiem, że Maleszka był tajnym współpracownikiem SB. W grudniu 1977 roku uzyskałem dyplom magistra socjologii. Po skończeniu studiów wyjechałem na Śląsk. 1 marca 1978 roku podjąłem pracę w Hucie Katowice w Dąbrowie Górniczej, w Dziale Badań i Analiz Społecznych. Mieszkanie otrzymałem w hotelu robotniczym w Sosnowcu-Zagórzu. Studia prawnicze kontynuowałem w systemie zaocznym na Uniwersytecie Jagiellońskim. Dojeżdżałem w każdy weekend. Tak było przez rok. Zostałem powołany do wojska i przez kolejny rok byłem w Szkole Oficerów Rezerwy. Gdy w czerwcu 1980 roku wróciłem do Huty Katowice, przeniosłem się na studia prawnicze na Uniwersytet Śląski, planowałem je tutaj ukończyć. Mieszkałem w hotelu robotniczym w Dąbrowie Górniczej-Ząbkowicach. Budynek, w którym mieścił się nasz Wydział znajdował się poza terenem Huty, za główną bramą. W budynku tym miały siedzibę: Ośrodek Zdrowia, Dział BHP i Wydz. Ochrony Środowiska. Działem Badań i Analiz Społecznych kierował Jan Ludian. Pracowali tam ze mną: Jacek Jamroz, późniejszy dyrektor ds. pracowniczych w Hucie (już po rozgromieniu Solidarności) i Teresa Truszkowska, której mąż miał kierownicze stanowisko w Elektrociepłowni. Drugą grupę stanowili psycholodzy, którzy pod kierunkiem Antoniego Charewicza prowadzili badania psychotechniczne przydatności na stanowiska: kierowców, maszynistów kolejowych, operatorów suwnic itp. Podlegaliśmy dyrektorowi do spraw pracowniczych Kazimierzowi Trzaskowskiemu, typowemu komunistycznemu aparatczykowi i karierowiczowi. Później okazało się, że Ludian, który ukończył studia, ale nie miał dyplomu magistra, pisał pracę magisterską Trzaskowskiemu. Kiedy sprawa wyszła na jaw obaj zostali zwolnieni wraz z kilkunastu innymi kierownikami z „nomenklatury". Ludian nie był złym człowiekiem, ale typowym karierowiczem. Rok przed wojskiem minął mi na poznawaniu Huty i ludzi. Próbowałem opracowywać i pisać analizy, ale raporty sporządzane i przekazywane dyrektorowi Trzaskowskiemu, trafiały do jego biurka i tam zostawały, być może nawet nieprzeczytane.

Po moim powrocie z wojska w czerwcu 1980 roku, została u nas zatrudniona psycholog Maria Marquardt, której mąż był lekarzem w Ośrodku Zdrowia Huty i socjolog Barbara Lichoś. Był to okres niespokojny. Pod koniec sierpnia rozpoczął się strajk solidarnościowy ze strajkującymi pracownikami Wybrzeża. Do nas, pracujących na zewnątrz, dochodziły jakieś pogłoski, krążyły plotki a my byliśmy bardzo niespokojni i podekscytowani. Przekonałem kierownika Ludiana, że należy iść na ten strajk chociażby ze względu na to, iż jako socjologowie powinniśmy wiedzieć, co się dzieje w Hucie. Zgodził się, pewnie też był ciekaw, albo liczył na to, że mu się to przyda. Poszliśmy z M. Marquardt do siedziby Komitetu Strajkowego, do przewodniczącego Marka Fabrego, zgłosić nasze przystąpienie do strajku. Nie byłem członkiem KS, a jedynie doradcą. Byłem obecny, gdy dyrektor Huty Zbigniew Szałajda przyszedł do siedziby KS. Wykazał się cywilną odwagą i rzeczowym podejściem, nie straszył, lecz przekonywał. Głównym przedmiotem jego troski była możliwość zatrzymania pracy Wielkich Pieców. Groziło to dużymi stratami. Chciał nas nakłonić do zakończenia strajku. M. Fabry był bardzo nerwowy, biegał z jednego końca pomieszczenia do drugiego. Nie wiem, w jakim stopniu kierował strajkiem. Zaczęto mu zarzucać, że jest zbyt ugodowy w stosunku do dyr. Szałajdy. Fabry rzeczywiście przychylał się do jego propozycji. Ludzie w KS byli podzieleni i w końcu doprowadzili do odsunięcia M. Fabrego od kierowania strajkiem, KS został rozwiązany. W jego miejsce powołano KR Komitet Robotniczy, na którego czele stanął Andrzej Rozpłochowski. Zostałem jego doradcą. Ludzie zgłaszali różne sprawy i problemy. Postulaty dotyczyły stosunków międzyludzkich, mieszkań, pensji i in. Było ich bardzo dużo. Przywódcy strajku nie mogli zajmować się wszystkim naraz i od zaraz. Wszystkie postulaty trzeba było posegregować i ustalić, które do kogo należy skierować, kto był kompetentny do ich rozwiązywania, czy są do rozwiązania w Hucie, w regionie, przez wojewodę, czy komisję rządową itp. Byliśmy tam z Marysią i zobowiązaliśmy się, że usystematyzujemy postulaty i dokonamy ich obróbki, posegregujemy wszystko i przedstawimy do rozpatrzenia przez KR.

Kiedy 31 sierpnia zostały podpisane Porozumienia Gdańskie musieliśmy odpowiedzieć sobie na pytanie, jak zachowa się Huta Katowice. Rozpłochowski odrzucił podpisane wcześniej przez KS kierowany przez M. Fabrego porozumienie z dyr. Szałajdą i zapowiedział strajk aż do zwycięstwa. Wieczorem zabezpieczaliśmy drogę odwrotu. W oparciu o Porozumienie Gdańskie w KR utworzyliśmy listę nowych postulatów zakładowych i o północy podpisaliśmy porozumienie o warunkowym zawieszeniu strajku. 4 września 1980 roku KR podpisuje porozumienie z dyr. Z. Szałajdą. Sygnatariuszami byli: A. Rozpłochowski, A. Karpierz, ja oraz jeszcze ktoś, ale nazwisk nie pamiętam. Jeden z punktów tego Porozumienia uprawniał KR do tworzenia Niezależnych Samorządnych Związków Zawodowych w HK i dawał prawo do reprezentowania innych zakładów, których delegacje zgłoszą akces do MKR. Strajk został zakończony.

Do KR w HK zaczęły zgłaszać się inne zakłady. Mniejsze zakłady pracy szukały w hucie parasola ochronnego, bo była dla nich dobrym oparciem. W małych zakładach działacze byli szykanowani i było im znacznie trudniej. Władze przez cały czas ignorowały nasz ruch i chciały go zgnieść. Trzeba było wyznaczyć ludzi do wyjazdów w teren do innych zakładów. Po kilku dniach konstytuuje się MKR przy HK, na czele którego stanął Andrzej Rozpłochowski. Zostałem doradcą MKR, a od 22 września MKZ NSZZ „S” z tymczasową siedzibą przy Hucie Katowice.

Oczekiwaliśmy na przyjazd komisji rządowej, z którą mieliśmy omówić wynegocjowane porozumienia w Gdańsku i otrzymać gwarancje realizacji naszych postulatów. Chodziło nam o to, aby wynegocjowane porozumienie nie odnosiło się tylko do regionów, ale swoim zasięgiem objęło całą Polskę. Chcieliśmy mieć zagwarantowane prawo do tworzenia związków zawodowych o ogólnopolskim zasięgu oraz by za tym szło stworzenie odpowiednich możliwości do ich działania. Już na początku września ludzie zaczęli masowo występować ze starych związków. MKR z komisją rządową wypracował porozumienie, które gwarantowało realizację Porozumienia Gdańskiego i 11 września w HK zostało podpisane Porozumienie Katowickie. Nieocenioną w tym czasie pomocą była dla nas pomoc ekspertów, których – o ile dobrze pamiętam – poleciła Kuria Biskupia w Katowicach: wspaniali, oddani ludzie – mec. Janusz Krzyżewski, jego asystent Jan Łopuszański, późniejszy poseł prof. Wiesław Chrzanowski, prof. Stefan Kurowski i kilku innych, którzy angażowali się doraźnie. Mogliśmy przystąpić do tworzenia NSZZ „S” w HK. Jeszcze we wrześniu do Sądu Wojewódzkiego złożyliśmy wniosek o rejestrację związku zawodowego NSZZ „S” z siedzibą w HK. Przygotowywaliśmy się do wyborów KZ. Najpierw wybory na wydziałach, organizowałem i prowadziłem zebrania wydziałowe, opracowałem ordynację wyborczą. 24 października nasz Komitet Założycielski został oficjalnie zarejestrowany, a już 25 października 1980 roku zorganizowaliśmy wybory do Komisji Zakładowej NSZZ „S”. Porozumienie z Komisją Rządową umożliwiło podjęcie decyzji przez wojewodę o przeniesieniu MKZ do Katowic na ul. Stalmacha. W Hucie Katowice powstała konieczność wyboru nowej Komisji Zakładowej, która zajęłaby się wyłącznie sprawami Huty Katowice i przygotowałaby ordynację wyborczą oraz powszechne wybory w całej Hucie. Delegaci wydziałowi wybrali siedmioosobowy Zarząd. Wybrano mnie na przewodniczącego KZ HK, wiceprzewodniczącym został Aleksander Karpierz, a członkami: Zbigniew Kupisiewicz, Henryk Grzelakowski, Antoni Kusznier, Krzysztof Rutkowski i Włodzimierz Pajdak. Zostałem wybrany na przewodniczącego dlatego, że angażowałem się w różne działania w hucie, miałem podejście socjologiczno-analityczne, prowadziłem zebrania i sądzę, że ufano mi i wierzono, że dam sobie radę. Zgodziłem się przyjąć tę funkcję, bo nareszcie czułem, że możemy coś wspólnie zrobić i czułem, że moje kompetencje są wystarczające do pełnienia takiej funkcji. Szedłem za głosem sumienia i właściwie działałem pod wpływem impulsu, jak większość ludzi w takich chwilach, pięknym czasie euforii, wiary w sprawiedliwość i sensu tego, co się robi. Później już nigdy tego nie przeżyłem. Nie wstydzę się moich działań pod wpływem impulsu, bo dowodzi on, że głęboko u każdego z nas istnieje instynkt dobra, sprawiedliwości i solidarności oraz chęć robienia tego, co się powinno robić. Trochę nawet dziwiłem się sobie, gdyż mimo że byłem socjologiem, to nie miałem szczególnych zdolności szybkiego nawiązywania kontaktów, a mimo to działając pod wpływem jakiegoś impulsu robiłem w życiu to, co robiłem. Nawet tutaj w Ameryce, gdy zwolniono mnie z pracy zdecydowałem się na ukończenie kursu pielęgniarskiego i mimo że wróciłem do poprzedniej pracy, kurs ten ukończyłem, a przecież psychologicznych dyspozycji do tego nie miałem. Dzięki impulsom człowiek w życiu robi wiele rzeczy, bo wydaje mu się, że tak właśnie trzeba postąpić.

Wracając do Huty – było trudno. Organizacja partyjna i KSR (Konferencja Samorządu Pracowniczego) przeszkadzały nam. „S” musiała zaistnieć obok starych związków. Wszystko działo się w atmosferze uników władzy, torpedowania naszych działań, prowokacji, ciągłych utarczek i walki podczas próby realizacji postulatów. Przygotowywano raporty (były w mojej teczce), w których przedstawiano mnie jako człowieka aroganckiego, zapalczywego i agresywnego. By cokolwiek w tamtym czasie zdziałać, trzeba było być zdecydowanym i zapalczywym. Byłem strzępkiem nerwów, wiedziałem, że dojdzie do konfrontacji z władzami, ale nie wiedziałem kiedy. Nie mogłem już pogodzić działalności w związku „S” ze studiami i na IV roku zrezygnowałem z nich.

Na początku listopada ogłoszono pogotowie strajkowe. Nie pamiętam dokładnie z jakich powodów. Ludzie skarżyli się, że w blokach w Zagórzu jest wiele pustostanów, a do Huty przyjeżdżali ludzie z całej Polski (20 tys. w Hucie i 20 tys. na budowie) i sprawy mieszkaniowe były dla nich bardzo ważne. Pracownicy byli wzburzeni wiedząc, że są puste mieszkania, a władze Huty i miasta twierdziły, że jest inaczej. Podczas rozmów z Komisją Rządową chyba wojewoda Wnuk zdeklarował się, że jeśli ludzie znajdą pustostany, to zostaną one ludziom przekazane. Niestety pracownicy nie wierzyli w deklaracje władzy i zaczęli samowolnie zajmować mieszkania. Na początku listopada dostałem telefon, że będzie eksmisja. Ówczesny prezydent Sosnowca Edward Włodarczyk wysłał milicję na osiedle Środula, aby usunęła ludzi z zajętych przez nich pustostanów. Była to prowokacja władzy, bo niezależnie od tego, jaką podjęlibyśmy decyzję byłaby ona zła. Razem z Krzysztofem Rutkowskim i – o ile pamiętam – Józefem Felą pojechaliśmy na interwencję. Była więc taka sytuacja: funkcjonariusze MO wynosili z mieszkań meble, a my je z powrotem wnosiliśmy. Milicjanci byli zdezorientowani i nie wiedzieli, co mają robić. Po telefonicznej interwencji MO u prezydenta, akcja została przez niego wstrzymana. Mnie jednak zatrzymano i przewieziono do prokuratury, gdzie byłem przesłuchiwany. Postawiono mi zarzut przeciwstawiania się władzy. Wszystko działo się w czasie, gdy w Hucie ogłoszono pogotowie strajkowe. Prowadzono przeciwko mnie prokuratorskie postępowanie karne i dlatego nie kandydowałem w styczniu 1981 roku w wyborach do nowego Zarządu „S” HK. Codziennie lub co 2 dni odbywały się zebrania informacyjne delegatów wydziałowych. Podczas jednego z nich przedstawiłem swoją sytuację i możliwość propagandowego dyskredytowania mojej osoby, bądź szantażu.

W grudniu 1980 roku mówiono o możliwości interwencji w czasie uroczystych obchodów rocznicy Grudnia’70 w Gdańsku. Zostałem w Hucie, gdyż nie wiedziałem, co będzie się działo. Podjąłem się organizacji wyborów, jednak nie planowałem kandydować do KZ, gdyż władze miały na mnie „haka” i obawiałem się, że mogę być szantażowany. Wybory obiecałem zorganizować i doprowadzić je do końca. 21 stycznia 1981 roku na przewodniczącego KZ wybrano Jacka Kiliana, którego poleciłem na tę funkcję. Byłem dalej doradcą KZ. W chwili ogłoszenia stanu wojennego postępowanie karne przeciwko mojej osobie zostało objęte amnestią. Dla władzy najwygodniej było mnie internować i objąć amnestią. W 1981 roku tak wiele się działo, że zablokowane zostałyby sądy karne i z pewnością nie starczyłoby miejsc w więzieniach. Dlatego w chwili ogłoszenia stanu wojennego ogłoszono także amnestię.

W listopadzie 1980 roku MKZ Katowice przeniósł się do nowej siedziby na ul. Stalmacha w Katowicach. I Sekretarz KW PZPR w Katowicach Andrzej Żabiński mówił potem (taśma z nagraniem dostała się w nasze ręce): „Niech się chłopaczki pobawią”. Między nami tj. KZ „S” HK, a MKZ Katowice były trudne relacje. MKR Jastrzębie i MKZ Katowice rywalizowały ze sobą. MKZ Katowice był bezkompromisowy. Ludzie to wszystko obserwowali. Staraliśmy się nawiązać kontakt z Jastrzębiem, aby usunąć J. Sienkiewicza i naprawić stosunki. K. Świtoniowi i A. Rozpłochowskiemu nie było to na rękę, gdyż chcieli, aby MKZ Katowice pełnił najważniejszą rolę. Pracownicy Huty naciskali nas, byli niezadowoleni z tego, że MKZ Katowice traktował Hutę, jako swoje zaplecze i wszystko, co było im potrzebne zabierali bez pytania o zgodę. Prowadzili więc politykę rabunkową, a my przecież także mieliśmy swoje potrzeby i dlatego dochodziło między nami do napięć. Rozpłochowski zachowywał się, jak „rewolucjonista”. Uważałem go za człowieka nierozsądnego i czasem mnie denerwował. Nigdy jednak nie starałem mu się szkodzić i zawsze wobec niego byłem lojalny.

Na przełomie grudnia 1980 i stycznia 1981 roku podczas spotkania delegatów zakładowych z regionu jako KZ z Huty Katowice próbowaliśmy poddać pod dyskusję sprawę rozbieżności i konfliktu z MKZ Jastrzębie. Przeprowadziliśmy wstępne rozmowy z ich działaczami, którzy próbowali doprowadzić do usunięcia J. Sienkiewicza. Był on dość powszechnie uważany za wtyczkę władzy. Oczywiście spotkało się to z wrogością Rozpłochowskiego. Przewidywaliśmy to i dlatego chcieliśmy przedstawić sprawę delegatom ze wszystkich zakładów pracy. Rozpłochowski był jednak nieprzejednany. W momencie, gdy Świtoń (wtedy lojalny wobec Rozpłochowskiego) publicznie ogłosił, że nazwałem naszego przewodniczącego „głupim”, wiedzieliśmy już, że wszyscy obrócą się przeciwko nam i nie będziemy mieli szansy, aby zrobić coś więcej.

W Hucie zbliżały się wybory. Sprawę relacji między KZ Huty a MKZ ze Stalmacha zostawiliśmy następnej Komisji Zakładowej. Rozpłochowskiego rzeczywiście tak nazwałem, w chwili szczególnej irytacji (powiedziałem: „Co ten głupek wyprawia?”), ale na boku a nie publicznie. Wyciąganie tego na światło dzienne i na takim forum było ciosem poniżej pasa. Stosunki między Świtoniem a Rozpłochowskim były na początku bardzo dobre. Szanowaliśmy Świtonia, który był symbolem niezależnego ruchu związkowego. Sam oprowadzałem go po Hucie Katowice. Jest to człowiek o bardzo dużych ambicjach, był głównym działaczem związkowym na Śląsku i to wyraźnie podkreślał. Rozpłochowski był jego rywalem. Musiało więc dojść do jakichś spięć między nimi.

Bardzo mnie boli fakt, że w mojej teczce były bardzo negatywne i niesprawiedliwe opinie o mojej osobie, ale czegóż można było spodziewać się po kapusiach i łowcach haków? Pisano, że funkcję w NSZZ „S” wykorzystałem do załatwienia sobie stanowiska kierowniczego i mieszkania. Sytuacja wyglądała zupełnie inaczej.

Zdecydowałem, że nie będę kandydował do KZ, ale nie wycofałem się całkowicie z działalności związkowej, nadal pozostałem doradcą i prawie codziennie bywałem w siedzibie KZ. Gdy wyszła sprawa J. Ludiana i dyr. K. Trzaskowskiego, o której wcześniej wspominałem, w Dziale Badań i Analiz Społecznych nie było kierownika. Wprawdzie Antoni Charewicz był pracownikiem o najdłuższym stażu i on powinien otrzymać stanowisko kierownika, jednak nie był nim zainteresowany. Wolał prowadzić swoje badania psychotechniczne. Byłem więc naturalnym kandydatem na to stanowisko. Zaproponowano mi je i zgodziłem się je przyjąć. W styczniu 1981 roku zostałem kierownikiem Działu. J. Jamroz pracował wtedy w kadrach. Wraz ze stanowiskiem przydzielono mi również mieszkanie funkcyjne. Przyjąłem je na zasadzie zamiany. Moja narzeczona Halina, sekretarka w KZ „S”, miała swoje mieszkanie. Zdecydowaliśmy się jej mniejsze zamienić na większe, które mi zaproponowano, mieliśmy się niebawem pobrać. Głównym powodem takiej decyzji było to, że Halina opiekowała się niepełnoletnią siostrą, mieszkanie większe było więc nam potrzebne. Gdy wyjeżdżałem z Polski musiałem to mieszkanie zwrócić. Zastępca dyrektora ds. pracowniczych Andrzej Ryza zgodził się przekazać żonie mieszkanie w zamian za to, które wcześniej oddała. Zostało ono przekazane siostrze żony, która została w Polsce.

W styczniu 1981 roku w Hucie została powołana Komisja Stosunków Międzyludzkich, zostałem jej przewodniczącym. Funkcja ta była rotacyjna, a sama Komisja mieszana. Trzy osoby reprezentowały kierownictwo Huty, trzy związki zawodowe. Właściwie nie miała ona żadnych kompetencji. Zajmowała się konfliktami społecznymi, mogła wydawać rekomendacje pracownikom i kierować je do kierowników wydziałów, którzy wiedzieli jak dalej daną sprawę rozwiązać. Jeśli jakichś spraw nie dało rozwiązać się na wydziałach lub w związku, wtedy często z J. Kilianem interweniowaliśmy w niezałatwionych sprawach u dyrektora Stanisława Bednarczyka. Niby nie było kompetencji, ale jednak jakaś forma nacisku była. Sprawy ważniejsze były jednak torpedowane i ignorowane oraz odsuwane do załatwienia na później. Mieliśmy np. problemy z pracownikiem p. Wierszko, chyba z Oddziału Rud i Koksu, członkiem partii, który wszystko negował i zachowywał się, jak typowy partyjny prowokator. Pamiętam, gdy we wrześniu na spotkaniu w Spodku z Lechem Wałęsą wyszedł przed zebranych i zaczął wszystkich straszyć wojną domową, że tylko czeka aż sowieckie czołgi wjadą do Polski itp. Dopiero śp. mec. Władysław Siła-Nowicki uciszył go. Po jego prowokacyjnych wystąpieniach wśród ludzi zawrzało, chcieli go pobić. Pracownicy wydziału mieli w końcu dosyć jego prowokacyjnych zachowań i zgłosili to do Komisji Stosunków Międzyludzkich, z prośbą o rozpatrzenie. On jednak z Komisją, której działalność przez cały czas negował i wszystkich ignorował, nie liczył się. Ciągle przebywał na zwolnieniach lekarskich, nie przychodził na posiedzenia, a my byliśmy bezsilni. Mimo tych problemów ludzie pracując w Komisji uczyli się działalności, nabywali doświadczenia, tak jak np. J. Kilian, który zdobył dużą popularność wśród pracowników Huty czy Andrzej Ryza, który później był dyrektorem ds. pracowniczych.

W kwietniu 1981 roku Z. Szałajda, który w październiku 1980 został ministrem hutnictwa, utworzył Zespół Doradczo-Opiniodawczy przy Ministerstwie Hutnictwa. Zostałem powołany do tego Zespołu. Byłem tylko na jednym posiedzeniu. Członkami Zespołu byli ludzie z hut: Baildon, Ferrum, Lenina. Nie wiem czy było drugie posiedzenie, wszystko wtedy działo się bardzo szybko, a Z. Szałajda został wicepremierem.

Ruch związkowy był właściwie wielkim ruchem społecznym. Było bardzo dużo różnych problemów, powstawały konflikty między związkami. Wszystkie organizacje chciały schować się pod skrzydła Solidarności, bo tutaj było bezpieczniej. Ludzie zaczęli zadawać sobie różne pytania, chcieli usunąć z wydziałów organizacje partyjne. W Hucie działał system samorządów robotniczych, który tak naprawdę był fikcją. Na jego czele stał zawsze przewodniczący POP. Znowu mieliśmy nowe zadania, trzeba było wymyślić nową koncepcję samorządów robotniczych i oddzielić je od związku zawodowego. Dotychczasowe SR-y nie działały, a KSR-y skompromitowały się. W ten sposób chcieliśmy przyciągnąć ludzi i zachęcić ich do włączenia się w działalność w samorządzie pracowniczym. Należało, więc przeprowadzić najpierw wybory na wydziałach, a później w Hucie. Zostałem powołany na przewodniczącego Komisji Wyborczej Samorządów Robotniczych. Ruszyła machina wyborcza. Wybory odbyły się i na początku grudnia 1981 roku został wybrany Komitet Robotniczy. Nie podjął jednak żadnej działalności, gdyż nie zdążył się ukonstytuować. Stan wojenny ogłoszony 13 grudnia przerwał naszą działalność.

Z mojej teczki wynika, że już 4 lutego 1981 roku, a więc przed „prowokacją bydgoską” był przygotowany nakaz zatrzymania mnie i internowania. Sześciu funkcjonariuszy miało zatrzymać mnie w hotelu robotniczym w Ząbkowicach i przewieźć do Strzelec Opolskich lub Raciborza, nie pamiętam dokładnie dokąd. W sobotę 12 grudnia byłem w domu, czułem się źle, miałem anginę. W TVP oglądałem kabaret Jana Kobuszewskiego, ok. 22:00 aktor na zakończenie programu powiedział: „Śpijcie spokojnie”. Niestety, o 23:30 funkcjonariusze SB przyszli do domu i oznajmili, że muszę z nimi pojechać, bo trzeba jakieś sprawy wyjaśnić. Ubrałem się, wsiadłem do samochodu i pojechaliśmy do KM MO w Katowicach. Gdy zobaczyłem, jak cały oddział ZOMO z pałkami i tarczami biegnie na zewnątrz, zrozumiałem co się stało. Przedstawiono mi nakaz internowania i nad ranem przewieziono nas „sukami” do więzienia w Jastrzębiu-Szerokiej. Razem ze mną jechał Andrzej Czeczot, rysownik. Był boso, zabrali go z domu tak, jak był ubrany. Gdy w celach włączyli nam „kukuruźnik” była chyba 6-ta rano. Przemawiał gen. Jaruzelski. Zostaliśmy internowani prewencyjnie za negatywne nastawienie do ekipy rządowo-partyjnej. Większość z nas nie była typowymi działaczami z krwi i kości. W większości byliśmy chyba naiwni, próbując wykorzystać przeciwko władzy jej własne slogany o ludowładztwie, demokracji, sprawiedliwości społecznej. Slogany, które były tylko środkiem sprawowania dyktatorskiej władzy sprzedawczyków w interesie sowieckiego reżimu. Teraz potraktowano nas jak przestępców. Pilnowano nas bardziej niż więźniów kryminalnych, nie mieliśmy prawa spacerować po placu, tak jak więźniowie i na początku nie wolno nam było wychodzić z cel. Cały obóz w Jastrzębiu był obstawiony czołgami. Po pewnym czasie zaczęto ludzi zwalniać z internowania. Ze mną nie chciano rozmawiać. W końcu marca wzięto mnie na przesłuchanie, jako jednego z ostatnich.

Już 3 miesiące byłem „za kratami”. Niedawno się ożeniłem (w maju 1981 roku), żona była w ciąży. Gdy po moim zatrzymaniu poszła do KW MO zapytać, co się ze mną stało funkcjonariusz powiedział do niej: „jak się nie zamkniesz, to ciebie k.... też zamkniemy”. Dopiero po wielu dniach dowiedziała się, gdzie jestem. Szok, jaki przeszła spowodował, że straciła dziecko, na które tak czekaliśmy. Parę lat wcześniej przeszła operację ginekologiczną, nast. przez kilka lat leczyła się u dr Jana Tomali, w klinice w Katowicach-Ligocie. Chciałem przy niej być, a nie mogłem. Naiwnie liczyłem, że bagatelizując swoją działalność, uda mi się wyjść na wolność. Na przesłuchaniu mówiłem ogólnikami, że jako socjolog zajmowałem się tylko tym, w czym czułem się kompetentny, wykonując tylko swoje obowiązki zawodowe. Przesłuchującemu mnie funkcjonariuszowi SB nie o to chodziło. Okazało się, że wszystko o naszej i mojej działalności wiedział. Nie powiedziałem nic, co mogłoby komukolwiek zaszkodzić. Nie podpisałem „lojalki”, stwierdzając, że nie ma żadnego prawnego znaczenia. Musiałem jednak swoje zeznanie podpisać, podpisałem z adnotacją, że potwierdzam zgodność tej notatki służbowej z tym, co mówiłem. I wtedy przesłuchujący mnie funkcjonariusz wpadł w furię, wymyślał mi i krzyczał, że nie wyjdę stamtąd. Zaskoczony odpowiedziałem, że będę siedzieć, ile będzie potrzeba, a sobie przyrzekłem, że więcej na żadne przesłuchanie nie pójdę. Dopiero w celi zorientowałem się, o co chodziło. Gdybym podpisał tylko swoim imieniem i nazwiskiem mogłoby to być przeciwko mnie wykorzystane. Wystarczyło podmienić pierwszą stronę, by zrobić z tego notatkę, która wyglądałaby, jak pisana z własnej woli i inicjatywy. Nie wiadomo ilu osobom tak zrobiono a potem byli szantażowani. W marcu przeniesiono mnie do Uherzec.

Głodówka, którą prowadziłem w Uhercach była wyrazem mojej desperacji, być może ze względu na moją sytuację rodzinną nie chciałem już o nic prosić tylko żądałem. Była też dostępną formą sprzeciwu i próbą kompromitacji władz. Codziennie „karmili” nas moralną odnową. Ludzi doprowadzało to do furii. Na zewnątrz propaganda ogłupiała jeszcze bardziej. Przez tę głodówkę chciałem coś powiedzieć, prawdę o nas i o władzy, była to więc także forma walki. Przed głodówką napisałem list do ks. bpa Bednorza, w którym opisałem mój stan ducha. 1 maja 1982 roku wysłałem ten list do KW MO w Katowicach i biskupa Bednorza, a moja żona Halina kolportowała go także w Hucie. Później napisałem otwarty List do Internowanych uzasadniając w nim powód mojej decyzji o głodówce. Listy te są opublikowane w książce nauczyciela z Tarnowskich Gór, współwięźnia z Uherzec, Henryka Sporonia pt. Wspomnienia i listy z ośrodków internowania, wyd. w 1992 roku.

15 maja 1982 roku rozpocząłem protest głodowy. Umieszczono mnie w izolatce. Po kilku dniach dołączył do mnie górnik Zdzisław Bernaczek, głodowaliśmy razem. Po siedmiu dniach przyjechała moja matka, powiedziano mi, że jeżeli nie przerwę głodówki, nie zobaczę się z nią. Przestaliśmy więc przyjmować płyny. Po kolejnym tygodniu zostaliśmy odwiezieni do szpitala w Lesku, byliśmy odwodnieni i przekonano nas o konieczności przyjmowania płynów. Zgodziliśmy się na kroplówkę i zaczęliśmy przyjmować płyny. Głodówkę nadal kontynuowaliśmy. Dr Orzech wydała zlecenie przewiezienia mnie do Ośrodka Psychiatrycznego w Żurawicy. Sądzę, że dlatego, aby mnie tam na siłę dokarmiać. Pamiętam, że był piątek, a w sobotę przyjechali z Krakowa: ks. Józef Tischner, Tomasz Studnicki – opiekun mego roku, kiedy byłem jeszcze na studiach prawniczych na UJ i Tadeusz Łyczakowski z Arcybiskupiego Komitetu Pomocy Więźniom i Internowanym, powołanego przez ks. kard. Franciszka Macharskiego. Załatwili przeniesienie mnie do Krakowa karetką, zostałem przewieziony do szpitala na ul Kopernika w Krakowie. Wykonano mi badania, zaczynał się stan krytyczny, który groził nieodwracalnymi zmianami, trwałym uszkodzeniem nerek. Był to już 26 lub 27 dzień głodówki. W końcu przerwałem ją i po kilku dniach zostałem przewieziony do Kliniki Alergii na ul. Skawińską, do (obecnie) prof. Andrzeja Szczeklika. Polecono mi symulować astmę.

Sądziliśmy, że 22 lipca w związku z przewidywaną amnestią zostanę zwolniony z internowania. Dostałem jednak zawiadomienie, że po zakończeniu rekonwalescencji miałem stawić się w O.O. w Rzeszowie-Załężu, gdyż tam miano mnie przenieść z Uherzec i przesłano tam moje dokumenty. Dobrowolnie sam miałem się zgłosić do więzienia, jakby uprawomocniając to, co z nami robili! Przeliczyłem się, nie uchylono mi decyzji o internowaniu i dlatego w końcu lipca uciekłem ze szpitala. Ukrywałem się w Krakowie u znajomego, Tadeusza Szymy, a później u kolegów na Śląsku. Nie wiem czy mnie szukano. Na początku grudnia żona otrzymała zawiadomienie, że mam się zgłosić do Załęża po odbiór decyzji o uchyleniu internowania. Była również informacja, że mogę wrócić na poprzednie stanowisko pracy. Pojechałem z żoną do Załęża, odebrała decyzję bez żadnych przeszkód.

Zgłosiłem się do pracy do Huty. Niestety przesunięto mnie do Działu BHP i przydzielono pracę biurową. Na początku marca 1983 roku przeniesiono mnie na wydział zmilitaryzowany na Walcownię Wielką do Ewalda Ptasznego. Było to w piątek i pracy w tym dniu nie dostałem, siedziałem tylko. W poniedziałek otrzymałem zwolnienie ze służby. Żona poszła natychmiast na zwolnienie lekarskie, gdyż otrzymała informację, że jest na liście pracowników do zwolnienia. Przez jakiś czas była bezpieczna. Ja nie mogłem odwołać się od decyzji o zwolnieniu do sądu wojskowego, gdyż nie miałem żadnych szans wygrania sprawy. Odwołałem się do Sądu Pracy w Katowicach od decyzji przeniesienia mnie na wydział zmilitaryzowany, gdyż była to jakaś forma represji w stosunku do mnie. Prawdopodobnie po zawieszeniu stanu wojennego nie było już nawet wydziałów zmilitaryzowanych. Tak czy inaczej była to ordynarna fikcja.

Grudzień minął w miarę spokojnie, więc można było się za nas wziąć. Dzielnicowy zaczął nas odwiedzać, mówił, że wszystkich bumelantów, a więc i nas będą wywozić na Żuławy do obozów pracy, że mam rodziców, siostry, dając mi do zrozumienia, że władza ma długie ręce. Halina była znowu w ciąży. Wtedy podjąłem decyzję o wyjeździe z Polski. Nie chciałem pozwolić na zniszczenie mojego kolejnego dziecka. Wiedziałem, że tutaj już nic nie mogę zrobić, gdyż byłem stale pod presją i w stresie. Tutaj byłem spalony i wiedziałem, że żadnej pracy nie dostanę. Ludzie bali się rozmawiać ze mną, a gdy mnie widzieli przechodzili na drugą stronę ulicy udając, że mnie nie widzą. Gdy ktoś ze mną rozmawiał miałem wrażenie, że jest osobą podstawioną. Marian Hanzlik, którego znalem z Huty, próbował mnie wciągnąć w działalność, miałem pisać artykuły do jakiejś bibuły. Raz pojechałem z nim nawet do Krakowa na spotkanie z tamtejszymi działaczami. Jeden artykuł napisałem, ale ukazał się bardzo okrojony. Właściwie to nie był mój artykuł. Potem miałem robić śpiewniki. Odnosiłem wrażenie, że ktoś tym manipuluje i próbuje się mnie zająć nieistotnymi sprawami, aby odsunąć mnie od działalności w podziemiu „S”.

Decyzją Sądu Pracy w Katowicach zostałem przywrócony do pracy. Zgłosiłem się do Działu Kadr w Hucie z decyzją Sądu Pracy. Kierownikiem był wtedy Mariusz Molenda, który niekulturalnie mnie zwymyślał. Krzyczał do mnie: „Ty gówniarzu, jak ty śmiałeś tutaj przyjść, wynoś się i siedź w domu, będziemy ci płacić i na hutę nie będziesz miał wstępu”.

Po podjęciu decyzji o wyjeździe pierwszą myślą był wyjazd do Niemiec. Sądziłem, że będzie tam nam łatwiej. Pojechałem do Ambasady Niemiec do Warszawy. Zaproponowano mi wyjazd do RFN, ale jako obywatel Niemiec. Nie zgodziłem się. Jeśli miałem wyjechać, to tylko jako uchodźca polityczny, nie jako Niemiec, którym nigdy się nie czułem. Byłaby to kompletna kompromitacja mnie i tego, co robiłem, a na to nie chciałem pozwolić. Na drugi dzień udałem się do konsulatu USA.

13 października 1983 roku wyjechaliśmy na emigrację. Wyjeżdżając byłem pełen obaw. Nie znałem języka, a to, czego nauczyłem się podczas studiów było niewystarczające. Przez 10 dni byliśmy w RFN. W tym czasie Światowy Komitet Pomocy Uchodźcom z Europy Środkowo-Wschodniej poszukiwał ludzi, którzy mogliby sponsorować nasz wyjazd do USA. Żona była już w zaawansowanej ciąży i miejscowy lekarz musiał wydać zgodę na jej wyjazd. Uzyskaliśmy ją. Mieliśmy jechać do Chicago. Na miejscu okazało się, że jedziemy dalej, do Beloit w stanie Wisconsin. Byliśmy przerażeni, z jedną walizką, bez pieniędzy, bez znajomości języka i do tego noc. Oczekiwało na nas starsze małżeństwo. Było to małe miasto, ludzie się znali, wszyscy starali się nami opiekować, pomagały nam dwie parafie. Po urodzeniu Bartka przez Halinę zamieszkaliśmy w starym domu, którego planowaną rozbiórkę wstrzymano. Na początku było bardzo trudno. Tutaj także był kryzys, były kłopoty z pracą. W Beloit mieszkaliśmy 1,5 roku. Po roku urodził się Tomek. Musieliśmy stanąć na nogi. Zrobiłem kurs pracy na tokarce, cały czas szukając pracy. Dzięki pomocy Krzysztofa Rutkowskiego z Huty Katowice, który po wyjeździe do USA, mieszkał i pracował w New Britain w stanie Connecticut, dostałem także tam pracę. W maju 1987 roku przenieśliśmy się do Connecticut, gdzie mieszkam do tej pory. W styczniu 2001 roku zmarła nagle moja żona Halina, z którą przez 20 lat wspólnie przeżywaliśmy wszystkie radości i porażki. Był to największy cios w moim życiu. Zostawiła dwóch synów. Życie płynie dalej. Ożeniłem się ponownie z drugą wspaniałą kobietą, Joasią i mam przybraną córkę.

Co mnie nadal bardzo boli? Znalazłem swoje nazwisko na tzw. Liście Wildsteina. Przerażona i zdenerwowana mama zadzwoniła do mnie i pyta, co to znaczy. Nie wiedziałem, o co chodzi. W tym czasie był to bestseller, wszyscy czytali i szukali nazwisk swoich i znajomych. Dojście do mojej teczki w IPN zajęło mi 2 lata. Po paru miesiącach, tylko dlatego, że byłem Polsce i osobiście udałem się do IPN w Warszawie, wydano mi zaświadczenie, w którym jednoznacznie napisano, że na „Liście Wildsteina” to nie jestem ja, to są dane osobowe zupełnie innego człowieka, który nosi takie samo nazwisko i imię jak ja. Wszystko to było dla mnie druzgocące. Wiele osób z Huty Katowice nie znało mnie dobrze, nie wiedzieli, jakim jestem człowiekiem. Wielu znało mnie trochę, z widzenia lub o mnie tylko słyszało. Nie wszyscy wiedzieli, że działałem. Nie mogli więc ocenić, czy była to prawda czy nie. Różnie to przyjmowali. Wprawdzie rozesłałem do wielu znajomych kopię zaświadczenia z IPN, ale oczekiwałem jakiegoś poważnego sprostowania. Niestety nie było go, a cień na mojej osobie pozostał. Sprostowań na stronach internetowych raczej się nie czyta. No cóż, życie jest nieprzewidywalne. Zmagamy się w wielu sprawach, ale w wymiarze całego życia, zawsze sprowadza się to do naszej własnej, prywatnej wojny, o swoją własną duszę. Nasze dokonania i to, co zostawiamy za sobą, są zawsze tylko produktem ubocznym tych wysiłków, które prędzej czy później wyblakną w natłoku nowych, innych problemów, jakie niesie życie.

Relację spisała Halina Żwirska
Redakcja Alicja Lipska[[Kategoria:Autor Relację spisała Halina Żwirska
Redakcja Alicja Lipska]]