L00110 Leszek Jaranowski

Z Encyklopedia Solidarności

Relacja Leszka Jaranowskiego

Po 13 grudnia 1981 roku, czyli po wprowadzeniu stanu wojennego, szefowie związku zawodowego Solidarność zostali internowani. Tzw. drugi garnitur działaczy – oddolnie – zaczął działać w podziemiu, organizując związek na nowo; m.in. po to, by pomóc tym, którzy zostali internowani i ich rodzinom, żeby przekazywać informacje, zbierać składki członkowskie na działalność, itp. By protestować, manifestować, organizować strajki. Powstawały wtedy bibuły, gazety niezależne. Ktoś to musiał robić. A ci z pierwszego rzutu, ci najważniejsi siedzieli albo w więzieniach, albo w obozach internowania.

Jesienią 1982 r. WRON-a [Wojskowa Rada Ocalenia Narodowego] – ówczesna władza – postanowiła zdelegalizować Solidarność, która wcześniej była tylko zawieszona, oraz wszystkie organizacje pozarządowe. W odpowiedzi na to Tymczasowa Komisja Koordynacyjna Solidarności (TKK) wystosowała apel, by 10 listopada 1982 roku podjąć ogólnopolski strajk. Nieco wcześniej – w sierpniu – 9 osób zostało zamordowanych przy okazji protestów związanych z rocznicą powstania Solidarności. Jest wiele konkretnych dowodów na istnienie zorganizowanego oporu ze strony społeczeństwa, szczególnie w pierwszych miesiącach i latach stanu wojennego. Z drugiej jednak strony gadzinówki, telewizja i prasa reżimowa, informowały, że w kraju postępuje normalizacja. TKK ogłosiła ogólnopolski strajk na dzień 10 listopada, a WRON-a, że do końca roku zlikwiduje obozy internowania. Dla władzy powstał wówczas problem: co z tymi ludźmi zrobić. „Drugi garnitur” działaczy stanowił realne zagrożenie – zapowiadali ogólnopolski strajk, protesty. A władza bardzo chciała pokazać światu, że normalizacja postępuje, że widać pozytywne skutki wprowadzenia stanu wojennego.

Uknuto zatem taki diabelski plan, by nie internować następnej dużej fali ludzi, by ich nie zamykać, bo wtedy świat znowu by zaczął gadać, ale równocześnie w jakiś sposób ich unieszkodliwić. Powołano coś takiego, co my teraz potocznie nazywamy Wojskowymi Obozami Specjalnymi. Odwołam się do dokumentu powołującego te obozy – dokument z akt IPN: 0236/263 tom 1. Czytamy tam: 21 października 1982 roku dyrektor departamentu V MSW w Warszawie płk Józef Sasin wystosował do zastępców komendantów wojewódzkich MO ds. SB pismo, w którym nakazał do 23 października 1982 roku (21 to pismo wysłał, a czas na realizację dał do 23, czyli w trybie super pilnym) wytypować osoby rekrutujące się głównie z dużych zakładów pracy, podejrzane o inspirowanie i organizowanie strajków i zajść ulicznych, druk, kolportaż, łącznikowanie, a nie nadające się (z braku dowodów – tak to naprawdę należy odczytać) do internowania lub zatrzymania. Czyli jeśli coś wiedzieli lub podejrzewali, ale nie mieli jednoznacznych dowodów, by zamknąć nas bezpośrednio do więzień. Wszystkie te osoby były podejrzane o przynależność do podziemnej Solidarności. Z innych dokumentów wynika, że te listy proskrypcyjne osób, które miały się znaleźć w obozach wojskowych, zostały dostarczone – tak działa wojsko – WSW. Rozkaz jest rozkazem i zostaje wykonany. Listy proskrypcyjne poszły do Warszawy. Dziś mamy sporą część tych list i są tam bardzo ciekawe nazwiska: Lech Kaczyński, Ludwik Dorn, Donald Tusk, Janusz Pałubicki, Zbigniew Bujak z dopiskiem „jeżeli się go uda zatrzymać”. Teraz po latach ja się z tego śmieję – to jest naprawdę śmieszne. Wygląda na to, że – z jednej strony – bardzo się przestraszyli, a – z drugiej strony – jeżeli ten dyrektor w MSW dał tak krótki czas, to nie byli w stanie przygotować tych list rzetelnie. Ci ludzie, których wymieniłem przed chwilą, jednak się nie znaleźli w obozach. Zapewne, by wykonać rozkaz nadany z góry, wyciągnięto z archiwów tych wszystkich wcześniej namierzonych. Z czasem WSW, kontrwywiad wojskowy dostarczyły prawdziwe, rzetelne dane i powołano te obozy wojskowe.

Ja trafiłem do obozu, który się nazywał Czerwony Bór. Do tej pory nie wiadomo, ile było naprawdę takich obozów. W podziemnej prasie z okresu stanu wojennego pisano, że takich obozów powołano ok. 13 („Tygodnik Mazowsze” z dnia 6 I 1983 roku). Ja od kilku lat staram się zdobywać dokumenty i rozmawiać ze świadkami, z ludźmi, którzy byli w tych obozach. Do tej pory „namierzonych” i opisanych przeze mnie zostało 9 obozów, przypuszczenia mam co do trzech kolejnych miejsc – chociaż brak mi na razie dokumentów. Myślę, że jest to kwestia czasu i okaże się, że te przypuszczenia się potwierdzą. Wszystko mam udokumentowane jednoznacznie dokumentami z IPN-u lub relacjami żyjących świadków, listami, zdjęciami, wpisami do książeczek wojskowych. Bo skoro to było pod płaszczykiem munduru wojskowego, to w książeczkach wojskowych jest adnotacja i jest pieczątka: którego dnia został zabrany, którego dnia wyszedł. Średnio w jednym obozie było ok. 300-400 osób. Czyli jeśli założymy, że tych obozów było 13, to daje nam to sporą liczbę osób wytypowanych, odsianych, wyciągniętych z podziemia, podejrzanych w sposób bezpośredni o to, co się w naszym kraju w tamtych czasach działo.

Istnieją też dokumenty mówiące o tym, że kiedy te obozy powoływano, to stworzono instrukcje ich zakładania. Dokumenty wychodzące z tego departamentu wojskowego zakładały, że nie wolno powoływać do nich – tak samo, jak to było w regulaminie wojskowym – jedynych żywicieli rodziny, rolników, osób niezdolnych do służby wojskowej ze względu na stan zdrowia, osób, które przekroczyły określony wiek. Rzeczywistość okazała się totalnie odmienna i nie mająca nic wspólnego z tym, co oni na papierze założyli. Znaleźli się tam bardzo różni ludzie. Również to, co się działo w obozach, nie miało nic wspólnego z wojskiem – było jednym wielkim zaprzeczeniem regulaminu wojskowego. Byli tam ludzie niezdolni do służby wojskowej ze względu na stan zdrowia, np. osoby wypuszczone z obozu internowania w Kwidzynie (była tam słynna sprawa pobicia). Osoby te miały strasznie potrzaskane kręgosłupy, bardzo byli poobijani. I w kamizelkach gipsowych zostali znowu odizolowani od swoich środowisk. Powołano ich do jednostki wojskowej, na ćwiczenia wojskowe!

W Czerwonym Borze powstały trzy kompanie, z czego tylko w jednej byli ludzie, którzy mieli za sobą zasadniczą służbę wojskową. Zwykle na ćwiczenia rezerwy bierze się osoby, które wcześniej już były w wojsku. A tu się nagle okazało, że dwie trzecie ludzi z tego obozu nigdy wcześniej nie miało nic wspólnego z wojskiem, nie składało przysięgi, nie byli przeszkoleni.

Bardzo dokładnie pamiętam okoliczności, kiedy dostałem powołanie do obozu. Działałem w Tajnej Komisji Zakładowej w moim zakładzie pracy [WSK PZL Kraków], więc siłą rzeczy jakaś grupa ludzi mnie znała. Wiadomo, że wśród nich byli także donosiciele. Jednak jedną rzeczą jest złapać za rękę – wtedy na pewno zrobiono by mi jakąś sprawę – a inną rzeczą jest wiedzieć i próbować rozpracowywać. Naiwny nie byłem i przypuszczałem, że oni wiedzą o mojej działalności. Przy każdych większych uroczystościach, szczególnie rocznicowych: 11 XI, 3 V, 1 V, oraz przy okazji każdej tzw. miesięcznicy, czyli co miesiąc każdego 13 i każdego 16 – przeprowadzaliśmy w zakładzie tzw. 15. minutówki. W tym czasie cały zakład stawał. Oczywiście ktoś musiał to organizować i przewodzić; przeważnie byłem to ja. Dlatego znalazłem się na ich liście. Przed takimi wydarzeniami – prewencyjnie, zgodnie z obowiązującym wówczas prawem – przyjeżdżali do mnie do domu lub do pracy. Przeprowadzali rewizję, po czym kazali się pakować. Na 48 godzin zawsze można było zatrzymać bez podania przyczyny.

W taki też sposób zabrali mnie w październiku 1982 roku. Siedziałem na ul. Mogilskiej, na tzw. dołku 48 godzin. Dziś już nawet nie pamiętam, za co mnie wtedy zatrzymali. O ile za pierwszym razem ten kontakt z esbekami na ul. Mogilskiej i siedzenie na dołku przeżyłem bardzo mocno – byłem zdziwiony, przerażony – to później się już przyzwyczaiłem. Zwykle wyglądało to tak, że oni chcieli ze mną rozmawiać, a ja – mimo że jestem wielkim gadułą – niezbyt chętnie z nimi rozmawiałem. Kończyło się to po jakimś czasie zejściem z siódmego piętra do celi w piwnicy. Tego dnia wyszedłem po 48 godzinach i stanąłem na przystanku, by pojechać do domu. Tramwaj nie zdążył jeszcze przyjechać, gdy podeszło do mnie dwóch „panów” i zabrało mnie na następne 48 godzin. Teraz, po latach wiem, że to nie było nic szczególnego – wielu ludzi doświadczyło takich sytuacji. Są i tacy, co przeżyli wielokrotne – jedne po drugich – takie zatrzymania. Gdy wychodziłem po drugiej turze 48 godzin z ul. Mogilskiej, wręczono mi taki bilecik; bilet – tak to się potocznie mówiło – czyli wezwanie do odbycia ćwiczeń wojskowych. Wcześniej odbyłem zasadniczą służbę wojskową, więc byłem zorientowany w czym rzecz. Dziwna sprawa była tylko jedna i nie wiedziałem, jak sobie z tym poradzić. Napisane było, że mam się stawić w jednostce nr 3466 w Czerwonym Borze. Długo się zastanawiałem, gdzie jest ten Czerwony Bór. Po przyjściu do domu wyjąłem atlas i szukałem. Czerwonego Boru nie znalazłem – nie było go na mapie. Również koledzy, z którymi o tym rozmawiałem, nie wiedzieli, gdzie to jest. Od kogoś usłyszałem tylko, że jest tam poligon wojskowy, na którym czasem szkoleni są żołnierze z czerwonych beretów. I tylko tyle wiedziałem.

Poszedłem więc na dworzec kolejowy, bo pomyślałem, że panie w kasie muszą wiedzieć, gdzie to jest i nie pomyliłem się. Kasjerka powiedziała mi, że powinienem pojechać tym i tym pociągiem. I tak też zrobiłem. Trzeba pamiętać, że był stan wojenny i zaostrzone prawo, a ja byłem pracownikiem w zakładzie zmilitaryzowanym, w którym podpisywałem dokument o zmilitaryzowaniu, który mnie zobowiązywał do przestrzegania poleceń służbowych – nieprzestrzeganie ich było traktowane jako zdrada. I wszędzie była taka mała gwiazdka – dziś się mówi, że jest napisane małym druczkiem – i odnośnik na dole z przypisem o konsekwencjach nieprzestrzegania, odmowy, sprzeciwu. Czyli że grozi za to kara „od” – „do”; „do” to zawsze była kara śmierci. Szokująco to brzmiało, ale tak było. Były tylko dwa wyjścia: całkiem się schować w podziemiu albo pójść na te ćwiczenia. Ja wybrałem to drugie, myśląc, że skoro to ćwiczenia wojskowe, to nie mogą trwać dłużej niż 3 miesiące. Bo jak zacznę się ukrywać, to cała ta robota podziemna nie do końca będzie szła tak, jak to ustalaliśmy, planowaliśmy przez te wszystkie miesiące. Nie wiedziałem tak naprawdę, co mnie czeka. Oczywiście miałem w głowie „złe” myśli: przecież nie byłem w Wojskowej Komendzie Uzupełnień; nie od wojska dostałem ten bilet, tylko od esbeka. Czyli czułem, co mnie tam może czekać. Nie wiedziałem tylko, że będzie aż tak źle, jak się stało.

W końcu byłem wtedy młody, zdrowy, wysportowany. Później – już w obozie – okazało się, że wszyscy byli z tego samego pnia, wszyscy byli solidarnościowcami, ich postawa wobec systemu była jednoznaczna. Oczywiście poza tymi, którzy tam byli „służbowo”. Dwóch z nich udało nam się nawet rozszyfrować. Generalnie to byli chłopcy z dużych zakładów pracy, przede wszystkim z Huty im. Lenina. Ja pracowałem w WSK – Wytwórni Sprzętu Komunikacyjnego. Tak to ładnie brzmi – ale to też była komunistyczna ściema. „Wytwórnia Sprzętu Komunikacyjnego” – czyli powinienem robić tramwaje, autobusy. Robiłem... chłodnice do czołgów, wirówki olejowe do okrętów wojskowych, kartery i reduktory, misy olejowe do śmigłowców Mi-21.

Czerwony Bór położony jest w północno-wschodniej Polsce, między Łomżą a Zambrowem. To ten zimniejszy rejon Polski oddalony od uprzemysłowionych miast. Było to ogromne czołgowisko otoczone lasem. Nie było tam nawet zasieków – wchodziło się do lasu i był tylko zwykły szlaban, rogatka obok i dwóch normalnych żołnierzy. Półtora – dwa kilometry dalej była jednostka wojskowa, w której nas przyjmowano. Nie ulokowano nas jednak w tej jednostce wojskowej, czyli w normalnych budynkach murowanych, ale przygotowano dla nas miejsce specjalne. Wizualnie nawet nieźle to wyglądało: drewniane domki ze spadzistymi dachami z eternitu. Domki obite były surowymi deskami – wyglądały nie najgorzej. Po otworzeniu drzwi wejściowych okazywało się jednak, że w środku – w tym niby domku – są normalne wagony kolejowe, towarowe. I w tych wagonach przesiedzieliśmy całą zimę.

Jeden domek składał się z trzech połączonych wagonów. W środku znajdowała się zwykła okrągła blaszana koza. Pamiętam stertę węgla – była to jednak strasznie mała sterta, jak na liczbę domków, które zajmowaliśmy. Było nas ok. 450 osób. Tzw. przydział węgla – teoretycznie – to było pół wiadra na dzień. Trudno taką ilością węgla ogrzać się w środku zimy. Oczywiście braliśmy tyle, ile nam było potrzebne – w związku z tym węgiel szybko się skończył. Dowództwo obozu powiedziało, że to już jest nasz problem. Na szczęście obok był duży las i paliliśmy drewnem. Wyznaczaliśmy dyżury, by zawsze ktoś w nocy pilnował ognia i dokładał do niego. To nie była zima stulecia, ale zapewne byśmy poprzymarzali, gdyby się ciągle nie paliło. Było jakieś minus 15 stopni, wystarczająco zimno, by to mocno odczuć. W wagonach było bardzo ciasno: piętrowe łóżka przy obu ścianach wagonu, między nimi było może pół metra przejścia. Ci, co spali blisko piecyka, byli zlani potem, ale 2-3 metry dalej człowiek przymarzał do ściany. Wagony kolejowe nie były ocieplone, a jedynie obite dyktą. O szczelności to już w ogóle nie można mówić. I w takich warunkach musieliśmy mieszkać.

W tym niby wojsku nie szkolono nas zupełnie. Panował natomiast rygor wojskowy, od rana do wieczora. Rygor zaostrzony – pamiętać należy, że trwał stan wojenny. Czyli mieli na nas bat: cokolwiek by się zrobiło, jakkolwiek by się zaprotestowało czy chciało się coś wywalczyć, to natychmiast była riposta z ich strony – grożenie prokuratorem wojskowym. Mieli narzędzia, by nami rządzić i poskramiać nas. Nie było żadnych szkoleń wojskowych, ale pobrali nam za to odciski palców. Cały czas odbywały się przesłuchania. A jeśli już był jakiś wymarsz na tzw. poligon, to nie po to, by nas szkolić, tylko łopata w rękę, siekiera w rękę i wykopywanie pniaków po ściętych drzewach lub budowanie drogi ze śniegu „do nikąd”. Taka praca, przy minus 15 stopniach, była mordercza.

Poza tym – jak to w wojsku bywało – obowiązkowo musieliśmy oglądać Dziennik Telewizyjny o 19.30. Jeden z domków to była tzw. świetlica i tam znajdował się telewizor. Prywatnie to nawet radia tranzystorowego nie można było posiadać; ciągle przeprowadzano rewizje, przesłuchania. Jak u kogoś znaleźli odbiornik radiowy, to dostawał karę za jego słuchanie, a radio mu zabierali. Protestowaliśmy i działaliśmy na tyle, na ile nam warunki pozwalały. Tak też było, gdy do tej świetlicy wszedł oficer, zastępca dowódcy kompanii ds. politycznych. Zastał nas wszystkich siedzących grzecznie, jak trzeba na tych malutkich, twardych taborecikach, ale plecami do telewizora. Była to jedna z form protestu przeciwko tej śmiesznej, naiwnej i często chamskiej indoktrynacji.

Na świetlicy stało też radio – było to jedyne miejsce, gdzie ono mogło legalnie być. W pierwszą niedzielę wszyscy się tam spotkaliśmy, by wysłuchać mszy św. transmitowanej z warszawskiego kościoła – chyba w programie drugim PR. Ludzie w niej naprawdę uczestniczyli, modlili się. Świetlica nie mogła pomieścić wszystkich chętnych. Jednak w tygodniu radio zostało z niej zabrane do tzw. naprawy, bo niby coś szwankowało. Tuż przed następną niedzielą wróciło, więc byliśmy spokojni o niedzielną mszę. W tygodniu nikt jednak nie słuchał radia, tego „ichniejszego” – woleliśmy to nasze, ukryte. W niedzielę okazało się, że radio nie działało; przypadek, pech? Wszystkie częstotliwości były za wyjątkiem tej, na której była transmisja mszy. Tak je „naprawili”.

Próbowano również przeprowadzać nam szkolenia polityczne. Miały one jednak to do siebie, że jak taki „biedny”, młody porucznik, będący dowódcą chciał nam to szkolenie prowadzić i miał przed sobą 30-40 chłopa o określonych poglądach, posiadających własny, ugruntowany światopogląd – poglądy wszystkich były raczej zbieżne, wiadomo jakie – to on z nami nie miał żadnych szans w dyskusji. Na każde jego stwierdzenie padało dziesięć naszych, podważających to, co mówił. Każde nasze potrafiliśmy łatwo uzasadnić. Jakakolwiek próba dyskusji z nami była dla niego jedną wielką porażką. Czas zresztą pokazał, że to my mieliśmy rację, a nie oni. Dość szybko – wobec powyższego – owe zajęcia stały się zwykłą fikcją. Wyglądało to tak, że zaganiano nas do tej świetlicy, porucznik coś tam sobie czytał, a my rozmawialiśmy między sobą.

Warunki bytowania były dosyć ciężkie. Poza tym dwie trzecie tych chłopaków nigdy wcześniej z wojskiem nie miało nic wspólnego. Spora grupa osób spośród nich była chora. Byli też tacy, którzy mieli kategorię D. Z tą kategorią w ogóle się do wojska nie powołuje; tzn., że człowiek jest niezdolny do odbycia zasadniczej służby wojskowej ze względu na stan zdrowia. Byli też z kategorią B, która oznaczała, że osoba z tą kategorią jest czasowo odroczona z obywania służby, m.in. ze względu na stan zdrowia albo dlatego, że jest uczniem lub studentem. Ale jak był niepokorny, to go brano do wojska, mimo prawa. I takich ludzi w obozie było sporo.

Dowódcą był major Braja – ja bym go nie nazwał normalnym człowiekiem; był wulgarny i brutalny. W jednostkach codziennie rano jest tzw. „rozprowadzenie poranne” – tak to się nazywa w języku wojskowym – czyli po pobudce i gimnastyce stawało się w szeregu, w śniegu przed tymi naszymi domkami. I teoretycznie dowódca w tym czasie przydziela różne rozkazy, zadania dzienne, które należy wykonać. W wojsku trwa to zwykle 10-15 minut, ale u nas zawsze wyglądało to inaczej. Część z tych osób nigdy wcześniej nie była w wojsku i z tego powodu ponosiła dodatkowe „straty”. Buty wojskowe są strasznie sztywne, a oni byli nieprzyzwyczajeni, nie umieli wiązać onuc, a skarpet nie było. Przy źle zawiązanych onucach, jak człowiek w sztywnych, twardych, wojskowych butach sobie trochę potupta, to natychmiast ma poobcierane nogi, pozrywane ścięgna Achillesa. Tak poszkodowani starali się dotrzeć do lekarza, którego w naszym obozie nie było. Był dopiero w jednostce obok – jakieś 2-2,5 kilometra. Trzeba się było do niego zapisać, choć przełożeni zgadzali się na to niechętnie – mimo że widzieli lejącą się krew z pięt czy też przeziębionych. Chodziło się do niego grupami. Lekarz, widząc, że człowiek jest chory, dawał zwolnienie. Zwolnienie lekarskie w wojsku polega na tym, że nie musi się brać udziału w ćwiczeniach, można zostać w miejscu zakwaterowania, nie musi się nosić butów wojskowych – można chodzić w tzw. pepegach, tenisówkach. Takie osoby musiały jednak stawać na wspomnianych rozprowadzeniach, które odbywały się na mrozie i w śniegu. Oczywiście nie w wojskowych butach, a w tych tenisówkach. I trzeba było tak stać, a major Braja sobie chodził i nie mówił, co jest do zrobienia, nie wydawał rozkazów. Oczywiste było, że robił to z premedytacją, by dokuczyć chłopakom. Trwało to 30-40 minut na mrozie. Później ludzie dochodzili do wniosku, że już lepiej, jak się im krzywda dzieje i np. chodzą z poobcieranymi stopami, niż być tak kiepsko ubranym w takich warunkach. Tego typu formy dokuczania nam przez pilnujących nas oficerów były rozliczne.

Były również przesłuchania. Mnie i moich najbliższych kolegów w drużynie przesłuchiwali panowie w czerwonych beretach. Jeden był w stopniu majora i nawet wiem jak się nazywał – w końcu też mieliśmy swoje struktury i staraliśmy się działać. Po wyjściu z obozu udało mi się go namierzyć; nazywał się Ryczek i mieszkał w Krakowie obok mnie, na sąsiedniej ulicy. Był w 6 Pomorskiej Dywizji Powietrzno-Desantowej w Krakowie. Drugi z przesłuchujących był w stopniu podpułkownika i nie udało się nam go namierzyć.

Teren jednostki był dość rozległy, z ogromnym lasem. Obecnie już znam topografię tego terenu – dwa lata temu byłem tam z kolegami i oglądałem to wszystko po latach. Obóz już nie istnieje, wszystko zostało zaorane, zniszczone, zlikwidowane i zalesione – prawie śladu nie ma. Wówczas mieliśmy jednak poczucie przytłaczającego nas ogromu tego miejsca. Teraz wiem, że 14 kilometrów dalej była już Łomża. Wtedy panowało jednak przeświadczenie, że nie trzeba nas nawet pilnować, bo i tak nie ma gdzie uciec. Ale oni nas pilnowali – robili to uzbrojeni żołnierze z białymi pasami i otokami – WSW. Była wśród nich również grupa żołnierzy, która uczestniczyła w pacyfikacji Stoczni Gdańskiej w grudniu 1981 roku. Niemniej jednak nie da się upilnować młodego człowieka, i to w dodatku z podziemia, człowieka zdeterminowanego. Wchodziłem do tego lasu, podchodziłem do tej jednostki wojskowej, w której byli normalni żołnierze, licząc, że osoby ich odwiedzające wezmą od nas listy i wyślą do naszych bliskich. I zrobią to drogą mniej formalną niż poczta – w końcu istniała kontrola przesyłek. Że w ten sposób uda się zawiadomić nasze rodziny, gdzie w ogóle jesteśmy, bowiem przez pierwsze dwa lub trzy tygodnie obowiązywał zakaz korespondencji. Enigmatyczne określenie „Czerwony Bór” nie istniało przecież na mapach. Dziś już jest na mapie, znajduje się tam zakład karny.

Przed pozamykaniem-zapuszkowaniem nas w tych obozach przygotowano wcześniej grunt wśród żołnierzy z tzw. normalnych jednostek. Wmawiano im, że przyjadą tam nieroby, niebieskie ptaki, złodzieje, gangsterzy, czyli przeciwnicy władzy ludowej, ale z innego powodu. Że będą tam szkoleni ludzie z tzw. marginesu społecznego i nie należy się z nimi kontaktować, itd. Taki grunt przygotowano we wszystkich obozach. Na początku rzeczywiście spotkaliśmy się z ostrożnością czy niechęcią. Czas zrobił jednak swoje, wszyscy byliśmy w podobnym wieku lub nieco starsi – kilka osób było powyżej 36-37 lat. Żołnierze z tych jednostek bardzo szybko się zresztą zorientowali, że prawda wygląda inaczej. Niektórzy próbowali nam nawet w jakiś sposób pomagać.

Jedzenie – można powiedzieć – nie różniło się jakoś specjalnie od tego, co jedzono w innych jednostkach. Wszędzie było paskudne, a różnice wynikały raczej z ogólnej sytuacji gospodarczej. Codziennie rano była micha zupy, czyli wodnista maź niewiadomego pochodzenia na bazie chyba ziemniaków i kaszy. Codziennie w innym kolorze – jednak śmierdziała zawsze tak samo: brudną szmatą do podłogi. I była zupełnie bez smaku.

Nadszedł 10 listopada, czyli dzień, z powodu którego się tam znaleźliśmy. W kraju, w zakładach pracy ludzie strajkują. W moim macierzystym zakładzie również strajkowali i ponieśli dotkliwą karę: koledzy zostali zwolnieni, stracili pracę i dostali wilcze bilety. My również chcieliśmy się przyłączyć do tej akcji w tym dniu. Umówiliśmy się, że nie będziemy na stołówce spożywać jedzenia. Nie jest wielką sprawą nie zjeść śniadania, obiadu czy kolacji, nawet w wojsku. Natomiast wielką sprawą staje się wtedy, gdy robi się to w sposób zorganizowany, powszechny. W wojsku jest to jedna z największych przewin. Można tam mieć własne zdanie, za które poniesie się karę – ale daleko większą karę się ponosi, jeśli robi się to w sposób zorganizowany. Wojsko tak naprawdę ma na celu przede wszystkim łamanie charakterów. A tu pojawili się tacy ludzie, w taki dzień, w taki sposób. Idąc na stołówkę śpiewaliśmy Zieloną Wronę, Rotę i inne pieśni. Kolejno podchodziliśmy do tego okienka, w którym było wydawane jedzenie, każdy je pobierał, ale zamiast usiąść przy stoliku, podchodził do drugiego okienka, w którym zwracało się puste naczynia i oddawał cały niespożyty posiłek. To był piękny widok – pamiętam go do tej pory. Dumny byłem z tego. Dziś to pewnie nic szczególnego, ale w tamtych warunkach, w tamtej rzeczywistości... w końcu to byli różni, nie znający się ludzie z całej Polski. Mogli się w jakiś sposób znać tylko ludzie – ok. 20-30-40 osób – zatrudnieni wcześniej w HiL, a w całym obozie było ponad 450 osób z całego kraju.

Kiedy w drodze na stołówkę uniemożliwiano nam śpiewanie, to w końcu gwizdaliśmy te melodie. Swój sprzeciw wyrażaliśmy również podczas marszu: co drugi krok mocniej przytupując. Odpowiednikiem tego w więzieniach jest walenie menażkami o drzwi. Dawaliśmy tym do zrozumienia, że jesteśmy zorganizowani, że coś manifestujemy i coś tym wyrażamy. Oni oczywiście doskonale wiedzieli, o co chodzi.

Zawsze jest tak, że ktoś pierwszy musi się wychylić, dać hasło. Generalnie przewodził tam Kraków, bynajmniej nie dlatego, że jest taki wielki i wspaniały, ale dlatego, że najwięcej osób było z Krakowa. Najłatwiej było nam się porozumieć. Chłopaki z Kombinatu domyślali się wcześniej, o co chodzi z tym poborem. Dotarło to do nich, kiedy zaczęli się spotykać na korytarzach WKU w jednym czasie – około sto osób. Dlatego ks. Palmowski – kapelan internowanych i podziemnej Solidarności – w kościele Arka Pana odprawił mszę w ich intencji. Podziemna Solidarność z HiL zrobiła dla nich paczki z prowiantem. Ja zorientowałem się w pociągu, gdy razem jechaliśmy do Czerwonego Boru. W Krakowie wsiadło do niego mnóstwo młodych ludzi z brodami. W tamtych czasach młody człowiek z długimi włosami i z brodą to na 90 % musiał być z opozycji.

Na tym wezwaniu na szkolenie nie było określonego czasu jego zakończenia – była jedynie data powołania. Nie wiedzieliśmy, jak długo tam będziemy. I długo nie mieliśmy świadomości, kiedy stamtąd wyjdziemy. Wiedzieliśmy jedynie, jak to regulują regulaminy wojskowe – że szkolenie wojskowe nie może trwać dłużej niż trzy miesiące. Mieliśmy równocześnie świadomość, gdzie jesteśmy, kto nas tu ściągnął i w jakim celu. Po prostu żyliśmy w niepewności.

W tym pierwszym, najtrudniejszym okresie, kiedy próbowano nas złamać, spacyfikować – zdarzyło się, że do jednego z kolegów dotarła rodzina. Z tamtej okolicy, spod Łomży, pochodziła jego żona i dlatego byli w stanie odnaleźć ten Czerwony Bór. Podeszli do tej „normalnej” jednostki, gdzie usłyszeli, że takiego człowieka tam nie ma. Żołnierze pokazali jednak palcem, że może być u nas. Zastępca dowódcy jednostki ds. politycznych nie dopuścił ich jednak do krewniaka. Ale tak krok po kroku, dzień po dniu informacje przeciekały – świat się powoli dowiadywał. W „Tygodniku Mazowsze” pojawiły się dwa artykuły o utworzeniu takich obozów. W mojej bibule – „Hutniku” – były trzy lub cztery. Pierwsza informacja pojawiła się, jak dowiedziałem się, że mam jechać do Czerwonego Boru. Będąc w redakcji mówiłem wtedy, że coś mi się to bardzo nie podoba, że kto wie, czy to nie jest inna forma internowania. No i wykrakałem sobie.

Kiedy już tam byłem, tak się złożyło, że ks. Palmowski wspólnie z podziemną Solidarnością z Kombinatu zorganizował tzw. wycieczkę, tak byśmy to określili dziś. Do autobusu zebrał nasze rodziny i pojechali w ciemno do Czerwonego Boru. Dojechali – i co dziwne – autobus został przepuszczony przez rogatki. Kiedy podjechał do naszego obozu i wysypały się z niego nasze dzieciaki i żony, to dowództwo nie wiedziało, co z tym zrobić. Ostatecznie dopuszczono do spotkania z rodzinami.

Mój list z 11 listopada 1982 roku podzielony był na część dla wszystkich i część dla żony. Miał nieco dziwną formę wykonania: była to zapisana kartka papieru złożona tak, że na końcu powstawała z niej koperta. W tamtych czasach tak to było. Żona dobrze wiedziała, co robiłem, i wspomagała mnie w tym. Do niej pisałem w sposób bardziej otwarty:

TA CZĘŚĆ JEST TYLKO DLA OLI!!!
KORZYSTAM Z OKAZJI I WYSYŁAM TEN LIST POCZTĄ PANTOFLOWĄ.

– czyli że to jest gryps.

PRÓBUJĄ TU Z NAS ZROBIĆ ŻOŁNIERZY ZA WSZELKĄ CENĘ I WBREW OGÓLNIE PRZYJĘTYM ZASADOM STOSOWANYM W STOSUNKU DO ŻOŁNIERZY REZERWY. SŁUŻYĆ TO MA ZAKAMUFLOWANIU PRAWDZIWEGO POWODU Z JAKIEGO NAS TU WZIĘTO. ŻYJEMY W WARUNKACH POLIGONOWYCH (STARE WAGONY KOLEJOWE OBUDOWANE NA KSZTAŁT DOMKÓW – NAWET TO ŁADNIE WYGLĄDA, ALE NADAJE SIĘ TYLKO NA LATO). ZEBRANO TU LUDZI Z CAŁEJ POLSKI (NAJWIĘCEJ Z KRAKOWA, JEST TEŻ B. BIAŁA, RZESZÓW, ŚWIDNIK, STARACHOWICE, WARSZAWA, SZCZECIN, ITD.). OFICJALNIE NAZYWAMY SIĘ: SPECJALNY OBÓZ WOJSKOWY NR 6. ZNAJDUJĄCY SIĘ TUTAJ LUDZIE TO W DUŻEJ WIĘKSZOŚCI POPRZEDNIO INTERNOWANI (ZAŁĘŻE, UHERCE, ŁUPKÓW, KIELCE-PIASKI), LUDZIE Z WYROKAMI W ZAWIESZENIU Z ART. 48 USTAWY O STANIE WOJENNYM. SPORA CZĘŚĆ TO ISTNI KALECY: CZŁOWIEK PODPIERAJĄCY SIĘ LASKĄ, INNY MA PARALIŻ LEWEJ RĘKI I BRAK DWÓCH PALCÓW W DRUGIEJ,

– piękny żołnierz, prawda?

SPORO WRZODOWCÓW (NA ŻOŁĄDKACH I DWUNASTNICY), LUDZIE Z WADAMI KRĘGOSŁUPA I ITD. DOLEGLIWOŚCI TE ZWALNIAJĄ OD WOJSKA, A MIMO TO KOMISJA LEKARSKA (FIKCJA) NIE CHCE NIKOGO ZWOLNIĆ. JEST TEŻ CZŁOWIEK Z GRUŹLICĄ PŁUC. MNÓSTWO LUDZI MA KATEGORIĘ D (NIEZDOLNY) I B (CZASOWO ODROCZONY ZE WZGL. NA STAN ZDROWIA). WARTO BY TO PRZEKAZAĆ DO KURII,

– w kurii metropolitalnej był komitet pomocy.

POWINIEN SIĘ TYM ZAJĄĆ CZERWONY KRZYŻ.

– naiwnie tak myślałem wtedy. Żadnego Czerwonego Krzyża do wojska nigdy nie wpuszczono i pewnie nie wpuszczą. Do obozów internowania to tak, ale nie tam, gdzie rządzą mundurowi.

ZAPOWIEDZIANO NAM, ŻE IMPREZA TA MA TRWAĆ 3 MIESIĄCE. 10 LISTOPADA CAŁY OBÓZ (OKOŁO 450 OSÓB) NIE POBRAŁ OBIADU. WKROCZYŁ DO AKCJI KONTRWYWIAD I WSW (OFICJALNIE - MAMY DOWODY NA TO, ŻE TO UBEZPIECZALNIA)

– tak, mamy już dokumenty, bo była rozprawa sądowa. To był kontrwywiad.

AKTUALNIE ZA TEN OBIAD 4 OSOBY SIEDZĄ W BIAŁYMSTOKU NA SANKCJI. NIE POZWALAJĄ SŁUCHAĆ MSZY W RADIU (O KOŚCIELE NIE MA MOWY CHOĆ REGULAMINY POZWALAJĄ). CO CHWILĘ TWORZĄ FACJATKOWE KOMÓRKI SPOŁECZNE TYPU: SĄD KOLEŻEŃSKI, RADA KONSUMENTÓW,

– no, bo jedzenie było fatalne

RADA KULTURALNO-OŚWIATOWA.

– tu taka mała dygresja: zaproponowaliśmy, by świetlicę – w której był ten telewizor i gdzie obowiązkowo musieliśmy oglądać Dziennik Telewizyjny – przyozdobić i że my to zrobimy. Oni zaczęli się od razu obawiać – wiadomo, opozycjoniści chcą „przyozdabiać”. Zaczęli zadawać pytania: a jak wy to przyozdobicie? Odpowiedzieliśmy temu kapitanowi politycznemu: przyozdobimy to np. cytatami z Lenina. On patrzył na nas i czuł, że coś za tym musi się kryć. W końcu odparł, że nam na to nie pozwoli. Nawet Lenina się bali. Są bowiem różnego rodzaju wypowiedzi Lenina o społeczeństwie, o prawdzie (chociaż niewiele), o równości, braterstwie. Byłyby adekwatne do tamtego stanu rzeczy. W wojsku wszystko jest pozorne, jak w komunie, tyle że w wojsku było szczególnie pozorne.

Z JEDNEJ STRONY TWORZĄ, A Z DRUGIEJ GDY POWOŁANA RADA PRÓBUJE DZIAŁAĆ W SPOSÓB WŁAŚCIWY – TO STRASZĄ ARESZTEM, PROKURATOREM.

– tak jak mówiłem: cały czas nas straszono, za wszystko nas straszono prokuratorem.

ŚCIĄGNIĘTO NAS TUTAJ „NA HURA”, DO TEJ PORY SĄ LUDZIE CO NIE POSIADAJĄ BUTÓW (CHODZĄ W TENISÓWKACH),

– jest 11 listopada, a my tam jesteśmy od 5.

NIE BYLI PRZYGOTOWANI NA PRZYJĘCIE NAS. SAMO STRZYŻENIE, KĄPIEL I PRZEBIERANIE TRWAŁO 3 DNI. NORMALNIE W WOJSKU TRWA TO 3-4 GODZINY. OD SAMEGO POCZĄTKU PRZEPROWADZANE SĄ ROZMOWY Z CHŁOPAKAMI (PO 2-3 DZIENNIE). MAJĄ O NAS B. DOBRE INFORMACJE. CHŁOPAKI, KTÓRZY BYLI INTERNOWANI, TWIERDZĄ, ŻE JEST CIĘŻEJ NIŻ W INTERNACIE POD WIELOMA WZGLĘDAMI. TU ZA KAŻDE NIEWYKONANIE ROZKAZU GROZI OD 3 LAT W GÓRĘ. CHŁOPAKI SĄ W MIARĘ ZGRANI, ŚPIEWA SIĘ CIEKAWE PIOSENKI, RYSUJE, PISZE TEKSTY ITD. OTOCZENI JESTEŚMY DOBOROWYM TOWARZYSTWEM I Z JEDNEJ STRONY KBW,

– ten poligon w Czerwonym Borze to był teren MSW, wcześniej KBW – dlatego tak napisałem.

Z DRUGIEJ ODDZIAŁY SPECJALNE BIORĄCE UDZIAŁ W OBSTAWIE ZAKŁADÓW PRACY PRZED NIEBEZPIECZNYMI DATAMI. NA POLIGONIE CZĘSTO BYWAJĄ SOŁDATY.

– często odbywały się tam wspólne manewry polsko-rosyjskie, wtedy polsko-radzieckie. I tu mała dygresja: zastępca dowódcy ds. politycznych kpt. Górski, gdy był na poligonie, to został przez kogoś zdenerwowany – chyba nawet przeze mnie, bo ja potrafię być taki trochę złośliwy. Odpowiedział nam, nie mnie osobiście, tylko „nam”, czyli grupie ludzi, wprost: „patrz się, chłopie, tam” – na tym dużym poligonie, na drugim krańcu stacjonowało wojsko radzieckie – „jak będziecie za bardzo mi tu podskakiwali, to my wam tu zrobimy drugi Katyń”. Zatkało mnie jak to usłyszałem. Wiem, że to by się nie stało, ale jak mógł tak powiedzieć?

KADRA NAS SZKOLĄCA I DOWÓDCY DRUŻYN (KAPRALE) SĄ TAK SAMO JAK MY POŚCIĄGANI Z RÓŻNYCH STRON KRAJU.

– z różnych stron kraju. Nie bardzo wiem, czy za karę, ale byli specjalnie ściągnięci. Prawdopodobnie jakiś tam dobór specjalny z ich strony był.

PRAWDOPODOBNIE ONI TEŻ PRZYMOCZYLI DUPY. GDY NAS JESZCZE NIE BYŁO TO ROZPUŚCILI WIADOMOŚĆ, ŻE PRZYJADĄ NIEROBY, NIEBIESKIE PTAKI, ZGREDY ITD. ZABRONIONO WSZYSTKIM SĄSIADUJĄCYM Z NAMI ŻOŁNIERZOM KONTAKTOWANIA SIĘ Z NAMI. ZE SWEJ STRONY ODPŁACAMY IM PRZY KAŻDEJ OKAZJI, NP. TAKIE ZAJĘCIA POLITYCZNE – SĄ ZAWSZE ROZBIJANE BO BRAK PROWADZĄCEMU ARGUMENTÓW DO DYSKUSJI Z NAMI. ZA KAŻDYM RAZEM PODKREŚLAMY, ŻE JESTEŚMY POLAKAMI. W SZYKU ŚPIEWAMY LEGIONY, ŻEBY POLSKA, ZIELONA WRONA ITP. NA RAZIE WIĘCEJ MI DO GŁOWY NIE PRZYCHODZI, A CZASU NA PISANIE JEST BARDZO MAŁO. STĄD NIEKTÓRE LISTY BĘDĄ ZACZĘTE NORMALNIE I NAGLE SKOŃCZONE. OSOBY ODWIEDZAJĄCE SĄ ZAWSZE KONTROLOWANE I NIE WOLNO IM WYNOSIĆ LISTÓW. CHCIELIBY WSZYSTKO CENZUROWAĆ, WIDAĆ ŻE ZALEŻY IM NA TYM.

I to była ta część pisana do mojej żony. Jest również część pisana tak ogólnie, do wszystkich:

WYSŁAŁEM JUŻ KILKA LISTÓW. JAK DO TEJ PORY NIE MAM ŻADNEJ ODPOWIEDZI. BARDZO MOŻLIWE, ŻE DO WAS NIE DOTRĄ W OGÓLE LUB BARDZO PÓŹNO. PRZEKAZYWAŁEM JE OSOBOM, KTÓRE ODWIEDZAŁY I PRZYPADKOWYM PRZECHODNIOM.

– po to, by ominąć wojskową cenzurę. Powiedziałem sobie „nie”, i ani jednego listu w sposób formalny nie wysłałem. Niektóre jednak dotarły, mimo wszystko.

OSOBY ODWIEDZAJĄCE SĄ SPRAWDZANE I ODEBRANE LISTY W NAJLEPSZYM PRZYPADKU SĄ CENZUROWANE. PIECZĄTKI POCZTOWE DLATEGO BĘDĄ Z RÓŻNYCH MIAST.

– tak zakładałem, że ci ludzie będą wysyłać pocztą.

W ZASADZIE NIE JEST ŹLE, ŻARCIA JEST FAKTYCZNIE DUŻO, TYLKO JAKOŚCIOWO GORZEJ. SPAĆ TEŻ DAJĄ.

– podaję tu też dokładny adres:

JW 3466 CZERWONY BÓR Z 3
18-316 WYGODA WOJ. ŁOMŻA

– i mam dopisek:

PANICZNIE POTRZEBUJĘ GRUBE SKARPETY, ZMONTUJCIE PACZKĘ, MOŻNA DO NIEJ DOŁOŻYĆ TROCHĘ KOPERT, ZNACZKÓW, KONIECZNIE KLEJ,

– w tamtych czasach bardzo często znaczki w ogóle nie posiadały kleju.

PISAKI, OŁÓWEK (NIE DŁUGOPIS),

– ołówek był potrzebny do produkcji stempli „poczty obozowej”.

BRĄZOWĄ PASTĘ DO BUTÓW, WODĘ PO GOLENIU

– ta woda po goleniu, to nie dlatego, że tak bardzo dbałem o swój zarost i skórę na twarzy, tylko woda po goleniu służyła do produkcji farby drukarskiej. Rozgotowane mydło na tej kozie, jeśli było dostatecznie długo podgrzewane, to osiągało konsystencje żelu. Dodanie jakiekolwiek spirytusu lub czegoś na spirytusie powodowało to, że ten żel nie tężał.

I TROCHĘ INNYCH DROBIAZGÓW. ACHA, MOŻE BYĆ KAWA.

– kawa w tamtych czasach to było coś.

TO WSZYSTKO JA POTRZEBUJĘ I MOŻNA TO TU POSIADAĆ. NAPISZCIE WRESZCIE CO SIĘ U WAS DZIEJE BO NIE WIEM NIC. CZY BARTKI SĄ ZDROWE.

– Bartki to moje dzieci.

DOŁÓŻCIE DO PACZKI KONIECZNIE ZDJĘCIA BARTOSZKÓW. POZDROWIENIA DLA CAŁEJ RODZINY. DLA KOLEGÓW Z PRACY TEŻ.
CZEŚĆ LESZEK.

Z jednej strony w tyłek nam dawali nieźle – starali się nam zajmować czas od świtu do wieczora, najlepiej przykręcając śrubę, a jak nie przykręcając, to przesłuchując itd., albo próbując szkolić politycznie. My byliśmy jednak młodzi duchem, sercem, ciałem – zajmowaliśmy się też rzeczami, które podnosiły nas na duchu. Np. z monet – nie mając żadnych narzędzi, ew. na kamieniu czy skrobiąc scyzorykiem – wycinaliśmy, usuwając niepotrzebne powierzchnie. Pozostawał motyw główny czyli orzeł, któremu dorabialiśmy koronę. Orzeł był wkomponowany w literę „V” na znak Victorii. Wycinaliśmy również serduszka, a na ich tle był orzeł, lub też orła na planie krzyża z kotwicą – akurat znalazła się moneta z datą 1982; krzyż był jak ten gdański. Tworzyliśmy też odznaki związkowe, np.: biały kawałek plastiku z namalowanymi solidarycą – ja to tak określam: szerokim pędzlem, ciasnym pismem – słowami „Czerwony Bór” z flagą i datą powołania 5.11.1982. Było to takie odwołanie do czasów w podziemiu w zakładach pracy.

Materiał na te odznaki – czyli plastik – pozyskiwaliśmy z opraw świetlówek, jarzeniówek w poczekalni do lekarza. Tak zdobywaliśmy płytki na te przypinki i znaczki. Z drugiej strony takiej przypinki była wtopiona zwykła agrafka. Najpiękniejszą wykonaną rzeczą była chyba odznaka zrobiona na plastiku z czerwonym napisem „Czerwony Bór” z flagą i obok wtopiony orzełek wycięty z monety. Po tej pierwszej wizycie ks. Palmowskiego mieliśmy już więcej narzędzi i farb drukarskich. Próbowaliśmy robić tam nawet własne gazetki.

Na obozowej kopercie do korespondencji – jak to było we wszystkich obozach internowania – zaczęliśmy przybijać stemple. Wzór zaczerpnęliśmy z gazety „Żołnierz Wolności” z rubryki „Listy do redakcji”. Przedstawiał on pocztyliona. Kolega to skopiował i wykonał metodą linorytu stempel. Tym sposobem odbijaliśmy go na kopertach. Jakiś czas potem kolega był na świetlicy i przeglądał „Żołnierza Wolności”, przy rubryce z listami zauważył, że logo zostało zmienione. Przypuszczamy, że podczas kolejnych przeszukań te nasze gadżety dostawały się w ich ręce. I chyba istnieje tu jakiś związek bezpośredni. Czyli ten pocztylion stał się niegodny, by być w ich gazecie.

Przyszedł jednak taki moment – przed Świętami Bożego Narodzenia – że niektórym osobom, nie wiem na jakiej zasadzie i za co, dawano na 2-3 dni przepustki do domu. Ja się specjalizowałem w robieniu małych kopert i grypsów ma korze brzozowej - rosło tam bardzo wiele brzóz i był to świetny materiał. Zrobiłem całą serię znaczków do tych naszych kopert. Wcześniej naciąłem kory i wyprawiłem ją, by była cienka i elastyczna. Następnie ręcznie rysowałem motyw - żmudna, długa, benedyktyńska praca. Chciałem jednak zrobić tyle znaczków, ile było osób w obozie. Robiłem to na świetlicy i – niestety – odwrócony plecami do drzwi wejściowych. Dlatego też nie zauważyłem, jak wszedł oficer polityczny. W sferze werbalnej skończyło się na krzykach i zastraszaniu. Tuż przed świętami zwróciłem się do majora o przepustkę, gdyż chciałem zobaczyć moje małe dzieci – jedno miało rok, drugie dwa lata. Żona nie pracowała i opiekowała się dziećmi. On mi odpowiedział: „ty to, chłopie, nigdy stąd nie wyjdziesz”. Myślę, że to z powodu tych znaczków. Do końca pobytu w obozie żadnej przepustki nie dostałem.

Używaliśmy również techniki polegającej na tym, że na cienkim celofanie – zdjętym np. z paczki po papierosach – rysowało się ołówkiem wzór, po czym cienką igłą nakłuwało się punkty ciasno obok siebie. W ten sposób powstawała matryca, którą pokrywało się jakimś mazidłem na bazie mydła i odbijało na kopertach. Niektóre kartki świąteczne były rysowane ręcznie i przedstawiały np. nasz obóz z rozmieszczonymi domkami, a przed nimi – co było autentyczne – rosnące dwie brzozy, które tworzyły literę „V”. Kartki rysował kolega z innej kompanii, który był po szkole plastycznej. Każdy w obozie dostał od niego jedną. Ja byłem autorem okolicznościowego wierszyka (życzeń) zamieszczonego wewnątrz.

W okresie przedświątecznym ustawiliśmy w domkach małe choinki, o które nie było trudno. Należało je jednak jakoś przyozdobić. Podstawową trudnością była niemożność pójścia do miasta; nie mieliśmy też żadnego kontaktu z ludźmi z zewnątrz, a kantyna nie była dla nas. Wykorzystaliśmy więc kondom, na którym namalowaliśmy duże, czarne okulary i szamerunek generalski. Sprawiło nam to dużo radości, mimo że było trochę infantylne. Ale takie były formy odreagowywania w tej sytuacji – działało to dobrze na naszą psyche. Kadra dowódcza oczywiście to zauważyła i zrobiła się wielka afera. Z Bydgoszczy – z jednej z siedzib WSW – przyjechała ekipa dochodzeniowa z aparatami fotograficznymi. W białych rękawiczkach zdjęli delikatnie tę prezerwatywę z choinki – by zabezpieczyć ślady, zdjąć odciski palców i wytypować sprawców, aby można było ich następnie ukarać. Była to wielka i profesjonalna – z ich strony – akcja. Po latach widziałem w oddziale IPN w Lublinie dokument stwierdzający, że dochodzenie w tej sprawie zostało – z powodu braku jednoznacznych dowodów – zamknięte. Nie znaleziono na tyle wyraźnych odcisków palców, by można je było jednoznacznie komuś z nas przyporządkować. Odciski pobierali nam przy przyjmowaniu do obozu, mimo że nawet w tamtym czasie było to wbrew obowiązującemu wówczas prawu.

Każdego dnia byliśmy wzywani na rozmowy z ludźmi z kontrwywiadu i innymi. Wcześniej wspomniałem, że ludzi z Krakowa przesłuchiwali mundurowi z jednostki wojskowej na ul. Wrocławskiej w Krakowie, natomiast chłopaków z innych części kraju przepytywali wojskowi z ich rejonów zamieszkania, pracy, działalności. Okazało się również, że mieli o nas bardzo dokładne informacje. Wtedy odnosiłem takie wrażenie, a teraz jestem pewien, że mieli dużo lepszą wiedzę od esbeków, którzy na co dzień się nami „opiekowali”. Warto się zastanowić, kto tak naprawdę rozpracowywał opozycję w Polsce. Okazuje się, że kontrwywiad wojskowy miał bardzo dużo do powiedzenia. Również większość środowisk drukarzy, wydawców i innych grup o charakterze niepodległościowym była rozpracowywana nie przez SB, a właśnie przez nich.

Gdy na początku lutego 1983 roku nadszedł termin naszego wyjścia, oddano nam nasze ubrania cywilne. Podstawiono pod bramę autobus – zwykły Jelcz, tzw. „ogórek”. Zamierzano nas nim dowieść do Łomży – najbliższego miasteczka – gdzie była stacja kolejowa. Przy wejściu do autobusu stał kpt. Górski – oficer polityczny – i poddawał ludzi rewizji osobistej. Nawet na sam koniec robili to samo, co przez cały okres pobytu w obozie, gdy zabierali nam m.in. radyjka, byśmy nie mogli słuchać Wolnej Europy i mszy. Ja miałem przy sobie te swoje gadżety, stemple, krzyżyki, kartki i koperty ręcznie rysowane. Pomyślałem, że nie poddam się rewizji, bo mi to zabiorą. Jedynym sposobem było obejść autobus, wejść w las i na nogach – 14 km – dojść do Łomży; co też uczyniłem. Poza tym jeden z kolegów w obozie poprosił mnie, bym w mieście przekazał pewne informacje do klasztoru oo. jezuitów, który się tam znajdował. Na stacji wsiadłem do innego pociągu niż moi koledzy, którzy byli tam dowożeni i wsadzani do wagonów, które cały czas były nadzorowane, aż do stacji docelowych. Jechałem sam i niezależnie – i tak też dotarłem do Krakowa.

Kiedy rozmawiałem z kolegami z innych tego typu obozów, to okazywało się, że warunki bytowe w nich panujące wszędzie były podobne. Wszystkie obozy zostały utworzone tego samego dnia, na podstawie tego samego dokumentu i z tego samego powodu. Rozwiązano je również tego samego dnia. Wyjątkiem są osoby, które dostały dodatkowe wyroki, np. kary aresztu – czas w nim spędzony nie był zaliczany do czasu „ćwiczeń” i trzeba było to później dosłużyć.

Relację spisał Sławomir Chmura
Redakcja Alicja Lipska[[Kategoria:Autor Relację spisał Sławomir Chmura
Redakcja Alicja Lipska]]