L00111 Czesław Kłosek

Z Encyklopedia Solidarności

Relacja Czesława Kłoska

Terenowe Biuro Stowarzyszenia Pokolenie
Jastrzębie-Zdrój, 27 września 2010 roku
Spisał Andrzej Kamiński

Urodziłem się na Rzeszowszczyźnie w Jarosławiu. Jest to region słynący przedwojennymi strajkami ludowymi i oporem partyzanckim w okresie II Wojny Światowej. Był i jest to region zamieszkały przez uchodźców z kresów wschodnich m.in. z woj. lwowskiego, tak jak mój ojciec, który po wojnie nie mógł już wrócić do swojego rodzinnego Złoczowa, więc przeprowadził się do Jarosławia, gdzie poznał moją mamę. Mój starszy brat urodził się w 1949 roku, ojca zabrali potem na prawie sześć lat na Sybir. Prawdopodobnie skazano go na zsyłkę, bo ojciec pochodził z ziemiaństwa, ale pewno jakaś działalność ojca w okresie działań wojennych również socjalistycznej władzy nie przypadła do gustu. Przyszedłem na świat w styczniu 1957 roku; to było w jakieś 10 miesięcy po powrocie ojca z Rosji. Moja mama musiała czekać na ojca prawie 6 lat z małym dzieckiem i właściwie nikt się tym nie przejmował. Po powrocie nikt go nie przeprosił, nikt go nie zrehabilitował, ale i tak się cieszył, że w ramach odwilży mógł powrócić do kraju i do rodziny. Ojciec raczej niewiele opowiadał o tym okresie. Czasami brało go na jakieś wspominki, to wtedy dowiadywaliśmy się na przykład ile chleba otrzymywali jako rację dzienną, czy też, że Rosjanie nie rozliczali się z nazwisk ale z ilości „cieławieka”. Ojciec bał się mówić.

Czasy mojej młodości to w Polsce czasy gomułkowskie, potem wczesnego Gierka. Czasami, kiedy przyjaciele ojca odwiedzali go w domu, to coś sobie opowiadali, ale nastoletniemu chłopcu lepiej było tego nie słuchać. To było po prostu bardzo niebezpieczne, a młody człowiek zawsze może coś gdzieś „palnąć”. Nawet o Piłsudskim mówiono ostrożnie i bardzo niewiele. Ci ludzie nie mieli poczucia humoru, ani dystansu, bo i jedno i drugie mogło się okazać zgubne. W szkole wiadomo: „Zbudujemy nową Polskę, zbudujemy taki świat, w którym wszystko będzie lepsze, w którym nowy będzie ład...” Kazali nam takie rzeczy śpiewać. Odbywały się jakieś napuszone akademie i nawet nie było mowy o tym, żeby nie wziąć w takiej uroczystości udziału. Miałem taki ciekawy układ, bo całe lata trenowałem judo, więc na pochody 1 Majowe chodziłem ze sportowcami. Na stadionie robiliśmy jakieś pokazy, a potem szybko mogliśmy się stamtąd zwijać i nie musieliśmy nosić tych transparentów, portretów czy szturmówek. Nie można jednak powiedzieć, że byliśmy całkowicie indoktrynowani, bo jednak i o Katyniu wiedzieliśmy sporo, i o czwartym rozbiorze Polski. Poza tym chodziły między nami hasła typu, że „Związek Radziecki ani 24 godzin bez propagandy nie może wyżyć”. Jako młodzieniec nie bardzo to rozumiałem, ale rychło dotarło do mnie, że oznacza to, że gdyby w Związku Radzieckim dać ludziom wolność na 24 godziny, to komuna upada. To zresztą było widać na przykładzie karnawału Solidarności. To, co wydarzyło się w tym okresie wywołało w polskim społeczeństwie nieodwracalne skutki. My, Polacy mamy rogatą duszę i czasami bierzemy się do – wydawałoby się – beznadziejnej walki. Nasza walka z komuną, czy te nasze wcześniejsze powstania wcale nie były według mnie beznadziejne. Kiedy pies zaczyna oswajać się z łańcuchem, to już z niego nigdy nie będzie prawdziwe, dzikie zwierzę. Tę prawdę znali wszyscy wielcy przywódcy naszego narodu, a ona bardzo budowała tożsamość. U mnie w domu też o to dbano. Wiadomo, że szaleństwem byłoby jakieś ostentacyjne manifestowanie prawdziwej polskości, ale ona żyła w rodzinach.

Gomółka był takim reformatorem, że można było zostać pobitym, gdyby się coś złego na niego powiedziało. Wielu go wielbiło, ale pamiętam, że kiedy w 1970 roku Gierek dochodził do władzy i zwracał się do całego narodu, do wierzących i niewierzących, do komunistów i katolików, to wydawało nam się, że nastąpiła Bóg wie jaka odmiana. Wtedy ojciec powiedział do nas: „Tak samo myśleliśmy o tym «kłapouchym» (Gomółce), ale wspomnisz moje słowa za 5-6 lat i zobaczysz, że nic się nie zmieniło”. Rzeczywiście, przyszedł 1976 rok i znowu ujawniła się jakaś prawda o systemie. To były krótkie, ale jakże dobitne lekcje historii. Muszę zresztą powiedzieć, że moja rodzinna miejscowość, Jarosław, była to miejscowość z pewnymi tradycjami. Tu żyło wiele osób, które pamiętały jeszcze przedwojenną Polskę i byli to ludzie zupełnie inaczej ukształtowani. Moje rozmowy ze starszym bratem i z jego przyjaciółmi wywierały na mnie olbrzymi wpływ. Ci ludzie byli pod wpływem kultu literatury. Trzeba było być naprawdę obeznanym w temacie, aby między nimi zaistnieć. Nasza młodość nie polegała tylko i wyłącznie na imprezach związanych ze spożyciem dużej ilości wina, nam naprawdę chodziło o jakiś ferment intelektualny. Tworzyliśmy świat swoich wartości i wiedzieliśmy, że musimy się strzec przed strażnikiem systemu, który sprzeciwiał się samodzielnemu myśleniu. Oficjalne wykształcenie trzeba było jednak odebrać, bo trzeba było jakoś w tej rzeczywistości żyć. Nawiasem mówiąc, odebrałem dosyć staranne wykształcenie w jarosławskim liceum im. Kopernika. To była naprawdę dobra szkoła. Po ukończeniu szkoły średniej startowałem na anglistykę, ale nie udało mi się dostać na studia. Miałem jeszcze, zresztą inne pomysły, ale to też nie wypaliło i trzeba się było już jakoś usamodzielnić. Ponieważ mój brat już wcześniej zaliczył wojsko i zrelacjonował mi, jak rzeczy się mają w tej instytucji, pomyślałem więc, że to nie dla mnie, a ponieważ kopalnie ratowały człowieka od odbywania tej zaszczytnej służby, w związku z tym postanowiłem przenieść się właśnie na Śląsk. Pojawiłem się tutaj na przełomie 1977 i 1978 roku. Najpierw trafiłem do Katowic. Mieszkała tam moja kuzynka. Rozpocząłem pracę w górnictwie, bo wojsko można było odsłużyć albo w milicji, albo jako pracownik szpitala psychiatrycznego, ewentualnie jako górnik i ta ostatnia propozycja leżała mi najbardziej. Po roku pracy na dole moje kierownictwo stwierdziło, że ponieważ posiadam maturę to przydam się do jakiejś intelektualnej pracy i tak zostałem bibliotekarzem i kaowcem w domu górnika. Wszystko byłoby znakomicie gdyby nie to, że w tamtych czasach kaowiec krzewicielem kultury był jedynie pokątnie, natomiast władzy zależało przede wszystkim na tym, aby osoba na tym stanowisku krzewiła wśród swoich podopiecznych myśl marksistowsko – leninowską.

Był już rok 1980; Gierkowi bardzo zależało na tym, aby górnicy wydobyli 200 milionów ton węgla, aby PZPR osiągnął 3 mln. członków, no i oczywiście mnie też starali się usilnie namówić do wstąpienia do Partii. Zacząłem się coraz gorzej czuć w tej atmosferze. Kierownik naciskał mnie coraz bardziej, znalazłem się między młotem a kowadłem. Dodatkowo matka powiedziała, żebym nie poważył się na ten krok, bo ojciec by się w grobie przewrócił. Kierownictwo rozpoczęło kopanie pode mną dołków. Były jakieś głupie donosy, jakieś bezpodstawne oskarżenia, ale czarę goryczy przelały wybory z 1980 roku, bo nam kaowcom kazano oddawać głosy za osoby nieobecne na hotelu. To było już ewidentne świństwo. No i jakoś pod koniec maja przeniosłem się do Jastrzębia. Wcześniej dużo dobrego słyszałem o Jastrzębiu, bo – jakkolwiek głupio by to brzmiało – Katowice były wtedy naprawdę zakapiorskim miastem. Jastrzębie wydało mi się bardziej przyjaznym miejscem. Kiedy rozpoczynałem pracę obligatoryjnie zapisano mnie do branżowych związków zawodowych i ZSMP. Na jednej z sierpniowych wycieczek do Brennej poznałem swoja obecną żonę. Pod koniec sierpnia podczas strajku już przynosiła mi kanapki na kopalnię... Ledwie pojawiłem się w Jastrzębiu i trochę się zadomowiłem, a już zostałem rzucony w wir bardzo ważkich wydarzeń. W sierpniu Polska już wrzała, a ślązacy byli fatalnie postrzegani jako ci, którzy legitymizują władzę komunistyczną i jako ci, którzy nigdy przeciwko niej nie zaprotestowali. A nam tutaj lekko nie było. Harowało się prawie cały miesiąc na okrągło. Były już niedziele planowe, a potem pojawiła się czterobrygadówka – pracowało się krócej, ale za to częściej trzeba było chodzić do pracy w niedzielę.

Pamiętam piękny czwartkowy wieczór 28 sierpnia. Do pracy szedłem na III, a w telewizji mówiło się już o strajkach, czyli nieuzasadnionych przerwach w pracy i poinformowano przy okazji, że pewne branże otrzymają podwyżki dla uspokojenia nastrojów, ale o górnikach nic. Przed kopalnią stała już spora grupa górników, którą dyżurny inż. Świderski próbował w jakiś sposób spacyfikować i przekonać ich, aby poszli do pracy. Zaproponował nam, abyśmy wybrali spośród siebie kilku przywódców, z którymi mógłby na ten temat naszych żądań porozmawiać i myśmy ten pomysł skwapliwie podchwycili. Przebraliśmy się w robocze ubrania i udaliśmy się na cechownię. Okazało się, że znajdowała tam się już dosyć liczna grupa ludzi i lawinowo się powiększała. Zapanował niepokój. Inż. Świderski postanowił wezwać dyr. Dudę, a on niestety był znanym ordynusem i wyzwał nas od tłuszczy, hołoty i nierobów, w ten sposób bardzo zaognił sprawę. Ludzie byli bardzo podenerwowani i chociaż na kopalni nie wolno było palić papierosów, to na cechowni było aż biało od dymu. Wyszedłem na chwilę na zewnątrz, a tam na gazonie stał już Stefan Pałka, dzielny bardzo człowiek, który przekonywał ludzi aby nie dali się urobić Dudzie. W pewnym momencie ktoś krzyknął, że nie zjedziemy na dół, dopóki dyrekcja nie zgodzi się na przyjęcie naszych postulatów, bo oczywiście już jakieś postulaty wyartykułowaliśmy. Wyglądało na to, że Stefan Pałka był przygotowany do swojego wystąpienia. Najwidoczniej były w Jastrzębiu grupy ludzi, które już wcześniej usiłowały tworzyć jakąś opozycję wobec władzy, chociaż póki co było to jeszcze wszystko kanapowe. Komuna miała już taką niby ludzką mordę i oficjalnie nie mordowała swoich oponentów. Wracając jednak do strajku – poczuliśmy siłę i prawdziwą solidarność. Ten nasz szary świat stał się nagle kolorowy, nawet latarnie świeciły jaśniej. Zaczęliśmy się zupełnie spontanicznie organizować. Wiadomo, że trzeba było na kopalni utrzymać porządek, zorganizować „ruch” na dole oraz jakieś straże na powierzchni. Dyr. Duda powiedział nam, że jeżeli chcemy strajkować, to musimy wziąć odpowiedzialność za zakład na siebie. Wzięliśmy ją. Mogliśmy spodziewać się prowokacji ze strony esbecji. Zorganizowaliśmy Komitet Strajkowy. Uzgodniliśmy od razu między sobą, że nie damy się wyciągnąć na ulice. Siedzimy na zakładzie i już. Nie byliśmy żadnym tłumem. Byliśmy dobrze zorganizowaną grupą, którą – powiedzmy sobie szczerze – tworzyli najodważniejsi ludzie w kraju; wszak do Jastrzębia zjechali ludzie z całej Polski, którzy wcześniej zdecydowali się zostawić wszystko i pojechać w nieznane, aby realizować swoje marzenia. Noc upłynęła w miarę spokojnie. Konstruowaliśmy swoje postulaty i czekaliśmy na rozwój wypadków. Ta pierwsza noc była naprawdę niezwykła. Dodawaliśmy sobie wzajemnie otuchy i czekaliśmy na to, co przyniesie ranek, a przyniósł piękną wieść. Dołączyła do nas delegacja z Boryni z wiadomością, że ich załoga przystąpiła na rannej zmianie do strajku. Nie byliśmy już sami. Pojawił się problem przywództwa, bo rozniecić coś, to jedna sprawa, ale kierować tym to już zupełnie inna. Jedynymi ludźmi, którzy mieli doświadczenie w dowodzeniu byli sztygarzy. Póki co jedyną osobą z dozoru średniego (o dozorze wyższym nie było nawet co marzyć), która przystąpiła z nami do strajku w sposób czynny był Grzegorz Stawski. Ujęło nas to, bo mieliśmy świadomość jak bardzo kierownictwo kopalni starało się wykopać przepaść między nami. Rano przyłączyły się do nas kolejne tysiące ludzi. Zwykłe potrzeby egzystencjalne nie stanowiły jeszcze żadnego problemu. Pogoda była piękna, a my pełni entuzjazmu. Przybywały delegacje z kolejnych zakładów pracy i zrozumieliśmy, że pękła jakaś tama i że teraz nikt już nie jest w stanie tego powstrzymać. Oczywiście przesadziłbym, gdybym twierdził, że byliśmy świadomi swego uczestnictwa w tworzeniu wielkiej historii, nikt się zresztą nad tym nie zastanawiał. W momencie kiedy nasze postulaty się skrystalizowały i okazało się, że dyrektor nic tu nie może, zaczęliśmy oczekiwać aż przyślą do nas kogoś na znacznie wyższym szczeblu. Ta delegacja w końcu się pojawiła... W jej skład wchodził wicewojewoda, wiceminister Glanowski, wicepremier Kopeć i I sekretarz Komitetu Wojewódzkiego PZPR Żabiński. Z naszej strony rozmowy były prowadzone przez MKS. Jarosław Sienkiewicz pojawił się u nas w piątek rano i to nas wówczas bardzo ujęło. Potem mówiło się o nim różne rzeczy, ale wtedy fakt, że kieruje nami taki człowiek, nobilitował nas i nasze działania. On był co prawda członkiem PZPR, ale wtedy mnóstwo ludzi było członkami Partii i nikogo to nie dziwiło. Mnie spod kul w 1981 roku też wynosił człowiek, który należał do PZPR, zresztą Sienkiewicz od razu przyznał się do faktu przynależenia do tej organizacji. Był rosłym człowiekiem z dobrym głosem, miał wykształcenie i to nas wówczas przekonywało. Przywódcy na ogół dopiero później okazują się głupcami... W każdym razie powołano go na szefa MKS – u. Strajk trwał i kiedy pojawiła się u nas delegacja rządowa, to zacząłem rozumieć, że wokół mnie dzieją się rzeczy niebanalne. Zacząłem spisywać relację z wydarzeń, które zachodziły wokół. Potem wysłałem ją w liście kolegom z Jarosławia i bardzo szkoda, bo gdzieś te moje zapiski przekazywane były z ręki do ręki zaginęły.

Wydawało się, że Porozumienie zostanie podpisane już 2 września wieczorem, ale jakieś drobne problemy techniczne (brak przecinka, niewystarczająca ilość egzemplarzy, ciągłe przepisywanie tekstu) sprawiły, że podpisano je dopiero 3 września 1980 roku nad ranem. Muszę się przyznać, że sam akt podpisania niestety przespałem. Strajk trwał kilka dni i nocy i byliśmy już nim strasznie umęczeni. Kiedy obudziłem się około 6:00 rano było już po wszystkim. W pierwszej chwili nie miałem poczucia zwycięstwa, czułem jedynie potworne zmęczenie. Właśnie wtedy dyrektor rozsądnie zaproponował, że środa będzie jeszcze dniem wolnym od pracy, natomiast w czwartek wracamy na kopalnię. Pamiętam, że ten wolny dzień wykorzystałem na jakieś zakupy w Wodzisławiu. Świadomość zwycięstwa docierała do nas powoli, ale tak to już jest. Bardzo dużo ze sobą na ten temat rozmawialiśmy, aby rozładować napięcie, które się w nas skumulowało. Należy również wspomnieć o tym, jak bardzo byliśmy wdzięczni naszym kobietom: matkom, siostrom, żonom i narzeczonym, które w tym okresie nie tylko o nas dbały w sensie materialnym, nie tylko donosiły nam jedzenie, ale które przecież bardzo się o nas martwiły, czego niestety my mężczyźni, tak często nie dostrzegamy.

Okres „karnawału” Solidarności wiązał się przede wszystkim z wolnością słowa. To było najbardziej widoczne. Ludzie zaczęli się ze sobą porozumiewać w sposób otwarty i to było zupełnie fantastyczne. Pojawiły się wolne soboty na początku 1981 roku, więc i relacje rodzinne, ale i w ogóle międzyludzkie bardzo się poprawiły. Na kopalni zarówno dyrekcja jak i przedstawiciele dozoru ucywilizowali swój stosunek do załogi. Na krótko, ale jednak, bo od marca i prowokacji bydgoskiej kierownictwo ponownie zaczęło usztywniać swój stosunek wobec nas. Dyr. Duda został szybko odwołany ze stanowiska jako ten, który sobie ze strajkiem nie poradził i na jego stanowisko wybraliśmy dyr. Grzywę. On nawet zapisał się do Solidarności, ale bardzo szybko władze zwierzchnie go zdyscyplinowały i postawiły w takiej sytuacji, że musiał z naszego związku wystąpić. Dzisiaj wiemy, że rząd komunistyczny już wtedy planował zakończenie całej tej „awantury” z Solidarnością. Nie było aż tak źle jeśli idzie o relacje załoga – dozór, bo zwykły sztygar miał przecież świadomość, że musi z nami być na co dzień. Tym niemniej dawało się już wyczuć duże napięcie.

Kiedy obudziłem się 13 grudnia w niedzielę i dowiedziałem się o wprowadzeniu stanu wojennego, to muszę przyznać, że nie byłem zbytnio tym faktem zaskoczony. Kiedy 14 rano szedłem do pracy, a wiedziałem już, że kopalnia strajkuje, to uświadomiłem sobie, że ten strajk nie skończy się tak szczęśliwie jak poprzedni. Zrozumiałem, że nikt z zewnątrz nam przecież nam nie pomoże, a Jaruzelski nie po to wprowadził stan wojenny, aby na żądanie bezbronnych robotników się z niego wycofywać. Dowiedzieliśmy się, że inż. Świderski zachował się bardzo przyzwoicie, bo w nocy z 12 na 13 był na kopalni i przyjmował tam tych, którym groziło internowanie. Przedstawiciele Komisji Zakładowej byli w pełni świadomi na jakie niebezpieczeństwo się narażają. Stanęło na tym, że żadnego formalnego przywództwa strajk nie posiadał. Oni oczywiście pomagali, ale – że tak powiem – z tylnego siedzenia. Urządziliśmy to tak, że w salce BHP był mikrofon i każdy mógł zabrać głos. Pamiętam, że swoimi obawami na temat powodzenia strajku podzieliłem się ze swoim kierownikiem z działu GZ, a on roztropnie odpowiedział mi, żebym z takimi uwagami nawet się nie wychylał, bo to zostanie potraktowane jako zwykły defetyzm, a bardziej chodziło przecież o wspieranie się w tej ciężkiej, przecież sytuacji. W tym całym napięciu poczułem coś jakby ból serca. Udałem się, więc do lekarza. Lekarz zbadał mnie i zapytał: „A ile chce pan tego chorobowego?” Odpowiedziałem mu, że nie przyszedłem po chorobowe, tylko po poradę, bo źle się poczułem. Zrobiono mi badania EKG i wszystko było dobrze, zapytałem więc dlaczego tak źle się czuję, a on odrzekł: „Młody człowieku, każdy przyzwoity człowiek w takim czasie powinien czuć się źle”. Chciał mi dać jakieś tabletki uspokajające, ale ich nie wziąłem, bo skoro byłem zdrowy to chciałem na trzeźwo przeżyć wszystko, co się wokół mnie działo. Przebrałem się w robocze ubranie i powróciłem do kolegów.

We wtorek 15 grudnia dowiedzieliśmy się od kurierów, że zostały spacyfikowane kopalnie Jastrzębie i Moszczenica i że szykują się na nas. W tym momencie zrozumieliśmy, że musimy się bronić. Najpierw zabarykadowaliśmy obydwie bramy wjazdowe i gorączkowo zaczęliśmy szukać po kopalni wszelkich możliwych narzędzi, czy urządzeń, którymi jako od biedy moglibyśmy się bronić. Nie chcieliśmy po prostu stać przed napastnikami jak ostatnie sieroty... Przed godziną 11:00 zjechało się pod kopalnię mnóstwo czołgów i bojowych wozów piechoty. Wszystko oczywiście z wielkim hukiem, prócz tego jakieś autobusy. Jak się później dowiedziałem, było ich ze dwa tysiące. Zima, kiepskie paliwo; strasznie to wszystko śmierdziało. Zaczęły się jakieś przekrzykiwania z dowódcami sił milicyjno-wojskowych. Ciągle wierzyliśmy zapewnieniom z poprzedniego dnia, że broni przeciwko nam nie użyją i w najgorszych koszmarach nie śniło nam się, że będzie aż tak źle. Niektórzy potem dziwili się, że czołg nie sforsował bramy za pierwszym razem, a ja myślę, że dowódca czołgu podejmował trzy próby sforsowania jej, aby nas wystraszyć, byśmy się rozpierzchli. Czołg staranował bramę i wjechał na plac. Znajdowałem się bardzo blisko, te jego rozmiary, ten łoskot; to było przerażające. Kiedy zaczął obracać wieżyczką nie wiedzieliśmy, czy będą nam zdjęcia robić, czy strzelać. W każdy razie mnie zrobiło się bardzo ciepło w ten zimowy dzień. W chwilę potem zalano mu wizjery brudną wodą z hydrantu i ta woda zamarzła, więc ci czołgiści w środku niczego już nie widzieli. Czołg został praktycznie unieruchomiony.

Przez wyrwę w bramie ruszyły do ataku oddziały ZOMO. Wiedzieliśmy jedno; nie wolno wyjść poza bramę, ale im też nie wolno pozwolić wejść na teren kopalni. Ciągle ostrzeliwali nas pojemnikami z gazem łzawiącym i trwała taka przepychanka; raz oni trochę do przodu, raz my. Wiatr, co prawda wiał w stronę zomowców, ale i tak ludzie wokół mnie byli spłakani. Mój organizm zadziałał dosyć dziwnie, bo ja miałem zupełnie suche oczy, ale w stanie silnego podekscytowania takie rzeczy są możliwe. W pewnym momencie kiedy cofnęliśmy się trochę głębiej, nagle zacząłem bardzo szybko i bardzo zimno myśleć; oni są przed nami i nas atakują, więc musimy się bronić, ale czym się bronić, ano tym co ma się pod ręką. Wcześniej miałem chwilowy moment załamania, ale się z tego podniosłem. Zauważyłem również, że grupa wbiegających przez bramę zomowców się powiększa i w tym momencie nie bacząc na nic ruszyłem do przodu. Zauważyłem, że koledzy biegną za mną. Poczułem się raźno. W odległości jakichś 15 metrów zacząłem odróżniać ich twarze i z pełną jasnością ujrzałem w ich rękach karabiny i pistolety maszynowe. Za późno jednak już było na myślenie, bo któryś z nich wygarnął już do nas. Poczułem potężne uderzenie. Rzuciło mną dosyć mocno, zwłaszcza, że dostałem w kość. Kula najpierw przebiła mi podbródek, potem jabłko Adama i na końcu utkwiła w kręgosłupie. Mam szczęście, że jestem dość grubej kości i że nie dotarła do rdzenia kręgowego. Nie utraciłem świadomości i w pierwszej chwili pomyślałem: już po wszystkim; umieram. Może to dziwne, ale nie bałem się. Przyszło mi nawet do głowy, że z Bogiem mam rachunki wyrównane i poczułem spokój. Godzinę przed atakiem rozmawiałem z żoną przez telefon. Bardzo się o mnie obawiała, a ja zamiast jakoś ją uspokoić, to powiedziałem do niej jak jakiś sztubak: „Czym Ty się przejmujesz? Jesteś młoda, piękna, wykształcona; dasz sobie radę”. Dziewczyna po tym telefonie prawie zemdlała. Kiedy mnie już postrzelonego zanieśli do punktu opatrunkowego, to poprosiłem Poldka Sobczyńskiego, który był przy mnie, aby powiadomił żonę, co się ze mną stało. Najciekawsze, że tak naprawdę ani ja, ani Poldek nie wiedzieliśmy co się stało. Nosiłem wtedy brodę, więc otworu wlotowego nie było widać. Na szyi miałem niewielką rankę, ale wszystko się ładnie zasklepiło. Poldek obejrzał mi kark; otworu wylotowego nie było. Na zewnątrz nie krwawiłem (później okazało się, że cała krew przez przełyk lała się do żołądka), więc na dobrą sprawę nie wiedziałem co mi się stało. Do tego oczywiście działanie szoku. Poldek podał mi słuchawkę telefoniczną, więc wyszeptałem do niej, że oberwałem, co prawda ze ślepaka, z odległości 50 metrów, ale żyję. Żona dostała w tym momencie ataku nerwowego i po takich dwóch telefonach na trzeci już nie czekała. Dopiero po południu kuzyn, który był w wojsku wytłumaczył jej, że ślepakiem z takiej odległości nie można nikomu nic zrobić i że to musiał być postrzał z ostrej amunicji. Okazało się, że otrzymałem postrzał z Makarowa i całe szczęście, bo gdybym dostał z Kałasznikowa, to prawdopodobnie zginąłbym na miejscu. Z tego co wiem u nas na Manifeście oprócz mnie oberwały jeszcze trzy osoby. Kiedy zaniesiono mnie na punkt opatrunkowy, to tam już znajdowali się ranni, ale oni mieli postrzały z rakietnicy, albo jakieś inne poważne urazy. W każdym razie było wiele krwi i pielęgniarka wzywała karetki pogotowia ratunkowego. Jeszcze wspomnę tylko, że zomowcy strzelali z karabinu wysoko nad naszymi głowami, po luksferach. Podczas całej tej strzelaniny zomowcy wystrzelili ponad 70 pocisków, a tylko 4 kogoś trafiły. Widocznie wielu z nich nie było monstrami pozbawionymi sumień i takich najbardziej elementarnych ludzkich odruchów. Wracając do tematu, ciągle byłem świadomy i nawet jakoś umiałem się poruszać. Jeden z kolegów prowadził z punktu opatrunkowego obserwację tego, co się działo na zewnątrz, bo nie było wiadomo, czy nie będą musieli przenieść nas w inne miejsce. Pielęgniarki były przerażone i zupełnie bezsilne, bo one mogły nam jedynie zatamować krwawienie i nic więcej nie mogły zrobić. Jeśli o mnie idzie, to nie czułem bólu, tylko miałem duże trudności z mówieniem, bo miałem strzaskane jabłko Adama, a przełyk zalany krwią. Czekaliśmy aż wpuszczą do nas lekarzy i karetki pogotowia. Po kilku latach od tamtych wydarzeń, nasz dentysta dr Musioł opowiadał mi, że nie chciano ich wpuścić na teren zakładu. Kiedy szef karetek pogotowia podbiegł do jakiegoś majora czy pułkownika z pretensją, że muszą wpuścić lekarzy, bo tam są ludzie potrzebujący pomocy, to usłyszał jedynie, że „ma spierdalać”. Cóż mieli robić? Czekali aż ich wpuszczą.

Wpuścili karetki po jakichś 45 minutach. Mnie wywoziła ostatnia karetka, ponieważ nie mogłem mówić, więc najmniej się upominałem o ratunek. Kopalnia była już spacyfikowana. Przy bramie głównej stali zomowcy w szpalerze i kiedy między nimi przejeżdżała karetka ze mną w środku – a mnie nie wolno było leżeć, więc siedziałem – to jeden z zomowców podniósł do góry pałę szturmową i walnął nią w dach. Widać było, że ma jeszcze ochotę pohulać, powyciągałby tych rannych z karetek i jeszcze im przywalił. Jeszcze mu było mało. Według mnie oni nie byli niczym nafaszerowani, jechali po prostu na adrenalinie. Zawieźli nas do szpitala. Tam tylko połowa miejsc była zajętych, pomimo tego, że była ostra zima, bo dyrektor szpitala wszystkich chorych w lżejszym stanie wysłał na przepustki do domów jeszcze w sobotę. Kiedy mnie przywieziono, to najpierw trafiłem na świetlicę. Stał tam szereg łóżek. Widocznie przygotowywali się na najgorsze. U mnie najbardziej widoczna była ta rana na podbródku i żeby ją zszyć trzeba mnie było ogolić. Pielęgniarka nie bardzo była w stanie tego dokonać, zrobił to za nią neurochirurg dr Czerwiński. Zrobili mi ze dwa, czy trzy szwy na podbródku, ale ciągle nie wiedzieli tak do końca, co ze mną jest. Po chwili jednak dostrzegli przy jabłku Adama ranę i w tym momencie bardzo szybko porobili mi wszystkie badania. A trzeba powiedzieć, że szpital górniczy w Jastrzębiu był wyposażony wówczas w ultranowoczesną aparaturę, więc badania przebiegły bardzo gładko. Zdiagnozowali mnie i ustalili miejsce, w którym utkwił pocisk. Po południu rozpoczęła się operacja. Kiedy wieczorem po operacji się wybudziłem, to moje pierwsze słowa do personelu były prośbą, aby dali mi ten pocisk, który tkwił we mnie. Lekarz poinformował mnie, że po pierwsze nie udało im się go wyciągnąć, bo okazało się, że mogłoby to zagrozić mojemu życiu, a po drugie czekali tam tacy „smutni panowie”, którzy natychmiast po operacjach konfiskowali pociski. Leżeliśmy na neurologii, ale zapisani byliśmy na urologii, a to w razie gdyby nas szukali esbecy. Personelowi szpitala chodziło o to, żeby nie oddać nas w ich łapy, tak jak to się przytrafiło Staszkowi Płatkowi z Wujka, którego zabrali do więziennego szpitala. Najwidoczniej władzy chodziło o to, żeby osiągnąć cel jak najmniejszą ilością ofiar, bo jakby to przyjęła zachodnioeuropejska opinia publiczna gdyby tu, w Europie komuniści urządzili „krwawą łaźnię”? Podczas procesu Jaruzelskiego „podziękowałem” mu za to, że było tu tylko 9, a nie 999 zabitych, albowiem on taka linię obrony przyjął. Pamiętam jak na jego procesie sarkastycznie skandowaliśmy: „Dziękujemy Generale!!!”

Moje leczenie nie przebiegało gładko, bo krótko po operacji wywiązał się u mnie bardzo silny stan zapalny, ale znowu lekarze stanęli na wysokości zadania i zostałem odratowany. W szpitalu leżałem do wiosny. Wspomnę jeszcze tylko, że moja biedna żona przez pierwsze dwa dni mojego pobytu w szpitalu nie miała na mój temat kompletnie żadnych informacji i dopiero 17 grudnia w czwartek jakaś pielęgniarka z Bzia poinformowała ją i to tak dosyć bezosobowo, że wszyscy z Manifestu żyją. Kiedy tam leżeliśmy docierały do nas jakieś koszmarne informacje np. że we Wrocławiu na stadionie urządzono obóz dla opozycjonistów... Trudno się było zorientować w tym, co jest prawdą, a co nie. Muszę również powiedzieć, że to przeżycie wpłynęło na mnie w dosyć nieoczekiwany sposób. Otóż wyobraziłem sobie, że po tym co mnie spotkało, nie będę mógł już powiedzieć, że czegoś, czy kogoś się boję, bo jak ktoś, kto już witał się ze śmiercią może się jeszcze czegokolwiek bać? Odczuwałem strach jak wszyscy, ale czułem, że mam obowiązek być dzielnym. Było to o tyle dziwne, że przecież nikt takiej postawy ode mnie nie oczekiwał. Muszę również powiedzieć, że potem zacząłem odczuwać lęki związane z tym przeżyciem, a żaden z nas na pomoc psychologa nie mógł wtedy liczyć. Musiałem sobie sam z tym wszystkim radzić. Chociaż... gdybym nie wspomniał o pomocy księdza Joszki z kościoła przy ul. Marusarzówny, to bym skłamał.

Do 1984 roku bezpieka dawała mi spokój, jednak przed 1 Maja tego roku, zabrali mnie z domu. Najpierw wozili mnie po całym mieście, w końcu trafiłem na komendę. Nie postawili mi żadnego zarzutu, tylko kazali spisać swój życiorys i wypytywali mnie o całe życie w najdrobniejszych szczegółach. Zdziwiło mnie to, bo przecież żaden działacz ze mnie nie był. Po tym postrzale i powrocie do domu otrzymałem rentę i zacząłem pracować w Domu Górnika jako bibliotekarz. Nie byłem w nic zaangażowany, więc nie potrafiłem zrozumieć, czego mogą ode mnie chcieć. Wiem, że wtedy zadenuncjował mnie jeden z moich szefów, z którym nie chciałem wchodzić w jego „brudne” interesy. Człowiek ten handlował węglem „na lewo”. Byłem zatrzymywany przed 1 Maja, przed 3 Maja i później jeszcze przed jakimiś wyborami.

Jak mówiłem już wcześniej po postrzale trafiłem na rentę, ale przyznano mi ją na podstawie ogólnego złego stanu zdrowia. W 1982 roku odwołałem się do Komisji Rozjemczej o przyznanie mi renty wypadkowej i Sąd I instancji mi ją przyznał, ale dyr. Grzywa odwoływał się od tej decyzji w Sądzie Pracy i Ubezpieczeń Społecznych w Katowicach. Jednak jak się później dowiedziałem to odwołanie było tylko pro forma, bo na rozprawę nie wysłali nawet naszego prawnika i sąd w Katowicach rozpatrzył sprawę na moją korzyść. W 1984 roku na interwencję szefa bezpieki zwolniono mnie ze stanowiska bibliotekarza, aby odseparować mnie od młodzieży i przesunięto mnie na stanowisko magazyniera na kopalni.

Sierpień 1988 roku zastał mnie na urlopie w Jarosławiu. Kilka miesięcy wcześniej urodziło się nam dziecko. Chyba po tygodniu trwania strajku dowiedziałem się o tym fakcie z jakichś mediów. Dziewiątego czy dziesiątego dnia strajku wróciłem z rodziną z urlopu i zacząłem się zastanawiać, co robić. Doszło do rodzinnej narady. Żona kategorycznie sprzeciwiła się mojemu udziałowi w strajku. Powiedziała mi, że ona drugi raz nie przeżyje takiego strachu, jakiego doświadczyła w grudniu 1981 roku. Poza tym na świecie była już nasza córeczka. Trzeba również powiedzieć, że strajk w sierpniu 1988 roku nie przypominał w niczym strajku z 1980 roku. W 1980 na strajku były tysiące ludzi, a w 1988 strajk trzymała zaledwie garstka tych najbardziej zdesperowanych i wcale nie było do końca wiadome, jak to wszystko się skończy. No i w końcu ja naprawdę nie byłem nikim znaczącym... Nawet o tym, że to ja byłem jednym z tych postrzelonych podczas pacyfikacji w stanie wojennym wiedziało bardzo niewiele osób, więc ja właściwie nie widziałem jakiegoś większego sensu w przyłączeniu się do strajku. Do tego dictum rodziny... Do strajku nie przystąpiłem.

Po ponownym zarejestrowaniu związku rozpoczęły się przemiany w kraju, których elementem był Okrągły Stół. Kiedy rozpoczęły się obrady byłem nad morzem z klubem morsów. Chyba trzeciego dnia naszego pobytu przyjechał do nas Alojzy Pietrzyk. Pamiętam jak opowiedział nam bardzo przykrą anegdotkę, która jednak dobrze obrazuje to, jakie komuniści mieli cele i co chcieli osiągnąć siadając do tych rozmów. Jak wiadomo gospodarzem rozmów w Magdalence był Kiszczak. Po kilku godzinach rozmów pierwszego dnia Kiszczak zaprosił uczestników rozmów na obiad. Zaproszeni goście weszli na elegancko przygotowaną salę, która nie przypominała stołówki górniczej. Wówczas Alojzy miał się do jednego z przedstawicieli strony rządowej zwrócić słowami: „Nie myślcie panowie, że nas tym obiadem kupicie”. Na co któryś z tych panów poklepał go protekcjonalnie po ramieniu i odrzekł: „Wy już jesteście kupieni”. Obserwowali, jak ludzie z opozycji reagowali na władzę, którą oni im oddawali i jacy byli łasi tych wszystkich dóbr, które z posiadaniem władzy szły w parze.

W okresie lat 80. nie wierzyłem w to, aby winni naszych krzywd ponieśli karę zbyt szybko, ale tuż po przemianach, jeszcze za kontraktowego Sejmu kiedy powstała Komisja Rokity, to już przed nią zeznawałem. Muszę powiedzieć, że zadziwiała mnie wtedy postawa niektórych członków tej komisji, którzy należeli do PZPR-u, bo oni w ogóle w pracach komisji nie przeszkadzali. Mało tego, wyglądało to tak, że wstydzą się za to, co stało się przecież z rozkazu ich mocodawców w grudniu 1981 roku na Manifeście i na Wujku. Jan Rokita okazał się być bardzo dobrym, sprawnym i energicznym prawnikiem. Komisja wykonała kawał rzetelnej roboty, szybko przedstawiła raport. Sprawę w swoje ręce wzięła prokuratura, która była jeszcze przesiąknięta „starym układem”, ale nawet taka prokuratura potrafiła w ciągu kilkunastu miesięcy sporządzić całkiem niezły akt oskarżenia. Kiedy w 1993 roku rozpoczął się proces, to zastanawiałem się mocno nad tym, czy mam być oskarżycielem posiłkowym, czy z tego zrezygnować, ale jednak się na to zdecydowałem. To stało się również dla mnie mocną motywacją, aby podjąć studia prawnicze. Chciałem być mocny merytorycznie, poza tym myślałem o jakimś lepszym stanowisku pracy. Potem przyłączyłem się do drugiej fazy procesu przeciwko tym strzelającym do nas i do górników z Wujka zomowcom i wtedy istotnie byłem już bardzo aktywny, bez zajadłości, ale z pełną rzetelnością. Jaruzelski tak „ukarał” swoich chłopaków, że albo ich poodznaczał, albo podostawali podwyżki i awanse, albo jedno i drugie. Prawdopodobnie moja aktywność spowodowała, że różne środowiska i osoby – w tym tragicznie zmarła w katastrofie smoleńskiej pani Mamińska z Kancelarii Prezydenta – przedstawiły mnie jako kandydata do Orderu Odrodzenia Polski. Po raz pierwszy zostałem odznaczony w 1993 roku przez prezydenta Wałęsę za podjęcie decyzji, wytrwanie w niej i poniesienie skutków, natomiast zaopiniowanie mnie do Orderu w 2007 roku w uzasadnieniu miało walkę o wolność i demokrację.

Wracając jeszcze do procesu... W trzeciej jego fazie fantastyczną rolę odegrał mecenas Margasiński, natomiast odniosłem wrażenie, że mecenas Piotrowski był bardziej polityczny niż merytoryczny. Sam miałem wiele satysfakcji prawniczej kiedy w sadzie apelacyjnym, a potem najwyższym wielokrotnie cytowano moje mowy. Trochę w międzyczasie było przykro, kiedy uniewinniono Kiszczaka twierdząc, że kiedy wydawał rozkazy nie był świadom tego, co się może wydarzyć. Muszę jednak powiedzieć, że wyrok skazujący dla zomowców strzelających do górników na Manifeście i na Wujku przywrócił moją wiarę w sprawiedliwość, tym bardziej, że sam się do tego przyłożyłem za co zresztą otrzymałem pochwały od takich tuzów polskiego prawa jak mecenas Bednarkiewicz, czy prof. Kulesza.

Kiedy patrzę z perspektywy lat na rolę Solidarności w Nowej Polsce to miewam niestety smutne refleksje. Przywódcy struktur związkowych sami pozałatwiali sobie tłuste posadki za grube pieniądze, a do mnie niejednokrotnie mieli pretensje o to, że ukończyłem studia i odrobinę awansowałem w hierarchii zawodowej czy społecznej. Czasami aż nie chce się rozumieć przesłanek, którymi ci ludzie się kierują, bo istnieje obawa, że można utracić wiarę w człowieka. Uważam, że naszym krajem i wieloma jego instytucjami kierują niekompetentni i niedouczeni ludzie i właśnie dlatego taki smutny jest obraz naszej rzeczywistości.

Redakcja Alicja Lipska