L00112 Leonard Łącki

Z Encyklopedia Solidarności

Relacja Leonarda Łąckiego

Moją pracę podziemną i ogromne przywiązanie do idei Solidarności zawdzięczam wydarzeniom z historii Polski, które ukształtowały moją osobowość oraz bycie katolikiem. Od dziecka wychowywany byłem historią naszego narodu. Solidarność dawała mi pewnego rodzaju szansę bycia wśród robotników, wśród których znajdowali się ludzie o podobnych wartościach, marzący o tej innej, lepszej Polsce. Polsce uczciwej, sprawiedliwej, o jakiej z pewnością marzył Romuald Traugutt, a potem wielki marszałek Józef Piłsudski. Solidarność wydawała mi się wspaniałą okazją do zrealizowania tej idei.

Prawdę o zbrodni katyńskiej poznałem chyba w wieku siedmiu lat słuchając świadków tamtych wydarzeń w Radio Londyn. Gdy później rozmawiano o przeszłości, a ja mówiłem o Katyniu to nikt mi nie wierzył – nawet ludzie z autorytetem. Byłem świadomy, że brakuje dowodów, pojawiły się dopiero w latach osiemdziesiątych w Kurii Krakowskiej a i tak było ich niewiele... Byłem jednak przekonany, że dokonali tego sowieci. Najgorsze jest to, że – jak się dziś przekonuję – są osoby, które dopiero po dziewięćdziesiątym roku otworzyły oczy! W 1985 roku przygotowywaliśmy się do wykonania tablicy pamiątkowej w kościele oo. Filipinów w Tarnowie. Wiedzieliśmy o rodzinach pomordowanych, bo jeździliśmy do nich do domów, by dowiedzieć się prawdy z bezpośrednich relacji. Najczęściej prosili, by się tym nie interesować, bali się nawet o tym mówić. Taki był terror... Tę prawdę w latach osiemdziesiątych odsłoniła dopiero Solidarność. Pamiętam też, że kiedy w katedrze na kazaniu mówiono o najeździe Rosji sowieckiej 17 września 1939 roku, to wśród większości nauczycieli i profesorów tarnowskich szkół średnich (wyższej akurat nie było), zapanowało zdziwienie – jakże to mogli sowieci zrobić? To był ogromny ból, że Polska i Polacy zostali tak ogromnie doświadczeni. Tym bardziej tak wysoko cenię swoją rodzinę, która potrafiła mnie wychować w prawdzie i przypilnować, bym słuchał Radia Londyn, które powstało znacznie wcześniej niż Radio Wolna Europa. Mogę przytoczyć jeden z odcinków, kiedy świadek w zeznając Londynie przed komisją opisywał, jak wywożono jednym samochodem część więźniów katyńskich, a w drugim samochodzie przywożono wapno. Byli rozstrzeliwani, a on ukrył się na drzewie i dlatego udało mu się przetrwać.

Bardzo przejąłem się sprawą Katyńską. Nawiązałem kontakt z panem Adamem Macedońskim z Krakowa, który też był w to ogromnie zaangażowany. Spotkaliśmy się ze trzy razy podczas głodówki w kościele w Krakowie-Bieżanowie w 1985 roku. Chciałem w Tarnowie znaleźć rodzinę, z której ktoś tam zginął i która była dotknięta Katyniem. Nie było to łatwe, bo zachowywali się, jakbyśmy im coś odbierali. Święty spokój, tak by to chyba można nazwać. To było dla nas znamienne i z drugiej strony bolesne. W końcu dotarłem do pana Adama Zawiejskiego, który już nie żyje. Był w Ostaszkowie, ale dziwnym trafem przeżył. Mieliśmy książkę z notkami o ofiarach, kto skąd pochodził itp. W Tarnowie stworzyliśmy więc taką grupę „tematyczną”, na czele której stał Andrzej Fenrych. Był jej motorem napędowym. Wytworzyliśmy cegiełki, by zebrać fundusze na tablicę pamiątkową. Na cegiełkach było zdjęcie projektu graficznego tej tablicy, a składki były dowolne. Odzew był dobry, czasem ludzie oddawali całe emerytury i renty. Sam często wykładałem swoją rentę czy jakąś część za bibułę. Również hutnik, który wykonywał tę tablicę dokładał się do jej kosztu zrobił nam ją po cenie materiałów. Tablica została wykonana w odlewni Romana Sapy w Tarnowie, a za jej wykonanie odpowiedzialny był Marian Pamuła. Ustaliliśmy ponad 50 nazwisk osób poległych w Katyniu, ale chcieliśmy wyszukać jeszcze więcej. Znaliśmy jeszcze kilka nazwisk, ale wbrew rodzinom nie mogliśmy nic zamieszczać.

Tablica jest w lewej nawie tarnowskiego kościoła oo. Filipinów, wisi tam od 1988 roku. Poświęcił ją ksiądz biskup Józef Gucwa, a władze na pewno nie były tym faktem zachwycone, bo tablica często się punktem, spod którego wyruszał marsz pod grób nieznanego żołnierza. Próbowano nam oczywiście utrudniać. Przynajmniej dwa razy płaciłem najwyższe kary przed kolegium za uczestnictwo w marszu i jego współorganizację, bo załatwiałem wieniec, który trudno było dostarczyć do kościoła i trzeba było pomyśleć, by tam dotarł w odpowiednim momencie. Jak mówiłem ludzie, którzy zginęli w Katyniu byli mi bardzo bliscy, chociaż nie zginął tam nikt z mojej rodziny. Kiedy po 1990 roku prowadzono prace ekshumacyjne na cmentarzach w Katyniu, Charkowie i Miednoje byłem świadkiem rozmowy wśród kobiet na przystanku autobusowym. Padło stwierdzenie: „Nie mają co pokazywać w tej telewizji, tylko kościotrupy wyciągają”. Chcąc nie chcąc, włączyłem się w tę rozmowę mówiąc: „Proszę pań, czy w tych szczątkach spodziewają się panie swoich bliskich?” Padła odpowiedź, że absolutnie nie. Odpowiedziałem w te słowa: „Dlatego to dla pań jest takie obce. Gdyby był tam wasz ojciec, wujek i ktoś, kto nie jest związany rodzinnie, ale pragnie zapewnić im godziwy pochówek, to jakże by się cieszyła taka matka czy siostra, że ktoś, kto nie zna tych ludzi chce pomóc – czy to nie jest piękne? I czy to nie tak trzeba?” Wtedy padły słowa ze strony tych kobiet: „A któż nam tak mógł powiedzieć, jak pan to powiedział...” Było widać ten nagły zwrot i jakby się wstydziły tych wypowiedzianych przed chwilą słów.

Wczesny ranek 13 grudnia 1981 roku, niedziela, zimno. Przyjechały do mnie trzy osoby, które właśnie wróciły ze Stanów Zjednoczonych. Zaskoczyli mnie. Poznałem ich w 1980 roku, gdy sam tam byłem. Bardzo przeżyli rozmowę ze mną i po prostu musieli przyjechać do Tarnowa. Włączyłem im telewizor i mówię: „popatrzcie, co się stało w Polsce”. Było właśnie widać generała w czarnych okularach i później spikerów w mundurach wojskowych. To było wstrząsające. Jeszcze dzień wcześniej wszystkie struktury związkowe działały normalnie i z tego, co mi było wiadomo nikt nie przygotowywał struktur podziemnych na wypadek stanu wojennego. Na ulicy było widać ZOMO, ORMO, ludzi w ubraniach polowych.

14 grudnia rano wiedziałem, że może się przydarzyć coś dziwnego, strasznego. Pomyślałem, że pójdę do kościoła ks. Misjonarzy, by spotkać się z proboszczem. Spodziewałem się, że może wybuchnąć strajk. Zdążyłem na półgodzinną mszę o godzinie 18:00 i poinformowałem ks. proboszcza Józefa Jachimiuka, że na terenie jego parafii mogą nastąpić różne wydarzenia (w pobliżu były Zakłady Mechaniczne. Jak ja był przestraszony i mówił, że nie wie, co zrobią w z Kościołem. W końcu dotarłem na zakład. Było widać, że ludzie wybrani do Komisji Zakładowej byli aktywni, ale równocześnie dowiedzieliśmy się, że brakuje dwóch członków, którzy zostali aresztowani. Strajk wybucha spontanicznie, ale jest jednym z lepiej zorganizowanych strajków na terenie Zakładów. Trzeba podkreślić, że zakłady FOS Ponar Tarnów (Zakłady Mechaniczne) były zakładem militarnym. Zaraz z rana doszło do odwołania dyrektora inż. Jezierskiego i wprowadzenia dyrektora komisarycznego płk. Bałchanowskiego. Strajk zaczął się o godz. 7:00, od pierwszej zmiany. Następnego dnia hala nr 100 została zamknięta i przychodzenie tam było zabronione. Natomiast ja z panem Stanisławem Kutą (później aresztowany) postanowiliśmy, że będziemy tam przychodzić o godz. 10:00 każdego dnia. Jak wiadomo, gdy zabraknie wodza, to ludzie nie wiedzą co robić. Za to ci, którzy z nimi walczą dobrze wiedzą w kogo uderzyć i jak to zrobić skutecznie. W Zakładach Mechanicznych było o tyle dobrze, że Karol Krasnodębski, który był przewodniczącym Komisji Zakładowej i szefem delegatury w Tarnowie nie wierząc komunistom przygotował tajnego przewodniczącego na wypadek takich sytuacji – pana Emila Kołodzieja.

Mimo że byłem szeregowym członkiem Solidarności to później prowadziłem rozmowy z Emilem Kołodziejem, np. o potrzebie powołania takiej struktury jak Tarnowska Tymczasowa Komisja Koordynacyjna „S” Robotników i Chłopów mającej na celu docieranie do innych zakładów pracy w Tarnowie i środowisk wiejskich. Pierwsze takie rozmowy odbyły się już w styczniu 1982 roku. Trzeba było zrobić tak, by Kołodziej nie był postrzegany jako sztandarowy działacz. Tymczasem 14 grudnia 1981 roku o godz. 15:00 część ludzi poszła do domów, pozostali tracili ducha. Czuliśmy strach, przyjadą czy nie? Okazało się też, że Kraków i Nowa Huta były bardziej zagrożone i dlatego oddziały milicji skierowano tam. W Tarnowie było ich mniej, co nie znaczy, że na bramach nie stało wojsko. Skandowaliśmy hasła o uwolnieniu wszystkich internowanych w tym Karola Krasnodębskiego i Tadeusza Kurleja. Zdałem sobie sprawę, że ten śmiertelny pomruk stanu wojennego rozszedł się po kraju i ogromnie wszystkich przygnębił. Byłem wychowany w rodzinie katolickiej i nie było mi obce odmawianie różańca, a chciałem wspomóc ludzi. Byłem osobą powszechnie znaną, wystąpiłem więc na hali przed innych i zacząłem odmawiać Anioł Pański, a następnie różaniec. To niesamowicie ożywiło ludzi i dodało im ducha. Do dzisiejszego dnia, ludzie wspominają to na spotkaniach związkowych. Dla mnie osobiście to było trudne, bo byłem samotnym ojcem czworga dzieci. Mógłbym powiedzieć, że gdyby żyła żona, to mógłbym się poniewierać po kazamatach, bo chociaż maluchy miałyby się do kogo przytulić. O godz. 16:00 kobiety z drugiej zmiany powiedziały: „My tu zostaniemy, niech pan idzie do dzieci, my się tu będziemy modlić”. Dla mnie to było wspaniałe. Oprócz Stanisława Kołodzieja dobrymi organizatorami byli wtedy panowie Stanisław Gaweł i Wiesław Kowalski. Po zakończeniu tego strajku nastąpił smutny okres, ale nie było też tak, że ludzie popadli w jakiś marazm. Trzeba było coś robić. Na wydziale, na którym pracowałem, miałem mnóstwo serdecznych przyjaciół. Miałem wówczas 43 czy 44 lata, ale mówili na mnie „dziadek”, bo to byli chłopcy gdzieś w wieku 25 lat. Mnie to nie tylko bawiło, ale cieszyłem się, że to tacy sympatyczni i mądrzy ludzie. Postanowiliśmy, że zawsze o godz. 12:00 będziemy przerywać pracę. Odmawialiśmy Anioł Pański, to było bardzo piękne. Innym razem przygotowałem sobie sznurek z czyściwa, którym przywiązywałem się do maszyny. Mogłem poruszać się w obrębie stanowiska pracy. Gdy potrzebowałem wymienić narzędzie podnosiłem to rękę do góry wzywając mistrza. Tłumaczyłem, że nie chciałem naruszać dekretu stanu wojennego o opuszczeniu miejsca pracy. Przez pewien moment przyjmowali to jako dobrą monetę, a ja oczywiście kpiłem z nich. Po jakimś czasie przychodzili i prosili, bym przestał. Niektórzy śmielsi powtarzali to za mną. Wystarczyło też przypiąć do ubrania jakąś kolorową szmatkę, np. białą, czerwoną czy żółtą by wzbudzić tym zainteresowanie sekretarzy, którzy wypytywali, co to będzie, jakiś strajk? Odpowiadałem: „Przypiąłem sobie, a czego wy się boicie?” Tak sobie z nich kpiłem. Mistrzem i sekretarzem był może i przyzwoity człowiek, ale ślepo oddany PZPR – Józef Bajorek. Na pierwszej zmianie, o godz. 10:00 wezwał nas na świetlicę, by poinformować jakie to warunki musimy spełniać w stanie wojennym. Pracowałem tam od wielu lat i znałem wielu ludzi – również tych czerwonych – którzy z jednej strony byli naiwni i głupi, a z drugiej zasługiwali na to, by uważać ich za ludzi, mieli w sobie coś ludzkiego. Kiedy przedstawiano zasady obowiązujące w stanie wojennym to ludzie zaczęli oponować. Zabrałem wtedy głos i powiedziałem z kpiną w głosie: teraz gen. Jaruzelski nadał takie prawa nadzorowi, że pan Józef Bajorek „może mieć i rewolwer, żeby was zmusić do przestrzegania prawa, nie tak jest panie Józefie?” „No tak” – odpowiedział i dopiero po chwili zorientował się, że go wprowadziłem w maliny. W tym momencie wszyscy się roześmiali. Celowo użyłem słowa „rewólwer”, gdyż przypomniały mi się wcześniejsze wypowiedzi Jaruzelskiego, jak to rząd pracuje pod rewolwerem strajku.

Jednocześnie w tym czasie utrzymywałem kontakty z Emilem Kołodziejem i zaczęło ukazywać się podziemne pismo „Wolni i Solidarni”, w którym byłem autorem tekstów. Później Kołodziej powiedział, że trzeba znaleźć kogoś innego do pisania tekstów, bo mnie szybko rozpracują, ze względu na mój specyficzny styl pisania. Powiedział też, że pismo powinno ukazywać się nie tylko na terenie naszego zakładu, ale równocześnie w innych. Następnie przedstawił mi studenta Zdzisława Sumarę. Kilka artykułów napisała pani Teresa Pazdyka. Na początku robiliśmy to na „przebitce”, ale zaczęliśmy szukać jakiegoś powielacza, bo maksymalnie można było „przebić” jakieś 10 kartek. Na ogół były to apele, by podnieść ludzi na duchu. Przepisywaniem na maszynie zajmował się Kazimierz Gacek z Grabna. Nową maszynę do pisania zakupiłem wraz z moim szwagrem Józefem Jamrozem w sklepie na ulicy Pułaskiego za 17 tys. zł z naszych własnych pieniędzy, bo zbieranie funduszy wśród ludzi nie było łatwe. Założenie podziemnego pisma „Wolni i Solidarni” było inspiracją do powołania struktury, która umożliwiłaby jego kolportaż na terenie tarnowskich zakładów pracy. Na pierwszych spotkaniach omawialiśmy treści, które tam zamieścimy. Trzeba przyznać, że nie było wówczas tylu odważnych co do zamieszczanych treści.

Pierwsze rozmowy między mną a Stanisławem Kołodziejem o potrzebie powołania podziemnej struktury odbyły się już w styczniu 1982 roku. Powstała później tajna Tymczasowa Tarnowska Komisja koordynacyjna „S” (od lutego 1983 roku Tarnowska Tymczasowa Komisja Koordynacyjna „S” Robotników i Chłopów) nie tworzyła żadnej hierarchii władzy. Jej istnienie zależało tylko od prężności działania poszczególnych osób. By się spotykać trzeba było znaleźć wcześniej miejsca, co wiązało się z ryzykiem. Jednocześnie prowadziłem rozmowy z działaczami innych zakładów. Na początku nie było jednak mowy o wspólnym wydawaniu i kolportowaniu ulotek na terenie kilku zakładów. Z Martą Mojek i Janem Mojkiem uznaliśmy, że zaczniemy rozmowy od Kazimierza i Ewy Zarańskich z Zakładów Azotowych. Przyjęliśmy propozycję, by stworzyć strukturę i szukać ludzi do pomocy. Kilka dni później ustalono, że ZA reprezentowane będą przez Franciszka Simajchela i Romana Sochę. Pierwsze spotkanie z tymi osobami odbyło się w połowie marca 1982 roku w lasku na Woli Rzędzińskiej koło Tarnowa. W spotkaniu brał udział również Karol Kołodziej, były żołnierz AK, wyznaczony na łącznika między ZM a szpitalem tarnowskim. Żona Romana Sochy pracowała w Pralfie, co ułatwiało kolportaż tam bibuły. U państwa Zielińskich na ul. Pułaskiego był zorganizowany „punkt zero”, gdzie dwie młode dziewczyny przygotowywały bibułę, którą o określonej godzinie odbierali kolporteży. Osobiście dążyłem do bardzo precyzyjnej pracy konspiracyjnej. Materiały miały ukazywać się we wszystkich miejscach równocześnie, co miało świadczyć o naszej prężności. Czasem zawodziły jednak kanały, którymi nam dostarczano materiały, np. z Krakowa.

W kwietniu 1982 roku odbyło się spotkanie w domu Daniela Kasprzyka przy ul. Buczka w Tarnowie, pracownika FOS Tarnów. Tematem spotkania było omówienie majowego strajku w zakładach pracy w Tarnowie. W spotkaniu uczestniczyli: Roman Pasierski inżynier z ZM, S. Gaweł z ZM, Daniel Kasprzyk, Stanisław Tadel z ZM, Franciszek Simajchel z ZA, ja oraz inne osoby, których już nie mogę sobie przypomnieć. Następne spotkanie przygotowujące formę i czas strajku odbyło się w Żabnie k. Tarnowa w domu S. Gawła w podobnym składzie osobowym. Z ust S. Gawła padły piękne słowa Piłsudskiego: „Być zwyciężonym i nie ulec to zwycięstwo, zwyciężyć i spocząć na laurach – to klęska”. Czytając później protokoły z jego przesłuchań bardzo się zdziwiłem, mimo to w czasie kiedy to powiedział dodał mi sił. Do strajku doszło 13 maja. Udał się, niestety w ZM zwolniono po nim ponad 220 osób. Potem wiele z nich przywrócono. Wśród zwolnionych byli m.in. E. Kołodziej, S. Gaweł, W. Kowalski – wyeliminowali tym głównych przywódców w ZM. W jakiś sposób SB miała rozeznanie, kto jest inspiratorem tych działań. Przykładowo na wydziale Kołodzieja robotnicy spoglądali na niego oczekując, kiedy da znak do strajku, a wiadomo, że na ileś tam osób na pewno był jakiś kabel, słaby człowiek, który dał się złamać. Wiadomo też było, że był on przed 13 grudnia w Komisji Zakładowej. Kołodziej był jednak na tyle cwany, że przed sądem w Krakowie wygrał sprawę o zwolnienie, ale ostatecznie nie chciał już wracać do ZM. Szukaliśmy również prawnych rozwiązań, które pozwalałyby się bronić. Po zwolnieniu tych ludzi utworzyło się dla nas nowe pole walki, by się jakoś o nich starać, przywrócić ich do pracy. Kołodziej pracował przy budowie klasztoru ss. Józefinek. Z nim pracowali również zwolnieni Józef Czuba i Marian Pamuła. Mój brat Józef miał dobrego przyjaciela w Chemorozruchu – Stefana Wietechę, który mu powiedział, by Gaweł i Kowalski szybko jechali do działu kadr w Oświęcimiu i tam się zatrudnili, a on ich tu w Tarnowie przyjmie.

Kontynuacją „Wolnych i Solidarnych” była „Tarnina” będąca również pismem Tarnowskiej Tymczasowej Komisji Koordynacyjnej „S” Robotników i Chłopów. Uważałem za nieistotne że nie są to teksty najwyższej klasy – ważne było, żeby to wyszło, żeby SB wiedziało, że działamy. Najczęściej artykuły pisała pani Pazdyka, a wydawaniem pierwszych numerów zajmował się pan Sumara. Duże zasługi miała też pani Zofia Bulska – pracowała jako urzędniczka i miała łatwość w posługiwaniu się maszyną do pisania. Była niesłychanie dokładna w konspiracji. Ja miałem taką zasadę by mieć wiele źródeł i możliwości pisania. Natomiast byłem przeciwny podawaniu danych o osobach. Jeśli ludzie będą mniej wiedzieć, to będę bardziej pewny, że nikt tego nie wyda. Jeśli ktoś przenosił matryce, to nawet nie wiedział, co jest w kopercie. Oprócz jednego wałka do powielacza nic innego nie zostało przejęte przez SB. Niewiele osób, nawet w Komisji Koordynacyjnej, wiedziało gdzie drukujemy. Zawsze mówiłem: jeśli będziecie mniej wiedzieli, będzie wam lżej w momencie próby. Ja ciebie znam, tobie wierzę, to nie mów mi jak się nazywa tamta, ty za nich odpowiadasz, a ja tobie wierzę. Do dziś uważam, że to było bardzo dobre. „Tarnina” była kolportowana na terenie ZM, Tamelu, ZA, Huty Szkła Gospodarczego, Chłodni Tarnów, Powiśla Dąbrowskiego, Tarnowa, Trzciany k. Mielca. Za kolportaż odpowiedzialne były poszczególne osoby z Komisji Koordynacyjnej na swoim terenie. Podsumowanie akcji kolportażowych omawiane było w czasie spotkań Komisji Koordynacyjnej. Wiedzieliśmy również, na jakim terenie pisma nie zostały rozprowadzone, co się wydarzyło. Komisja Koordynacyjna istniała do 15 lipca 1983 roku. Struktura tej komisji nie miała przywódcy – miała ona wypełnić pustkę związaną z internowaniem działaczy i podtrzymywać działalność.

Relację spisał Sławomir Chmura
Redakcja Alicja Lipska[[Kategoria:Autor Relację spisał Sławomir Chmura
Redakcja Alicja Lipska]]