L00113 Marian Molski

Z Encyklopedia Solidarności

Relacja Mariana Molskiego

Terenowe biuro Stowarzyszenia Pokolenie
Jastrzębie-Zdrój, 6.09.2010 roku
Spisał Andrzej Kamiński

Pochodzę z Julianpola leżącego na Opolszczyźnie. Dziadek mojego kolegi spędził kilka lat na Syberii. Chodził w mundurze wojskowym i często nam opowiadał swoje dzieje. Od niego dowiedzieliśmy się prawdy o Katyniu. Zastanawiający był fakt, iż nagle zniknął i wszelki słuch po nim zaginął. Z okresu szkolnego pamiętam taką akcję: w jakiś czas po śmierci Stalina nakazano nam niszczyć książki jego autorstwa. To było po XX zjeździe sowieckich komunistów i po słynnym referacie Chruszczowa o kulcie jednostki. Kazali nam na stos te pięknie edytorsko wydane „tomiszcza” powynosić, potem polali je ropą naftową i podpalili. Biblioteka opustoszała, bo innych książek w niej nie było. Pamiętam również wspomnienia ludzi, którzy przeżyli okupację, a potem „wyzwolenie”. Wszyscy zgodnie twierdzą, że Ruscy byli gorsi od Niemców. Babcia opowiadała mi, że kiedy „wyzwoliciele” wpadli do jej mieszkania, to wrzeszczeli na cały głos: „Giermanca ubijom” i chociaż babcia tłumaczyła im, że u niej: „Niet Giermońcow”, to i tak porozpruwali jej pierzyny bagnetami i seriami z pepeszy. Ludzie chowali przed nimi młode kobiety, aby uchronić je przed gwałtem. Poza tym starsi opowiadali, że kiedy częstowano tych sowieckich żołnierzy kawą, to pili wywar i zjadali fusy, bo nic się nie mogło zmarnować. Uczyli się jeździć na rowerach i kiedy któryś przewrócił się, to od razu ten rower wyrzucał, bo „ta maszyna nie charasza”. Zabierali ludziom te rowery, aż się który nauczył jeździć. Wtedy „maszyna była charasza”. Tacy byli nasi „wyzwoliciele”...

Służbę wojskową odbywałem w Jeleniej Górze w Korpusie Bezpieczeństwa Wewnętrznego. Wtedy nam mówili, że służba w tej formacji to wielki zaszczyt. Tak naprawdę to nasza jednostka służyła po wojnie do likwidowania oddziałów partyzanckich AK, UPA oraz w tłumieniu rozruchów w Poznaniu 1956 roku.

Na początku czerwca 1967 roku na Bliskim Wschodzie doszło do wojny Izraela z koalicją państw arabskich. W tym konflikcie Układ Warszawski poparł arabów. W naszej jednostce wyglądało to tak, że na dwa tygodnie wywieźli nas z koszar do lasu. Mieliśmy stan gotowości bojowej, w pełnym oporządzeniu i uzbrojeniu. Dowództwo podjęło oczywiście wszystkie środki ostrożności, aby żadne wieści o mobilizacji wojska nie wyciekały na zewnątrz. Nawet na korytarzach wieczorami nie wolno było palić świateł. Co chwilę robili nam alarmy. Kiedy konflikt trochę przycichł, to przywieźli nas do jednostki, ale ciągle trwał jeszcze stan podwyższonej gotowości bojowej; spaliśmy na siennikach, bo cały sprzęt był ciągle przygotowany do wyjazdu. Dzień lub dwa po powrocie do koszar każdy żołnierz z osobna wzywany był do zastępcy dowódcy ds. politycznych i każdemu z nas zadawano pytanie: czy wyrażamy zgodę, aby jako ochotnicy pojechać na wojnę na Bliski Wschód? Kiedyśmy się potem między sobą rozpytywali, czy który z nas wyraził zgodę, to wszyscy zaprzeczali, ale wiem, że niektórzy jednak się zgodzili. Ten „polityczny” nas po prostu straszył różnymi konsekwencjami jeśli nie wyrazimy zgody. Stan alarmowy trwał jeszcze ok. 2 tygodnie. W tym czasie nie mieliśmy żadnych zajęć; nawet na zaprawę fizyczną nie musieliśmy wychodzić. Wojsko było wtedy byle jakie. Strzelania było mało, bo szkoda było pocisków, a jak strzelanie było niewykonane, to rzucali nas na ziemię i czołgali w błocie. Mieliśmy takiego dowódcę szkółki, że gdy do jednostki przychodziła jego żona, to musiała mu się meldować jak każdy żołnierz. Pewnego razu mijając go oddałem mu honory, ale uznał, że zrobiłem to zbyt niedbale. Wezwał mnie więc do siebie. Zameldowałem się, a on powiedział: „Synu, kapitana nie widzisz? Porucznika możesz nie dostrzec, majora możesz nie dostrzec, ale kapitana, który ma cztery gwiazdki musisz dostrzec. Pięć rundek wokół bloku”. Obiegłem ten blok, jak mi rozkazał i podszedłem do niego z meldunkiem o wykonaniu zadania, a on na to: „Synu, ale w którą stronę biegłeś?” Odpowiedziałem, że w lewą. Na to on głupio się uśmiechnął i powiedział: „Ja miałem na myśli prawą stronę”. I nakazał mi przebiec jeszcze trzy rundki w prawo. Kiedy ten człowiek pełnił służbę oficera inspekcyjnego, to cała jednostka była na baczność.

Tydzień po powrocie z wojska do domu przyszedł do mnie milicjant i zapytał gdzie byłem jednego wieczoru, bo był wtedy napad na sklep. Wyjaśniłem mu, że nic o tym zajściu nie wiem, bo byłem w domu. Po chwili uśmiechnął się i powiedział, że to był żart, po czym zapytał wprost, czy nie zechciałbym wstąpić do milicji. Wykręcałem się twierdząc, że dosyć mam munduru, bo dopiero co wróciłem z wojska. Ten się jednak upierał. Mówił: „Podpisz deklarację; wyślemy cię do szkoły oficerskiej do Szczytna”. Pracowałem w hucie w Chorzowie i zapytałem go: „A co z moją pracą?” On na to: „Niczym się nie przejmuj. Wszystko za ciebie załatwimy”. Odmówiłem mu kategorycznie i dał mi spokój. Jednak za kilka dni z komendy z Chorzowa-Batorego przyszedł do mnie funkcjonariusz po cywilnemu i oznajmił mi, że mam się zgłosić do nich na komendę do wydziału śledczo-kryminalnego. Wręczył mi oficjalne wezwanie. Przyjęło mnie dwóch funkcjonariuszy w cywilu. Poinformowali, że sprawdzili moją opinię z wojska. Na jej podstawie stwierdzono, że jestem idealnym kandydatem do służby milicyjnej. Znowu zaproponowali mi studia oficerskie. Poczęstowali mnie kawą i ciastem, które podawała atrakcyjna sekretarka. Wszystkie dokumenty mieli już dla mnie przygotowane. Zaczęli mnie kusić na różne sposoby, a to że będę pełnił służbę po cywilnemu, a to że do swojej dyspozycji będę miał jakieś specjalne fundusze, wcześniejszą emeryturę, za darmo sanatoria, wczasy, przejazdy koleją. Zorientowałem się, że coś to za pięknie wygląda, więc uparłem się, że niczego nie podpiszę. Wiedziałem, że takie przywileje nie przysługują za lekką i przyjemną pracę. Chciałem żyć uczciwie i spokojnie.

Późnym latem 1968 roku wracałem z żoną z Ustronia. W okolicach Żor zatrzymano cały ruch samochodowy. W pierwszej chwili myśleliśmy, że doszło do jakiegoś wypadku drogowego, ale dostrzegliśmy nadjeżdżającą kolumnę czołgów. Po powrocie do domu nastawiłem radio na Wolną Europę i dowiedziałem się, że te czołgi jechały na interwencję zbrojną do Czechosłowacji. W oficjalnym komunikacie mówiono o bratniej pomocy dla Czechosłowacji, przeciwko elementom, które chciały obalić socjalizm.

W 1970 roku na Pomorzu wybuchł kolejny bunt. Jak pamiętamy, został on krwawo stłumiony przez władzę ludową. Kolejny – tym razem w Radomiu – z 1976 roku również odbił się głośnym echem po całym kraju. W człowieku, który był świadkiem tych wydarzeń narastała chęć sprzeciwu. W pracy traktowano nas jak „woły robocze”. Zdarzało się tak, że trzech szarych pracowników pilnowanych było przez cztery osoby z dozoru, nierzadko pijane. Pracowałem wtedy jako spawacz na zakładzie przeróbczym. Dwie butle z gazem ważyły ok. 160 kg, do tego węże, hydronetka z wodą, kable do spawania, elektrody, jeszcze do tego BKS... Najczęściej sam ciągnąłem wózek z tym całym kramem, a nikomu z dozoru to nie przeszkadzało. Wszyscy pracowaliśmy na okrągło, bez wolnych świąt i niedziel. W razie odmowy przyjścia do pracy narażało się na szykany ze strony dyrekcji. Najczęściej były to represje finansowe. Zarobki były niskie, więc trzeba było starać się o premię. Zależało mi przede wszystkim na bezpieczeństwie pracy, natomiast dla dyrekcji w każdy milion ton wydobytego węgla było wkalkulowane ileś ofiar. Dlatego też często wchodziłem z nimi w konflikt.

Do Jastrzębia przyjechałem w 1972 roku. Przyjęto mnie na kopalnię Manifest Lipcowy. Dostałem duże i nowoczesne mieszkanie. W Jastrzębiu nie zezwolono na budowę kościoła i modlono się przy kapliczce pod gołym niebem. Kiedy w końcu zezwolili na budowę kościoła „na górce”, to razem z żoną pomagaliśmy na budowie.

Dobrze pamiętam wydarzenia z 28 sierpnia 1980 roku. Między godz. 21.00 a 22.00 wyjechałem do pracy i już w autobusie zauważyłem jakieś poruszenie. Ludzie mówili między sobą, że coś się szykuje na kopalni. Przyjechaliśmy na kopalnię. Na placu autobusowym było jeszcze większe zamieszanie. Mówiło się o poparciu dla strajku stoczniowców. Kiedy przekroczyliśmy bramę kopalni, to sytuacja jeszcze bardziej się zaostrzyła. Ludzie otwarcie mówili już o strajku. Wyższy dozór zaczął się niepokoić. Dyr. Duda zaczął krzyczeć, że pozwalnia tych, którzy nie pójdą do pracy. Mimo tych gróźb załoga się nie ugięła i przystąpiła do strajku. Żeby zrozumieć niecodzienność naszej sytuacji trzeba sobie uświadomić, że nikt z nas nigdy nie strajkował. Pośród nas nie było doradców – intelektualistów. Na dobrą sprawę nie wiedzieliśmy, jak postępować w tak wyjątkowej sytuacji. Byliśmy pozostawieni sami sobie, a ludzie różnie na to reagowali. Jedni byli bardziej zdecydowani, inni stali z boku i obserwowali rozwój wypadków. Jeden z moich kolegów zachęcił mnie, żebym wpisał się do KS i tak też postąpiłem. Osoby, które zapisały się do KS były przewodniczącymi na swoich oddziałach. Najpierw, aby uniknąć bałaganu poustawialiśmy się oddziałami pod ścianą cechowni. Na deskach kredą powypisywaliśmy nazwy oddziałów, aby każdy pracownik mógł odnaleźć swój oddział.

Głównym zarządzającym strajkiem w początkowej fazie był Alfred Gałucha. Pierwotnie do KS-u wybrano 70 osób i zarządzono zebranie tego gremium Na tym zebraniu pojawiła się delegacja rządowa. Był tam m.in. przedstawiciel resortu górnictwa, Glanowski, który spojrzał na nas i powiedział: „O takie młode, fajne chłopaki, a strajkują. O co wy strajkujecie?”. Odpowiedzieliśmy mu, że popieramy strajkujących stoczniowców i ich postulaty strajkowe. Wyglądał na rozczarowanego i powiedział: „Myślałem, że wy tu nie macie ubrań, butów czy mydła, a w takim wypadku musimy zakończyć rozmowy, bo do prowadzenia dalszych negocjacji nie mamy pełnomocnictw”. Opuściliśmy salkę. O 5.00 lub 6.00 nad ranem na naszą kopalnię przyszła delegacja z Boryni. Pamiętam, że mieli ze sobą taki duży transparent. Udało im się wejść na kopalnię torami od strony ul. Szerokiej. W krótkim czasie na Manifeście pojawiły się delegacje z innych kopalń i zakładów pracy w Jastrzębiu. W tej sytuacji podjęto decyzję o założeniu Międzyzakładowego Komitetu Strajkowego. Od nas do MKS-u wybrano Stawskiego, Pałkę i Jedynaka, a z Boryni Sienkiewicza, który został przewodniczącym. Członków z innych zakładów już nie pamiętam. MKS i KS zajmowały osobne pomieszczenia. KS pod dowództwem A. Gałuchy zajął się organizowaniem służb, które miały zapewnić „ruch” na dole i porządek na powierzchni. Obawialiśmy się, aby władze nie zarzuciły nam działań sabotażowych. Służby porządkowe zostały zorganizowane błyskawicznie i cały obszar kopalniany został zabezpieczony. Ja dowodziłem zabezpieczeniem powierzchni. Muszę przyznać, że odbycie przeze mnie służby wojskowej bardzo mi pomogło w sprawnym dowodzeniu strażą robotniczą. Byliśmy znakomicie zorganizowani. Zakład nie był co prawda otoczony przez milicję, ale wiadomo było, że zawsze mogli zorganizować jakąś akcję sabotażową, a potem zrzucić na nas odpowiedzialność.

W czasie strajku załoga domagała się mszy. Wraz z dwoma kolegami udaliśmy się do kościoła św. Katarzyny. Zapytaliśmy ks. Dyrdę, czy by nie odprawił mszy dla strajkujących. Zgodził się i zapytał, czy nie chcemy także figury św. Barbary. Bardzo ucieszyła nas ta propozycja. Figurkę wraz z ks. Dyrdą przywieźliśmy na kopalnię zwykłym autobusem. Ustawiliśmy ją pod ścianą na cechowni, natomiast msza odbyła się na placu kopalnianym. Wśród załogi bardzo podniosło to morale, msza umocniła w nas chęć walki. Mimo, iż żona prosiła mnie pod ogrodzeniem kopalni, żebym wrócił do domu, to moje postanowienie dalszej walki było tak silne, że choćby mieli nas pozabijać, to bym się z kopalni nie ruszył.

Po podpisaniu Porozumienia zapanowała wśród nas euforia. Jednakże władza komunistyczna zaczęła stopniowo podejmować działania, aby odzyskać utraconą pozycje. Powiew wolności dał społeczeństwu odetchnąć. Mimo to, wprawny obserwator mógł spostrzec pewne niepokojące symptomy.

W okresie Karnawału Solidarności byłem członkiem KZ. Gałuchę potem zastąpił Janek Bożek. Kiedy komuniści nasilili represje wobec członków Solidarności postanowiliśmy utworzyć tzw. II garnitur KZ. W Tajnej Komisji Zakładowej pełniłem funkcję członka prezydium. Oprócz mnie do TKZ wybrano jeszcze Leona Głuszaka oraz Alojzego Pietrzyka, niestety innych nie pamiętam. Spotkaliśmy się ze św. pamięci Jackiem Kuroniem, Zbigniewem Romaszewskim i prof. Zielińskim. Spotkanie z Kuroniem było oficjalne, a z Romaszewskim całkowicie tajne. Okres karnawału przyniósł naszej kopalni wiele zmian na lepsze. Dyrekcja i dozór stali się bardziej „ludzcy”. Kierownictwo zakładu bardzo bało się słowa „strajk” i łatwo godzili się na nasze postulaty.

Na moim oddziale pracował człowiek, który miał syna milicjanta. Pewnego dnia oznajmił mi: „Marian, twoje rządy niedługo się skończą, a Jaruzelski dobierze ci się do tyłka”. Zapytałem go: „Skąd ty to wiesz?” Odpowiedział: „Bo syn mi powiedział, że się na was szykują”. Póki co były to tylko słowne przepychanki, ale pomyślałem, że w zasadzie to przecież jest możliwe. W mojej klatce mieszkał taki ormowiec, który kiedy tylko sobie popił (a pił często) to biegał po schodach, z góry na dół i wrzeszczał: „Gdzie jest Molski? Jego czasy się skończą”. Moja żona bała się i czasami w momentach zwątpienia doradzała mi wystąpienie z Solidarności. Byłem uparty i uważałem, że to co zaczęliśmy, to skończymy. Atmosfera gęstniała. Komuniści zaczęli organizować częste spotkania partyjne w zamkniętym gronie. Po każdym z takich spotkań straszyli nas Jaruzelskim.

13 grudnia 1981 roku był bardzo mroźnym dniem. Pracowałem wtedy na nocną zmianę. Rano po zmianie umyliśmy się i wyszliśmy na plac. Dopiero tam, od kogoś kto przyjechał na ranną zmianę dowiedzieliśmy się, że w nocy Jaruzelski wprowadził stan wojenny. Trudno nam było w to uwierzyć. Telefony były głuche. Za chwilę na placu autobusowym pojawił się kolega Zając, który również należał do KZ. Poinformował mnie, że całą naszą Komisję Zakładową internowano. Opowiadał, że Janka Bożka wywlekli z domu w piżamie. Powiedział, że musimy zorganizować strajk. Na placu autobusowym było cicho i spokojnie, jak to w niedzielny poranek. Wróciliśmy na kopalnię. Zaczęli zjeżdżać się ludzie z całego miasta. Zebraliśmy się w salce nad cechownią, gdzie postanowiliśmy powołać Komitet Strajkowy i ogłosić strajk w proteście przeciwko internowaniu naszych kolegów. Okazało się, że Janka Bożka trzymali w nocy w dyrekcji i przywiózł go na kopalnię naczelny inż. Świderski. Potem dotarł do nas E. Zandler. Zebrała się dosyć liczna grupa ludzi i został ogłoszony strajk. Pamiętam, że KS zamknął się w osobnym pomieszczeniu i przy drzwiach postawiliśmy straż aby ich chronić. Ponownie objąłem funkcję szefa straży robotniczej. Otrzymaliśmy plany schronów kopalnianych. Okazało się, że w schronie jest broń palna. Padł więc pomysł, aby wydać załodze tę broń, zaminować bramę i w razie ataku ze strony władz stoczyć normalną bitwę. Omawialiśmy to w bardzo wąskim gronie. Pamiętam, że byli tam Bożek, Mnich i ja. Pomysł jednak upadł. W każdym razie załoga o tym planie nic nie wiedziała.

Przyszedł 15 grudnia. Nad kopalnią latał śmigłowiec. Padła propozycja, aby dopuścić na kopalnię płatniczki z wypłatami dla górników. Przyszedł do nas żołnierz w stopniu podporucznika i prosił nas, abyśmy opuścili kopalnie, bo inaczej na pewno poleje się krew. Około godziny 9.00 przybiegli do nas łącznicy z kopalni Jastrzębie i powiedzieli, że zomowcy zaatakowali i pobili ludzi, rozpędzili wszystko i za jakiś czas będą na Manifeście. W związku z taką informacją nakazaliśmy wszystkim ludziom wyjść z cechowni na plac. Jako KS wyszliśmy na końcu. Z drugiej strony bramy zomowcy najpierw podjechali wielkim busem ze szperaczem na czele. Ten bus podjechał, poświecił i odjechał. W tym czasie staliśmy przy bramie i czekaliśmy. Po pewnym czasie usłyszeliśmy ryk wozów bojowych. Przyjechały także czołgi. Mieliśmy cichą nadzieję, że z nami nie postąpią tak jak z Jastrzębiem, czy Moszczenicą.

Rozpoczął się atak. Najpierw wystrzelili świece dymne i gaz łzawiący. Niektórzy z nas byli uzbrojeni w style od łopat czy kilofów. Po ostrzelaniu nas pojemnikami z gazem pierwszy oddział ZOMO uderzył na wartownię. Rozwalili ją z wielkim hukiem. Chcieli nas po prostu wystraszyć. Stojący obok mnie Grzesiek Dereń dostał petardą w szyję. Przewrócił się i odciągnięto go na bok. Brama główna zabarykadowana była wózkami górniczymi i przyczepą. Próbowali sforsować ja czołgiem, ale za pierwszym razem nie powiodło im się. Chłopaki od nas próbowali polewać ten czołg wodą z hydrantu, ale widocznie tamci byli na to przygotowani i już wcześniej zmniejszyli ciśnienie wody. Bramę sforsowali dopiero za trzecim uderzeniem. Kiedy czołg wjechał przed cechownię, zomowcy oddali salwę ostrą amunicją. Najpierw pociski poleciały nad głowami. Zaczęliśmy się wycofywać. Między łaźnią, a murem jest szczelina i wielu z nas tam się właśnie skryło przed ogniem zomowców. Leżeliśmy jeden na drugim jak śledzie. ZOMO w międzyczasie uderzyło na drugą bramę, która zabezpieczona była tylko „lutniami” o przekroju 600 mm. Tę przeszkodę bardzo łatwo przeszli i wzięli nas w kocioł, zaczęli spychać w stronę warsztatów mechanicznych. Wraz z Jankiem Bożkiem prowadziliśmy ludzi. Próbowaliśmy zachować jakiś porządek. Był nawet pomysł, aby zjechać na dół, ale sytuacja była bardzo dynamiczna i nie było czasu, żeby coś przemyśleć i zorganizować. Poza tym gdybyśmy zjechali na dół mogliby nas po prostu zalać. Przecież oni byli zdolni do wszystkiego! Za szybem udało im się nas okrążyć. Wtedy dyr. Grzywa powiedział, żebyśmy się poddali, bo nasz opór jest bezcelowy. Potem przez chwilę pertraktował z Jankiem Bożkiem. Janek stanął na organie kombajnianym i przemówił zarówno do nas, jak i do zomowców. Po jego wystąpieniu nastroje opadły. Ludzie się rozpierzchli, bo wszędzie było pełno gazu łzawiącego i nie można było tego wytrzymać. Jeszcze na początku ataku stawialiśmy jakiś opór, ale kiedy zaczęli strzelać, to już raczej chodziło o to, żeby nie dać się zastrzelić. Nie widziałem zbyt wielu postrzelonych. Właściwie pamiętam tylko kolegę, który otrzymał postrzał pod kolano. Wychylił się zza szybu i wtedy dostał. Nawet nie zdawał sobie sprawy co się stało. Powiedział do mnie: „Ty, coś mnie tu ugryzło”. Spojrzałem, a on miał nogę całą we krwi: „Przecież ciebie postrzelili”.

O tym, że Zdzicha Dutka bardzo pobili na bramie dowiedziałem się już po tej całej „zadymie”. Udało mi się przejść bez szwanku przez teren kopalniany, pomiędzy zomowcami i ormowcami. Kiedy zbliżyłem się do dowódcy sił milicyjnych usłyszałem jak melduje do telefonu „Obywatelu generale, melduję, że akcja została zakończona”. Tyle usłyszałem, ale dalej koło niego nie stałem, bo bałem się, że oberwę. Odszedłem trochę dalej, a wzdłuż dyrekcji stali w białym hełmach: Badowski, Podleżeński i jeszcze kilku ormowców, którzy w czasie ataku podążali za zomowcami i pomagali im nas bić. Zostawiłem na kopalni mnóstwo dokumentów, których w tym zamieszaniu nie zdążyłem zabrać. Była to dokumentacja porządkowa dotycząca prowadzenia straży pracowniczej, niby nic wielkiego, ale nazwiska jakieś tam były. Wydaje mi się, że te dokumenty zabrały kobiety z Gogołowem, które przywiozły nam pół worka papierosów.

Po rozbiciu strajku wróciłem do domu. Żona bardzo się martwiła, bo już, przecież ludzie na mieście wiedzieli, że na Manifeście strzelali. Kiedy drugiego dnia poszedłem do pracy i na markowni, na swoim znaczku zobaczyłem taką czerwoną karteczkę, to aż nogi się pode mną ugięły. Przeczuwałem najgorsze. Pani wydająca znaczki powiedziała, że mam się zgłosić do dyrekcji na przesłuchanie. Wyznaczyli mi przesłuchanie na godz. 8.00. Na dworze był mróz. Czekałem przed dyrekcją i denerwowałem się. Byłem zupełnie sam. Zastanawiałem się dlaczego tylko ja. Przed 8.00 przyjechał starszy mężczyzna w kapeluszu z zielonym piórkiem, z teczką pod pachą i zapytał kogoś z personelu: „Czy jest już Molski?” Powiedziałem, że to właśnie ja. Poinformował mnie, że będzie mnie przesłuchiwał i mam iść za nim. Po drodze, zapytał mnie, czy wziąłem sobie ciepłą odzież, bo do domu już nie wrócę. Powiedziałem mu, że mam tylko to co na sobie, bo przecież przyszedłem do pracy. Wzruszył tylko ramionami. Przyznaję, że byłem wtedy bardzo wystraszony. Pytał mnie o nazwiska ludzi z TKZ. Chciał wiedzieć ilu nas w tym brało udział. Na każde jego pytanie odpowiadałem,: nie wiem. Przesłuchiwał mnie w sposób bardzo arogancki. Twierdził, że kłamię gdyż nie byłem członkiem PZPR, bo gdybym nim był to wiedziałbym co to jest prawdomówność. Pytał też, kto zainicjował odśpiewanie Międzynarodówki. Właściwie trudno było zrozumieć, o co mu chodzi. Szedłem w zaparte i na każde pytanie odpowiadałem: „Nie wiem”. Pytał mnie, kto był dowódcą straży. Również odpowiedziałem, że nie wiem. Przekonywałem go, że byłem tylko jednym z wielu. W takim razie poinformował mnie, że jeśli nie będę mówił, to natychmiast zostanę zwolniony z pracy. Nic jednak ze mnie nie wycisnął. Podpisałem zeznanie, a on powiedział, że ponieważ nie chciałem współpracować, więc od następnego dnia jestem zwolniony. Ale żadnego zwolnienia nikt mi nie wręczył. Ten esbek kazał mi się stawić na komendzie przy ul. Śląskiej.

Pojechałem więc na komendę. To, co tam zobaczyłem było przerażające. Milicjanci wywlekali pobitych i zakrwawionych ludzi. Mnie nie pobili, ale traktowali mnie jak szmatę. Straszyli ponownie tym, że już nie zobaczę rodziny. Jeden mundurowy wyrażał się o mojej rodzinie bardzo wulgarnie. To oczywiście było celowe działanie na psychikę ludzką. Złamać przez odebranie godności. Znowu mnie przesłuchali. Na szczęście po tym przesłuchaniu wypuścili mnie do domu. Kolejnego dnia, jak zwykle poszedłem do pracy. Blaszki na znaczku już nie było, wszystko niby normalnie. Kiedy przyszedłem na podział wezwał mnie do siebie kierownik oddziału. Zapytałem go : „O co chodzi?” A on na to: „Zawdzięczasz mi to, że cię nie internowali albo, że cię nie aresztowali”. On już teraz nie żyje, ale ciągle czuję wdzięczność wobec tego człowieka.

Byłem na rozprawie sądowej, gdzie na ławie oskarżonych siedzieli J. Bożek, E. Zandler, J. Mnich i W. Maciaszek. Dostałem wezwanie jako świadek, ale podczas składania zeznań, chcieli mnie zmusić abym się przyznał, że byłem w grupie, która kierowała strajkiem. Po złożeniu zeznań kazali mi jechać do domu. Po tych wydarzeniach chwilowo ograniczyłem swoją działalność. Oczywiście uczestniczyłem w mszach za Ojczyznę, dawałem składki na rodziny internowanych kolegów, czasami zbieraliśmy się we wnęce czyli „kąciku Solidarności” na cechowni i śpiewaliśmy nasze piosenki.

Spotkaliśmy się z J. Zarębskim i jego grupą. Wcześniej Zarębski miał głównie kontakty z dozorem kopalni, bo sam był dyspozytorem. Czemu włączył się w działalność opozycyjną, tego nie wiem, ale działał mocno. Na tym spotkaniu padła myśl, aby wysadzić murek z blaszanym skrótem PZPR. Dostałem zlecenie załatwienia liny. Plan był taki, aby niepostrzeżenie opasać ten murek liną, podczepić ją pod autobus i w momencie, kiedy autobus by ruszył murek zostałby obalony. Zgłosiło się po tą linę do mnie dwóch młodych chłopaków. W czasie kiedy oni mieli obalić ten murek, ja byłem na nocnej zmianie. Wyszedłem rano, po nocce, spojrzałem, a tu mur stoi. Pomyślałem, że ich złapali. Spostrzegł mnie jeden z tych chłopaków, którzy odbierali linę. Zauważył mnie jak stoję i przyglądam się temu napisowi. Podszedł do mnie i mówił „Marian, kurwa, ten autobus stanął trzy metry dalej i brakło tej liny”. Zamach na napis „PZPR” się nie udał. Muszę jednak powiedzieć, że w pierwszym momencie przestraszyłem się, że chłopaków pozamykali.

W działalności konspiracyjnej jako takiej nie brałem udziału, ale sporadycznie kolportowałem u siebie na oddziale bibułę. Miałem poczucie przez cały okres lat 80-tych, że Solidarność zwycięży, więc strasznie zdenerwowała mnie wypowiedź Jaruzelskiego: „Solidarność odeszła na śmietnik historii”. Te słowa zamiast zwątpienia, wywołały u mnie jeszcze zacieklejszą nienawiść do komunizmu.

Esbecja rozpracowywała naszą grupę i udawało im się czasami podkopywać zaufanie pomiędzy nami. Śledzili każdy nasz krok. Pamiętam, że kiedyś chciałem odwiedzić Janka Bożka w jego mieszkaniu na ul. Zielonej i zostałem przez nich po prostu napadnięty. Wtedy mi się jakoś upiekło. Natomiast pod koniec lutego 1983 roku zostałem zaatakowany w swojej klatce pod windą. Tak mnie pobili, że trzy miesiące przebywałem na zwolnieniu lekarskim. Byliśmy, zresztą nie tylko permanentnie inwigilowani, ale również nękani. To było jeszcze w czasie trwania stanu wojennego. Rzecz miała miejsce w moim mieszkaniu. Byłem wtedy po nocce i spałem. Przyszła do mnie banda zomowców. Otworzyła im moja żona. Kazali jej mnie obudzić. Było ich około dziesięciu. Potem zaczęli zadawać idiotyczne pytania typu: „Co słychać na mieście?” albo „Czy byłeś w pracy, czy na jakimś spotkaniu?” Nic na mnie nie mieli więc po paru pytaniach poszli sobie.

W sierpniu 1988 roku podczas strajku przebywałem akuratnie na zwolnieniu chorobowym. Mimo to wspierałem strajkujących kolegów jak tylko mogłem. Bezpośrednio po strajku również starałem się pomóc, gdyż przywódcom i wielu uczestnikom strajku obniżano wypłaty, Zorganizowałem zbiórkę pieniędzy na swoim oddziale. Po roku 1988 w dalszym ciągu pełniłem funkcję przewodniczącego Solidarności na swoim oddziale.

Patrząc na naszą historię z perspektywy tych 30 lat cieszę się, że brałem w tym wszystkim udział, że przyszło mi żyć akurat w takim czasie. Cieszę się też, że doczekałem się wolnej Polski, o której moi dziadkowie i moi rodzice mogli tylko marzyć. Nie żałuję niczego, co zrobiłem. Gdyby przyszła potrzeba, zrobiłbym to jeszcze kilkakrotnie, bo za Ojczyznę oddałbym życie. Może jeszcze ta nasza Polska nie jest doskonała, ale myślę, że przyszłym pokoleniom w wolnej Polsce będzie się żyło naprawdę dobrze. Mogliśmy tylko marzyć o Europie i świecie bez granic, a teraz to jest zwykła codzienna rzeczywistość. Wolno mówić i myśleć, co się chce. Życzę wszystkim naszym rodakom, aby żyło im się w naszym kraju jak najszczęśliwiej i aby naprawdę dbali o naszą wspólną Ojczyznę.

Redakcja Alicja Lipska