L00114 Henryk Najduch

Z Encyklopedia Solidarności

Relacja Henryka Najducha

12 grudnia 1981 roku oglądałem film w telewizji, gdy nagle punktualnie o północy obraz znikł. O 6.00 rano dowiedziałem się, że w telewizji występuje Jaruzelski i mówi, że ogłosił stan wojenny na całym terytorium Polski. Wyłączono również telefony. Niedziela była dniem mroźnym; rano wraz z ojcem jechaliśmy autobusem na roraty – samochodu jeszcze wtedy nie miałem – i widziałem u ludzi ogromne załamanie. Większość z nich wiedziała o wprowadzeniu stanu wojennego. Wśród moich znajomych i kolegów panowało przeświadczenie, że to, co się zaczęło dobrego to teraz się chyba kończy. Byliśmy tym ogromnie podłamani. Przez całą niedzielę zastanawiałem się, jak na zakładzie pracy (Nowosądecka Fabryka Urządzeń Górniczych Nowomag w Nowym Sączu) poukrywać niektóre rzeczy, np. materiały związkowe. Przypuszczałem, że internowano moich kolegów np. Andrzeja Szkaradka, wówczas wiceprzewodniczącego Komisji Zakładowej w Nowomagu i członka Zarządu Regionu. Przyszedł 14 grudnia i rano – nieco wcześniej niż zwykle – pojechałem do pracy. Chciałem pobrać klucze od pomieszczeń związkowych i wynieść, co się dało. Zwołałem kilku kolegów z Komisji Zakładowej, do których można było mieć pewne zaufanie i udało nam się trochę rzeczy powynosić, m.in. deklaracje członkowskie, a w tym czasie w związku było prawie 1000. Załoga liczyła 1150 z praktykantami ze szkół, którzy nie mogli jednak należeć do związku. Ukryliśmy również archiwum i bibliotekę wydawnictw drugiego obiegu. Byłem elektrykiem i wiedziałem jak ukryć takie rzeczy w stacjach wysokiego i niskiego napięcia, rozdzielniach. Nie każdy miał tam dostęp i dlatego było to bezpieczne. Tym sposobem te rzeczy przetrwały 8 lat, bo było tam sucho i nic nie uległo zniszczeniu.

Około godziny 9.00 tego dnia przyjechała esbecja. Robili przeszukania i zabierali interesujące ich rzeczy. Jakieś spisy, listy z zapomogami, ale raczej nie były to ważne dokumenty. Następnie zamknęli i zaplombowali pomieszczenia związkowe zabierając klucze ze sobą. Kiedy zabezpieczaliśmy nasze dokumenty przez dwie godziny przed przyjazdem SB, to przeoczyliśmy niestety dokumenty bankowe związku, związane z odprowadzaniem składek członkowskich. Tym sposobem dowiedzieli się, gdzie mamy pieniądze, a myśmy utracili wiedzę na temat kwot. Na szczęście po latach bank ujawnił nam tę dokumentację. Oryginalne dokumenty zabrane wówczas przez SB nigdy już do nas nie wróciły. Straciliśmy również 80 tys. zgromadzone na koncie, a wówczas przeciętna płaca wynosiła 2-3 tys. zł. Z tych pieniędzy w czasie działalności opłacaliśmy statutowe działania, zasiłki dla członków i inne socjalne wydatki jak np. opłata za wycieczki. Związek organizował wiele różnego rodzaju imprez. Socjalne fundusze zakładowe były i wówczas, ale raczej mizerne.

Tak wyglądał pierwszy dzień w pracy po wprowadzeniu stanu wojennego. Oczywiście myśleliśmy nad zorganizowaniem strajku. Większość ludzi była jednak zastraszona wprowadzonymi rygorami wojskowymi np. kto podlegał służbie wojskowej ten mógł być sądzony i skazany według wojskowego prawa. Po naradzie i konsultacji z kilkudziesięcioma osobami – w większości z Komisji Zakładowej – uznaliśmy, że nie można liczyć na poparcie całej załogi. Później się dowiedzieliśmy, że oprócz Andrzeja Szkaradka z naszego zakładu internowano jeszcze Zenona Szajnę, przewodniczącego Komisji Zakładowej, inżyniera i bardzo porządnego człowieka.

Wchodziłem w skład drugiego garnituru działaczy i dlatego w momencie aresztowania części związkowców, zaczęliśmy działać. Początkowo mieliśmy różne pomysły, ale z ich realizacją było gorzej. Zaczęliśmy też zbierać podpisy (21-31 grudnia 1981 roku) o uwolnienie Andrzeja Szkaradka i Zenona Szajny. Oprócz mnie w grupie zbierających te podpisy byli jeszcze Władek Migacz, Jasiu Malarz i Marian Michalczyk. Na maszynie napisał petycję Marek Janka. Załączone były do niej listy osób z podpisami, w sumie ok. 500 podpisów. W petycji o uwolnienie zawarliśmy argumentację, że oni nic złego nie zrobili przeciwko Polsce czy zakładowi pracy. Podpisał ją nawet I sekretarz POP (Podstawowa Organizacja Partyjna PZPR) na zakładzie. Zapewnie, gdyby tego nie zrobił to konsekwencje dla nas byłyby poważniejsze. W styczniu 1982 roku poszliśmy do dyrektora zakładu, by mu osobiście wręczyć tę petycję. Kiedy weszliśmy do sekretariatu okazało się, że są u niego komisarze wojskowi – jeden w stopniu pułkownika, drugi kapitana. Pułkownik – w przeciwieństwie do kapitana, z którym można było pogadać – okazał się strasznym „psem”. Sekretarka powiedziała, że nie możemy wejść do dyrektora, a jak coś mamy to możemy to złożyć na dzienniku podawczym. Tak też zrobiliśmy z Migaczem i Michalczykiem. Kiedy pismo dotarło do dyrektora zaczęła się „wojna”. Pytał, kto je złożył, sekretarka z nazwiska znała tylko Władka Migacza, a pozostałych tylko z widzenia. Uprzedziła więc Władka dzwoniąc do niego na wydział. On z kolei przybiegł do mnie pytając, co ma zrobić, jak go zapytają z kim był. Powiedziałem, by przyznał, że był ze mną, a o tym trzecim, że go nie zna, co było zresztą zgodne z prawdą. Po dziesięciu minutach zadzwonił telefon z sekretariatu bym się zgłosił do dyrektora. Oprócz dyrektora byli tam też ci komisarze oraz kolega Władek Migacz. Zadano mi pytanie, czy to ja składałem petycje o uwolnienie obok pana Migacza? Potwierdziłem to. Usłyszałem wtedy: „Będziecie wisieć za to, będziecie siedzieć za to 15 lat”. Zapytałem: „A za co? Przecież oni są niewinni. To jest jedynie taka prośba o ich uwolnienie”. Usłyszałem jednak, że to jest przestępstwo z jakiegoś paragrafu i zaczęli nas straszyć. Zapytano kto był jeszcze z nami? Odpowiedziałem, że ktoś z wydziału produkcji. Na pytanie o nazwisko odparłem, że nie znam, chociaż było odwrotnie. Gdy kilkukrotnie jeszcze musiałem odpowiedzieć, że nie znam tego człowieka to usłyszałem pytanie: „Czy gdyby została przeprowadzona konfrontacja na wydziale produkcyjnym, poznał by go pan? Powiedziałem, że owszem. Następne: „Jak zrobimy konfrontację to pan go wskaże?” Odparłem, że nie. Zaczęli się wściekać. Zostało złożone zawiadomienie do SB. Kiedy esbecy przyjechali i na liście z podpisami zauważyli nazwisko szefa POP to trochę wymiękli. Ten sekretarz był porządnym chłopem. Dziś, kiedy się z nim widzę to się z tego śmiejemy. Oczywiście esbecy robili całe postępowanie, m.in. sprawdzali na jakiej to było maszynie pisane i wyszło, że w zaopatrzeniu. Wcześniej, podczas przesłuchania zaprzeczyliśmy, że wiedzieliśmy kto to napisał. Nie udało im się ustalić kto konkretnie był winien. Cały czas przesłuchiwali nas na komendzie przy ul. Szwedzkiej, straszyli zatrzymaniem. Ostatecznie wypuścili nas po 10 godzinach. Ludziom na zakładzie zadawali pytania, czy byli przez nas zmuszani do składania podpisów. Odpowiadali, że robili to dobrowolnie i uważają tak jak my, że tamci zostali uwięzieni niesłusznie, bo nic złego nie zrobili przeciwko Polsce czy zakładowi. Sprawa z petycją została umorzona w 1983 lub 1984 roku z powodu niemożności wyjaśnienia. Mnie się wydaje, że powodem mogła być obecność nazwiska szefa POP. Obecnie staram się skompletować listy z podpisami do tej petycji będące w zasobach IPN. Nie mieliśmy zatem jakichś większych konsekwencji z tej sprawy, za wyjątkiem tego, że później zawsze byliśmy podejrzani jako pierwsi przy innych sprawach.

Kiedy nadeszły święta 1981 roku to wraz z rolnikami zorganizowaliśmy pomoc dla naszych internowanych kolegów. Chcieliśmy, by do rodzin uwięzionych trafiły jakieś wędliny i inne wyroby. U Kostka Konara dokonaliśmy uboju, a następnie podzieliśmy wyroby między wspomniane rodziny. Była to tradycyjnie kiełbasa, kaszanka, salceson i pasztety oraz trochę mięsa. Był to taki drobny prezent od kolegów i działaczy Solidarności. Zapewne to był dla nich miły gest, że ktoś o nich pamiętał.

Również po wypłacie wynagrodzenia za grudzień zorganizowaliśmy składkę na pomoc uwięzionym oraz na działalność związkową. Było to w formie zbierania do „kieszeni”: szło się po wydziale i informowało, na co będzie przeznaczona składka. Zdarzało się, że były to znaczne kwoty. Również w innych zakładach pracy zbierano składki na internowanych. Były to głównie ZNTK, SZEW, SZNA, PKS, MPK. Skarbnikiem naszym był Kostek Konar z ZNTK, z którym umawiałem się na przekazanie pieniędzy np. w autobusie wcześniej uzgadniając numer linii. Kwoty tych składek były różne w zależności od miesiąca, czasem było to 5 tys. zł, czasem 10. Za te pieniądze kupowaliśmy różne rzeczy, które zawoziliśmy kolegom w ośrodku internowania w Załężu k. Rzeszowa. Później większość przeniesiono do Łupkowa, m.in. Andrzeja Szkaradka, którego odwiedziłem dwa razy.

W styczniu lub lutym 1982 roku z Załęża przywieźliśmy wygrawerowane na desce hasło przeciwko stanowi wojennemu. Internowany Andrzej Szkaradek prosił, by je upublicznić i rozpropagować jak najszybciej. Wraz z Marianem Michalczykiem i Czesławem Szkaradkiem (bratem Andrzeja) zrobiliśmy ulotki, które kolportowaliśmy po zakładach pracy. W moim starym domu zorganizowałem drukarnię. Z zakładowego działu poligraficznego w Nowomagu skombinowałem czarną i czerwoną farbę. Oprócz hasła (którego dziś już nie pamiętam) był piękny napis „Solidarność”. Zrobiliśmy ok. tysiąca takich ulotek – ręcznie. Na początku próbowaliśmy je robić w ten sposób, że na szybę wylewaliśmy czarną farbę. To nam jednak nie wychodziło, więc następnie tworzyliśmy te napisy za pomocą przytykania delikatnego gąbką. Za jednym pociągnięciem można było zrobić trzy ulotki. Kolega dodatkowo na każdej przybijał jeszcze stempel z napisem „Solidarność”. W tym starym domu, gdzie były dwa pomieszczenia (jedno duże), porobiliśmy regały z desek by poszczególne ulotki mogły schnąć. Była zima i mimo że paliło się w piecu, to jednak długo schły. Dopiero następnego dnia wieczorem można je było zabrać. Nie była to technologia jak dzisiaj, więc często i tak się kleiły. Rozwoziłem je do ZNTK, SZEW-u, Spółdzielni Inwalidów. W tej ostatniej przewodniczącym Solidarności był nasz przyjaciel, Zbyszek Szkarłat zamordowany w 1986 roku. Obok mnie mieszkał kuzyn Stanisław Uszko, który pracował w MPK i tam kolportował. Z dużych zakładów ulotki trafiały również do mniejszych. Stworzyliśmy taki łańcuch pośredników, by jedna osoba nie musiała biegać po całym Nowym Sączu. Większość ulotek była wytwarzana i kolportowana przeze mnie. Planowaliśmy, kiedy i gdzie ulotki czy plakaty się ukażą, by był jak największy efekt oddziaływania, by były najbardziej widoczne. Pierwsze ulotki były przyklejone nawet na drzwiach sekretariatu dyrektora zakładu. Przykleił je tam Marian Michalczyk, który był odważną osobą. Następnie zaplanowaliśmy rozrzucenie ulotek na stołówce zakładowej, gdzie jednorazowo podczas śniadania przebywało ok. 300 osób. Dwieście – trzysta ulotek miał rozrzucić również Marian Michalczyk. Ja mu otworzyłem boczne drzwi i w chwili kiedy je rzucił, głównymi drzwiami, weszli komisarze wojskowi. Zapewne, gdyby nie duża kolejka i ludzie, którzy zatarasowali boczne wejście zostałby pochwycony. Ludzie zasunęli drzwi mimo okrzyków wojskowych, a koledze udało się uciec. To była pierwsza po 13 grudnia zorganizowana akcja drukowania i kolportowania ulotek na terenie Nowego Sącza.

Później już w każdą ważną rocznicę – jak np. 3 maja – ukazywały się ulotki z hasłami antykomunistycznymi. Chcąc udowodnić, jaki jest stosunek społeczeństwa do władzy oraz że opozycja istnieje, nawoływaliśmy za pomocą akcji ulotkowych i plakatowych do zademonstrowania tego. Były to np. akcje, by w określony dzień nie korzystać z komunikacji autobusowej a chodzić pieszo. Drukowaliśmy tak przez cały 1982, 1983 i początek 1984 roku w różnym składzie osobowym. Po wyjściu z internowania w listopadzie 1982 roku mocno zaangażował się również Andrzej Szkaradek.

Z Ośrodka Internowania w Łupkowie przywieźliśmy 3 lub 4 matryce do drukowania. Robił je tam kolega Andrzeja, współwięzień i solidarnościowiec. Do deski przyklejona była płytka PCV, w której wyżłobiony był wzór. Przywiozłem dwie takie matryce, a pozostałe koledzy, gdy byliśmy odwiedzić uwięzionych. Przekazywano je podczas widzenia lub – gdy nie było ono możliwe – przez ogrodzenie. Pakunek miał wielkość formatu A4 lub mniejszą A5.

W Nowym Sączu osobami, które wykonywały matryce w ten sam sposób na nasze potrzeby, była Ewa Andrzejewska i Krzysztof Lipiński. Ewa zrobiła m.in. taką matrycę z okazji przyznania Nagrody Nobla Wałęsie. Odwzorowanie Wałęsy było zrobione bardzo dobrze – nawet dziś osoby oglądające zachwycają się jakością jej wykonania. Dziś nie mam za wiele sympatii do Wałęsy, ale w tamtym czasie to był nasz autorytet. Największym autorytetem był bowiem nasz papież, bez niego nie byłoby tego wszystkiego, tej wolności, jaka dziś jest. Różnie dziś to oceniają, ale gdyby nie było tamtego okresu to teraz bylibyśmy daleko w tyle.

Przez okres dwóch i pół roku wydaliśmy 15 różnego rodzaju publikacji: ulotek, haseł. Przeważnie w procesie druku uczestniczyły 3-4 osoby; ja byłem przy tym zawsze, a później również Andrzej Szkaradek. Czasem był Grzesiek Sajdak z SZEW-u bądź nieżyjący już Stasiu Jeliński. Szczególnie zapamiętałem Zbyszka Szkarłata – pracowaliśmy wszyscy w chirurgicznych rękawiczkach, a on bez i odbijał swoje paluchy na drukach. Mówił, że ma to w nosie. Teksty wychodziły od Ewy Andrzejewskiej i Krzysztofa Lipińskiego. Przeważnie przez noc udawało nam się wydrukować ok. 2 tys. egzemplarzy. Trzeba się było jednak uwijać bo wszystko było robione ręcznie, pojedynczo.

Andrzej przeważnie przyjeżdżał ze swoimi dwoma córkami; ja miałem trójkę dzieci, więc bawiły się wspólnie. Żony były przy nich, a myśmy drukowali w starym domu, do 2-3 w nocy. Wieczorem przynosiły nam kolację. Żona Andrzeja wracała do domu z dziećmi ostatnim autobusem. Następnego dnia dokonywaliśmy rozdziału na poszczególne zakłady, wydziały czy skrytki. W ten sposób to funkcjonowało w Nowym Sączu. A propos – uczestniczyłem sporadycznie w drukowaniu „Wiadomości Nowosądeckich”. Przeważnie zajmowali się tym Andrzej Szkaradek, Piotrek Kałamarz i Henryk Szewczyk. Nie wiem, kto pisał teksty, ale były tam też przedruki z innych tytułów np. z „Tygodnika Mazowsze” czy „Hutnika” oraz wiadomości lokalne.

W stanie wojennym dostawałem całe worki z bibułą, książkami i ulotkami. Przywoził mi je Krzysztof Lipiński. Z Andrzejem Szkaradkiem dzieliliśmy to na poszczególne zakłady. Staraliśmy się, by do wszystkich docierały. Można powiedzieć, że u mnie był centralny punkt rozdziału na Nowy Sącz. Ul. Lwowska 190, stary dom, stodoła. Dopiero w ubiegłym roku dowiedziałem się, że nasze przesyłki najpierw przechodziły przez ręce Ryśka Pawłowskiego, który był kolejarzem i dopiero od niego trafiały do Krzysztofa Lipińskiego. Dobre wówczas było to, że się nie wszyscy znaliśmy. Wiadomo, że w śledztwie nie każdy potrafił trzymać język za zębami. W różny sposób naciskano na ludzi, np. strasząc konsekwencjami dla dzieci przy maturze. Byli również kapusie po zakładach, którzy dużo złego zrobili.

W domu, w którym mieszkałem, starałem się nie trzymać żadnych podejrzanych materiałów. Właścicielem starego domu i stodoły był mój ojciec, więc chcąc zrobić tam rewizję musieliby mieć na niego nakaz. Również połowa nowego domu była na niego. Taki układ zadecydował, że właśnie tam to wszystko robiliśmy i mniej osób tam się kręciło. Cieszyło nas bardzo, że komunistów będzie zalewać krew, jak za kilka dni zobaczą te ulotki w zakładach pracy i na terenie miasta.

Od początku do końca miałem drukarnię matrycową – wszystko robiło się ręcznie, co było niesłychanie mozolne. Ale nam chciało się robić! Natomiast „Wiadomości Nowosądeckie” były wydawane na lepszym sprzęcie. Oprócz poligrafii, robiliśmy też w tym czasie inne akcje, jak wywieszenie na kominie flagi Solidarności czy malowanie na ścianach haseł: „Precz z komuną!” Po takich wydarzeniach często byłem wzywany wraz z kolegami na przesłuchania w komendzie.

6 marca 1984 roku, kiedy byłem na zwolnieniu lekarskim z powodu silnego przeziębienia, aresztowano ok. 8 osób w Nowym Sączu, m.in. Andrzeja Szkaradka, Henryka Szewczyka i Zbyszka Szkarłata. Dowiedziałem się o tym dopiero wieczorem 6 lub 7 marca, gdy przyszedł do mnie Krzysztof Lipiński i poprosił o schowanie przesyłki z nielegalnymi wydawnictwami, którą odebrał nieco wcześniej. Prosił również by wszystko ukryć, bo nasi koledzy już siedzą. Poszedłem wówczas do tego starego domu i zacząłem wszystko pakować do worków, m.in. po cemencie. Zapakowałem matryce, ulotki, książki. Następnie poszedłem do stodoły, gdzie zaświeciłem światło, przerzuciłem kilka furmanek siana i na pustym klepisku wykopałem wielki dół. Zakopałem tam wszystkie spakowane wcześniej materiały, po czym przerzuciłem tam ponownie siano. To była ciężka praca dla jednej osoby, ale nie chciałem nikogo prosić o pomoc. Zakopane wówczas rzeczy przetrwały do 1989 roku. Obecnie ta stodoła odpowiednio przystosowana służy do spotkań z przyjaciółmi. Niezaznajomione osoby informuję, że w miejscu gdzie siedzą, były zakopane wszystkie skarby podziemnej Solidarności – oczywiście te, które ja posiadałem. Materiały były udostępniane i obecne m.in. na wystawie w muzeum w Nowym Sączu. Był tam osobny dział poświęcony właśnie naszej chałupniczej produkcji ulotek. Urządzaliśmy prezentacje, jak się je wytwarzało, by ludzie mogli się z tym zapoznać.

W latach 1982-1984 spotkania konspiracyjne ze znajomymi urządzaliśmy nie tylko u mnie. Staraliśmy się, by były to różne miejsca. Podczas tych spotkań omawialiśmy m.in. jakie będziemy robić akcje, zwłaszcza przed rocznicami i innymi uroczystościami. Spotkania miały również miejsce u Krzyśka Michalika, u członków rodziny Grześka Sajdaka i u wielu innych. Cały czas zbieraliśmy też składki po zakładach pracy by sfinansować naszą działalność, bo za niektóre materiały musieliśmy płacić. Również za ulotki i inne wydawnictwa trzeba było zapłacić dystrybutorom. Oczywiście część składek szła na pomoc więzionym kolegom m.in. tym, którzy w lutym i marcu 1982 roku zostali aresztowani (Tadeusz Nitka, Józef Jarecki, Tadeusz Piasecki, Krzysiu Węglowski-Król) za drukowanie „Wiadomości Nowosądeckich”. Dostali wyroki po kilka lat. Pomagaliśmy ich rodzinom.

Wtedy w marcu 1984 roku nie zostałem zatrzymany. Nie obeszło się jednak bez rewizji, którą przeprowadzili 19 marca o 6.00 rano. W tym dniu w dalszym ciągu byłem na zwolnieniu lekarskim. Gdy usłyszałem dzwonek do drzwi to powiedziałem do żony „idą po mnie”. Nie chciała wierzyć. Wskazałem jednak na godzinę, która była na zegarze. Esbecy starali się bowiem przestrzegać chociaż tej zasady, że nie wchodzili między 22.00 a 6.00 rano. Później się dowiedziałem, że pod domem czekali w samochodzie już od godziny 5.00. Gdy zszedłem na dół i otworzyłem to pokazali mi nakaz rewizji. Zapytali, czy cały dom należy do mnie – odparłem, że tylko połowa, bo parter należy do rodziców, więc dolnej części nie przeszukiwali. Przeszukali natomiast piwnice i garaż, które należały do mnie. Wyciągali nawet popiół z popielnika pod kuchnią węglową. Również dzieci – śpiące w tym czasie – musiały zejść z wersalek, które następnie zostały przeszukane. Praktycznie nic nie znaleźli za wyjątkiem Zapisków więziennych kardynała Stefana Wyszyńskiego oraz zbiorem pieśni polskich od XV do XX wieku. Były to pieśni rycerskie, żołnierskie. Nigdy nie udało mi się już odzyskać tego śpiewnika; a szkoda, bo do dzisiejszego dnia lubię śpiewać takie piosenki. Wzięli je, bo były to wydania podziemne i w protokołach jest, że miały służyć jako dowody. Na pytanie gdzie je kupiłem odparłem, że na jednym ze stoisk na odpuście jezuickim.

Zabrali mnie również na komendę, gdzie zaczęli wypytywać o ulotki. Zauważyłem, że posiadali większość ulotek wyprodukowanych przeze mnie wraz z kolegami – po kilka egzemplarzy. Sugerowali, że to moja robota. Odparłem tylko, że fajne te ulotki, co chyba im się nie spodobało. Następnie powiedziałem, że „pierwszy raz je widzę i są fajnie zrobione”. Mimo moich zaprzeczeń chcieli, bym potwierdził, że to ja je robiłem. Cały czas zaprzeczałem, ale miałem świadomość, że i tak już dużo wiedzieli, choć to było dopiero dwa tygodnie po pierwszych aresztowaniach. Nie wiedziałem tylko, czy to wszystko wiedzą od aresztowanych chłopaków czy też od kapusiów, których na zakładzie – jak się dziś okazuje – było dużo. Byli to często nasi koledzy, którym czasem się zwierzaliśmy; nie uważaliśmy też naszej działalności za całkowitą i głęboką konspirację. Jak przynosiłem ulotki na zakład, to na dziale dawałem je chłopakom, by porozdawali ludziom nie mówiąc jednak, kto je robił. Mieliśmy też kolegów w zaopatrzeniu, a dziś się okazało, że było tam trzech współpracowników SB. Oni mieli kolportować ulotki w administracji. Oczywiście byli tam też ludzie, którzy robili dobrą robotę.

SB wiedziało także, że składki przekazywałem w autobusie nr 16; nie wiedzieli jednak komu. Byli zorientowani, że były to kwoty 5-10 tys. zł przez kilka lat. Oczywiście do tego też się nie przyznałem. Na zakładzie był „opiekun” z SB i to on mnie przesłuchiwał na komendzie milicji. Również na zakładzie często „zapraszał” mnie na rozmowę. Sugerował, że wie o nas i o tym, jak wiele robimy, jednocześnie strasząc mnie konsekwencjami.

Podczas tego przesłuchania 19 marca esbek powiedział: „My na ciebie mamy wszystko, tylko dziękuj bogu, że jesteśmy tak litościwi, bo masz chorobowe i nie chcemy cię zamknąć”. Ale oni to raczej litościwi nie byli i nie wiem na co czekali... Kiedy przychodziłem na zakład pracy, by przekazać kolejne zwolnienie lekarskie to zawsze kilka osób się mnie wypytywało, kiedy wrócę do pracy. Te osoby nie wyszły później w dokumentach, jako donosiciele jednak były znajomymi kadrowe i to ona prosiła ich, by się dowiedzieli. Do pracy wróciłem 3 lub 4 maja, a zamknęli mnie 8. W ten dzień przyszli na zakład pracy zaraz z rana. Tego samego dnia były imieniny dwóch Stanisławów. Wypiliśmy z nimi po kieliszku, również kierownik się przyłączył. Potem poszedł do swojego biura, a po pół godzinie wrócił. Zaczął wypytywać o awarię przewodów elektrycznych, którą usuwałem poprzedniego dnia zostając po godzinach. Byłem wówczas brygadzistą i zostałem wraz z dwoma kolegami. Kierownik zapytał się, o której uruchomiliśmy rozdzielnię na hali obróbki wiórowej. Odpowiedziałem, że ok. godziny 18.00 zostało wszystko włączone. Zaczął zastanawiać się, czy czegoś nie sknociliśmy, bo go dyrektor wraz ze mną wzywa na górę do swojego biura. Odparłem, że nie wiem o co chodzi. Zaczął mówić, że jestem brygadzistą i wczoraj tam byłem. Odpowiedziałem, że przecież wiele osób widziało – i on też – jak przepalił się kabel, a my go naprawiliśmy, uruchomiliśmy i wszystko było w porządku. Poszliśmy do dyrektora i po wejściu do niego kierownik zapytał, czy czegoś chciał ode mnie. Dyrektor odparł do kierownika, by zszedł do siebie, bo on nie ma ani nic do niego, ani do mnie, natomiast są tu pewni panowie, którzy mają do mnie kilka pytań. Zamknęli drzwi i poinformowali mnie, że idę na przesłuchanie, bym się przebrał w szatni oraz że jestem zatrzymany pod zarzutem nielegalnej działalności szkodliwej dla Polski tj. druku ulotek i kolportażu prasy podziemnej. Powiedziałem, że sam mogę iść się przebrać, na to jednak nie pozwolili twierdząc, że mógłbym im uciec. Odparłem, że nie czuję się winny i nie mam zamiaru uciekać.

Zawieźli mnie na komendę milicji na ul. Szwedzkiej i trafiłem do pomieszczeń SB. Tu już zaczęło się prawdziwe przesłuchanie i straszenie. Pokazali mi ponownie ulotki mówiąc, że to moja robota. Twierdzili też, że każdy odbity palec na ulotce jest mój. Odparłem, że tego nie robiłem, więc moich odcisków tu nie ma. Poza tym nikt mi nie pobierał odcisków palców, więc nie można mówić, że akurat te są moje. Przesłuchujący zaklął na swoich podwładnych i dopiero wówczas mi je pobrano. Dziś to jest prosta sprawa, wówczas jednak pobrane odciski szły do Krakowa, gdzie trafiały do głównej bazy. Nie pokazywali mi „Wiadomości Nowosądeckich”, bo wiedzieli, że ja ich nie drukowałem. Wiedzieli też, że u mnie była główna drukarnia. Porobili mi zdjęcia i zaczęli dalej przesłuchiwać i straszyć. Przesłuchujący Stanisław Rzemiński – nie pamiętam jego stopnia – mówił, że „za każde kłamstwo biję w pysk!” Odpowiadałem, że jak mnie tak straszy, to nie będę w ogóle z nim gadał. Przez kilka minut zadawał pytania, a ja milczałem. Zastanawiam się, czy mieli to pomieszczenie na podsłuchu, bo po chwili wszedł porucznik Hebda, młody i niewysoki, mówiąc do tego swojego kolegi, że szef go prosi. Hebda usiadł i powiedział do mnie, że od tej chwili to on mnie będzie przesłuchiwać. Zaproponował mi kawę lub herbatę – ja odmówiłem mówiąc, że kawy nie piję, a herbaty mi się nie chce. Następnie zaproponował kieliszek koniaku i papierosa – tu też odmówiłem. Zaczął wypytywać, a ja się w dalszym ciągu do niczego nie przyznawałem. Wtedy powiedział, że sprawa idzie do prokuratury, a ja dostaję trzymiesięczną sankcję.

Prokuratura była na ulicy Pijarskiej. Była tam prokurator o dwuczłonowym nazwisku, jedno to Kubisz. Próbowała mi udowodnić winę. Argumentowała, że jak się przyznam to może do domu pójdę, bo mam tam trójkę dzieci i powinienem je mieć na uwadze, do tego ewentualnie będę odpowiadał z wolnej stopy. Zaczęła też wymieniać nazwiska osób, z którymi działałem. Pomyślałem sobie, że oni wszystko wiedzą. Następnie zarzuciła mi, że byłem głównym skarbnikiem Nowomagu, zbierałem składki wraz z kolegami na wydziałach i przekazywałem je w autobusie nr 16 – kwoty były różne w zależności od miesiąca. Mimo wszystko do niczego się w dalszym ciągu nie przyznawałem. Kiedy z jej strony padło, że gdy zostanę aresztowany to będę osadzony w areszcie na ulicy Pijarskiej w Nowym Sączu, wtedy odezwał się Rzemiński, zwracając się do niej: „pani prokurator, Montelupich!” (w Krakowie). Zapytała „A dlaczego?”. Odpowiedział: „Bo na Pijarskiej ten pan ma wujka mistrzem na produkcji”. Rzeczywiście – miałem wujka, który tam pracował jako pracownik cywilny w warsztatach więziennych. Wszystko wiedzieli.

Noc spędziłem na milicyjnym dołku w piwnicznej celi, gdzie było zimno z powodu panujących w tych dniach chłodów. Następnego dnia zaczęło się ponownie przesłuchanie i wałkowanie. Ponownie był to porucznik Hebda. Próbował się przymilać i mówił, że oni to wszystko wiedzą, a ja wiem, że oni wiedzą. Cały czas powtarzałem, że tego nie robiłem i dlatego nic nie wiedzą. Mówił też to, co prokurator – jak się przyznam to pójdę do domu, czeka na mnie trójka dzieci. Oczywiście mogę dostać wyrok, ale przynajmniej na razie będę siedział w domu. Dał mi termin na przyznanie się do następnego dnia, do godz. 9.00 lub 10.00. O 9.00 rano Hebda ponownie zabrał mnie na przesłuchanie. W związku z tym, że do niczego się nie przyznałem poinformował mnie, że jadę do Krakowa na Montelupich. Na dokumentach, które dzisiaj mam z tamtego okresu (jak np. postanowienie o sankcji trzymiesięcznej) jest napisane, że po przedstawieniu zarzutów nie przyznałem się do zarzucanych mi czynów, wobec czego zachodzi możliwość matactwa i wnioskuje się o areszt.

Było chyba około 10.00 dnia 10 maja, gdy z dwoma innymi więźniami zabrano mnie do samochodu i wywieziono do Krakowa. W tamtejszym areszcie spędziłem prawie 3 miesiące na oddziale ścisłej izolacji. W większości siedzieli tam skazani na kary śmierci. Praktycznie wszyscy moi koledzy przechodzili przez ten oddział tyle tylko, że ja siedziałem tam przez cały okres mego pobytu, a moi koledzy, którzy siedzieli w areszcie po 4-5 miesięcy po głównych przesłuchaniach przechodzili na sale wieloosobowe. Ja byłem cały czas w celi trzyosobowej, tylko początkowo było nas tam pięciu.

Od przyjaciół, rodziny i żony dostawałem paczki żywnościowe. Gdy mnie zamknięto w celi ważyłem 105 kg i przez pierwsze dwa tygodnie przytyłem jeszcze 5 kg. Kolega w celi powiedział, że mam taką ładną żonę – widząc jej zdjęcie – ale nie będzie na mnie czekać, jak będę taki gruby. Zasugerował, bym zaczął się odchudzać poprzez ćwiczenia fizyczne, bieganie na spacerniku na dachu aresztu. Ten spacernik to było jedyne miejsce, gdzie mogliśmy przebywać po opuszczeniu celi. Oczywiście cały był okratowany. Tak też zacząłem robić, ograniczyłem też jedzenie i zacząłem pić herbaty. Po prawie trzech miesiącach schudłem ok. 30 kg. Tycie zapewne spowodowane było stresem i ciągłym zdenerwowaniem.

W pewnym momencie mego pobytu w celi zacząłem przypuszczać, że w celi jest kapuś. Jak się później okazało, w każdej celi był kapuś, więc w naszej też. Nazywał się Mirosław B. i był o rok starszy ode mnie, miałem wówczas 34 lata. Był to złodziejaszek, który w więzieniach spędził 15 lat. Czasem szedł na rabunek z „przedłużeniem ręki”, czyli nożem lub bronią palną. Ten Mirek w rozmowie ze mną twierdził, że jestem głupi, bo nie chcę się przyznać, a oni wszystko o nas wiedzą. Opowiadał też, że siedział z Kostkiem Konarem i innymi moimi kolegami i oni mu o wszystkim mówili. Zapytałem go z niedowierzaniem, skąd niby to wie. On podtrzymywał, że od moich kolegów i że jedynie Andrzej Szkaradek nic nie mówił. „Oni się przyznali i powychodzili z aresztu, a ty siedzisz”. Ne wiedziałem, w tym czasie, czy siedzą czy też wyszli, ale nie zamierzałem się do niczego przyznawać. Zauważyłem również, że Mirek co drugi dzień wychodził do naczelnika.

Na przełomie czerwca i lipca wystawiając swoje buty przed celę około godz. 21.00 spostrzegłem buty Andrzeja Szkaradka dwie cele dalej. Były to charakterystyczne buty, à la obuwie wojskowe w kolorze zbliżonym do kremowego i zapinane z boku. Wtedy pomyślałem, że on tu jest. Następnego dnia podszedłem do okna zabezpieczonego blindą, przez które widziało się tylko niebo. By zbliżyć głowę do okna musiałem położyć się na parapecie – ze względu na grubość ścian, ok. 1,2 m. Krzyknąłem: „Cela 121, czy jest tam Andrzej Szkaradek?” Po chwili Andrzej zapytał: „a kto mówi?” Udzieliłem mu odpowiedzi mówiąc, że jestem pod celą 119. Wtedy on oparł „Heniuś trzymaj się, gęba na kłódkę bo masz kapusia w celi!” Potwierdził tym samym moje przypuszczenia. W tym dniu ponownie przesłuchiwał mnie Hebda. Wieczorem, podczas rozmowy z Mirkiem w celi powiedziałem zniechęcony: „Miałeś rację, Mirek. Oni wszystko wiedzą o naszej działalności w Nowym Sączu. Ale wiesz co? Wszystkich chłopaków zamknęli, ja zostałem, mnie zamknęli dopiero dwa miesiące później. Kochany, przyszła taka przesyłka – piękna radiostacja z Francji i ja ją ukryłem. O tym nikt nie wie i to jest tajemnica”. On odparł, bym się nie wygłupia, że nikt nic nie wie. Podtrzymywałem swoje wcześniejsze twierdzenia dodając, że dostałem ją, bo na mnie były namiary. Planowałem, że jak wyjdziemy z więzienia, to takie radio uruchomimy, że na całą Polskę będzie słychać. Oczywiście ze wszystkim blefowałem przestrzegając go, by nikomu o tym nie mówił. Następnego dnia kolega Mirek zaczął po śniadaniu pukać w okienko w drzwiach. Na pytanie oddziałowego czego chcemy Mirek odparł: „więzień B. prosi o spotkanie z naczelnikiem w sprawie wyjścia na przepustkę w związku z urodzinami matki”. Strażnik powiedział mu, że zaraz go wypuści, wcześniej jednak musi zapytać o to naczelnika. Gdy Mirek wrócił do celi to zaczął opowiadać, że mu nie chcą dać przepustki mimo wcześniejszych obietnic. Wyglądał na bardzo załamanego. Czas biegł na grze w kości i czytaniu książek. Cieszyłem się, że następnego dnia jest sobota i nie będzie przesłuchań. Jednak nazajutrz, około godz. 9.00 otworzyły się drzwi i strażnik wysłał mnie na przesłuchanie. Gdy oponowałem, że jest przecież sobota to odparł, że przyjechał z Nowego Sącza porucznik i muszę iść. Poszedłem.

Po wejściu do pokoju przesłuchań usłyszałem: „No, panie Najduch, my wszystko wiemy o was. Wiem, że kłamiecie. Do niektórych rzeczy żeście się przyznali”. Był kiedyś taki moment, że powiedziałem im: „Rzeczywiście to robiłem, no i co? Robiłem, a z kim to nieważne! Jak mówicie, że wiecie, to pewnie wiecie”. Doszedłem wtedy do wniosku, że nie było już co zaprzeczać. Porucznik kontynuował: „My wiemy jedno, że jak wszystkich wyzamykaliśmy to wyście dostali z Francji radiostację. Gdzie ona jest?” W tym momencie zacząłem się śmiać jak idiota. Na jego pytanie dlaczego się śmieję odparłem: „Panie poruczniku, żal mi pana bo jest wolna sobota, a pan musiał tu przyjechać. Plewy, plewy”. On na to: „Gdzie, w stodole w plewach?” Powiedziałem, że mam kapusia w celi i chciałem go „wypuścić”; a żadnej radiostacji nigdy nie było, nie ma i nie będzie. Zdenerwowany odparł, bym go nie wkurzał, bo przeze mnie stracił całą sobotę. Powiedziałem mu: „Mnie to nie interesuje dlaczego jesteście tacy napaleni. A teraz już wiem, że mam kapusia w celi”. Esbek strasznie się zdenerwował wówczas i włączył przycisk alarmowy wzywający strażnika, który od razu pojawił się w drzwiach. Porucznik polecił mu zostać ze mną, bo on musi wyjść. Było to około godz. 11.00, bo oprócz radiostacji wypytywał mnie też przy okazji o różne inne rzeczy. Kiedy wrócił po półtorej godzinie poinformował mnie, że na dziś koniec przesłuchania i on myśli, że był ostatni raz na moim przesłuchaniu. Przy pożegnaniu powiedział „Aleś mnie zrobił w capa!” Próbował jeszcze coś ze mnie wyciągnąć, mówiąc, że może to jest prawda z tą radiostacją, a ja nie chcę się przyznać.

Gdy wróciłem do celi w porze obiadowej zauważyłem że jeden ze współwięźniów, paser był mocno zdenerwowany. Łóżka były odpięte od ścian i przetrząśnięte. Poinformował, że Mirka B. o mało nie pobili, znaleźli coś u niego w łóżku i go zabrali. Mirek powiedział, że to wszystko dlatego, bo ja coś na niego zeznałem. Wówczas odpowiedziałem Cześkowi: „Nie wiem czy ty jesteś kapusiem, czy był nim Mirek? Pamiętasz jak mówiłem o radiostacji? I teraz nie wiem – czy kapuś został w celi, czy był nim ten, którego zabrali?” W tym momencie uzmysłowiłem sobie, że Czesiek nigdzie z celi nie wychodził. Powiedziałem do niego, że go przepraszam za podejrzenia, bo to tylko Mirek wychodził do naczelnika. Opowiedziałem mu też o przebiegu przesłuchania i o tym, że specjalnie w sobotę przyjeżdżał esbek z Nowego Sącza w sprawie radiostacji. Czesiek przyznał mi rację; jednocześnie zaczął przysięgać, że on niczego nie kablował. Był mi zresztą wdzięczny, gdyż zawsze się z nim dzieliłem jak coś dostawałem z domu lub nie jadłem obiadu w ramach odchudzania się. Więźniowie kryminalni powtarzali nam, że dzięki Solidarności to nawet ogólnie jedzenie w więzieniach jest lepsze. Byliśmy przez nich szanowani, oczywiście nie przez wszystkich.

Na początku siedziałem kilka dni z ludźmi z Solidarności, później już tylko ze złodziejami. W celach po drugiej stronie korytarza byli osadzeni z wyrokami śmierci. Kiedyś, o trzeciej nad ranem usłyszałem krzyk na korytarzu. Doskoczyliśmy do drzwi by sprawdzić, co się dzieje. Strażnik, zaglądając do naszej celi zostawił uchylony wizjer, przez który mogliśmy widzieć ruch na korytarzu. Okazało się, że wyprowadzano więźnia i zabierano go do Łodzi na wykonanie wyroku śmierci. Było widać jak się uchwycił pryczy i nie chciał puścić. Oddziałowy straszył później, że nas czeka to samo. Oddziałowi byli wyjątkowo chamscy i pochodzili na ogół z Białego Kościoła pod Krakowem. Więźniowie mówili, że mieszka tam sama gadzina.

W związku z bólem zęba zapisałem się do dentysty. Więzienna dentystka po obejrzeniu zęba powiedziała, że jest dziura i trzeba ząb usunąć. Odparłem, że jest przecież możliwość leczenia i szkoda by było usuwać ząb, który już w moim wieku nie odrośnie. Odpowiedziała mi, że ona tylko wyrywa i więźniów leczyć nie będzie. Zdenerwowany zadałem jej pytanie czy jest lekarzem czy rzeźnikiem i nie zgodziłem się na rwanie. Wtedy zaczęła mnie straszyć za porównanie do rzeźnika. Gdy wychodziłem powiedziała do strażnika, że pożałuję tego, co powiedziałem. Po powrocie do celi dowiedziałem się od współwięźnia, że owa dentystka jest kochanką naczelnika więzienia i będę miał przerąbane.

Po obiedzie przyszedł oddziałowy i nakazał mi wyjś z celi. Pomyślałem sobie, że pewnie się zaczęło... Na korytarzu zapytał czy chcę pójść do fryzjera, bo wychodzę na wolność. Był 28 lipiec. Dodał, że była amnestia, która objęła mnie i moich kolegów. Dziś wychodzę, dwóch moich kolegów już wyszło. Odmówił jednak odpowiedzi na pytanie kto wyszedł. Ludzi wypuszczali z godzinnymi odstępami, nie wiem dlaczego. Skorzystałem z usług fryzjera przy okazji się goląc. Następnie pobrałem swoje rzeczy z depozytu, m.in. skórzany pas oficerski, który był tak nasączony naftaliną, że po założeniu pękł. Przed powrotem do domu w Nowym Sączu kupiłem dzieciom drobne prezenty.

W czasie aresztu wysyłałem dzieciom coś, co możnaby nazwać widokówkami. Wykonywałem je wraz kolegą w celi. Oprócz tego czas spędzony w celi poświęcałem na ćwiczenia fizyczne oraz czytanie książek historycznych. W tym okresie był do nich dostęp i dużą ilość ich przeczytałem, a zawsze taką literaturę. Była to też szkoła życia.

Po wyjściu z aresztu musieli mnie przyjąć w zakładzie pracy, gdyż brakło 2 lub 3 dni do trzech miesięcy nieobecności, po których zwalniali dyscyplinarnie. Gdy zgłosiłem się do kadrowej, pokazując zwolnienie z aresztu i mówiąc, że chciałem wrócić do pracy to usłyszałem od niej, że nie wiadomo czy mnie przyjmą, bo zalecenia z SB są takie, by tych co siedzieli nie przyjmować. Powiedziałem jej o obowiązujących przepisach i tych trzech miesiącach. Zaczęła też się zwracać do mnie per pan, chociaż wcześniej mówiła mi na ty. Następnie poszła do dyrektora, by podjął decyzję. Dyrektor skonsultował to z moim kierownikiem Józefem Surówką, który chciał bym wrócił. Dyrektor nie chciał się jednak zgodzić bym wrócił na stanowisko brygadzisty. Kierownik argumentował natomiast, że nie ma nikogo z takim doświadczeniem jak ja i nie ma mnie kim zastąpić. Zawsze solidnie wykonywałem pracę, a moje zaangażowanie polityczne go nie interesuje. Ostatecznie dyrektor nie mając innego wyjścia zgodził się na takie rozwiązanie. Wtedy kierowniczka zadzwoniła do mnie na wydział bym przyszedł na górę, bo ma dla mnie miłą wiadomość. Zwracała się już do mnie ponownie po imieniu dodając, że to ona załatwiła mi, iż w dalszym ciągu będę brygadzistą. Z późniejszej rozmowy z moim kierownikiem wiedziałem dobrze, kto mi pomagał. Kadrowa nie była oficjalnie nigdzie zarejestrowana jako TW (nie zostało to potwierdzone w dokumentach IPN), lecz u niej w pokoju ciągle przesiadywał opiekun zakładowy z SB i przez nią szły różnego rodzaju informacje.

Moja późniejsza działalność w podziemiu była już mocno ograniczona. Ciągle byłem jednak wzywany na przesłuchania do SB. Natomiast współpracownicy SB na terenie Nowomagu nie przejawiali jakiegoś zaangażowania, by na mnie donosić – pisali czasem, że zajmuję się pracą i nie podjąłem działalności podziemnej. Uczestniczyłem w Duszpasterstwie Ludzi Pracy, cały czas spotykaliśmy się na Mszach za Ojczyznę. Niekiedy przyjeżdżali również artyści jak np. Jacek Kaczmarski – ich występy organizowane były na terenie kościoła. Pojawiali się politycy, m.in. Andrzej Gwiazda z żoną. Uczestniczyliśmy w pielgrzymkach do Częstochowy zapoczątkowanych przez ks. Jerzego Popiełuszkę. W dalszym ciągu zbieraliśmy składki na działalność związkową, choć już takiej działalności intensywnej jak wcześniej nie było. Wszyscy wiedzieli, że Solidarność jest i wróci. Od lutego 1989 roku zaczęliśmy wznawiać już oficjalną działalność naszych struktur. Pierwsze spotkanie odbyło się przy kościele o.o. jezuitów. O wznowieniu działalności związkowej w Nowomagu poinformowaliśmy dyrektora, który przyjął to z niedowierzaniem. Zostałem przewodniczącym Tymczasowej Komisji Zakładowej. Obecnie jestem już ósmą kadencję przewodniczącym KZ NSZZ „S” oraz delegatem na zjazdy krajowe i regionalne. Jestem również w prezydium Rady Sekcji Krajowej Zakładów Zaplecza Górnictwa „S”. Byłem ławnikiem i radnym Nowego Sącza. Aktywnie działam społecznie na rzecz osiedla Piątkowa i klubu sportowego. Zawsze starałem się służyć innym ludziom

Wiem, że nasze zaangażowanie było uciążliwe dla naszych rodzin; zdawaliśmy sobie również sprawę z grożących konsekwencji, z więzieniem włącznie, lecz robiąc to, uważaliśmy, że jest to słuszne. Dziś podjąłbym się tego na nowo, gdyby była taka potrzeba. Najlepiej z przyjaciółmi z tamtych lat.

Relację spisał Sławomir Chmura
Redakcja Alicja Lipska[[Kategoria:Autor Relację spisał Sławomir Chmura
Redakcja Alicja Lipska]]