L00115 Ryszard Pawłowski

Z Encyklopedia Solidarności

Relacja Ryszarda Pawłowskiego

Pracowałem jako elektromonter w PKP Wagonownia Pozaklasowa w Nowym Sączu. 13 grudnia 1981 roku byłem na nocnej zmianie. Około 4.00 nad ranem zadzwonił telefon (kolejowe telefony nie były wyłączone, gdyż obsługiwaliśmy pociągi). Głos w słuchawce powiedział: „brata ci internowali, a na ciebie czekają w domu” i odłożył słuchawkę. Do tej pory nie wiem kto to, był chociaż próbowałem go odnaleźć. Po tym telefonie zacząłem się denerwować, ale do końca zmiany – godziny 7.00 rano – musiałem zaczekać. Po wyjściu z pracy, nie poszedłem bezpośrednio do domu, tylko do mamy. Po wizycie pożegnałem się z nią, ale w dalszym ciągu nie wiedziałem, czy się mam ukrywać. W końcu postanowiłem iść do swojego domu.

W przedpokoju zastałem trzech mężczyzn w cywilu i jednego mundurowego. Żona nie zaproponowała im nawet krzeseł. Później – podczas pierwszego spotkania z żoną w Załężu – dowiedziałem się, że przyszli punktualnie o godzinie 12.00 w nocy i stali do mego powrotu nad ranem. Było niesłychanie miło o tym usłyszeć..

Po zatrzymaniu mnie w mieszkaniu założyli mi kajdanki i zawieźli na „dołek” na komendę milicji przy ul. Szwedzkiej. Po zaprowadzeniu do celi zastałem tam profesora Grelę. Byłem dosyć dobrze ubrany, m.in. w kolejową kurtkę z wysokim kołnierzem. Natomiast Aleksander Grela, który w domu czekał na gości w związku ze swymi imieninami, był ubrany w to, w czym zastali go „smutni panowie” czyli garnitur, jesionkę i półbuty. Po nocy byłem nieogolony i Aleksander mnie nie poznał. Zapytał się: „pan tu za co?” Trzeba tu zaznaczyć, że dobrze się znaliśmy i byliśmy na ty, a on mnie nie poznaje. Pomyślałem, że jest źle... Odpowiedziałem mu żartem: „pociągnąłem milicjanta kosą, kiedy wykręcili mi ręce, gdy chciałem porozmawiać z dziwką”. Grela z przerażeniem odparł: „Boże, gdzie ja się dostałem!” W tym momencie zdjąłem czapkę i opuściłem kołnierz – dopiero wówczas mnie poznał.

Mojego brata Henryka wywieźli w pierwszej turze. Nas trzymali jeszcze dwa dni. W międzyczasie dowieźli Romka Haslingera, ówczesnego wicedyrektora warsztatów szkolnych. Grela – już nieco weselszy – stwierdził, że w takim towarzystwie to on może siedzieć. Wywieźli nas we wtorek dosyć późno, bo ok. godziny 23.00. Jechaliśmy w stronę Tarnowa, więc Romek stwierdził, że pewnie zawiozą nas do tamtejszego więzienia. Kiedy minęliśmy Tarnów to pomyśleliśmy, że wiozą nas do Rzeszowa, bo tam też jest więzienie. Eskortowało nas pięciu funkcjonariuszy, w tym trzech z bronią długą. W pewnym momencie jeden z milicjantów powiedział do drugiego: „ciekawe, jaka dziś pogoda w Medyce?” Szczerze powiedziawszy zrobiło mi się wówczas „miętowo”, chociaż z natury nie jestem bojaźliwy. Romek powiedział, że pewnie tylko nas tak straszą. Kiedy jednak minęliśmy również Rzeszów i miejskie światła zniknęły poczuliśmy się nieswojo. Powiedziałem do Romka: „to jednak chyba białe niedźwiedzie”. Grela natomiast stwierdził: „kurwa, a ja mam płytkie buty”. Podobno pierwszy raz w życiu zaklął, gdyż to był bogobojny i bardzo kulturalny człowiek. W tym momencie wybuchnęliśmy śmiechem bo to nic, że na białe niedźwiedzie ale że wiozą pana profesora Grelę w płytkich butach? Skandal!

Zatrzymaliśmy się na siódmym kilometrze za Rzeszowem. Kiedy odchuchaliśmy trochę okienko spostrzegliśmy napis: Areszt Śledczy Załęże Rzeszów. Zaprowadzili nas do cel tak, jak byliśmy ubrani. Zamknięto mnie w jednej celi z Grelą, a obok naszej wsadzono Haslingera, co umożliwiło w późniejszym czasie robienie „pukanek” przez ścianę oraz porozumiewanie się przez okno.

Tak właśnie wyglądał dla mnie początek stanu wojennego. Nie mogliśmy oglądać tego wszystkiego co ludzie na zewnątrz, czyli czołgów i całej reszty. Ograniczały nas kraty w oknach i potężne drzwi. Moja cela z numerem 333 znajdowała się naprzeciwko spacernika, na który nas nie puszczali, ponieważ nasi poprzednicy – więźniowie kryminalni – przedostali się z niego na komin, gdzie protestowali. Zapewne obawiali się tego typu powtórki w naszym wykonaniu. Dopiero jak okratowali górę spacernika to wówczas – po ok. dwóch tygodniach – pozwolili nam tam wyjść. Często obserwowałem ludzi na spacerniku i kiedyś zauważyłem mego brata, który był przed operacją i utykał. Krzyknąłem: „Heniek!”, wtedy on się obejrzał i mi pomachał. Później opowiadał mi, że w tym momencie jeden ze strażników powiedział do drugiego: „policz okna i spuść konkretny wpierdol to się nie będzie darł”. Na szczęście nie udało im się ustalić, z którego okna krzyczano.

Kiedy dowiedziałem się, że znajduje się tu mój brat to pisałem prośby do komendanta Bilika o umożliwienie zobaczenia się z nim. Pozostały bez odzewu. Miałem nadzieję, że przy okazji wizyty biskupa w naszym zakładzie karnym będę mógł zobaczyć się z bratem. Przed mszą powiadomiono nas o całkowitym zakazie obracania się, a nawet ruszania głową. Ktoś znajdujący się za mną wyszeptał wtedy: „twój brat jest bardzo chory, skóra mu schodzi z rąk i z nóg”.

Był taki sympatyczny klawisz, którego nazywaliśmy „Wałęsą” ze względu na fizyczne podobieństwo. Pewnego razu kiedy miał służbę wyrzuciłem miski do spożywania posiłków przed celę i zakomunikowałem, że od dzisiejszego dnia nic nie będę jadł. Poprosił mnie, bym zaczął swój protest od następnego dnia, gdyż nie potrafi napisać z tego raportu. Uparłem się przy swoim i kategorycznie stwierdziłem, że nie będę jadł od dzisiaj. Czwartego lub piątego dnia mojego strajku Grela powiedział, żebym coś zjadł, a oni o tym nic nie powiedzą. Odpowiedziałem: „nie będę jadł, bo jakiś efekt muszę uzyskać, a jak będę podjadać to zauważą”. Nawet nie brałem herbaty tylko wodę z kranu. Nikt ze służby więziennej nie zwracał na mnie uwagi. Piątego dnia mimo widocznego już osłabienia udałem się na świetlicę gdzie wypadało mi 15 minut ping-ponga raz na tydzień. Nie mogłem sobie tego odmówić, mimo że podczas gry pot lał się ze mnie ciurkiem. Dopiero dziewiątego dnia rano wezwał mnie płk Bilik i zapytał, dlaczego nie jem. Odpowiedziałem, że chcę się widzieć z bratem i że pisałem do niego w tej sprawie. Odparł żebym jadł, a będę miał brata w celi. Zapytał mnie, jak długo mam zamiar siedzieć. Odparłem, że jak najdłużej. Zdziwiony odparł, że nie rozumie mnie. Zacząłem mu tłumaczyć: „jak miałem urlop wypoczynkowy to musiałem iść na fuchę, by dorobić i móc utrzymać rodzinę, bo z samej wypłaty kolejowej było bardzo ciężko. A ja jak już coś robię to myślę, a gdy nic nie robię, to tylko sobie leżę. Tutaj mam z jednej strony kratę, a z drugiej drzwi więc nic mi się nie stanie. Może tak być jak najdłużej”. Na takie wyjaśnienie odpowiedział: „wy wszyscy macie chyba źle w głowie”. Gdy zacząłem z powrotem jeść przeniesiono brata do mojej celi.

Jak wspomniałem, brat miał poważne kłopoty ze skórą na rękach i nogach. Podejrzewam, że był to skutek dodawania jakichś środków chemicznych do wszystkich płynów, które spożywamy. Pewien kryminalny zatrudniony jako kalifaktor do rozwożenia posiłków mówił mi, by nie pić napojów dostarczanych z kuchni. Zrobiłem grzałkę do gotowania wody z dwóch żyletek i przewodów wykonanych z tubki po paście do zębów, która była zrobiona z cienkiej aluminiowej blachy. Tym sposobem gotowałem dla siebie i innych czaj. Później udało mi się załatwić również kawę, gdyż szkoda było mi Greli – męczył się bez niej. Nie pozwoliłem, by brat spożywał jakiekolwiek zupy, herbatę, sosy. Mógł jeść tylko takie rzeczy, do których nie da się nic domieszać. Tym sposobem po dwóch tygodniach bratu wygoiły się rany na rękach i stopach.

Zgłosiłem się na kalifaktora do roznoszenia jedzenia. Przestępców kryminalnych, którzy roznosili je wcześniej zabrano, bo nie bali się roznosić ulotek. Ulotki były produkowane odręcznie na miejscu, m.in. przez Roberta Ozorowskiego. Siedział w mojej celi i widziałem jak pisał takie ulotki. To nie były jakieś grypsy, ale materiały polityczne. Takie ulotki były pisane przez wielu i krążyły między celami roznoszone przez kalifaktorów lub tych, co szli np. do lekarza i przekazywali w poczekalni innym. Wraz z zupą do cel trafiały materiały nielegalne. Robiłem tak, że ulotki do pomieszczeń po prawej stronie korytarza wkładałem do prawej kieszeni fartucha, po przeciwnej odwrotnie. Gorzej było, kiedy na zmianie był strażnik nazywany przez nas „Pinoczetem” – bardzo się go bano, bo był okrutny i nieobliczalny. Byli też tacy strażnicy, przy których wyciągałem ulotki niemal oficjalnie. Później, kiedy cele pozostawały otwarte, takie dostarczanie ulotek przestało być potrzebne.

Pewnego razu komendant wezwał na rozmowę mego brata. Zaproponował mu, by mnie przekonał do podpisania jakiegoś dokumentu, to wówczas wyjdę na wolność. Henryk odparł mu: „U nas w rodzinie obowiązuje patriarchat. Tatuś nie żyje, a Rysiek jest najstarszy. I gdyby to on kazał mi podpisać to bym podpisał lub nie. Natomiast mi nawet nie wolno wspomnieć o czymś takim. Mógłbym za to dostać lanie”. Komendant później proponował mi podpisanie jakiegoś dokumentu. Odpowiedziałem, że zrobię to, ale wcześniej zmienię treść. W dokumencie było zobowiązanie, że nie będę działał na szkodę państwa. Gdybym to podpisał pewnie by mnie skazano, bo świadczyłoby to, że do tej pory działałem na szkodę państwa. Oczywiście mojej wersji z dopiskiem o tym, że nie działałem dotychczas na szkodę państwa nie chciał zaakceptować i na tym rozmowa się skończyła.

W lutym 1982 roku wypuszczono nas na wolność. Po zwolnieniu z internowania nie potrafiłem się odnaleźć w domu. Zacząłem szukać kontaktów z podziemiem by zacząć coś robić. Na weselu mej bratanicy podszedł do mnie Henryk Szewczyk i poinformował, że ma dostęp do bibuły. Zapytał też, czy mógłbym zająć się kolportażem. Zaczęło się od kilku sztuk książek z drugiego obiegu i bibuły z Krakowa. Henryk w tym czasie studiował w Krakowie. W pewnym momencie poinformował mnie, że nie będzie mógł się ze mną kontaktować, ale zajmie się tym jego kuzyn Zygmunt Berdychowski. Ponieważ nie znałem go i nie wiedziałem jak wygląda, wziąłem papierowy banknot i przedarłem na pół. Dałem jedną część Henrykowi, by wręczył ją kuzynowi. Kiedy Zygmunt zapukał do drzwi, wyciągnąłem swoją część i tak go poznałem. Jakiś czas później straciłem swoją część banknotu zabraną przez esbeków podczas przeszukania.

W tamtym okresie spotykałem też Heńka Najducha, ale nie wiedzieliśmy nawzajem czym się zajmujemy. Pewnie to i dobrze, bo można nie wytrzymać na przesłuchaniu. Nikt nas nie uczył konspiracji, ale staraliśmy się zachować ostrożność. Publikacje zanosiłem do Krzysztofa Lipińskiego, z którym grywałem w brydża. Był również taki sympatyczny chłopak Heniu Kiwak. Był artystą i malował bombki i jajka, za które były pieniądze na pomoc uwięzionym i ich rodzinom.

Składki na pomoc zbierałem również w zakładzie pracy. Ludzie wrzucali pieniądze do mojej szuflady. Kiedy siedziałem w więzieniu to żona dostawała pieniądze, albo ktoś przychodził opiekować się dziećmi, gdy przyjeżdżała do mnie. Pamiętam Henia Kiwaka i panią Zofię Pieczkowską, którzy przychodzili do dzieci. Oni uczestniczyli również w wieczorach brydżowych obok Ewy Andrzejewskiej, Krzysztofa Lipińskiego i to właśnie od tych osób rozpocząłem kolportaż bibuły. Następnie rozszerzyłem mój zasięg na zakład pracy.

Mam żyłkę kolekcjonerską więc, podczas mej działalności kolporterskiej zawsze odkładałem po jednym egzemplarzu każdego wydawnictwa, zarówno książkowego jak i bibuły, oczywiście za wszystkie książki przykładnie płacąc. Tym sposobem zgromadziłem pokaźny zbiór. Dodatkowo kolega introligator oprawiał moje książki w twarde okładki. Uważałem, że to żadne przestępstwo – wobec ówczesnego prawa – mieć po jednym egzemplarzu. Nie świadczyło to przecież o rozprowadzaniu tego typu rzeczy. Trzymałem je wszystkie na półkach. Znajomi często przychodzili i wypożyczali je. Tak też robiła Zosia Pieczkowska, która nie chcąc zaginać kartek przy zaznaczaniu gdzie skończyła czytać – co było wtedy modne – wkładała kartkę, na której w tym wypadku, były jej dane z adresem. Tak kartka znalazła się w zwróconej książce. Podczas jednej z rewizji zabrano mi wszystko, łącznie z luźnymi kartkami. Było tego tyle, że można było zapełnić ówczesnego Żuka tymi książkami i ulotkami. W czasie rewidowania, jeden z esbeków kartkował książki i natknął się na dane pani Pieczkowskiej. Zażądał oczywiście, bym mu to wytłumaczył. Odparłem, że kartkę od niej dostałem już dawno i jedynie sobie nią zaznaczyłem w książce. Było zresztą widać, że wszędzie było pełno różnego rodzaju luźnych kartek. Na każdą zabraną pozycję dostałem pokwitowanie, jednak po latach oddano mi tylko mało wartościowe rzeczy – reszty nie było. Niektóre książki były całkiem niezłej jakości, bo nie wszystkie robiono na powielaczu. Często też gdy pojawiła się nowa pozycja na rynku prosiłem znajomych o dostarczenie mi jej. Robił to m.in. Staszek Ciuła, który zaopatrywał się w Krakowie. Często by mieć jakąś książkę, trzeba było sobie czegoś odmówić.

Do tej pory mam alergię na Jaruzelskiego. Mogłem być aresztowany przez obcego, a nie przez Polaka. On mnie „uratował”, a ja nie chciałem być uratowany przez takiego bandytę. Nie mogłem się z tym pogodzić. Chciałem coś wymyślić, by choć trochę się na nim zemścić. W związku z mymi obowiązkami służbowymi byłem na dworcu PKP w Tarnowie. W tunelu podziemnym, między peronami ktoś narysował kredą niewielki parowóz, w oknie którego były odwzorowane twarze Jaruzelskiego i Urbana z potężnymi uszami. Obok był napis: „kto jest za tym, że to chuje, niech wagonik dorysuje”. Oczywiście dorysowałem swój wagonik. Cały tunel był zarysowany wagonikami. Strasznie mi się spodobał ten pomysł i myślałem co ja bym mógł zrobić w domu. Farba kolejowa jest czarna i rozrabiana spirytusem denaturowanym. Nią właśnie postanowiłem wymalować portret Jaruzelskiego w muszli klozetowej w mieszkaniu. Zaprosiłem w tym celu Henryka Kiwaka, który był człowiekiem uzdolnionym. Przygotowałem odpowiednio podłoże odłuszczając je denaturatem. Nie będę ukrywać, że sami też się przygotowaliśmy otwierając jakąś wódkę. W efekcie kolega wymalował popiersie Jaruzelskiego ok. 20 na 25 cm tą szybkoschnącą farbą.

Moja żona pracowała w aptece kolejowej, w której zatrudniona została kiedyś nowa technik farmaceuta. Obie kobiety się zaprzyjaźniły. Jej mąż był podpułkownikiem w wojsku i zastępcą komendanta WIOC-u, tj. Wojewódzkiego Inspektoratu Obrony Cywilnej. Moja żona jej mówiła, że ja mam uczulenie na każdy mundur i spotkanie może wyjść nie za dobrze. Pierwsza wizyta odbyła się u nich, a ja nie zmieniłem swego stosunku do mundurów. Po jakimś czasie doszło do rewizyty. Wcześniej znajoma mojej żony uprzedziła swego męża, by nie wchodził na tematy polityczne w rozmowie ze mną. On chyba nie zamierzał tego robić, bo ogólnie był zły, że nie dostał się na Kurs Doskonalenia Oficerów w Moskwie lub Leningradzie, co uniemożliwiło mu dalszą karierę. Podczas tej rewizyty podpułkownik zmuszony był skorzystać z łazienki w mym mieszkaniu. Po wejściu do niej jeszcze szybciej z niej wypadł z przerażeniem na twarzy. Z uśmiechem zapytałem się: „co, boisz się olać zwierzchnika? Ale nie masz wyjścia. Możesz ewentualnie biec do swego domu. Bo w moim domu na generała się robi...” W końcu zmuszony był tam pójść. Malunek wytrzymał osiem miesięcy w muszli. Sąsiedzi też się dobrze tym faktem bawili. Wydawało mi się, że choć trochę się odegrałem.

W lutym 1984 roku zostałem aresztowany. Wcześniej były zatrzymania w Krakowie i Tarnowie; wiadome było, że są ze sobą powiązane. Po mnie przyszli o godz. 6.00 nad ranem. Dwóch umundurowanych i dwóch po cywilnemu odwiedziło mnie w domu. Po zrobieniu rewizji zabrali mi mój księgozbiór. Byłem przewożony wraz z Alicją Szkaradek – jej męża, Andrzeja, zabrali już wcześniej. SB nie przejmowało się faktem, że w domu państwa Szkaradków pozostały dwie małe córki bez opieki. Jedna z nich była w wieku mojej córki. Alę wysadzili w Myślenicach w Areszcie Śledczym dla kobiet, a mnie zawieźli na ul. Mogilską w Krakowie do tamtejszego aresztu w Komendzie Wojewódzkiej MO. Tam zaczęły się moje przesłuchania. Na pytania – choćbym chciał – nie mogłem odpowiedzieć, ponieważ nie miałem żadnej wiedzy.

Na ul. Mogilskiej siedziałem do 30 kwietnia. Pewien złodziej, z którym siedziałem, powiedział mi wcześniej, że mnie pewnie przewiozą do aresztu na ul. Montelupich, bo na 1 maja będą rozruchy. Studenci nie wytrzymają, KRH (Komisja Robotnicza Hutników) pewnie też. Na ul. Mogilskiej cele były dwuosobowe i tragiczne warunki. Bardacha czyli ubikacja, to była duża puszka po farbie z pokrywką i łańcuchem. W areszcie na ul. Montelupich siedziałem ze złodziejami w dużej celi tzw. przejściówce. Za papierosy, które jeszcze w Nowym Sączu dostarczyła mi moja koleżanka Maria Szymańska w areszcie „kupiłem” sobie pryczę tuż przy samym oknie. W celi czternastoosobowej przebywało 25 osadzonych i bez tych papierosów musiałbym spać na ziemi. Łóżko na dole kosztowało 200 papierosów, „Jaskóła” była tańsza.

Gdy mnie zatrzymano to postawili mi z kilka zarzutów: rozprowadzanie, drukowanie, działanie na szkodę państwa – wszystkie były polityczne. Ja i inne osoby w Nowym Sączu byliśmy zatrzymani w związku z wydawaniem podziemnego pisma „Wiadomości Nowosądeckie”. Byłem dumny z faktu, iż znalazłem się w towarzystwie Andrzeja Szkaradka. Dla mnie jest on autorytetem, mimo że jest ode mnie młodszy. Był, jest i będzie dla mnie wzorem. Chciałbym być tak mocnym i niezłomnym jak on. Dużo się od niego nauczyłem.

Podczas przesłuchań próbowali „przyszyć” mi szpiegostwo. Jakiś czas wcześniej na zakład przyjechali związkowcy francuscy, którzy przywieźli m.in. dary w ramach pomocy. W związku z tym, że się z nimi spotkałem stawiano mi fikcyjne zarzuty. Gdy rozmawiałem w tej sprawie z mecenasem Rozmarynowiczem to on twierdził, bym się nie zajmował „kluskami”. Uspokajał mnie, że fakt wizyty francuskich związkowców o niczym nie świadczy. Poczułem się pewniej i nawet obietnice esbeka – że jak będę współpracował to dostanę tylko z piętnaście lat – nie robiły na mnie wrażenia. Dobrze, jak się ma jakieś oparcie.

Na 22 lipca 1984 roku ogłosili amnestię przez „betoniarę”, czyli głośnik w celi za kratką. Mnie jednak wypuścili dopiero 31 lipca, widocznie byłem większą ekstremą. W międzyczasie byłem wzywany na przesłuchania, gdzie rozpytywano mnie o dyżurnego ruchu w związku z dostarczaniem bibuły z innych regionów. Gdy odpowiadałem, że nic nie wiem na ten temat to straszono mnie, że nigdy stąd nie wyjdę. I kiedy inni wychodzili, a mnie nadal trzymali, zacząłem myśleć, że może ten esbek miał rację i nigdy już stąd nie wyjdę.

Po wyjściu z aresztu przyjęto mnie do pracy. Zmieniono mi jednak stanowisko na starszego rzemieślnika; wcześniej byłem starszym elektromonterem specjalistą i było to najwyższe stanowisko wśród tzw. fizycznych. Była to strata 50% poborów i zatrudnienie tylko na dniówki. Stanowisko rzemieślnika było używane do wszystkiego. Odpadły dodatki za pracę w noce, niedziele i święta oraz dodatkowe 12 dni urlopu wypoczynkowego. Za takie pieniądze było ciężko utrzymać nawet siebie, a ja miałem trójkę dzieci. Wobec tego zacząłem się rozglądać za pracą. Miałem uprawnienia do pracy pod napięciem więc zakładałem, że nie będzie problemu, bo wszędzie wówczas potrzebowano elektryków. Kiedy przychodziłem na jakiś zakład mówiono, że nie będzie problemu z zatrudnieniem – trzeba tylko złożyć podanie i życiorys. Kiedy na drugi dzień składałem te dokumenty to słyszałem, że mam pecha bo koleżanka właśnie wczoraj przyjęła już kogoś innego.

Sytuacja powtórzyła się w kilku kolejnych zakładach. W końcu udało mi się zatrudnić w Rolniczej Spółdzielni Usługowo-Produkcyjnej. Przyjęli mnie tam z otwartymi rękami. Później dowiedziałem się jednak, że była to firma esbecka. Na początku kazano mi zrobić badania lekarskie, mimo że miałem je ważne z PKP Wagonownia i były dobre. Chciano bym zrobił jednak nowe badania okresowe. Po ich zrobieniu lekarz powiedział, że potrzebuję wypoczynku ponieważ jestem bardzo schorowany. Dał mi miesiąc chorobowego. Później kolejny miesiąc. Po trzech miesiącach musiałem stawać przed komisją lekarską, która mimo moich zapewnień, że jestem zdrowy wysłała mnie na kolejny miesiąc zwolnienia. Taka sytuacja trwała przez dziewięć miesięcy. Następnie stanąłem przed komisją rentową, która przyznała mi rentę na dwa lata, chociaż mówiłem w dalszym ciągu, iż jestem zdrowy. Chciano się mnie pozbyć nawet z takiego zakładu, gdzie zarządzający byli z SB lub z nimi związani, np. rodzinnie – jednak zwykli pracownicy już nie. W końcu otrzymałem stałą grupę inwalidzką. Ludzie wówczas często załatwiali sobie rentę – ja jednak chciałem iść do pracy. Przez dwa lata nie byłem nawet u żadnego lekarza – nic mi nie dolegało. Dziś zamiast ok. 1,5 tys. zł emerytury kolejowej, mam jedynie 1070 zł renty.

Relację spisał Sławomir Chmura
Redakcja Alicja Lipska[[Kategoria:Autor Relację spisał Sławomir Chmura
Redakcja Alicja Lipska]]