L00116 Jan Piłat

Z Encyklopedia Solidarności

Tylko w Internecie.

Relacja Jana Piłata

Urodziłem się w Rzeszowie. Patriotyzm rodzina wpajała mi od najmłodszych lat. Mój dziadek Paweł w okresie II Wojny Światowej służył w AK, ratował i ukrywał również, ludzi pochodzenia żydowskiego. Za służbę w AK po wojnie odsiedział 3,5 roku w ubeckich więzieniach gdzie stracił zdrowie. Opowiadał, jak zimą na mrozie leżał na betonie i był polewany zimną wodą. Dziadka więzili w Wałbrzychu, bo po zakończonej wojnie wiedział, że niczego dobrego od komunistów spodziewać się nie może, więc wyjechał z Rzeszowa do Wałbrzycha na tzw. Ziemie Odzyskane. Początkowo pracował w kopalni, ale i tam ubecja go odnalazła. Tak się z nim tam obeszli, że kiedy opuścił więzienie, to był już wrakiem człowieka. Nie pożył już potem długo; zadusiła go astma, której nabawił się w więzieniu właśnie. Dziadek opowiadał mi różne historie o systemie komunistycznym, w ramach którego na Ukrainie zagłodzono miliony ludzi. Mówił mi prawdę o zbrodni katyńskiej. Chciał, żebym to dobrze zapamiętał.

Historia, której uczono nas w szkołach była jawnym zaprzeczeniem tego, co opowiadał mi dziadek. Pamiętam, że dziadek już wtedy przypuszczał, że gen. Sikorski nie zginął w żadnym wypadku, tylko dokonano na niego zamachu. Przekazał mi naprawdę wielką wiedzę, o której oficjalnie w tamtych czasach nie mówiło się nigdzie. To był w ogóle człowiek wielkiego serca. Kiedy szedł front sowiecki i Niemcy zaczęli się wycofywać, to jakiś zapóźniony, ranny Niemiec poprosił go o pomoc. Dziadek mu jej udzielił, ale uprzedził go, że jak Ruscy zaczną „czesać”, to i tak go znajdą. Tak się też stało. Dziadek pokazał mi kiedyś miejsce, gdzie tego Niemca rozstrzelali. Nawiasem mówiąc rozstrzelał go ubecki kat o nazwisku Wilk. On później został leśniczym, a jeszcze później zajmował jakieś wysokie stanowiska w urzędach państwowych. Przez pewien okres czasu robiono nawet z niego bohatera, dopóki nie wyszło na jaw, że kiedy organizował przerzutkę Żydów przez granicę, to po prostu ograbił tych ludzi z wszystkich kosztowności i pozabijał. Tacy byli ubeccy bohaterowie... Bohatersko wykonywali egzekucje.

Moi rodzice i ja mieszkaliśmy w mieście, natomiast dziadek gospodarzył na kawałku ziemi, więc wakacje szkolne upływały mi na pracy w gospodarstwie dziadka. Nauczyłem się tam kosić, grabić, orać, jeździć na koniu i bardzo to polubiłem. Dziadek w pewnym sensie zastępował mi ojca. Pamiętam, jak babcia piekła po 12 bochenków chleba na 5 domów, a kolejny wypiek był już w innym domu. Ludzie ze sobą współpracowali i jak było potrzeba, to dzieli się, czym kto miał. Co ciekawe, mieszkali tam Rosjanie, Ukraińcy i Polacy i jakoś potrafili się dogadywać. Jeśli idzie o ich stosunek, to było różnie. Byli tacy, którzy powstępowali do PZPR-u i zaczęli robić jakieś tam kariery, ale nikt z mojej rodziny czymś takim się nie zhańbił.

Szkołę podstawową ukończyłem w Rzeszowie i tam też rozpocząłem naukę w technikum, ale naukę w szkole średniej ukończyłem już w Jastrzębiu. Wspomnę jedną taką historię z okresu szkoły średniej; za komuny marsze pierwszomajowe dla młodzieży były obowiązkowe, no i któregoś razu przed tym pochodem wyposażyli mnie w portret Lenina na takim drągu, więc ja niewiele myśląc wstawiłem go po prostu do kibla w jakimś barze. Po pochodzie trzeba było zdać te flagi, transparenty i portrety, a ja swojego nie miałem. Była z tego straszna chryja, a moja matka żeby załagodzić jakoś tę sprawę wpisała się nawet do komitetu rodzicielskiego w szkole. Próbowali mnie również skaptować do ZSMP, ale się nie dałem.

Do Katowic przyjechałem sam w 1868 roku. Miałem wówczas 17 lat. Rok później, kiedy uzyskałem pełnoletniość, podjąłem pracę na kopalni Kleofas na Załężu. Mieszkałem wtedy w barakach na ul. Bocheńskiego. Moja jedyną motywacją do przyjazdu na Śląsk była chęć usamodzielnienia się. W 1974 roku ożeniłem się i żeby było ciekawiej, to z córką I sekretarza PZPR z Sanoka. Miałem z tym przeboje, bo teść zabronił nam wziąć ślub kościelny. Powiedział, że nie mam prawa psuć mu opinii. Wesele urządzili w kasynie milicyjnym, z orkiestrą wojskową i w ogóle z wielką pompą. Najedli się za półdarmo, a ja i tak wziąłem ślub kościelny, co prawda w innej miejscowości. Teść podjechał pod kościół czarną Wołgą, ale do środka nie wszedł. Nie miał ze mną łatwego życia, bo jedynie przy pierwszej półlitrówce byłem jeszcze dla niego w miarę grzeczny. Przy następnej to nieraz ode mnie oberwał. Umarł dosyć młodo, bo miał w chwili śmierci raptem 57 lat. Było to w 1982 roku. Okoliczności jego śmierci były dosyć dziwne; kiedy zabrali go do szpitala, to teściowa nie zdążyła dojechać na miejsce z jego rzeczami, a on już nie żył. Nie wiadomo, czy go tam nie wykończyli... Powiem o nim tylko jedno: tak zaślepionego ideologicznie człowieka nigdy w życiu nie spotkałem. Pogrzeb był oczywiście świecki, bez księdza. Nawet przed pogrzebem była taka sytuacja, że jego zwłoki leżały pierwotnie w trumnie na katafalku i ktoś je zniósł pod ścianę, a na katafalku ułożono inne zwłoki z kartką, na której widniał napis: „Katolicy tu, a komuniści tam”. Po tym zajściu esbecja w Sanoku dostała szału. Nie wiem czy znaleźli winnego, ale musiał niejednemu zajść głęboko za skórę, skoro nawet po śmierci tak go potraktowali.

Wcześniej był oczywiście sierpień 1980 roku. Pamiętam organizowanie strajku i moich najbardziej aktywnych kolegów z tego okresu: Jasia Golca, Edka Jarka, Jurka Mnicha, Janka Bożka, Stanisława Pałkę. Nie powiem, że nie było tam Stawskiego, Pietrzyka, czy Tadka Jedynaka, bo jak na tamte czasy byli to ludzie bardzo potrzebni... Uczyłem się od nich. Miałem świadomość, że jestem jednym z wielu, ale czułem się potrzebny, musiałem tam być. Przypomniałem sobie wtedy marzenia dziadka o tym, że komuna upadnie i wiedziałem, że teraz mogę coś zrobić, aby marzenie dziadka się urzeczywistniło. Nie byłem wtedy blisko władz strajkowych, ale pomagałem ile mogłem. Moment przyjazdu delegacji rządowej i negocjacje pamiętam jako z perspektywy widza, bo nie było możliwości wejścia na cechownię. Byliśmy stłoczeni, tworzyliśmy potężny tłum. Jeśli idzie o same negocjacje, to odniosłem wrażenie, że ta delegacja była już przygotowana na daleko idące ustępstwa. Według mnie oni przyjechali tutaj na Śląsk dać ludziom to, czego ludzie żądali. Wiedzieli, że nie ma już żartów. Były jakieś przepychanki, ale w końcu i tak ustąpili. Potem była wielka radość. Pamiętam jak członkowie PZPR wyrywali zdjęcia z legitymacji partyjnych, a te legitymacje wyrzucali do kosza na śmieci. Okres wolnej Solidarności odczułem tak, jakby życie zaczęło się od nowa. Byłem zachwycony, wszyscy byliśmy. Okazało się, że potrafimy się zjednoczyć, okazywać sobie szacunek i umiemy ze sobą rozmawiać. To były piękne czasy. Potem już nigdy nie udało się tego powtórzyć... Z jednej strony była ta euforia, a z drugiej znowu nie dawała spokoju obawa, że „czerwony” nie ustąpi, że pamięta, i że będzie chciał wziąć odwet. Były przecież ciągłe prowokacje. Komuniści różnie próbowali nas porozbijać, jak nie groźbą, to prośbą. Nieustannie naszym przywódcom proponowali awans, wyjazd za granicę i nieliczni dali się na ten lep skusić. Większość jednak była niezłomna, wspomnę tylko Janka Golca. Nawiasem mówiąc to hańba, że tak niewielu o nim dziś pamięta.

Stan wojenny zastał mnie w Jastrzębiu i przyznam, że byłem zszokowany. 14 grudnia wracałem z II zmiany i widziałem rozwścieczone twarze zomowców, wiedziałem więc, że skończy się dramatycznie. 15 grudnia był dniem wypłaty, to było już po wypłaceniu pracownikom należności – w pewnym momencie otrzymaliśmy informację, że kopalnie Jastrzębie i Moszczenica rozbito. Przybiegli do nas umordowani łącznicy tych kopalń. Kazali nam uciekać. Twierdzili, że ci zomowcy nie są normalni, że to uzbrojeni psychopaci, co się zresztą potem potwierdziło. Kiedy nas zaatakowali, to początkowo stawialiśmy jakiś opór, ale iść ze styliskiem kilofa na karabin to jak z motyką na słońce. Najpierw uderzyli na nas z pałami i tarczami, potem któryś pociągnął ostrą serią nad głowami po budynku cechowni. Dostali Czesiek Kłosek i Heniek Bojda, zaczęliśmy uciekać, bo wystrzelaliby nas jak kaczki. Osobiście wiele nie ucierpiałem. Młyn był taki, że nawet nie pamiętam jak tych rannych kolegów wnosili do punktu opatrunkowego. W końcu wycofaliśmy się na plac drzewny z tyłu kopalni. Wyszedł do nas dyrektor i przemówił próbując jakoś całe to zamieszanie opanować. Wtedy Janek Bożek zadecydował, że odpuszczamy. Obiecali, że nie będą nas bić, że na kopalni nie będzie zwolnień, ani żadnych innych represji. Wyszliśmy płacząc, poobdzierani, z opuszczonymi głowami w szpalerze zomowców. Faktem jest, że nas nie bili, ale wróciłem do domu w okropnym stanie. Czułem się strasznie upokorzony. Pamiętam tylko wściekłość i bezsilność. Różne myśli chodziły mi wtedy po głowie. Myślałem: „może nam się jeszcze kiedyś uda? Może ten `80 rok się jeszcze kiedyś powtórzy?” To była taka nadzieja wbrew rzeczywistości.

Na początku stanu wojennego zaangażowałem się w pomoc finansową dla internowanych kolegów. Zaczęły powstawać podziemne struktury. Tam aktywny był Stasiu Kosek, Włodarek. Nie wiem jak dystrybuowano pieniądze, ale ludzie byli bardzo ofiarni i nie szczędzili grosza na pomoc. W tym okresie zaangażowałem się mocniej w działalność wspomnianych struktur. Uczestniczyłem we wszystkich mszach za Ojczyznę. Jeździliśmy na Wybrzeże w każdą rocznicę grudnia `70, a wiadomo, jak ciężko w tamtych czasach było poruszać się po kraju. Ubieraliśmy się w mundury górnicze, żegnaliśmy z rodzinami i nie wiadomo było, czy wrócimy. Ostatecznie kawałek rękawa z mojego munduru górniczego został w Gdańsku na dworcu, kiedy podczas szarpaniny esbecy mi go urwali. Zacząłem działać jako kurier. Rozwoziłem bibułę, przewoziłem powielacze i inne materiały. Miałem świadomość czym ryzykuję. Każdy taki wyjazd mógł skończyć się zatrzymaniem i aresztowaniem i w konsekwencji więzieniem, a miałem przecież żonę i dwoje małych dzieci. Z jednej strony była obawa o rodzinę, ale z drugiej była nienawiść do systemu, nienawiść do komunizmu, który odebrał nam wolność. Okazało się jednak, że całe to ryzyko, te wieczorne i nocne spotkania w kościele „na górce” u ks. Czerneckiego nie poszły na marne, choć esbecja wiedziała o nas bardzo wiele. Z żalem muszę przyznać, że niektórzy spośród moich dobrych kolegów okazali się Tajnymi Współpracownikami.

Wspomnę jedną przygodę z tamtego okresu; to był 1983 albo 84 rok, jechaliśmy pociągiem pod pomnik Poległych Stoczniowców, aby oddać im hołd. Mieliśmy wieniec, mundury górnicze i m. in. magnetofon kasetowy. Pamiętam, że był wtedy z nami Edek Wolny i dwóch innych kolegów, których nazwiska nie pamiętam. Zaczęliśmy słuchać patriotycznych piosenek z tego magnetofonu. Kilka przystanków przed Częstochową weszli do naszego przedziału esbecy i powiedzieli nam, że w Częstochowie mamy wysiadać. Siedzieli w tym samym wagonie. Nie wysiedliśmy jednak i jakoś udało nam się dojechać do Gdańska. Tam na dworcu już czekali nasi ludzie, którzy zawieźli nas do św. Brygidy. W Gdańsku spotkał nas niemiły incydent. Esbecy podchodzili do nas, pluli na nas i mówili: „Wracajcie skurwysyny, skąd przyjechaliście”. Byliśmy jednak uparci i co roku bywaliśmy na różnych uroczystościach w różnych częściach kraju, aby skończyło się nareszcie negatywne myślenie o ludziach ze Śląska.

Piękną sprawą był nasz coroczny udział w pielgrzymkach ludzi pracy do Częstochowy. Proszę sobie wyobrazić pielgrzymkę otoczona kordonem milicji. Pewnego razu, trochę mało roztropnie zabrałem na taką pielgrzymkę swojego synka. Jakoś tak dziwnie pomyślałem, że kiedy będę z dzieckiem, to mi nic nie zrobią. Chwała Bogu, obaj wyszliśmy z tego bez szwanku.

Innym razem przewoziliśmy z Warszawy bibułę, dwa powielacze i obraz Matki Boskiej dla kościoła „na górce”. Już od Warszawy jechały za nami dwa Polonezy, nie potrafiliśmy ich zgubić. Stasiu Kosek stwierdził wtedy, że raczej nie uda nam się dojechać na miejsce, a on miał do pracy na tzw. międzyzmianę. Bibuła i powielacze były przykryte mundurami górniczymi, a na wierzchu leżał obraz Matki Bożej i chyba właśnie Opatrzność nas wtedy uratowała. Kiedy esbecy zatrzymali nas przed Sosnowcem, to jeden z nich powiedział do Stasia: „Gdybyście tu byli 15 minut wcześniej, to już by było po was”. Lało wtedy, więc jechaliśmy bardzo wolno, a oni widocznie szykowali nam jakiś karambol, na który się spóźniliśmy. Byliśmy strasznie zdenerwowani. Gdyby skontrolowali nam samochód, to też mieliby nas w garści, ale podeszli do tej kontroli jakoś niedbale. Zwoziliśmy „towar” z całego kraju, a po nocach chowaliśmy go gdzieś po piwnicach. Konspiracja jak za okupacji, bo to w sumie była okupacja.

Nie było lekko. To były czasy pełne emocji. Czasami człowiek się bał, innym razem był z siebie dumny. Kiedyś na rocznicę zamordowania górników na Wujku przedzieraliśmy się pod krzyż przez jakieś działki. Nie umieliśmy ich przejść, gubiliśmy się. W końcu się jednak udało. Zdążyliśmy na czas i byliśmy z siebie bardzo dumni. I wtedy, i dziś uważam, że to, co robiłem było moim świętym obowiązkiem.

Przyszedł sierpień 1988 roku i wtedy mogłem zadziałać już dużo bardziej sensownie. Miałem doświadczenie z roku 1980 i 81, wiedziałem już dużo więcej o organizacji strajku. Po doświadczeniach z 1981 roku każdy zdawał sobie sprawę, jak to się może skończyć i co się może stać. Zaczęło się na nocnej zmianie, około godziny 21.00. Zablokowane zostały szyby, zaczęły się przepychanki z wyższym dozorem. Rozpoczął Krzysztof Zakrzewski, a później dołączyli inni: Golec, Jarek. Zawiązaliśmy Komitet Strajkowy. Wszedłem w jego skład jako szef wart. Porozstawialiśmy posterunki, żeby zabezpieczyć kopalnię i szyb. Na początku na pewno było nas 3-3,5 tys. Strajk rozpoczynało 700 osób, dopiero później dojeżdżały kolejne zmiany. Poza tym część ludzi z nocki została, a część poszła do domu. Później, po przemyśleniu tego co zrobili, wracali albo świadomie pozostawali w domach. Kiedy się zaczęło, to myśleliśmy, że ludzi będzie przybywać, tymczasem z dnia na dzień ich ubywało. Wzmocnienie nastąpiło kiedy przyjechały delegacje z innych kopalń. Powstał MKS, dochodzili ludzie z rozbitych kopalń. Przyjechał do nas Bogdan Lis, wysłannik L. Wałęsy. Przyjechał Lityński, dziennikarka Ela Misiak i Danusia Skorenko.

Na około 4-5 dni przed końcem strajku przybył T. Jedynak. Od samego początku kopalnia była otoczona kordonem MO i ZOMO. Pojawił się helikopter, nie wiem, co miał znaczyć. Na pewno robił zdjęcia; takie psychologiczne działanie. Odnosiło skutek, bo ludzi z dnia na dzień było coraz mniej. Znikali przeważnie nocami, nawet nie brali swoich ubrań, które zostawały na haku i roboczych ciuchach uciekali do domów. Jeśli chodzi o wyżywienie, to jakoś przez ten kordon przepuszczane były nasze żony, był też sklepik na kopalni. Choć nie mieliśmy pieniędzy. Okazało się, że Danusia Skorenko miała jakąś kasę, jakieś zapasy pieniędzy, więc na bułki, kiełbasę i papierosy było. Chciały nas wspomóc związki reżimowe pod kierownictwem Tadeusza Motowidło. Przysłali baniak parówek, ale nie przyjęliśmy ich, bo padło podejrzenie, że mogli czegoś do nich dosypać. Panie, które gotowały na stołówce, donosiły nam co mogły i dostawaliśmy też paczki. Otrzymaliśmy taką paczkę od rolników z białostockiego z dużą ilością bimbru. Został wylany. Były przecież przypadki, że przychodzili do nas ludzie pijani (pewno podstawieni) w celu wywołania burd i rozwalenia tego strajku. Prowokacje zaczęły narastać w drugim tygodniu strajku. Najgorsze były „podjazdy” wieczorami gdy tłukli w tarcze, podchodzili pod bramę, a potem się wycofywali pozorując atak. Skonstruowaliśmy sobie „armatę” na gwoździe, mieliśmy dostęp do materiałów wybuchowych, więc obrona była przygotowana (kierował tym K. Zakrzewski) i oni tamci doskonale o tym wiedzieli. Przekazaliśmy im dobitnie, że jak wejdą przez tę bramę, to zostaną naszpikowani wszystkim, co w tę armatę zostało napchane. Czas upływał, byliśmy już potwornie zmęczeni. Opuszczali nas koledzy, którzy szli i podpisywali listy. Wypłacano im pieniądze za dni strajkowe. Były przygotowane listy zaocznych zwolnień, ciągle nas ubywało.

Drugi tydzień się kończył i było coraz gorzej. Zmęczenie i strach. Podnieśli nas na duchu dwaj młodzi księża z kościoła „na górce”. Aby ominąć obstawę prowadziliśmy ich kanałami, przez działki i pod elektrociepłownią. Co ciekawe, po odprawieniu mszy księża nie chcieli wracać tą samą trasą. Ku zdziwieniu zomowców wyszli główną bramą. Później dowiedzieliśmy się, że dotarli szczęśliwie do kościoła.

Dwa dni przed końcem strajku (31 sierpnia) miał miejsce sfingowany atak ZOMO i MO; ruszyli waląc w tarcze, zrobił się szum i rwetes. Wystarczyłoby wtedy 10 minut i zrobiliby z nami, co by chcieli. Po tym ataku zostało nas ok. 80 osób. Oczekiwaliśmy na przyjazd Lecha Wałęsy. Przyjechał z prałatem Jankowskim i w pierwszych słowach zaapelował, by zakończyć strajk. Widać było, że nie wie, co się dzieje i nie czuje sytuacji. Nawet nie porozmawiał z ludźmi, tylko szybko chciał zakończyć protest, że niby okrągły stół, trwają rozmowy z Kiszczakiem itd. Wtedy się zaczęło... „TAK? To my ci zaraz pokażemy!” Niewiele brakowało, by został wywieziony na taczce. Chciał rozwiązać strajk bez żadnych gwarancji bezpieczeństwa, po prostu wynocha, a co z wami zrobią, to mnie nie obchodzi, bo ja mam swój okrągły stół – takie było jego myślenie. Ludzie byli zdesperowani. Jedni płakali, inni chodzili w kółko. Jeden ze strachu tak się schował, że odnaleźliśmy go dopiero na drugi dzień gdy wróciliśmy z kościoła. Mogło dojść do rzeczy niekontrolowanych... W końcu wywalczyliśmy sobie te gwarancje, dostaliśmy takie pamiątkowe „glejty” podpisane przez Wałęsę „za udział w walce o godność człowieka”. Ile były warte gwarancje ludzi bez honoru? Cały KS został zwolniony. Zostaliśmy bez pracy. Podostawaliśmy wyroki: od 1,5 roku do 5 lat.

Po 1988 roku też wcale nie było różowo. Wiele działań nowej Solidarności przestało mi się podobać. Zaczęły się zarysowywać podziały, były walki o stanowiska. Zwyciężała prywata, a ci, którym się udało zapomnieli o tych, którym wiodło się gorzej. Zapomnieli, że kiedyś wszyscy walczyliśmy o lepsze życie. Utrwalone podziały funkcjonują do dziś. Nie umiemy dziękować ani naszym rodzinom, ani anonimowym mieszkańcom miasta, którzy nas wówczas wspierali. Dla przykładu moja żona żyła wtedy w tak dużym stresie, że pewnego dnia kiedy przyniosła mi zaprowiantowanie w czasie strajku i wracała do domu, to ni stąd, ni zowąd znalazła się w lesie w Pawłowicach. Do dziś dnia nie potrafi powiedzieć, jak to się stało. Dostała jakiegoś zaniku pamięci. To wszystko ze zmartwienia... Za to niektórzy z naszych kolegów, których udział w protestach był naprawdę marginalny, opowiadają dzisiaj o sobie jakieś niestworzone historie. Wielu z nich podpisywało listy obecności w pracy i oni otrzymali zapłatę za dni strajku, a my – gdyby nie Komisja Praworządności prowadzona przez Z. Romaszewskiego – nie otrzymalibyśmy nic. Potem Stasiu Kosek, ja i jeszcze ktoś (nie pamiętam nazwiska) wypłacaliśmy po 40 tyś. złotych wszystkim tym, którzy zostali bez środków do życia.

Komuniści nie chcieli dać nam spokoju jeszcze jakiś czas po przemianach. U nas na kopalni pracował taki człowiek o pseudonimie O`Hara, to był straszny byk. Któregoś dnia w 1992 roku tak mnie pobił, że osiem miesięcy po tym incydencie przebywałem na zwolnieniu chorobowym. Potem okazało się, że był Tajnym Współpracownikiem Służby Bezpieczeństwa. Zresztą, kto w tym palce maczał Bóg jeden wie. Strasznie się stawiałem na posiedzeniach Komisji Zakładowej, bo sposób działania związku bardzo mi się nie podobał. Rolę związku sprowadzono do wypisywania „chwilówek” i załatwiania „bumelek”, a troskę o przestrzeganie praw pracowniczych, o dbanie o prawdziwie potrzebujących członków związku pozostawili nie wiadomo komu. Wypominałem im, że kiedyś walczyliśmy o wyprowadzenie wszystkich organizacji poza zakład pracy, w tym również związków zawodowych. Wypominałem im, że mieliśmy utrzymywać się tylko ze składek związkowych. To musiało uwierać, więc stałem się niewygodny. Mój mocny sprzeciw budziła również osoba Stanisława Jabłońskiego, przewodniczącego egzekutywy partyjnej z 1979 roku, który nagle „przykleił” się do Solidarności i który właśnie dzięki naszemu związkowi został wybrany na dyrektora. On wiedział, że nie będzie miał ze mną lekko, więc mnie zwolnił. Zwolnienie było bezpośrednio umotywowane moim długotrwałym zwolnieniem lekarskim. Chorowałem wtedy ciężko na kręgosłup i zostałem zwolniony, a miałem tylko 2,5 roku do emerytury. Miał mnie wtedy bronić mec. Piotrowski, ale nie przyjechał na żadną rozprawę sprawę. Miał się za mną wstawić A. Pietrzyk i on również nie zjawił się ani razu. O dziwo, w mojej sprawie wstawiły się związki branżowe p. Motowidły, a od nas G. Stawski. Odbyło się 9 czy 10 rozpraw sądowych. Sąd nie znalazł żadnego uzasadnienia do zwolnienia mnie z pracy. Na rozprawy przyjeżdżali koledzy, którzy byli szeregowymi uczestnikami strajku i to było miłe. Czułem, że nie jestem sam. W końcu przywrócili mnie do łask, ale kopalnia odwołała się od wyroku sądu. Wróciłem na kopalnię i przepracowałem 4 miesiące, ale nie otrzymałem uposażenia za ten okres, bo dyrekcja stwierdziła, że wypłacą mi pieniądze dopiero wtedy, kiedy kolejna sprawa zostanie rozstrzygnięta na moją korzyść. Gdyby nie zarobki mojej żony, to nie wiem jakbyśmy ten okres przeżyli. W końcu dyr. Jabłoński wezwał mnie do siebie i zaproponował, abym wybrał sobie kopalnię, na której chciałbym pracować. Bardzo mnie to zdziwiło, na co on stwierdził, że już przygotował mi miejsce na kop. Morcinek, gdzie dyrektorem był mój kolega Roman Kołodziej. Porozmawiałem z Romanem przez telefon i on zachęcił mnie, abym przyszedł do niego na zakład. Na Morcinku przepracowałem do emerytury.

Patrząc na naszą ojczyznę z perspektywy czasu, muszę stwierdzić, że dzisiejsza Polska nie jest moją wymarzoną Polską. Już nawet nawet nie o mnie chodzi... Wymarzyłem sobie inną Polskę dla moich dzieci i dla moich wnuków, Polskę w której mogliby żyć naprawdę godnie. Przerażają mnie te podziały, to wzajemne opluwanie się, to wytykanie sobie, kto był i jest ważniejszy, a to chyba nie o to chodziło i dzisiaj też nie o to chodzi. Powinniśmy przecież być solidarni i szanować się wzajemnie. Chciałbym, aby ten pomost i porozumienie pomiędzy nami weteranami a ludźmi młodymi był stale żywy i aktywny. Chciałbym, aby młodzi ludzie zrozumieli, że my walczyliśmy o to, aby im było lepiej. Żeby młodzi zrozumieli, że walczyliśmy o to, aby oni mieli dostęp do prawdy i do wolności, której nam komuniści przez wiele lat odmawiali i żeby to nasze Jastrzębie i jego wkład w walkę o wolność Polski zostały wreszcie w pełni docenione.

Terenowe Biuro Stowarzyszenia Pokolenie, Jastrzębie-Zdrój, 23 IX 2010

Opracowanie: Andrzej Kamiński