L00117 Józef Ratajczak

Z Encyklopedia Solidarności

Relacja Józefa Ratajczaka

Urodziłem się w 1963 roku. Do szkoły podstawowej poszedłem w 1970 roku. Choć byłem jeszcze małym dzieckiem, to wydarzenia 1968 roku w Krakowie i 1970 na Wybrzeżu utkwiły mi w pamięci. Przyszedł rok 1975 i zmiany w konstytucji. Cały czas narastał pewien ferment. Wychowywałem się na Kazimierzu w Krakowie i uczyłem w okresie, kiedy nie było niżu demograficznego i moja klasa składała się z całego przekroju środowiskowego. Samą klasę w szkole podstawowej wspominam dobrze. Mieliśmy nauczycielkę wychowania obywatelskiego związaną z aparatem partyjnym Komitetu Wojewódzkiego PZPR, dlatego też szybko awansowała na dyrektorkę szkoły. W piątej lub szóstej klasie przyszła i zarządziła, że na początku każdej lekcji będziemy robić prasówki – tzn. będziemy się zgłaszać i opowiadać, co słyszeliśmy w radio lub telewizji oraz przeczytaliśmy w gazetach. Następnie wszyscy wspólnie będziemy to omawiać. Miałem wówczas kolegę (najbliższego przyjaciela szkolnego) którego rodzina, podobnie jak moja, słuchała czasem Wolnej Europy. Kolega zaczął się zgłaszać na tych lekcjach i mówić, że on właśnie usłyszał w radio o procesie dysydentów Moskwie, o przebiegu tego procesu i o tym, że oni upominają się o kolegów zaaresztowanych w 1968 roku, bo oni też są prześladowani. Pani nauczycielka na to powiedziała: „Tak? Marku, coś ci się kręci. Co ty opowiadasz? Gdzie ty to słyszałeś?” A ja się wtedy zgłaszałem i mówiłem: „Tak, tak proszę pani! Ja też to słyszałem w radio”. Po kilku takich lekcjach miała kompletnie dosyć. Zbywała nas w sposób najlepszy z możliwych – mówiła: „Aha, aha, dobrze, dobrze, no to już więcej nie potrzeba”. Nie wyszły jej te prasówki i później chyba całkiem z nich zrezygnowała.

Pamiętam też moment, kiedy przeszedłem do 5 klasy, a tym samym z zuchów do harcerzy. Rok później w manewrach techniczno-obronnych chorągwi krakowskiej zdobyłem złoty medal. Pochodziłem zresztą z rodziny harcerskiej: mój dziadek i babcia poznali się jako działacze harcerscy. Dziadek był komendantem Związku Harcerzy Polskich Zaboru Pruskiego, a moja babcia – po swojej koleżance, Oldze Drohojowskiej – była komendantką hufca krakowskiego harcerek. Z tego też powodu w harcerstwie byłem stawiany za wzór. Zakomunikowano mi, że będę składał przyrzeczenie harcerskie, które wówczas było warunkiem przypięcia krzyża harcerskiego. Ja jednak oświadczyłem, że nie będę składał przyrzeczenia, bo w rocie jest napisane, iż przyrzekam być wierny sprawie socjalizmu, a ja nie będę składał takiego przyrzeczenia, bo uważam socjalizm za narzucony przez okupanta. Oczywiście zrobiła się straszna zadyma, ale nie wynikły z tego żadne nieprzyjemne konsekwencje dla mnie. Wręcz przeciwnie – po jakichś tam przepychankach i po dłuższym okresie oczekiwania mój drużynowy zorganizował wyjście naszego zastępu na wycieczkę i tam zaproponował mi złożenie przyrzeczenia według roty przedwojennej. Takie było moje dzieciństwo.

Po skończeniu szkoły podstawowej poszedłem do liceum nr VIII. W klasie równoległej był nieżyjący przyjaciel, śp. Staszek Gąsienica, z którym w tym liceum trochę rozrabialiśmy. Byłem w szkole znany i było wiadome, że jak Miłosz dostał Nobla, to do mnie przychodzili prosić bym pożyczył jakieś jego wiersze. Było bowiem wiadome wśród kolegów i koleżanek, że mam dostęp do takiej literatury, gdzieś tam wychodzącej.

Kiedy wybuchła Solidarność ja się przeniosłem – z różnych względów, częściowo związanych z działalnością w teatrzyku szkolnym – do liceum nr V. W nowym liceum dosyć szybko dałem się poznać i od razu zaczęto mnie namawiać do kandydowania do samorządu szkolnego. Nie chciałem jednak kandydować – w szkole, w której się dopiero pojawiłem i gdzie mnie tak naprawdę nikt dobrze nie znał. Ostatecznie nie wystartowałem w wyborach. Jak już samorząd się wyłonił to zaproszono mnie do niego, bym został takim dokooptowanym członkiem zajmującym się sprawami kultury. W tym czasie grałem w teatrzyku szkolnym. Zacząłem chodzić na spotkania samorządu, a z nim również na spotkania z dyrektorem. Kiedyś mieliśmy starcie z dyrektorem, gdyż dyr. Stefanów chciał, byśmy potępili „terrorystów”, którzy próbowali uprowadzić samolot i uciec na zachód. Wśród porywaczy był jakiś uczeń V liceum. Chciał, byśmy napisali takie oświadczenie, że jako wszyscy uczniowie V LO nie mamy z tym człowiekiem nic wspólnego. Strasznie ochrzaniłem pana dyrektora i skończyło się na tym, że nie będziemy pisać żadnych oświadczeń.

W tym okresie już jawnie przynosiłem książki i bibułę na lekcje. Prosiłem często polonistkę byśmy mogli omawiać wybrany wiersz, a nie ten, który jest w podręczniku. Namówiono mnie też bym zaczął chodzić na spotkania ROSŚ (Ruch Odnowy Szkół Średnich), w którego założeniu nie brałem udziału, ale włączyłem się w działalność na wiosnę 1981 roku. Ruch Odnowy Szkół Średnich został powołany przy NZS UJ. Jego opiekunem z ramienia NZS był niejaki Dariusz Przeździecki, który później – jak wynika z materiałów IPN – okazał się kapusiem. Ten Przeździecki robił z nami działania, które były jakieś takie nieposkładane. Być może wynikało to z poleceń, które dostawał, i które realizował – by to wszystko miało się rozmywać i rozjeżdżać. Znikały nam np. listy adresowe członków po spotkaniach. Obecnie przypuszczam, że najprawdopodobniej schował je Przeździecki, ale wówczas nam się to w głowie nie mieściło – jedynie między sobą rozglądaliśmy się, kto może być kapusiem. Były zapewne ze strony służb zastosowane jakieś działania dezintegracyjne. Wówczas nie znałem jeszcze tego pojęcia.

Mimo wszystko, starałem się coś zrobić. W wyniku różnych, rodzinnych rozwiązań majątkowych moja mama posiadała trochę gotówki, której część dawała mi na kupno książek. W tamtym czasie stoiska z książkami i innymi publikacjami stały na rynku i ulicach, np. na ul Grodzkiej przed Collegium Broscianum były rozłożone stoliki z bibułą. Tam też zacząłem kupować. Nieco później zostałem przez kolegów z NZS dokooptowany do nich i zacząłem jeździć – m.in. z Krzyśkiem Krzysztofiakiem, obecnym prezesem MARR-u – do Warszawy do Piotra Szwajcera na spotkania sobotnie, na których oferowane były książki ściągane ze wszystkich możliwych wydawnictw z kraju. Przeznaczone one były dla bibliotek studenckich. Myśmy byli afiliowani jako biblioteka studencka. Następnie chodziłem z katalogiem tych książek po liceach i spotykałem się z ludźmi zainteresowanymi – nakłaniałem ich, by zakładali biblioteki składkowe, by tworzyli stowarzyszenia, w ramach których będą się składać na księgozbiór, którym się będą wymieniać. Nie za bardzo to jednak szło – głównie działała ta moja biblioteka, gdzie książki kupowane za swoje pieniądze wypożyczałem innym. Spora ilość tych książek nigdy do mnie nie wróciła zwłaszcza, że nas zaskoczył stan wojenny. Z tego co wiem, to niektóre trafiły do pieca. W każdym razie chciałem zarażać innych działalnością czytelniczą. Robiliśmy spotkania, dyskusje i debaty. W nowym roku szkolnym NZS „wycofał” Przeździeckiego z funkcji opiekuna ROSŚ i rolę tę przejął Andrzej Waśko, z którym przyjaźnimy się do dzisiaj, ale jesień 1981, czyli okres strajku studenckiego i rosnącego napięcia to nie był już dobry czas dla takiej działalności, jaką chciałem wśród licealistów prowadzić.

Reakcja nauczycieli na moją działalność była taka, że albo prosili mnie o pożyczenie książek lub udawali, że nic nie wiedzą – jakichś negatywnych reakcji nie pamiętam, raczej pozytywne. Kiedy po wprowadzeniu stanu wojennego przez kilka miesięcy nie pojawiałem się w szkole, to kiedy się w końcu zjawiłem wszyscy przypuszczali, że byłem internowany, ale nikt o to nie pytał. W naszych szkołach była dosyć mocna Solidarność nauczycielska. Pamiętam nastroje z marca 1981 roku, kiedy wszyscy szykowali się do strajku generalnego, np. znosili materace. Nasze szkoły były do tego przygotowane – a w każdym razie V LO było. Oczywiście różni byli nauczyciele i różne mieli poglądy, niektórzy byli zajadłymi komunistami. Np. kiedy wieszaliśmy na tablicy ogłoszeń jakieś obwieszczenia to często znikały. Kiedy w stanie wojennym chciano nas zmusić do zdjęcia krzyża w klasie, to myśmy twardo zagłosowali w klasowym referendum przeciwko i dyrekcja zostawiła ten krzyż aż do naszej matury w 1982 roku. V liceum to była szczególnie liberalna szkoła.

W końcu przyszedł jednak stan wojenny. Wcześniej obserwowałem to, co się dzieje i przez skórę czułem, że to się źle skończy. Wychowanie w rodzinie, która dużo przeszła (mój dziadek był jednym z założycieli WiN-u) kazało podejrzewać, że to się czymś nieprzyjemnym skończy. Zakładałem się z ludźmi, że wprowadzony stan wojenny potrwa minimum 20 lat, bo jest to przetrącenie pokolenia. Okazało się, że większość zakładów nie zastrajkowała. Nadchodziły doniesienia ze Śląska, że strajkowały kopalnie, było ostro, było strzelanie, zabijanie ludzi. Górnicy w Piaście i Ziemowicie zaminowali szyby górnicze. Większość Polski jednak nie stanęła, więc stan wojenny był wielkim sukcesem Jaruzelskiego i Kiszczaka. Okupione to zostało jednak ludzkim życiem oraz np. katastrofą pod Płockiem, kiedy wyłączenie łączności spowodowało gigantyczny zator lodowy skutkujący ogromną powodzią, czym rządzący specjalnie się nie przejmowali.

Podjąłem się w tym czasie zorganizować pismo dla ROSŚ – zbierałem materiały do pierwszego numeru oraz zaproponowałem tytuł: „Mimo Wszystko”. Tytuł ten był później używany przez podziemny KKW NZS (Krakowska Komisja Wykonawcza NZS) jako tytuł podziemnego pisma. Mnie nie udało się wydać na jesieni tego pisma, gdyż straciłem zapał – popadłem niemal w depresyjny stan. Patrzyłem z coraz większym przerażeniem na to, co się dzieje. Kiedy z moją mamą wychodziliśmy wieczorem 12 grudnia od przyjaciół, to poszła wiadomość, że odwołana została wizyta premiera francuskiego w Polsce. To był niemalże sygnał do myślenia: ciekawe, co będzie jutro? Następnego dnia rano obudziła mnie mama informując, że nie może złapać III programu radia, a zawsze słuchaliśmy „60 minut na godzinę”. Padło pytanie: „czy myślisz, że ci ruscy komandosi już są w stacji radiowej? No pewnie tak!” Kiedy wyszliśmy na ulicę, to nie bardzo było wiadome, co się dzieje. Ruskich komandosów nie było widać, a informacje przychodziły dosyć powoli. Później pojawiły się jakieś tam ulotki i okazało się, że bez ruskich komandosów się to odbyło. Kiszczak i Jaruzelski własnymi siłami to załatwili.

Po jakimś czasie pojawił się u mnie kolega Piotr Zieliński i zapytał, czy można by u mnie w domu umieścić drukarnię. Powiedziałem, że muszę wcześniej porozmawiać z mamą, która oczywiście nie zgłosiła protestów. Kiedy przynieśli do mnie ramkę to zaczęliśmy drukować pierwsze ulotki. Jednocześnie przyszedł do mnie polonista Jacek Sieradzan i zaproponował otwarcie u mnie punktu centralnej dystrybucji książek. Zaaprobowaliśmy ten pomysł. Następnie książki przywiózł niejaki Henryk Karkosza wypuszczony właśnie z internowania. Przywiezione przez niego paczki książek były obsypane sadzą. W związku z tym rzucił taki żarcik, że to książki uratowane z kotłowni na placu Szczepańskim, przy którym mieściła się wówczas siedziba SB. „Żarcik” – jak się później okazało – najprawdopodobniej był prawdą. SB skonfiskowało książki, które następnie trafiły do Karkoszy, który odbudowywał struktury, żeby można je było kontrolować, inwigilować. Ten Karkosza nam się nie podobał bardzo, ale książki były czymś, co jeszcze wówczas uwielbiałem (wtedy jeszcze miałem zdrowe oczy i lubiłem czytać). Bardzo mi zależało na tych książkach.

Piotrek Zieliński, który przyniósł ramkę i drukował ze mną, wiedział o tych książkach. Natomiast Sieradzan i Karkosza nie wiedzieli, że jednoczenie coś tu drukujemy. Pilnowaliśmy się, by o tym nie mówić. Działaliśmy w strukturze KKW NZS i kiedy w 1983 roku była wpadka, to od razu odszukałem Sieradzana. Przekazałem mu, że trzeba ewakuować książki, bo Piotrek Zieliński mnie ostrzegł, że posadzono Ryśka Małuseckiego, który rzekomo sypie, a który przynosił do mnie sprzęty drukarskie. Trzeba było wyczyścić mieszkanie. Sprzęt drukarski gdzieś wynieśliśmy, a Sieradzana poprosiłem o ewakuację książek. Razem z nim zawieźliśmy je do mieszkania pani Marii Indyk.

Tak nasza współpraca z Oficyną Literacką się skończyła. Po prostu powiedziałem, że mieszkanie jest spalone i trzeba się ewakuować. Kiedy się okazało, że Małusecki wcale nie sypie tylko coś tam potwierdził, o czym wiedział, że oni wiedzą, to ramka wróciła do mego domu. Małusecki nie sypał i nie ujawnił informacji, o których esbecja by nie wiedziała, grał tylko tak, by go dalej już nie naciskali.

W 1982 roku po zdanej maturze trafiłem na filozofię na Uniwersytecie Jagiellońskim. Następnie na przełomie roku się ożeniłem, a w maju 1983 roku urodziła mi się córka i zostałem młodym tatą. Wkrótce potem byłem już młodym rozwodnikiem. Kiedy rozwodziłem się z żoną to znowu nic mi się nie chciało i machnąłem ręką na studia. Długo mnie nie chcieli skreślić z listy studentów – przestałem chodzić i zaliczać cokolwiek. Jakoś mnie tam kojarzyli – przynosiłem bibułę do biblioteki. W bibliotece powoływałem się na kolegę, który też tam studiował filozofię i również zaopatrywał tę bibliotekę w bibułę. Biblioteka instytutowa miała trochę książek z drugiego obiegu. Większość wykładowców filozofii też była nastawiona antykomunistycznie i antysystemowo, chociaż często z bardzo różnych stron – było tam też trochę lewaków. Tak naprawdę dopiero po 1989 roku te podziały zaczęły się ujawniać na poważnie. Było też tak, że jedni bardziej lubili „13” Dzielskiego, a inni „Tygodnik Mazowsze” czy „Przegląd Wiadomości Agencyjnych”, który też był lewicowy. Rozprowadzaliśmy wszystko, bo chcieliśmy zapewnić wolność słowa. Kiedy mnie już jednak skreślili z listy studentów to poszedłem do sekretariatu i wypożyczyłem sobie papiery, by złożyć je na historię. Egzaminy wstępne na ten kierunek zdałem dosyć gładko i tam też zacząłem studiować. Ostatecznie też jej nie skończyłem, ale w ten sposób skutecznie unikałem wojska.

Pracę podziemną zaczynałem w strukturach konspiracyjnych KKW NZS. Kiedy na wiosnę 1983 roku aresztowali czołówkę struktury zaczęliśmy działać pod nową nazwą i zmieniliśmy tytuły gazet. Postępowaliśmy inaczej niż „Hutnik” – nie graliśmy na nosie gen. Grubie. Aby naszych zatrzymanych kolegów nie przyciskano, nie szantażowano i nie zmuszano do niczego stworzyliśmy wrażenie, że struktura KKW NZS zniknęła całkowicie, została doszczętnie rozbita wraz z aresztowaniem Adama Kality a to, co powstało i działa, to zupełnie inna struktura. Rzeczywiście, esbecy pisali w swoich raportach, że wolą już podtrzymywać strukturę, którą udało im się zinwigilować niż likwidować ją, bo wówczas powstają jakieś nowe grupy, które trudno jest rozpoznać. Byliśmy pierwszym przykładem powstania takiej struktury i nazwaliśmy się Krakowskim Komitetem Oporu Społecznego (KKOS). Przez Jacka Ramotowskiego mieliśmy kontakt z Dawidem Warszawskim (Konstanty Gebert) i „KOS-em” warszawskim, którego sprowadzaliśmy i kolportowaliśmy. To pismo było pierwsze, które rozprowadzaliśmy poza naszymi tytułami, a były one kiepskiej jakości jeśli idzie o druk i redakcję. Mieliśmy jeszcze strukturę kolporterską rozprowadzającą książki, którą stworzyliśmy w międzyczasie. Była ona niezależna od Oficyny Literackiej. W drugiej połowie lat 80. przejąłem od kolegów – Zdzisława Jurkowskiego i Aleksandra Galosa – jakąś zasadniczą część kolportażu Wydawnictwa X – dostawałem po 800 egz. Nie wiem, ile oni tego drukowali, ale przypuszczam, że to były prawie całe nakłady. Większość z tego wywoziłem do Warszawy i wymieniałem na inne tytuły, od 2 do 20 egzemplarzy. Dzięki temu, w naszych kanałach dystrybucyjnych, mieliśmy dziesiątki tytułów książek. Przy bardziej popularnych pozycjach sprowadzaliśmy i po 100 egzemplarzy.

Byłem drukarzem pisemka „Wolne Słowo”, które wydawaliśmy, ale chciałem mieć wpływ na redakcję – przez to się z nimi wykłócałem. W końcu na tyle spiąłem się z kolegami, że powiedziałem, iż nie chcę mieć z tym nic wspólnego i przez jakiś czas nie drukowałem. Oni w międzyczasie wynieśli z Polskiego Klubu Ekologicznego powielacz i na nim drukowali. Po wielu przepychankach i kłótniach stanęło na tym, że ruszymy z drukiem „Tygodnika Mazowsze” (edycja krakowska) by drukować dobrą redakcyjnie gazetę o ustalonej renomie. Miała to być przeciwwaga dla „Trybuny Ludu” czy „Gazety Krakowskiej”. Różne zawirowania sprawiły, że druk „Tygodnika Mazowsze” zaczęliśmy u mnie w domu i do końca lat 80-tych byłem również szefem tej struktury drukującej. W tym naszym KKOS prowadziłem i druk i kolportaż. „Tygodnika Mazowsze” drukowaliśmy do 2000 egzemplarzy. To była poważna struktura kolportażowa.

Druk „Tygodnika Mazowsze” odbywał się częściowo u mnie, częściowo w mieszkaniach udostępnionych mi przez znajomych jak u Zbyszka Wojewody, Agnieszki Jurczenko oraz w mieszkaniach wynajmowanych od kogoś przez kolegów. Przez długi czas takie miejsce zlokalizowane było na Wielopolu, gdzie mieszkali nasi koledzy z socjologii: Wojciech Smętek, Waldek Tomczuk i Jacek Lalak. W tym mieszkaniu działo się bardzo dużo: spotkania, kolportaż, przychodzili ludzie spoza naszego kręgu, więc nie było to bezpieczne. Z czasem wypracowaliśmy dodatkowy budżet i nasz kolega Piotrek Kuliszewicz – wówczas przezywany „Złym” ze względu na gęstą, czarną czuprynę – wynajął mieszkanie na Widoku i tam przenieśliśmy powielacz. Piotrek mieszkał tam z Jarkiem Lubkiewiczem i wspólnie drukowali.

Kanały dystrybucyjne były bardzo różne. Był krąg kolporterów studenckich, którzy rozprowadzali książki i gazetki. Były również kontakty z zakładami pracy – w początkowym okresie działalności KKOS był to Instytut Obróbki Skrawaniem, gdzie pracował mój kuzyn, który skontaktował mnie z tamtejszym szefostwem Solidarności. Oni też przejęli taką koordynującą rolę dla innych zakładów – byli oni zakładem „A” w strukturze ABC (w latach 1980-1981) i po 13 grudnia utrzymali te kontakty. Dystrybucja szła głównie do biur projektowych. By „konspiracji stało się zadość”, to oni spotykali się w naszym mieszkaniu z Władysławem Hardkiem, gdzie książki wypełniały wszystkie wolne miejsca (również książki od TW Monika). Główną strukturą, do której dostarczaliśmy bibułę była TKRH (Tymczasowa Komisja Robotnicza Hutników). Żeby było śmieszniej to kontakt z nimi nawiązaliśmy poprzez Warszawę. Tam też przedstawiono mnie panu Krzysiowi Wróblowi, nieżyjącemu już dziś działaczowi Solidarności z Wydziału Mechanicznego HiL. Odbierał ode mnie i przekazywał dalej w swojej strukturze. Ostatnio Leszek Jaranowski opowiadał mi, jak sam nie chciał brać od Wróbla naszej bibuły, bo była gorzej wydrukowana niż ta z Warszawy, robiona na offsecie.

Uczestniczyłem również we wmurowaniu tablicy pamiątkowej w rocznicę powstania NZS pod figurką św. Barbary obok Collegium Novum. Nie pamiętam już, czy to była pierwsza czy któraś kolejna rocznica. Tablica oczywiście bardzo szybko została usunięta przez „nieznanych” sprawców. Do 1986 roku regularnie brałem udział w zadymach, chociaż nie powinienem, bo w domu miałem drukarnię i miejsce spotkań m.in. Hardka.

Pamiętam nastroje roku 1986 kiedy nastąpiło – moim zdaniem – pewne załamanie. Długo byliśmy nabuzowani, ale w 1985 roku pojawił się Gorbaczow, hasło „pierestrojka” i w grę mogły wchodzić różne kontakty, rozmowy i decyzje. Rok 1986 jest ewidentnie rokiem załamania podziemnych działań. W tym czasie w więzieniach siedzieli tzw. terroryści krakowscy. Byłem organizatorem „dymu” wokół tego tematu. Zorganizowałem zbieranie podpisów. Przez kontakty warszawskie/kosowskie uruchamiałem tamtejsze środowiska do działania. Np. dziennikarze związani z KOS zadawali Urbanowi pytania, a temat często wracał. Po akcji zbierania podpisów nie wysłaliśmy ich jednak do adresatów – było ich po prostu za mało. Pozbierałem na uczelni, na roku, kolega robił to w Warszawie, ale ciągle było ich za mało. Zbieraliśmy te podpisy na zasadzie: imię, nazwisko, adres. Później akcję zbierania przejął KPN i robił to tak, że ludzie mogli podpisywać się nieczytelnie i nie podawali adresów. Dlatego im poszło nieco lepiej, ale w dalszym ciągu było ich nie za wiele. Przykre było to, jak się Solidarność odcinała od tej sprawy – wyglądało to tak, jakby Solidarność przyjmowała za dobrą monetę możliwość jawnego działania w jakimś zakresie nie obejmowaną represjami, a jak ktoś tam siedzi za to, że przekroczył zakres koncesji – to niech siedzi. Było to podstawowe złamanie zasady Solidarności: nie pozwalamy, by ktokolwiek siedział w więzieniu za takie działania. W końcu były to tylko wyrzutnie ulotek i symbolicznie dwie puszki z gazem. Nazywanie tego terroryzmem to skrajna paranoja. Było jednak bardzo wielu, którzy nie chcieli się już w to angażować – i to we władzach Solidarności, wśród tych czołowych działaczy.

Była taka tradycja, że na rocznice z różnych okazji spod bramy głównej huty o godzinie 14:00 tj. kiedy pierwsza zmiana kończyła pracę wychodził pochód. Wszyscy wówczas stawali i zbierali się koło bramy – robił się wiec, który przekształcał się następnie w pochód. Wcześniej były ulotki, że będzie robiony pochód. Zdarzyło się jednak, że zaplanowany wiec i pochód się nie odbyły. Kiedy ludzie podjeżdżali transportem wewnętrznym pod bramę zostali przepędzeni/przepchani przez straż przemysłową na zewnątrz. A tam z kolei, było szaro od milicyjnych i zomowskich mundurów. Przyjechałem tam na tradycyjną godzinę 14:00. Milicja jednak zmuszała ludzi do wyjścia na wcześniejszym przystanku. Usiadłem z tyłu, udawałem, że nie słyszę i nie wysiadłem. Kiedy autobus podjechał pod hutę to jako jedyny z niego wysiadłem. Byłem w sandałach i lekkiej bluzie, z legitymacją studencką w kieszeni. Gdy zobaczyłem, co tam się dzieję to zrobiło mi się słabo. Stały tam szpalery milicji zwiezionej z całej Polski. Kolumny jak w czasie wizyt papieża. Zwiezionych zomowców była chyba dywizja. Hutnicy nie mieli tam żadnych szans, byli zapędzani do autobusów i tramwajów. Wysiadłem w momencie kiedy było jeszcze pusto – jedynie zomowcy i tajniacy dookoła. Starałem się iść spokojnym i pewnym krokiem jakby mi tu wolno było być, jakbym miał zupełnie inną legitymację w kieszeni. Jakąś luką, między kolumnami zomowców, przeszedłem do parku i ogródków działkowych obok niego. Tam też dwójkami chodzili smutni panowie po cywilnemu. Kiedy zaczęli iść w moim kierunku to zatrzymałem się przy ogrodzeniu, gdzie jakiś starszy człowiek kopał grządki. On się zorientował, co się dzieje i zaczął ze mną rozmawiać jakbym był jego krewnym. Kiedy „smutni panowie” do nas podeszli i o coś zapytali, ten starszy człowiek zwrócił się do mnie: „no to idziesz już?” Odparłem: „cześć, idę”. Smutni panowie już się mnie nie czepiali. Jakoś z tego wyszedłem, ale na ugiętych nogach. Następnie poszedłem pod Arkę (kościół w krakowskiej dzielnicy Nowa Huta-Bieńczyce), pod którą była podobna sytuacja: szaro od mundurów, wszystko obstawione potworną ilością zomowców. Później były jakieś tam negocjacje u ks. proboszcza, gdy ludzie nie wychodzili z kościoła wobec zaistniałej sytuacji na zewnątrz. W końcu ludzie zaczęli opuszczać świątynię parami: każda starsza babcia wzięła jakiegoś studenta pod rękę. Wyglądało to tak, jakby nastąpiło to wszystko w ramach jakiejś honorowej kapitulacji. W międzyczasie odbywały się gonitwy młodych zadymiarzy nowohuckich z zomowcami. W pewnym momencie znalazłem się sam na sam z nacierającą tyralierą zomowców, kiedy napierający wcześniej manifestanci zaczęli przed nimi uciekać. Milicja jeździła też „gazikami” po osiedlach i rozpędzała grupki ludzi. Kiedy taki pojazd wjechał na jedno z osiedli to został otoczony przez większą ilość osób. Zomowcy w „gaziku” spanikowali i zaczęli nim uciekać. Jednak jeden z nich nie zdążył do niego wskoczyć i pozostało mu biec w tyle. Szybko biegałem i zabiegłem mu drogę. On z kolei wycelował we mnie wyrzutnię do miotania pojemników z gazem łzawiącym. Chyba chciał strzelić, ale coś mu się zacięło lub nie odbezpieczył. Odległość nas dzieląca była taka, że ani uciec, ani się na niego rzucić. Już wtedy znałem historię Ryszarda Smagura i pomyślałem sobie, że za chwilę mi łeb urwie tą puchą. Czy zdążę się uchylić czy nie? Zobaczę kiedy strzela, czy też nie? W tym momencie podbiegł do niego od tyłu jakiś rosły gość i strzelił go w ucho. To zamroczyło zomowca, przewrócił się. Ludzie zaczęli go kopać – ja jednak podszedłem na miękkich jeszcze nogach i powiedziałem do nich: „no nie! nie zachowujmy się jak zomowcy! Zostawcie go, zabierzcie mu broń, ale już nie kopcie go”. Ludzie, którzy tam byli nie potraktowali mnie jakoś wrogo, bo wcześniej widzieli całą sytuację. Ostatecznie pogonili go w kalesonach. Ludzie triumfowali wymachując jego hełmem, panterką i tym kałasznikowem niesionym za lufę jak maczuga. Poszliśmy za blok, gdzie ten, który niósł broń, bez ostrzeżenia walnął nią o chodnik, a ja znowu stałem na linii strzału. Po tym, jak trzy razy dostałem takie dodatkowe życie to stwierdziłem, że nie powinienem się więcej narażać i od tego czasu nie chodziłem na zadymy. Kałach został tam połamany na części i chciano mi dać honorowo zamek. Ja jednak odmówiłem – stwierdziłem, że gdyby mnie gdzieś dołapali, i oprócz legitymacji studenckiej znaleźli zamek od broni, to już bym się nie wywinął.

Kiedy w 1988 roku dałem się ostatecznie skreślić z listy studentów to mnie wezwali na WKU ([Wojskowa Komenda Uzupełnień), bo jeszcze byłem poborowym. Poszedłem na komisję na ul. Praską. Próbowałem się wcześniej umawiać z kolegami by mnie ubezpieczali, bo wiadomo było, że nie przyjmę biletu. Przy stole jakiś major wypytywał mnie o dane, a następnie chciał mi wręczyć bilet do Orzysza. Wtedy ja powiedziałem, że nie przyjmę tego biletu. Majorowi w tym momencie szczęka opadła i zadał pytanie: „co znaczy – nie przyjmę?” Odpowiedziałem mu, że „wojsko to jest dyscyplina, to jest podporządkowanie się rozkazom. A ja nie mogę podporządkować się rozkazom kiedy nie ufam, że władza nie będzie tych rozkazów wydawała przeciwko ludziom”. Trzymali mnie tam 8 godzin, kazali mi pisać jakieś oświadczenia. Jakiś ubek przesłuchiwał mnie i pytał, czy chcę iść do więzienia. Odpowiedziałem mu, że nie chcę, ale jak trzeba będzie to pójdę. Chyba uznali, że nie warto mnie już męczyć. To też jest zdumiewające, że tego nie ma w materiałach IPN.

Przyszedł rok 1989, który był ewidentnie reżyserowany. To jest „przejście”, którym Michnik się zachwyca, bo wyszło bezkrwawo i kompromisowo, ale to złamanie kręgosłupa jest ewidentne i nie nazywam okresu, który potem nastąpił okresem wolności (chociaż tak czasem mówię) – dla mnie jest okres przejściowy. Myślę, że taka pełna wolność jest ciągle jeszcze przed nami. Ciągle bowiem mamy kompletnie połamane kręgosłupy moralne, zwłaszcza w mediach. To ciągle nie jest wolny naród.

Kiedy powstał Instytut Pamięci Narodowej to złożyłem wniosek o uznanie za osobę pokrzywdzoną. W odpowiedzi otrzymałem podwójny list. W pierwszym pan Kuler informował mnie, iż nie otrzymałem statusu osoby pokrzywdzonej, natomiast w drugim liście Janusz Kurtyka wyjaśniał mi, że istnieją trzy powody odmowy, m.in. brak dowodów na istnienie i zbieranie informacji na mój temat w sposób tajny, a w każdym razie Instytut ich nie posiada. Wydawało (i wydaje) mi się to nieprawdopodobne – oburzyłem się strasznie i pisałem jakieś odwołania. Po rozmowach z Januszem Kurtyką przestałem się już burzyć. Dał mi do zrozumienia, że być może jakieś materiały pewnie się znajdą, tylko teraz jeszcze nie mogą być ujawnione. Powiedział coś w tym rodzaju – dokładnie nie jestem już w stanie odtworzyć słów. Było to może z 8 lat temu. Zacząłem też mieć w tej sprawie jakieś podejrzenia, bo nie tylko ja jestem w tej sytuacji. Jest to szereg osób, o których wiemy, że naprawdę dużo robili. Istnieje poważne podejrzenie, że szeregiem struktur opiekował się kontrwywiad wojskowy, którego materiały nie są ujawnione. W związku z tym, istnieje duże prawdopodobieństwo na rozpracowywanie mnie przez te służby, co może mieć różne przyczyny. Począwszy od kwestii mojego ojca, z którym miałem dość sporadyczne i bardzo napięte kontakty. W tamtym czasie ojciec był bowiem aktywnym działaczem partyjnym, rodzice byli zresztą rozwiedzeni. Poza tym wymienione zakłady – jak Instytut Obróbki Skrawaniem i HiL – były zmilitaryzowane i być może nasze materiały są w posiadaniu służb wojskowych, które „opiekowały” się tymi zakładami.

Mój dom nie był nigdy poddany przeszukaniu. Niektórzy później żartowali, że nie byłem aresztowany, gdyż pojawił się u nas TW Monika i dlatego byłem „chroniony”, bo „służby” nie chciały doprowadzić do dekonspiracji swojego agenta. W archiwum IPN w Wieliczce byłem jakiś czas temu i niczego wyjaśniającego sprawę nie znalazłem, być może dzisiaj są już dostępne jakieś nowe materiały. Zdaję sobie jednak sprawę, że tak łatwo się wszystkiego nie dowiem.

Relację spisał Sławomir Chmura
Redakcja Alicja Lipska[[Kategoria:Autor Relację spisał Sławomir Chmura
Redakcja Alicja Lipska]]