L00118 Mirosław Śliwa

Z Encyklopedia Solidarności

Tylko w Internecie.

Relacja Mirosława Śliwy

Urodziłem się na Pomorzu. Moja rodzina wyznawała wartości patriotyczne i żaden z jej członków nigdy nie należał do PZPR. W czasie wystąpień robotniczych w Gdańsku w grudniu 1970 roku miałem 10 lat. Wówczas mieszkaliśmy w Iłży, miejscowości położonej blisko Starachowic. Przychodziły do nas kartki z życzeniami bożonarodzeniowymi, w których członkowie rodziny z Pomorza opisywali wstrząsające wypadki, jaki miały miejsce w Gdańsku. Telewizja i radio podawały informacje bardzo oględnie i lakonicznie. Pamiętam niepokój rodziców o bliskich, którzy pozostali na Pomorzu. Atmosfera w domu sprawiła, że nabrałem niechęci do komunistów.

Na początku lat 70tych przenieśliśmy się do Jastrzębia-Zdroju. Mój ojciec rozpoczął pracę na kopalni Moszczenica. W tym samym czasie skończyłem szkołę podstawową i poszedłem do liceum ogólnokształcącego. Następnym krokiem w mojej edukacji było podjęcie studiów ekonomicznych w Opolu na WSP (dzisiejszy Uniwersytet Opolski) na kierunku ekonomika i organizacja produkcji. Dopiero będąc studentem uświadomiłem sobie, jak zły i bezsensowny jest system panującej władzy. Oczywiście zapisałem się do NZS-u.

Przeskoczę trochę do przodu. W sierpniu 1980 roku byłem na wakacjach w Zakopanem. Do Jastrzębia wróciłem jeszcze przed podpisaniem Porozumień Jastrzębskich. Zaraz po przyjeździe do domu zaangażowałem się w pomoc strajkującemu ojcu. Zanosiłem mu jedzenie i opowiadałem o sytuacji w kraju. Byłem bardzo dumny, że ojciec strajkuje. Wspominam też do dziś okres „karnawału Solidarności”, towarzyszyły nam niezwykła euforia i poczucie nadziei, które objęły cały naród.

Pierwsza moja styczność ze Służbami Bezpieczeństwa była dość dziwna. Pewnego razu kupiłem od kolegi maszynę do pisania marki Olympia. Po jakimś czasie przyszedł do mnie znajomy i poprosił, żebym przepisał mu na tej maszynie jego prace dyplomową. Zgodziłem się i zabrałem do pracy. Pomagała mi siostra i wspólnymi siłami uwinęliśmy się z tym w około 10 dni. Oddaliśmy koledze przepisany tekst. Po paru dniach pod moją nieobecność zapukało do drzwi dwóch esbeków. Zakomunikowali moim osłupiałym rodzicom iż doniesiono, że w tym lokalu przepisuje się nielegalne teksty i w związku z tym należy przeszukać mieszkanie. Milicjanci dokonali szczegółowej rewizji nie pomijając nawet piwnicy. Oczywiście nic nie znaleźli. Po moim powrocie do domu rodzina opowiedziała mi o całym zajściu i zaczęliśmy się wspólnie zastanawiać, kto z naszych sąsiadów mógł donieść na nas na milicje. Gdy w końcu doszliśmy, kto to zrobił to ów człowiek bezpowrotnie stracił nasze zaufanie i szacunek.

Jednego roku oblałem sporą ilość egzaminów i postanowiłem przerwać naukę. Ożeniłem się i chcąc utrzymać rodzinę starałem się o pracę na kopalni. We wrześniu 1981 roku przyjęto mnie na dział przygotowawczy kopalni Jastrzębie. Zaraz po rozpoczęciu pracy wstąpiłem do Solidarności. Wcześniej nie uświadamiałem sobie, jak ciężka jest praca górnika. Ogromna odpowiedzialność za drugiego człowieka, potworne warunki pracy, i olbrzymi ciężar, który trzeba było nosić szybko sprawiły, że otrzymałem prawdziwą lekcję dorosłości. Uważam, że należałoby organizować przymusowe wycieczki na dół dla tych, którzy twierdzą, że górnicy mają za dużo przywilejów.

Rok 1981 rok upłynął pod znakiem niepewności. Co jakiś czas dochodziły do nas informacje o prowokacjach ze strony władzy. Sytuacja w społeczeństwie stawała się coraz bardziej napięta. Zaczęło być jasne, że musi dojść do konfrontacji, co też wkrótce się stało. O wprowadzeniu stanu wojennego poinformowała mnie teściowa. Spojrzałem na nią i pomyślałem, że chyba zwariowała. Włączyłem telewizor – śnieżył, radio – szumiało. Pokręciłem gałką radia i poszukałem Wolnej Europy. Przez bardzo mocne zakłócenia usłyszałem, że w Polsce istotnie wprowadzono stan wojenny. Za oknem cichy, ponury, niedzielny poranek. Spojrzeliśmy z ojcem na siebie i wiedzieliśmy, że będzie trzeba się z tym zmierzyć.

W poniedziałek 14 grudnia miałem na nocną zmianę. Ponieważ znikąd nie można było uzyskać wiarygodnych informacji postanowiłem pojechać wcześniej na kopalnię. Tam dowiedziałem się, że w nocy z 12 na 13 grudnia aresztowano przewodniczącego naszego KZ Solidarności Antoniego Jurkiewicza oraz członka prezydium Henryka Nejmana. Wcześniej umówiłem się z ojcem – miał pierwszą zmianę na Moszczenicy – że spotkamy się po południu i wymienimy informacjami. Gdy wróciłem do domu o godzinie 16.00 okazało się, że ojciec nie wrócił z pracy. Moszczenica już strajkowała. Zaraz po niej stanął Manifest Lipcowy. Gdy szykowałem się do wyjścia na nocną zmianę byłem żegnany przez bliskich jakbym szedł na wojnę. W autobusie nie było codziennych rozmów i żartów. Ludzie szeptali coś do siebie i wyczuwało się ogromne napięcie. Strażnicy na bramie mieli na rękawach czerwono-białe opaski. Wiedziałem, że i u nas już się zaczęło. Na cechowni był włączony telewizor, z którego sączył się czerwony jad... Kiedy cała trzecia zmiana zgromadziła się na cechowni wówczas wiceprzewodniczący naszej Komisji Zakładowej Jan Dąbrowski oraz Roman Auksztulewicz i Jan Winiarczyk poinformowali nas o sytuacji w kraju. Powiedzieli o masowych aresztowaniach i na cechowni zawrzało z oburzenia. W ogólnym rozgardiaszu wysunięte zostały dwa podstawowe postulaty: uwolnić internowanych i znieść stan wojenny. To była ciężka noc. Część osób została zaangażowana do różnego rodzaju służb strajkowych, a pozostali snuli się bez celu. Poszedłem do łaźni, a następnie na mój oddział. Tam ku mojemu zaskoczeniu zobaczyłem jak część pracowników przebrała się w brudne górnicze ubrania i normalnie zaczęła pracować. Patrzyliśmy na tych łamistrajków z pogardą i politowaniem. Wróciłem na cechownię. Tam była o wiele lepsza atmosfera mimo, iż włączony telewizor psuł nam trochę humor. Ktoś przyniósł plotkę, że w nocy nas spacyfikują. Ogarnęło mnie przerażenie, bo starcie z regularnymi oddziałami milicji lub wojska to nie zabawa. KS zdementował tę plotkę i upomniał nas, żebyśmy nie dawali wiary we wszystko co usłyszymy. Zmęczenie i napięte nerwy zaczynały dawać o sobie znać.

Następnego dnia zaczęto wydawać nam wypłaty. Była to namiastka normalności i napięcie trochę spadło. Po jakimś czasie pod kopalnią zaczęły ustawiać się czołgi, wozy opancerzone i suki milicyjne. Dowódca sił milicyjnych wezwał nas, abyśmy się poddali. Gdy nie odpowiedzieliśmy, na jego wezwanie nastąpił atak... Zrobił się straszny rwetes, zewsząd dochodziły złowieszcze hałasy. Stanęliśmy wszyscy blisko siebie tworząc mur i zaczęliśmy śpiewać Hymn. Wtem rozległ się brzęk tłuczonego szkła i na cechownię wpadli zomowcy. Zaczęli pałować każdego, kto wpadł im pod rękę. Nie oszczędzili nawet pań, które przywiozły nam wypłatę. Po całej sali zaczęły fruwać banknoty. Widziałem, jak niektórzy zomowcy garściami wciskali je za cholewy butów. Na podłodze pojawiły się kałuże krwi. Chciałem uciec z tego piekła i zacząłem kierować się w stronę drzwi. Niestety nie udało się, oberwałem pałą. Milicjanci ustawili się w szpaler i wszystkich opuszczających kopalnie spałowali.

Wróciliśmy do swych domów z poczuciem wielkiej porażki. Byłem załamany, zły i pełen nienawiści do wszystkich mundurowych przedstawicieli komunistycznego reżimu. Gdy wróciliśmy na kopalnię to wszyscy byli tak przygnębieni, że przez parę dni w ogóle nie pracowaliśmy. Zjeżdżaliśmy na dół, szliśmy na przodek, siadaliśmy pod ociosem i cały dzień nic nie robiliśmy. Panowała taka atmosfera, że nawet dozór nie miał do nas o to pretensji, chociaż był jeden wyjątek. Sztygar o nazwisku Grzonka biegał wzdłuż chodnika i wrzeszczał: „Załatwimy się teraz z wami, kurwa, solidaruchy!” Jeden z kolegów nie wytrzymał, złapał go i rzucił nim na ocios. Na szczęście nie zwolnili go za to, ale długi czas nie dostawał premii. Mijały dni i trzeba było zacząć normalnie żyć i pracować. W tamtych dniach bardzo często brałem udział w mszach za Ojczyznę. Nic nie podnosiło na duchu tak jak homilie ks. Henryka Białasa. Ten inteligentny i pełen charyzmy człowiek poprzez swoje kazania napełniał ludzi nadzieją.

Ponieważ sprzykrzył mi się marazm, w którym pogrążyło się całe miasto, a moje życie osobiste przestało się układać, postanowiłem rzucić wszystko i wyruszyć w Polskę. Jesienią 1982 roku opuściłem Jastrzębie, kopalnię i wszystko inne i przeniosłem się do Krakowa. Miałem tam sporo przyjaciół jeszcze z czasów studenckich, więc nie obawiałem się o dach nad głową. W Krakowie panowała całkowicie odmienna atmosfera niż w ospałym Jastrzębiu. W całym mieście wrzało. Pełno patroli milicyjnych, wszystkich legitymują. Okazało się, że 13 października (dzień przed moim przybyciem do Krakowa) na jednej z demonstracji został zastrzelony Bogdan Włosik. Z tej właśnie przyczyny milicja wzmogła czujność.

Mieszkałem na Kazimierzu, wspólnie z Grześkiem Kaczmarkiem, Grześkiem Łydką, Karolem Habrychem i Wieśkiem Bejdą. Współpracowali z KPNem, więc chcąc się na coś przydać zacząłem im pomagać w kolportażu bibuły. Braliśmy również udział w demonstracjach. Jedna, która szczególnie utkwiła mi w pamięci odbyła się 11 listopada 1982 roku z okazji Święta Niepodległości. Po mszy, która odbyła się na Wawelu, zebrał się tłum ludzi z zamiarem przemarszu ulicami miasta. Ciżbę zaczęła otaczać milicja. Po chwili doszło do ostrego starcia. W pewnym momencie spostrzegłem, że frunie ku mnie jakiś przedmiot. Odruchowo go złapałem, był to aparat fotograficzny. Zaraz za nim zjawiło się trzech milicjantów. Chcąc im utrudnić zdobycie aparatu rzuciłem go z całej siły w gęsty tłum ludzi. Zaraz po tym wydarzeniu zbił mnie z nóg strumień z armatki wodnej. Gdy się ocknąłem byłem sam na placu. Szybko się pozbierałem i kryjąc się po bramach wróciłem do mieszkania. Wkrótce zjawili się moi koledzy. Uszli cało, choć niektórzy byli poturbowani. Pociechą było to, że milicji też się nieźle oberwało.

Zacząłem otrzymywać niepokojące wieści z Jastrzębia. Rodzina donosiła, że jestem poszukiwany przez SB. Po krótkim zastanowieniu doszedłem do wniosku, że skoro nie jestem „wielkim działaczem” i tak naprawdę nie mają dowodów na moją nielegalną działalność to mogę wrócić do domu. Na święta Bożego Narodzenia 1982 roku wróciłem więc do Jastrzębia. Jeszcze przed sylwestrem zgłosiłem się na komendę. Podczas przesłuchania przedstawiono mi zarzuty czynów, które w ogóle nie miały miejsca. Byłem kompletnie zaskoczony faktem, iż aparat władzy może bezkarnie stworzyć niewinnemu człowiekowi fikcyjny życiorys i pociągnąć go do odpowiedzialności za czyny, których nie popełnił. Zaśmiałem się w twarz przesłuchującemu mnie milicjantowi i nie przyznałem do żadnego z zarzucanych mi przestępstw. Zanim mnie wypuszczono z komendy wpierw pouczono, że jak najszybciej muszę znaleźć pracę.

Ponieważ w dowodzie miałem wpisane, że zwolniono mnie dyscyplinarnie z kopalni, to aby uniknąć kłopotów ze znalezieniem pracy potargałem stary dokument i wyrobiłem nowy. Z początkiem 1983 roku rozpocząłem prace w szkole podstawowej nr 20 w Jastrzębiu-Zdroju Jak wspominałem wyżej, atmosfera na kopalni była ciężka, ale w ogóle nie równała się z tym, co zastałem w szkolnictwie. Nauczyciele bali się własnego cienia. Każde wypowiedziane przeze mnie nieprawomyślne zdanie budziło paniczny lęk. Wszyscy nauczyciele omijali mnie z daleka. Jesienią 1983 roku grono pedagogiczne odetchnęło z ulgą, gdyż zostałem powołany do wojska.

Służbę wojskową odbyłem początkowo w Nysie, a po jakimś czasie przeniesiono mnie do Zgorzelca. Z tamtego okresu utkwiło mi w pamięci jedno zdarzenie: po zamordowaniu księdza Popiełuszki, a tuż przed publicznym ujawnieniem jego śmierci cała nasza jednostka została postawiona w stan gotowości bojowej. Władze ludowe musiały obawiać się demonstracji...

Z wojska wróciłem w 1985 roku. Podjąłem pracę w dziale budowlanym kopalni Moszczenica. Wiosna 1988 roku przyniosła poczucie bliskości przełomu. 15 sierpnia jako pierwszy stanął Manifest Lipcowy. Moszczenica była gotowa do protestu już następnego dnia, jednakże zabrakło lidera, który poderwałby nas wszystkich do strajku. 17 sierpnia miałem pierwszą zmianę. Gdy tylko przyszedłem na kopalnię, od razu wyczułem ogromne napięcie wśród pracowników. Było oczywiste, że trzeba poprzeć Manifest Lipcowy, ale wciąż brakowało nam charyzmatycznego przywódcy. Dopiero przybycie z Manifestu Marka Bartosiaka, który płomiennie do nas przemówił rozpaliło w nas chęć walki. Gdyby nie opanowanie i doświadczenie starszych od nas pracowników (m.in. Mariana Nowaka) chaos organizacyjny trwałby jeszcze długo. Tego samego wieczoru powołano Komitet Strajkowy, na czele którego stanął Grzegorz Kolosa. Zostały powołane służby porządkowe, które miały za zadanie dbać o normalne utrzymanie kopalni. Wraz z Jurkiem Pietrzykiem zgłosiliśmy się do straży strajkowej. Naszym zadaniem było pilnowanie jednej z najdalej położonych bram. Owa brama wychodziła na ulicę dojazdową do ulicy Chlebowej. Wokół panowała pustka, tylko łąki i pola. Na początku strajku przydzielono nam zmienników, jednak w wyniku dalszych wypadków strażowaliśmy sami. Kilkukrotnie pod „naszą” bramę podjeżdżały wozy milicyjne. Widząc je poczułem się nieswojo. Byliśmy tylko we dwóch, a nasz posterunek był o półtora kilometra oddalony od cechowni. Jeśli chcieliby wejść od tej strony, to nie bylibyśmy w stanie stawić im żadnego oporu. Pocieszający był fakt, że wejście na teren kopalni z tej strony ze strategicznego punktu widzenia było złym posunięciem. zomowcy musieliby kluczyć po olbrzymim i nieznanym terenie wśród wielu budynków. Niepokoiło nas też, że byliśmy całkowicie odcięci od informacji o stanie strajku. Wcześniej, gdy nas zmieniano to można było iść na cechownię, dowiedzieć się o sytuacji, zjeść coś i się wyspać. Później zostało nam tylko czekanie. 21 sierpnia wziąłem udział we mszy, która bardzo podniosła mnie na duchu. Korzystając z okazji, że jestem na cechowni porozmawiałem z Romanem Bożko i poczytałem biuletyny przyniesione z kościoła „na górce”. Zauważyłem, że jest coraz mniej strajkujących. Gdy w środę 24 sierpnia poszedłem na cechownię, nie było tam już nikogo. Strajk upadł. Poszedłem do czekającego na mnie Jurka i przez tę bramę, której pilnowaliśmy wyszliśmy na zewnątrz. Wróciłem do domu czując się przegranym. Jeszcze przez dwa tygodnie nie potrafiłem dojść do siebie po tej porażce. Gdy 29 sierpnia wróciłem do pracy, moi wieloletni koledzy patrzyli na mnie jak na jakiegoś przestępcę. Później okazało się, że strajk nie skończył się 24 sierpnia, bo Marian Nowak z grupą najbardziej zdeterminowanych górników zjechał na dół i kontynuowali strajk jeszcze przez trzy dni. Najgorzej traktowali mnie pracownicy powierzchniowi, z których nieliczni brali udział w strajku. Początkowo dyrekcja kopalni straszyła nas zwolnieniami z pracy, ale oprócz niezapłaconych dniówek za okres strajku nie było większych konsekwencji. Zaczęliśmy organizować nielegalne struktury związkowe. Nagle ludziom się coś odmieniło w postrzeganiu i wybrali mnie przewodniczącym naszego oddziału.

Wczesną jesienią w salkach przy kościele „na górce” zaczęto organizować szkolenia dla działaczy związkowych. Prelegentami najczęściej byli studenci i wykładowcy z KUL-u, UŚ oraz UJ. Chodziłem na te szkolenia. Obserwowałem, jak zachowują się nasi świeżo upieczeni przywódcy związkowi. Niestety z tygodnia na tydzień coraz bardziej przestawało mi się podobać to, co się tam dzieje. Zauważyłem, że działacze zajmują się głównie przepychankami, intrygami i walką o władzę. Początkowo zajmowałem się zwykłą pracą związkową, a od 1989 roku zająłem się agitacją wyborczą na rzecz Solidarności.

W 1991 roku rozpocząłem pracę w Urzędzie Miasta Jastrzębie-Zdrój. W tym okresie wstąpiłem do Unii Polityki Realnej. Radykalny program liberalno – konserwatywny odpowiadał moim przekonaniom. Szefem koła UPR w Jastrzębiu wybraliśmy Bogdana Chorążyczewskiego. Wspólnie z Januszem Sikorą zaczęliśmy wydawać pismo konserwatywno-liberalne „W prawo”. Niedługo potem dołączyli do nas Luiza Frysztacka i Dariusz Kos (obecnie dziennikarz pisujący w „Najwyższym czasie”). Mimo, iż żyliśmy już w wolnej Polsce, to moi współpracownicy z UM donieśli prezydentowi miasta, że zajmuję się nieprawomyślną polityką. W końcu intrygi i donosy zaowocowały tym, że Prezydent wezwał mnie na rozmowę. Próbował mi wyjaśnić, że jako urzędnik państwowy powinienem być apolityczny, na co odparłem mu, żeby w takim razie zwolnił mnie z pracy, ponieważ nie mam zamiaru się zmienić. Stanęło na tym, że Prezydent mnie przeprosił, a ja w dalszym ciągu wydawałem moje pismo. W 1993 roku z ramienia UPR kandydowałem do Sejmu RP, niestety bez powodzenia. Kiedy zauważyłem, że w UPR zaczęły się rozgrywki o władzę odszedłem od polityki.

W 1989 roku naród wywalczył sobie wolność. To był punkt „zero”. Wtedy panowała sprzyjająca atmosfera, by radykalnie przemeblować rzeczywistość. Bardzo szybko okazało się, że na czele państwa zamiast elit stanęła mierzwa. Moim zdaniem od 1989 roku aż do dzisiaj w naszej polityce panuje dyktatura miernot. Wystarczy rozejrzeć się wokół, wszędzie bylejakość i nijakość. Na ulicach, w sklepach, pracy, szkołach, domach agresywni, źli i ogłupiali ludzie. Nie wykorzystaliśmy naszej szansy na wolność.

Jastrzębie-Zdrój

Opracowanie: Andrzej Kamiński