L00119 Grzegorz Wacławik

Z Encyklopedia Solidarności

Relacja Grzegorza Wacławika

Tychy, 15 grudnia 2010 roku

Początki mojej działalności opozycyjnej to spotkania na Uniwersytecie Śląskim. Od roku 1976 działa w Warszawie Komitet Obrony Robotników, my powołujemy Komitet Samoobrony Robotników (KSR). Powołujemy go na zasadzie – nazwijmy to – klubu samodoskonalącego. Są w nim pracownicy Uniwersytetu, trochę moich kolegów z prasy. Działalność Komitetu ma charakter sporadyczny, nie ma systematyczności, takiej jaką charakteryzuje się Komitet Obrony Robotników; nie dysponuje żadnymi pieniędzmi, działamy po prostu w sposób ograniczony. Należy pamiętać, że funkcjonowaliśmy w regionie śląskim, tutaj nic się nie działo politycznie wbrew władzy. W regionie śląskim (ówczesnym województwie katowickim) nic nie dało się nagłośnić KSR. Komitet Samoobrony Robotników był po prostu określoną, istniejącą strukturą. Niemniej jednak w 1977 roku postanawiamy stworzyć bazę danych (adresów), do których zamierzamy kolportować ulotki. Udajemy się w różne miejsca, my na przykład z żoną (wówczas jeszcze nie byliśmy małżeństwem) jedziemy do Łodzi, tam chodząc po klatkach schodowych z magnetofonem znacznie gorszej jakości niż dzisiaj, nagrywamy adresy, listy lokatorów, kompletując bazę adresową. Przygotowując materiały do ulotek, mamy do dyspozycji wyłącznie powielacz spirytusowy zdobyty jakimś tam sposobem i zabunkrowany. Mirka Błaszczak zaczynała to robić (zbierać adresy) w 1978 roku w Warszawie, także ona i ja i jeszcze kilka osób np. Olek Dudek, Ewa Sowa w Krakowie, na Śląsku i w Zagłębiu. W 1979 roku w grudniu pojechaliśmy z Mirką do Łodzi – można powiedzieć, że ponad dwa lata tworzyliśmy niemal ogólnopolską bazę adresową. Szukaliśmy pomysłu, aby te materiały wydrukować, musieliśmy mieć trochę pieniędzy na znaczki pocztowe. Mieliśmy tysiące adresów, bo objechaliśmy Warszawę, Łódź, prawie cały Śląsk. Chcieliśmy wysłać jednobrzmiący komunikat o naszej działalności. Do 1980 roku cały czas organizowaliśmy pieniądze, przygotowywaliśmy teksty, próbowaliśmy również zdobyć kontakty z zachodem poprzez świeckie otoczenie ówczesnego kardynała Karola Wojtyły (do 1978 roku oczywiście). W każdym bądź razie nie wszystkie próby – mówiąc dzisiejszym językiem – były skuteczne. W 1980 roku po strajkach lubelskich, po tych pierwszych lipcowych jedziemy do Lublina (my w dwójkę z Mirką) z zamiarem zabrania adresów, ew. konkretnych ludzi, czego się da i dla zrobienia rozgłosu dla idei naszego ruchu. Przyjeżdżamy po trzech czy czterech dniach, jednak nie udało nam się nawiązać wiarygodnego kontaktu, za to przywozimy kolejne dziesiątki adresów. Wracamy już w sierpniu, zaczyna się „Solidarność”, są strajki na Wybrzeżu i powstaje komitet strajkowy Huty Katowice. Zjawiamy się tam (wspólnie) chyba na drugi lub trzeci dzień, po tym jak przywożą już Świtonia. Przyjmujemy funkcję nieformalnych doradców komitetu strajkowego funkcjonującego wtedy w Hucie Katowice. W Hucie wychodzi wtedy legalnie wydawany tygodnik partyjny. My walczyliśmy wtedy, aby jedna strona oddana była dla „Solidarności”. Ja reprezentuję w tych rozmowach komitet strajkowy. Była to dla mnie sytuacja dyskomfortowa, bo byłem wówczas pracownikiem RSW Prasa, ale jednocześnie jedynym z obecnych tam incognito dziennikarzy RSW, który ujawnia się. Przedtem równolegle z Uniwersytetem zaczynamy struktury „Solidarności”, to oczywiście było już po strajkach w sierpniu-wrześniu 1980 roku. Postanawiam stworzyć w RSW Prasa „Solidarność”. Ponieważ działalność związkowa była dość formalna – wszyscy należeli do związków – zaproponowałem przewodniczącemu starych związków, aby zrobić zebranie na jakiś temat socjalny, a podczas tego ogłoszę, że przystępujemy do „Solidarności” i kto nie przystępuje, ten niech wychodzi z sali. W ten sposób w redakcji „Sportu” stworzyła się pierwsza w Polsce w RSW struktura „Solidarności” i komisja „Solidarności”. Podczas jej legalnej działalności do tej struktury przystępują tylko dziennikarze „Sportu”, „Panoramy”, a z „Dziennika Zachodniego” chyba tylko graficy. Natomiast pozostali nie, bo uważają, że to jest „be”, że nie wolno, bo „kultura” pracy dziennikarza to misja, a nie działalność związkowa. Nowomowa i tak dalej. Działalność przejęcia starego związku do Solidarności udała się. Odwołujemy w „Sporcie” (pierwszy przypadek w Polsce) redaktora naczelnego i z tego wybucha straszna awantura, ponieważ redaktor naczelny był członkiem egzekutywy Komitetu Miejskiego PZPR lub Komitetu Wojewódzkiego, dokładnie już nie pamiętam. Przyjechało Kolegium, przyjechał Sekretariat, nie wiem czy nie sam towarzysz Żabiński (szef PZPR w woj. katowickim), wzywają mnie (mimo, ż nie jestem członkiem Kolegium) i mówią, że to jest nieodpowiedzialna decyzja i jak można ze spółdzielni partyjnej wyrzucić redaktora naczelnego? To anarchia, kontrrewolucja, ale my się jednak nie uginamy, ja się nie uginam, redaktor naczelny mówi, że on tylko prosi, aby nie musiał przychodzić do pracy podczas wypowiedzenia, no i ostatecznie jest odwołany... Pierwszy taki przypadek w Polsce. Potem jeszcze próbuje to zrobić chyba „Życie Gospodarcze”, ale nie wiem czy im się to udało, nie pamiętam niestety. W każdym razie była to jedyna struktura, która próbowała powielić nasz pomysł. Bieżąca działalność związkowa jest dosyć trudna, ponieważ ja i żona jesteśmy członkami Polskiej Zjednoczonej Partii Robotniczej i równocześnie podejmujemy pracę nad aktywizacją struktur poziomych, aby całą strukturę przenieść, to znaczy powtórzyć ruch „Solidarności”, ale w partii. Nie było to jednak udane: towarzystwo w naszym województwie: w prasie i na Uniwersytecie Śląskim było czujniejsze.

W dalszym ciągu byliśmy w Hucie Katowice, ale równocześnie kilka MKZ połączyło się w jeden region. Był to ciężki okres. Liczne konferencje, powstawanie sieci, sieci zakładów pracy, była to masa roboty, ale robiło się ją z pasją i zaangażowaniem. Ja przed „Solidarnością” ważyłem 93 kg, a pod koniec 1981 roku 78 kg. Dla człowieka młodego, wtedy trzydziestoletniego Solidarność była ogromnym wyzwaniem. Społeczeństwo się upodmiotowiło, to się widziało. Ludzie po prostu zaczęli reagować normalnie.

Stan wojenny zastał nas na Śląsku, w naszym mieszkaniu w Tychach. W tym czasie (sobota/niedziela) trwa konferencja organizowana na Uniwersytecie Śląskim przez komitet zakładowy „Solidarności” – między innymi przez Mirosławę Błaszczak – na temat możliwości połączenia sfery gospodarki ze sferą nauki. Dzisiaj jest to temat modny biznesowo, ale wtedy to było popularne politycznie. Była to konferencja ogólnopolska, byli wówczas obecni przedstawiciele Stoczni Gdańskiej, Stoczni Szczecińskiej (Warskiego wówczas się nazywała) oraz naszej śląskiej gospodarczej sieci. W pierwszy dzień w konferencji uczestniczyli między innymi również księża z Diecezji Krakowskiej. Pierwszy dzień odbył się normalnie, do domu wracamy z małżonką w sobotę w nocy około godziny pierwszej i dowiadujemy się z radia, że nie dojdzie do wielkiej manifestacji w Warszawie rano, ponieważ nie zgodzą się na nią władze (była planowana przez „S” blokada ronda Marszałkowska w Warszawie). Nie jest więc prawdą, iż koniec audycji radiowych to północ 12 grudnia 1981 roku, ponieważ o pierwszej jeszcze był komunikat, że wszystko jest w porządku – zapamiętaliśmy to dokładnie. Rano 13 grudnia widząc to wszystko, co się dzieje jedziemy na Uniwersytet, ponieważ w dalszym ciągu należy kontynuować swoją pracę. Oczywiście już niektórzy koledzy byli internowani (chyba Jelonek już był internowany i ktoś tam jeszcze był internowany z uczestników konferencji). Goście konferencji mówili, że jadą już do siebie robić strajk, a nie będą siedzieć na konferencji, wobec czego konferencja się rozwiązuje. My wówczas z Mirką wracamy do jej mieszkania zniszczyć bazę adresów. Wyobrażaliśmy sobie – humorystycznie – że do naszego mieszania wpada bezpieka i znajduje tę wielką bazę adresową i publicznie ujawniają, iż mają największą organizację na świecie, co oczywiście byłoby nieprawdą, ale z pewnością wtedy propaganda by to ujawniła po swojemu. Zrobiliśmy to w sposób dosyć systematyczny i skuteczny, ponieważ spalamy to wszystko demolując ubikację i umywalkę, które pękały pod wpływem wysokiej temperatury.

Niemal natychmiast powstaje RKW. Wtedy nasz przyjaciel Marian Dzięcioł (pracownik zakładów budowlanych w Bytomiu, zasłużony pierwszy opozycjonista; notabene na Uniwersytecie Śląskim razem z Iwankiem, nie wiedząc, że ten był zamieszany we współpracę ze Służbą Bezpieczeństwa) został aresztowany, gdy przyszedł na zebranie partyjne, ponieważ cały czas walczył o przywrócenie go do partii. Nie chcieli go przywrócić, on jednak w dalszym ciągu czuł się jej członkiem. 13 grudnia w stanie wojennym przyjechał na zebranie partyjne mówiąc, że dokonano przewrotu wojskowego, porównuje Jaruzelskiego do Pinocheta. Zanim się skończyło zebranie, on już został zabrany, aresztowany i osadzony w areszcie w Bytomiu. Na pierwszej sprawie sądowej, która była dość szybko, pojawiamy się wszyscy i odliczamy się. Pojawiamy się oczywiście jako przyjaciele Mariana, z Grzegorzem Długim i kimś jeszcze (dokładnie nie pamiętam), Grzesiek za kogoś poświadcza, tworzymy pierwszą Regionalną Komisję Wykonawczą w tym składzie. Regionalna Komisja Wykonawcza konstytuuje się, wydaje oświadczenia, ulotki. Grzegorz wyszedł wcześniej z aresztu, ponieważ w pierwszym dniu stanu wojennego sam tworzył ulotki na maszynie do pisania. Wsiadł do samochodu i zatrzymali go w małym Fiacie z tymi ulotkami. W trakcie procesu prokurator żądał nawet dziesięciu lat dla niego. Zabrali mu oczywiście narzędzie zbrodni – małego Fiata, ale przerzucili go do internatu i za jakiś czas wyszedł z więzienia. Komisja potrzebowała nazwiska, potrzebowaliśmy kogoś z Krajowej Komisji Wykonawczej. W końcu pojawił się pomysł, znalazł się człowiek, jego nazwiska jednak nie będę mówił. Był on w internacie w Zabrzu i trzeba było go wyjąć, aby dał swoje nazwisko. Pojechaliśmy do niego, wyjęliśmy z tego internatu i ulokowaliśmy go chyba w Bytomiu. W mieszkaniu obok zainstalowaliśmy RKW. Za jakiś jest spotkanie RKW, a ten wyjęty z internatu zachowuje się nieziemsko. W każdym mieście w województwie chce mieć mieszkanie, samochód, łączniczkę (oczywiście w wiadomych celach) i bezwzględnie żąda spotkania z biskupem Bednorzem. Wtedy ja stwierdziłem jednoznacznie, że ten facet musi wrócić natychmiast do internatu. Na tym spotkaniu jest tajny współpracownik, jak wynika z dokumentów zgromadzonych w Instytucie Pamięci Narodowej, który określa mnie w swoim raporcie jako średniego wzrostu z kanciastą twarzą, a moją małżonkę jako małą pyzatą. Jest to wszystko w aktach IPN-u. W każdym razie nie był to już pierwszy agent. Zorganizowaliśmy również strukturę w Tychach. Tutaj mieliśmy przyjaciół z „Solidarności”, (trochę przeskoczyłem czasowo, ponieważ myśmy tutaj również współpracowaliśmy z Tychami w czasie legalnej „Solidarności”, co należy podkreślić). Wśród nich byli: Janusz Smela, Jasiu Kosiba, Tadek Janas, Rysiu Skałecki i było tam jeszcze kilka osób, głównie ZREMB i FSM Tychy.

W działalności podziemnej pojawiły się problemy z materiałami. Wówczas cała pomoc dla podziemia docierała tylko do Warszawy, a tutaj musieliśmy sami wszystko organizować. Dostaliśmy w ramach pomocy tylko dwa kilogramy cukru i zdaje się dwie paczki makaronu, jako ludzie bez pracy. Musieliśmy druk i kolportaż organizować tutaj sami. Chłopcy zrobili powielacz w różnych częściach w ZREMB i w FSM (obecnie jest on w muzeum w Tychach). Pierwsze próby druku robiliśmy u Waldemara Mazurka. Wydajemy pierwsze pismo, które było niestety bardzo mało czytelne, ponieważ były to pierwsze próby powielaczowe. Musieliśmy zaistnieć natychmiast, dlatego nawiązaliśmy swoimi kanałami kontakty z Warszawą. Nawiasem mówiąc mamy równocześnie kontakt z Warszawy przez Henryka Szlajfera. Jak się później okazało, Szlajfer nie był wtedy najlepszym wyjściem, ale jednak mieliśmy potencjalnie jeden z kanałów przez niego. Natomiast nie skorzystaliśmy z niego, wykorzystując jedynie kanały kontaktowe przez Uniwersytet. Jeszcze nas z małżonką wówczas z pracy zwolnili, ale o tym nie będę mówił, bo to przecież jest banał. Oczywiście składamy 13 grudnia 1981 r. legitymacje PZPR-owskie. Nasi przyjaciele składają niezależnie od siebie w różnych miejscach. Musieliśmy robić ten ruch, ferment w różnych organizacjach, to się nie udało jednak.

Pierwsze materiały konspiracyjne, jakie otrzymaliśmy z Warszawy to były kartki – zajączki na Wielkanoc, które pojawiają się właśnie w okresie świąt. To były kartki, takie pocztówki z zającem, bardzo ładnie wydane, z „Solidarnością”. Zorganizowaliśmy sieć kolportażu tych kartek i zostało to bardzo szybko rozprowadzone, ciągle było tego mało. Następnie był pierwszy maja, zrobiliśmy plakat. Robiliśmy matrycę plakatu, a mieliśmy do dyspozycji wyłącznie prasę hydrauliczną, w Będzinie na ulicy Szolca w piwnicy wykonywaliśmy te plakaty. Matryca była zrobiona bardzo porządnie przez pracowników jakiegoś zakładu. Efekt odbitego plakatu na prasie hydraulicznej malowanej tylko czarną farbą był średni, ale wydrukowaliśmy tych plakatów bardzo dużo. Przewoziliśmy to do Tychów różnymi kanałami. Poszły na FSM Tychy, na Piasta, bo oni już wówczas byli po strajku. Bezpieka szalała, chociaż niczego na tym plakacie nie było widać. Sam je wykonywałem i wiem, że po prostu byłem bardziej zadowolony z wykonanej pracy, niż z jej przekazu. To były nasze pierwsze materiały. Później pojawiły się już pierwsze pisma powielaczowe, no i potem starałem się nawiązać kontakt z innymi wydającymi pisma. Nie było wiadomo, kto co robi. Były Gliwice, które wydawały „RIS” (Gosiewski się nazywał ten człowiek). Dzisiaj już znamy nazwiska, ale proszę wziąć pod uwagę, że my wtedy nie znamy nawet swoich nazwisk. Ja przyjąłem pseudonim Bohdan Walewski. W 1982 roku propaganda ogłosiła, że złapali jakiegoś zdrajcę i dali mu wyrok śmierci, nazywał się właśnie Bogdan Walewski. Dodałem literkę „H” w imieniu i przyjąłem ten pseudonim (ale i tak dla bezpieki – jak wynika z akt – byłem figurantem Bogdanem). Tak też jestem podpisany w ówczesnych akcjach RKW. Natomiast prowadzony przez bezpiekę jestem równolegle jako figurant „Redaktor” i po prostu z akt wynika, że przez półtorej roku próbują rozpracować tego i tego, nie wiedząc, że to jest ta sama osoba i wreszcie po półtorej roku łapią się. Nie wiem, nie byłem przy tych biurkach, ale jestem przekonany, że prawdopodobnie bezpieczniacy siedzieli biurko w biurko i prowadzili dwa odrębne śledztwa.

Następnie najważniejsze wydarzenia to manifestacja 31 sierpnia 1982 roku. Manifestacja przygotowana była bardzo dobrze. Wyruszyła spod „Skarbka” w Katowicach, gdzie zainstalowana była zrobiona wyrzutnia na ulotki (to bardzo by się przydało przy współczesnych kampaniach wyborczych, szkoda, że ten patent dzisiaj już nie funkcjonuje). To była już bardzo duża impreza, przygotowana przez nasz RKW. Tworzymy również radio. Tworzymy go sami m.in. ze świętej pamięci Markiem Krupą, był to taki bardzo zdolny informatyk i paru jeszcze innych ludzi, skupionych wokół automatyków. Zdobywamy sprzęt do stworzenia tego radia. Gdy radio jest gotowe, to przy próbie generalnej nastąpiła awaria napięcia.

W dalszym ciągu nawiązujemy kontakty warszawskie... Jesteśmy głównym, można powiedzieć – jedynym dystrybutorem na Śląsk „Tygodnika Mazowsze”. „Tygodnik Mazowsze” drukuje się u wspomnianego już Mariana Dzięcioła, we wsi Kaliska pod Łochowem. Drukuje się w ciągu dnia, np. we wtorek kończy się o godzinie ósmej druk, o godzinie dwunastej jedzie ostatni pociąg z Warszawy do Katowic, jedzie w nim Marian (który zdążył na ten pociąg do Katowic pociągiem podmiejskim z Łochowa) z pachnącym farbą parotysięcznym nakładem „Tygodnika Mazowsze”. Jest w Tychach przed szóstą, ale musi czekać, ponieważ mieliśmy zasadę, że dopiero po szóstej otwieramy drzwi bezpiece jeśli przychodzi. Gdy tylko to przywozi, to natychmiast znika od nas. Mamy tygodnik, co tydzień świeżutki i pachnący farbą. Podejmujemy decyzję, aby je rozdawać za darmo, co się bardzo nie podoba Chojewskiemu, ktory kazał je odsprzedawać. To było marketingowe zagranie, bo z tego się zrobiło jakieś pieniądze... Ale my wyrównujemy nasze rachunki z drukarnią poprzez składki, jakie cały czas zbieramy.

Jeśli chodzi o pomoc materialną internowanym i aresztowanym to w Tychach działała pani, która zmarła w zeszłym roku, Jezierska się nazywała. Ta Pani zajmowała się pomocą dla osób, które siedziały. Ludzie wówczas są pozbawieni środków do życia. My z żoną jesteśmy obydwoje bez pracy, następnie żona (doktor filozofii) pracowała w Hucie Baildon na karcie zegarowej, a ja jako niewykwalifikowany robotnik w młynie ołowiowym, który produkował proszek do akumulatorów w Wojkowicach, gdzie zresztą dojeżdżałem z Tychów. I tak się całe lata toczyło.

Nawiązaliśmy również kontakt z takim znanym pismem z Jastrzębia „Głośno”. Tam działał tajny współpracownik, bardzo silnie osadzony, jak się później okazało, ponieważ był aresztowany (po 13 grudnia 1981) na Manifeście Lipcowym. Było takie spotkanie, kiedy byłem pewien, że on jest czystym człowiekiem. Zorganizowałem spotkanie w Mikołowie z nim, myślałem że jako dwie struktury (Tychy i Jastrzębie) połączymy się wydając wspólną gazetę. Biorę na spotkanie swoją obstawę. Po tym spotkaniu wracam z Mikołowa do Tychów. Natomiast spotkanie ewidentnie jest nadane, ponieważ ja wsiadam przypadkowo do autobusu do Katowic, orientuję się, że jadę do Katowic i mówię do kierowcy, aby się zatrzymał, bo pomyliłem autobus. Kierowca był bardzo uprzejmy, wypuścił mnie, ale za mną wyskakuje facet i od tego momentu przez Kostuchnę go wiodę, gdzie staram się go zgubić. Kiedy już mi się go udało zgubić, to dopiero w domu dostałem paniki; Tak nieprawdopodobnej paniki, że ogoliłem brodę, tak jakby to miało zmienić świat. Łamię żyletkę, wrzucam ją do toalety. Jak wynika z akt Instytutu Pamięci Narodowej, esbek raportuje, iż agent się zdekonspirował, oni tam mają taki swój specyficzny język. A więc spotkanie było dobrze przygotowane przez SB. Cały czas działamy dość mocno, ustawicznie, systematycznie. Regularne spotkania, wykłady na wzór Uniwersytetu Latającego, po prostu znajomi przyprowadzali znajomych. To wszystko odbywa się tutaj w okolicznych miejscach. Był taki moment, że w 1982 r. nawiązaliśmy kontakt z grupą Danuty Skorenko. Ona wyznaczyła do kontaktów swojego człowieka, my dajemy Janusza Smelę. Ten, którego Danka wyznaczyła był (oczywiście bez jej wiedzy) tajnym współpracownikiem i tym sposobem siadła nam cała struktura w Tychach. To był rok 1983, kiedy ich aresztowano, a wyszli w 1984 roku ponieważ była amnestia. Nagle nie było nikogo, ponieważ znaliśmy się w małych grupach (na wzór akowskich „trójek” i „piątek”), tak to było ustalone. Na spotkaniach szerzej, ale w strukturach organizacyjnych znamy się wyłącznie w małych gronach. Powiedzmy sobie szczerze, że po aresztowaniach nie było już nikogo. Znałem Mariana Kubicę, bo go kiedyś do mnie Jasiu Kosiba przysłał, aby ulotki zabrał. Musiałem mu zaufać. Powiedziałem Marianowi, aby zorganizował spotkanie jako Konrad tj. na pytanie, kto kazał zorganizować spotkanie, odpowiedzią było stwierdzenie, iż „przysłał mnie Konrad”. Zorganizował to spotkanie, przyszło raptem kilka osób i Marian pyta mnie: „kiedy przyjdzie Konrad?”. Ja mu powiedziałem, że to on jest Konradem. To był taki pomysł. Marian od tej pory zajmował się tym i muszę powiedzieć uczciwie, że robił to dobrze, bezpiecznie, nawet jak został zatrzymany i wypuszczony, a wszyscy podejrzewali, że coś jest na rzeczy (z tym wypuszczeniem) to Marian był ok. Podejrzewali go co poniektórzy ponieważ nie zdarzało się, że kogoś zatrzymywali na jeden dzień, a u niego tak było, takie przypadki też się zdarzały. Nie ma absolutnie żadnych powodów, aby sądzić, że tam było coś nieczystego. Marian prowadził to aż do wolnej Polski, bo szczerze mówiąc to od 1987 roku nie widzimy już dla siebie miejsca. Pojawiają się dziwni ludzie, na przykład w Tychach facet o nazwisku chyba Rejman, człowiek z gębą pełną kompromisów jak późniejsza Unia Wolności. Gdyby dziś porozmawiać z Mazurkiewiczem, naczelnym z Echa Tyskiego, to pewnie powie, że oni właściwie do spółki wszystko stworzyli tak, jakby w Tychach od 1982 roku nie było podziemia! Myśmy widzieli w drugiej połowie 1987 roku że to już zaczyna iść w takich „kompromisowych” kierunkach. Wtedy się pojawia więcej ludzi, my się powoli wycofujemy. Do końca prowadzimy działalność, kolportujemy prasę, funkcjonuje działalność organiczna, natomiast my się już tak nie angażujemy.

Odnośnie do tamtych czasów to można jeszcze powiedzieć tak humorystycznie: jeden z pierwszych RKW w regionie, bodajże czerwiec 1982, Polska walczy w Mistrzostwach Świata, mecz Polska-Peru decydujący o wyjściu z grupy. Wpadam na pomysł, aby zorganizować wtedy spotkanie w Katowicach w Zielonym Oczku, ponieważ milicja i bezpieka będzie na tym meczu. A więc spotkaliśmy się w kilkanaście osób. Wszędzie były dosłownie wymarłe ulice, tuż przed meczem spotykamy się i nagle przez krzaki przedziera się milicjant z teczką, zrobił sobie skrót, bo się na mecz śpieszył. Były to takie humorystyczne przygody, bo przecież widząc milicjanta w krzakach byliśmy przez chwilę pewni, że to forpoczta obławy.

Bywaliśmy często również na wielu spotkaniach w Warszawie, takich już na szczeblu ogólnopolskim. Z naszych warszawskich kontaktów mogę wymienić: Wandę Osińską, Mariana Odynieckiego, nazwiska znane dzisiaj. Nastąpił Okrągły Stół i nagle się okazało, że to nie my i nasi współpracownicy byliśmy jednak przedstawicielami, że mieliśmy swoich przedstawicieli, to znaczy tak się oni nazwali. Czy mogę powiedzieć, że się martwiliśmy, że jest okrągły stół? Nie! Moment, kiedy dzielnicowy powiedział mi po raz pierwszy „dzień dobry” w 1986 roku był chwilą, gdy już wiedziałem, że to się kończy. Natomiast każdy moment, kiedy komuna dostawała i padała, to myśmy się cieszyli. Nie jest w ogóle prawdą, że myśmy wierzyli, jakoby Związek Radziecki był wieczny. Gdybyśmy wierzyli, że Związek Radziecki jest wieczny, to ja bym został redaktorem, może komisarzem, potem bym pracował jako redaktor i robiłbym wielką karierę. Gdyby moja żona wierzyła, że Związek Radzicki jest wieczny, to nie wyleciała by z Uczelni. Wie Pan, myśmy wtedy nawet nie pomyśleli, że można ich prosić o paszport, myśmy w ogóle uznali, że oni nie istnieją, że tej władzy nie ma. Ta władza dla nas nie istniała. Wiem, że to ludzie będą różnie mówić, ale myśmy się nie bali o życie, oni po prostu dla nas nie istnieli. To było dziwne, ale myśmy się ich w ogóle nie bali. To, że czuliśmy strachu nie oznacza, że byliśmy pozbawieni instynktu samozachowawczego, tylko to, że myśmy ich nie uznawali. Myśmy nie podawali ręki, myśmy się zachowywali jak gdyby ich nie było. Bardzo długo nie braliśmy akt z IPN, ponieważ bałem się jednej rzeczy; że znajdę w tych aktach kogoś bliskiego, albo bardzo mi bliskiego, który w tamtym czasie się załamał. Co ja bym z tą wiedzą zrobił? Dlatego nie chciałem widzieć tych dokumentów, ale ponieważ już wszyscy mówili, że jesteśmy w tych dokumentach, to w końcu wystąpiliśmy o udostępnienie. Odetchnęliśmy z ulgą. Nie było bliskich wśród kapusiów. Poza tym przekonaliśmy się, że 98% procent ludzi była przyzwoita. Nie bohaterowie, oni mieli też dzieci, mieli pracę, mieli swoje życie, ale oni odmawiali współpracy. Mamy tutaj w bloku kontakt operacyjny. Tego człowieka często spotykamy i nigdy byśmy nie pomyśleli, aby mieć do niego pretensje. Natomiast tajny współpracownik to jest tajny współpracownik, to zupełnie inna kategoria gatunkowa. TW nie można było zostać zaocznie, TW musiał podpisać i tak dalej.

W 1989 roku już nie wróciłem do redakcji z jednego prostego powodu. Byłem dziennikarzem sportowym, dosyć znanym. Kiedy pakowałem swoje biurko w 1982 roku po zwolnieniu, powiedziałem, że kiedyś wrócę. Mówiłem: „ja chłopaki na pewno do was kiedyś wrócę i nie będę robił żadnego testu politycznego, zrobię tylko test na inteligencję i ci co będą mieli średnią to zostaną... Zobaczycie, że zostanie pusta redakcja”. Ale człowiek nie żyje chęcią odwetu, człowiek żyje normalnie. Kiedy jednak ci moi wcześniejsi praktykanci zostali już szefami, to byłoby zwyczajną przyzwoitością, aby zadzwonić i zapytać: „Grzesiek, czy chcesz wrócić?”, ale tego nie zrobili. Potem pisałem jakieś felietony. Przeszedłem następnie w działalność prywatną. W 1992 roku można powiedzieć, że zbankrutowałem, ale można też powiedzieć, że byłem pionierem kapitalizmu. Połowa Sosnowca jest ocieplona przez moją ówczesną firmę. Byłem pomysłodawcą takiego patentu pod nazwą „alpiniści”. To się niestety nie powiodło, następnie związałem się z KPN-em, to znaczy pomagałem przy redakcji tej ich ówczesnej gazety polskiej.

Relację spisał Tomasz Gonet
Redakcja Alicja Lipska[[Kategoria:Autor Relację spisał Tomasz Gonet
Redakcja Alicja Lipska]]