L00120 Bogdan Budaj

Z Encyklopedia Solidarności

Relacja Bogdana Budaja

Pochodzę z rodziny z tradycjami niepodległościowymi. Mój dziadek, to znaczy brat mojej babci, zginął w Katyniu, zamordowany przez Sowietów. Służył w wojsku Polskim w stopniu porucznika. Natomiast zarówno dziadek ze strony ojca, jak również mój ojciec, byli w Armii Krajowej. Mój dziadek siedział w więzieniu komunistycznym. Był pięć lat we Wronkach. Jednak jeszcze wcześniej był więziony przez Sowietów. Wywieziono go za Ural. Nie pamiętam go, ponieważ zmarł akurat wtedy, kiedy ja się urodziłem, w 1955 roku. Wszelkie opowieści o nim i jego działalności znam z relacji mamy i moich starszych kuzynów. Przykładowo wiem, że jak wzięli go na wschód, to ważył osiemdziesiąt kilogramów, a jak im uciekł i przyszedł do domu, to ważył jedynie trzydzieści dziewięć kilogramów. Mało tego, jak tylko udało mu się wrócić i przyszedł do domu, to aresztowały go nasze władze komunistyczne i został skazany na pięć lat więzienia. Karę odbywał w więzieniu we Wronkach. Jak stamtąd przyszedł, to już był chory. Nie doczekał wolnej Polski i zmarł. Muszę również wspomnieć, że także brat mojej mamy był w Armii Krajowej. Warto podkreślić, że ja pochodzę z Suwalszczyzny. Tam funkcjonował Okręg Wileński Armii Krajowej. Akurat wtedy w tamtych regionach partyzantka akowska była niezwykle aktywna. Jak już wspomniałem na wstępie, mój ojciec też służył w Armii Krajowej, a następnie po jej rozwiązaniu był jeszcze związany po wojnie ze zrzeszeniem Wolność i Niezawisłość (Ruch Oporu bez Wojny i Dywersji „Wolność i Niezawisłość”). Ujawnił się w czterdziestym siódmym roku, gdy urodziło mu się dziecko. Był więziony ileś tam miesięcy przez Urząd Bezpieczeństwa. Z dzieciństwa bardzo dobrze pamiętam, że jeszcze w późniejszych latach był ciągany przez Milicję Obywatelską, chyba nawet z mojego powodu. W rodzinie słyszało się o Katyniu, a w szkole uczono nas, że to zrobili Niemcy, i innych tego typu kłamstw. A ja będąc (nie wiem teraz, w której to mogło być klasie) nieświadom sytuacji politycznej, na lekcji historii burzyłem się. Któregoś dnia wstałem, powiedziałem, że to nieprawda, bo mój tato powiedział, że to nie Niemcy, a Rosjanie zamordowali polskich oficerów w Katyniu. Na skutek tego, bodajże na drugi dzień, przyjechała po ojca do naszego domu Milicja Obywatelska. To było oczywiście takie nieświadome z mojej strony, ale już wtedy to była taka forma buntu młodego człowieka. W takim wieku ludzie są bardzo bezkompromisowi. Wszystko odbierają w kategoriach białych i czarnych. No to tyle by było o moich przodkach i korzeniach opozycyjnych, antykomunistycznych, które wyniosłem z domu rodzinnego. Warto to jednak podkreślić, iż młody człowiek wynosił pewne wzory zachowań i postaw już z domu rodzinnego.

Potem przyszły lata siedemdziesiąte. W siedemdziesiątym szóstym roku przyjechałem na Górny Śląsk. Pracowałem w Piekarach Śląskich, mieszkałem w Tarnowskich Górach. W polityczne sprawy już się nie angażowałem, nie mieszałem się w to wszystko. Oczywiście jako dziecko pamiętam jeszcze sześćdziesiąty ósmy rok, siedemdziesiąty rok, ale jak już były lata siedemdziesiąte, to się czuło, ja to czułem świadomie, że marazm jest taki, że za jakiś czas coś pęknie. Rzeczywiście, potem takim bodźcem był przyjazd Papieża Jana Pawła II, wówczas właśnie coś tam pękło, zwłaszcza w świadomości człowieka. Nastąpił cały ciąg wydarzeń zapoczątkowanych w 1980 roku. Dowiedzieliśmy się o strajku w Stoczni Gdańskiej, a następnie akcji strajkowo-protestacyjnej rozprzestrzeniającej się w całej Polsce. Oczywiście powstanie Niezależnego Samorządnego Związku Zawodowego „Solidarność” jako momentu przełomowego w naszej historii. Wtedy człowiek miał ciągle radio przyłożone do ucha i słuchał non stop radia Wolna Europa lub Głosu Ameryki. Zresztą tego typu nielegalnych wówczas audycji ja słuchałem od dawna, już w domu rodzinnym, ponieważ mój tata słuchał. On tym jeszcze żył (sprawami politycznymi, historią), ponieważ podejrzewam, że jeżeli tyle ktoś w swoim życiu przeżył, wycierpiał, to nie da się odciąć od tych wszystkich spraw. W tyskim ZREMBIE, gdzie wówczas pracowałem, oczywiście również stworzył się Związek. Prawie cała załoga zakładu przystąpiła do nowego niezależnego związku. Nie byłem wówczas jakimś tam działaczem, nie pełniłem w strukturach zakładowych żadnych funkcji. Dopiero pod koniec legalnego funkcjonowania Solidarności w ZREMBIE wybrano mnie do związkowej komisji skrutacyjnej czy coś takiego, nie pamiętam dokładnie nazwy tej komisji funkcjonującej w ramach komisji zakładowej.

Trzynastego grudnia (to było z soboty na niedzielę), kiedy wprowadzono stan wojenny, u nas na zakładzie wybuchł strajk. Pamiętam, że przyszliśmy do zakładu i na zakładzie było widać, że coś się szykuje. Tworzyły się już jakieś grupki. Wówczas pojawiła się inicjatywa, że nie przystępujemy do pracy i ogłaszamy strajk. Wówczas naszym szefem został taki Henryk Piotrowski (był bodajże z Solca Kujawskiego, w każdym bądź razie z Pomorza przyjechał na Górny Śląsk, do Tychów). Mogę śmiało powiedzieć o nim, że to był, kolokwialnie mówiąc, taki dość można powiedzieć „facet z jajami”. Pamiętam, że w trakcie trwania wspomnianego strajku ogłosiliśmy nawet głodówkę. Były wówczas dosyć ciężkie warunki prowadzenia tego strajku. Oczywiście jako że była zima, to do tego była wówczas dosyć niska temperatura. Potem pomału dochodziły do strajkujących głosy o Fiacie (Fabryce Samochodów Małolitrażowych), że skończył się tam strajk, ponadto rozpowszechniano informację, że pobliskie kopalnie również padły... rozsiewano tego typu pogłoski, u nas też to było robione, taka psychoza strachu była sztucznie wytwarzana, aby nas zniechęcić do prowadzenia w dalszym ciągu akcji protestacyjnej. Pamiętam, że ciągle powtarzano „Boże, wszystko padło, tylko wy tutaj siedzicie”. Na skutek wszystkich tych czynników, chyba po dwóch czy trzech dniach, strajk rozwiązano. Potem jako uczestnicy wystąpienia strajkowego, wbrew obowiązującego wówczas dekretu o stanie wojennym, zostaliśmy postawieni przed kolegium, no i pomału część ludzi z naszego zakładu internowano... właśnie wspomnianego uprzednio Henryka Piotrkowskiego.

Wówczas wytworzył się u nas pierwszy jakiś taki odruch, to był impuls, aby udzielić pomoc internowanym, w głównej mierze oczywiście ich rodzinom. Zorganizowaliśmy składki, żeby im pomóc. Następnie z internowania coś przywozili, bodajże bibułę... jeszcze taką dość prymitywną, pisaną na maszynie.

Następnie wśród nas potworzyły się takie grupki, wśród nas, to znaczy w zakładzie (w ZREMBIE), wówczas się okazało, iż ten czy inny miał znajomych w Fiacie, jedni brali stamtąd materiały, następnie przekazywali to wszystko dalej. W te sposób tworzyły się swoiste sieci powiązań. Prowadziliśmy liczne akcje. Przykładowo były wówczas akcje typu oporniki noszone w klapach marynarek... jakieś wieszanie czy rozrzucanie ulotek po zakładzie lub w innych miejscach. To wszystko było wbrew pozorom dosyć niebezpieczne, bo chodzili ci z ORMO za nami... jak człowiek szedł na stołówkę, to zaraz za nim szli... do ubikacji też... i tak było ciągle, człowiek miał ogon. Potem jeszcze kilku chłopaków od Ryśka internowano... a następnie po internowaniu na przykład wyjechał do Niemiec Janusz Smela... to była taka nasza grupka... potem Tadek Janas, Rysiek Skałecki, Andrzej Kraśny, Franek Bugno, Bogusław Sasom... bo już teraz pamięć jest zawodna... jeszcze pomagali inni chłopcy... Szadleraj(?) Roman, bardzo był pomocny... Tadek Wypych... szkoda, żeby kogoś nie skrzywdzić i niechcący nie pominąć, ale rozumie Pan, od tego czasu upłynęło już sporo czasu, to wszystko działo się ileś lat temu. Spotykaliśmy się, powstawały grupy na zakładach, był kontakt z innymi zakładami, na bieżąco była wymiana z innymi zakładami, zarówno nielegalnej bibuły, jak i innych materiałów. Dochodził do nas między innymi „Tygodnik Mazowsze”. Teraz, z dzisiejszej perspektywy, to wiemy, że to Grzegorz Wacławik prowadził jego dystrybucję, u niego funkcjonował punkt kolportażu Tygodnika na teren miasta Tychy.

Jeżeli chodzi o konspirację to dopiero raczkowaliśmy. Podstawowe zasady konspiracji poznaliśmy dopiero gdy wyszła książka Konspira. Zresztą muszę powiedzieć, że miałem okazję poznać jej autora, Mariusz Wit wyjechał do Rosji i tam zginął na Syberii.

Zintensyfikowaliśmy prowadzenie akcji, zarówno jeśli chodzi o ilość, jak i przede wszystkim o ich jakość, w momencie kiedy nasi chłopcy zaczęli wychodzić z internowania, ponieważ oni się w tych miejscach internowania dobrze wyszkolili. Ponieważ internowanie było swojego rodzaju uniwersytetem, gdzie następowała wymiana doświadczeń miedzy poszczególnymi działaczami, którzy mieli większe doświadczenie. Jak chłopcy już wiedzieli, jak prowadzić te wszystkie akcje, to wówczas zaczęli intensywnie robić jakieś ulotki, pieczątki i drukować to wszystko. Ja wówczas lubiłem prowadzić dosyć efektowne akcje. Przykładowo pamiętam, jak wyjechałem windą na wysoki blok i zrzuciłem coś na dół, człowiek jeszcze kombinował, żeby najlepiej to rozrzucić, kiedy tłum ludzi idzie, najczęściej jak wracali z kościoła... jak było ciepło, w czasie odpustu, robiło się napis „Solidarność” na tapecie, przytwierdzało do balonów i wypuszczano do góry. Pamiętam, że jak kiedyś żona gdzieś pojechała z dziećmi, moi chłopcy byli mali wtedy (mam dwóch chłopców z jednego roku. Jeden urodził się dziesiątego stycznia osiemdziesiątego drugiego roku, tyle co stan wojenny ogłosili), to razem z chłopakami nakupowaliśmy balonów, przyczepiliśmy do tej tapety z napisem „Solidarność” i to poszło do góry z tego wózka oczywiście... zamiast dziecka tam była lalka. Również tutaj niedaleko mojego miejsca zamieszkania, między blokami, były takie kable puszczone i one sobie tak pięknie wisiały, więc przygotowałem wraz z moim kolegą (Wojciech Jabłoński) flagę biało-czerwoną z bardzo dużym napisem „Solidarność”. Zastanawialiśmy się, co z tym zrobić, w jaki sposób można by było to zawiesić na tych kablach. Tak się wówczas złożyło, że moja żona wymieniała firanki, były żabki z tymi kółkami, więc się nagle zrodził pomysł. Wyszedłem na dach, tak pięknie powpinałem to do kabla i flaga pięknie spłynęła na środek między blokami... dwa lata temu dowiedziałem się, tutaj będąc na piwku, że straż pożarna ze zwyżki miała kłopot, żeby to ściągnąć.

Janusz Smela miał kontakty z Katowicami, trzeba było jechać na taką akcję do Katowic na Dom Handlowy Skarbek... to już była rzeczywiście taka akcja z prawdziwego zdarzenia. A więc pojechaliśmy do Katowic, spotykaliśmy się na ulicy 1-go maja w Katowicach z pewnym gościem... gościu tam stoi z Katowic, pamiętam, że znakiem rozpoznawczym była książka Oskara Wilde’a, to było takie nasze „hasło” rozpoznawcze... ten gości z Katowic, ja go nawet nie znam... bo o to właśnie chodziło, żeby nie znać ludzi po nazwiskach... przyniósł taką skrzynkę drewnianą z podwójnym dnem... w tej skrzynce były umieszczone ulotki, od dołu guma, jakby sprężyna, w dnie była szczelina i ta guma była przeciągnięta przez tę szczelinę i zaklinowana kostką jakby ze smoły, to było miękkie i potrzeba było tylko trzech minut, żeby sprężyna przecięła tą kostkę i wtedy wyrzucała to co było w środku... mieliśmy wjechać windą, wejść na dach, postawić tą skrzynkę na dachu. Kolega w tym czasie stał przy windzie, żeby od razu zjechać na dół i zbiec... jak zjechałem na dół, to ludzie już zbierali ulotki z chodnika, biało było od tych ulotek na całym rynku.

W międzyczasie związałem się z Konfederacją Polski Niepodległej. Warto powiedzieć kilka słów o powodach mojego zaangażowania się w tamtych strukturach. W mojej ocenie Niezależny Samorządy Związek Zawodowy „Solidarność” walczył o prawa pracownicze... a ja byłem bardziej nastawiony niepodległościowo... a Konfederacja miała właśnie takie hasła niepodległościowe, patriotyczne. Warto podkreślić, że wtedy nie było takiego podziału: wy-my... bardziej to funkcjonowało na zasadzie: kto przeciw ten z nami... w sumie można być w partii i w związku... już wtedy zaczęły zarysowywać się takie małe podziały... ja nigdy tego nie tolerowałem. Myśmy mieli maszynę, sitodruk, to jako KPN-owcy robiliśmy wzór deklaracji związków i tam nie było... nikt nie pytał się skąd jesteś... tylko trzeba było robić, w pełni angażować się w działalność i tyle.

Pamiętam, że wówczas z KPN-u grubszą akcję zrobiliśmy na bloku dziesięciopiętrowym.

Potem przez Ryśka Skalskiego dostałem się do firmy Świetlik w Gdańsku... tej słynnej... moim szefem był wówczas Maciej Płażyński. Również Donald Tusk pracował w niej fizycznie. W Świetliku pracowali w większości ludzie wyrzuceni z pracy za poglądy polityczne z całej Polski praktycznie, z południa – Kraków, Rzeszów. Jak wszyscy zjeżdżali się po weekendzie do pracy z różnych stron kraju, to bibuła była praktycznie z całego kraju... potem dowiedziałem się, że w Płocku mieli akcję, na rafinerii chyba, weszli na komin, myśmy takie obiekty wysokie malowali, i ulotki rzucali. Cała ekipa stamtąd wyleciała. Ta praca dała mi wiele, również w późniejszej działalności podziemnej, między innymi nauczyłem się wówczas zjeżdżać na linach... mieliśmy odpowiedni sprzęt. Jak już posiadłem tę umiejętność zjeżdżania po linie, to na dziesięciolecie KPN-u (bodajże to była właśnie chyba taka rocznica) zrobiliśmy akcję na jednym z bloków dziesięciopiętrowych w Tychach, był taki blok, obok dawnego miejsca zamieszkania Tadeusza Janasa. Była tam ściana taka piękna, nie można było do niej niczym podjechać, żadną zwyżką, tym bardziej że wtedy nie było takiego sprzętu wysokiego na dziesięć pięter... z Ryśkiem, Tadkiem Janasem i chłopcami z KPN-u, Jeż chyba był, Marcin Hajduk, Jarek, bo oni tam obstawiali, ale coś tam przytrzymali, u góry mnie tam zawiązali a ja jechałem z tym transparentem, tak żeby od góry nie można było tego ściągnąć i z dołu też nie... zamocowałem napis: „10 lat KPN-u”... wisiało to, jak mówili, bo ja pojechałem na delegację, podobno tydzień. Mieli kłopot żeby to ściągnąć.

Należy jeszcze podkreślić, to druga sprawa, że wówczas kościół był bardzo pomocny. W kościele był taki azyl, czuliśmy się swobodnie, tym bardziej że sporo jeździliśmy na takie msze... ja wracałem po delegacjach, gdzieś tam się dowiedziałem, że w Mierzejewicach jest taki ksiądz Jancarz(?)... Jancarz... chyba Tadeusz... on tam robił takie msze w stylu Popiełuszki, jeszcze jeden był taki ksiądz, Adolf Chojnacki... na takich mszach to i aktorzy byli, wtedy akurat był Szczepkowski i Józef Duriasz... ci aktorzy mieli bojkot na legalnej scenie, więc bardzo się tam uaktywnili w szeroko rozumianej kulturze niezależnej od władzy komunistycznej. Na takich spektaklach i występach, między innymi tutaj w Tychach, był również Jacek Fedorowicz. To wszystko działało przy tych salkach katechetycznych. Przy kościele też była prowadzona wymiana ulotek, znaczków, kartek, wszelkiego rodzaju materiałów drugiego obiegu. Tam właśnie również poznawało się ludzi, nawiązywało nowe kontakty. Jeszcze chciałbym przywołać akcję, gdy jeszcze z Ryśkiem Skałeckim, namalowałem (zresztą wówczas moja małżonka mi również pomagała) czterometrowy transparent „Niepodległość”... mieliśmy to jakoś zawiesić w jakimś miejscu, ale ostatecznie coś tam nie wypaliło. Mimo wszystko wzięliśmy ten transparent na mszę do Katowic, do Katedry Chrystusa Króla... to był dzień niepodległości, wtedy oczywiście jeszcze oficjalnie nie był dniem niepodległości. Tam była msza za ojczyznę, a po tej mszy mieliśmy bodajże przejść pod pomnik harcerzy. Pamiętam, że był tam bardzo aktywny Kazimierz Świtoń, Adam Słomka, Alojzy Pietrzyk... wyszliśmy z Katedry i zaraz zaatakowali nas esbecy... paru poturbowano, kilku zamknęli (między innymi Ryśka Skałeckiego)... wyrwali nam ten transparent, ale to było tak, że oni w cywilu byli, wmieszali się w tłum, nie mają na czole napisane, że ktoś jest esbekiem... do Ryśka jeden z nich mówi: – daj, ja to potrzymam ci ten transparent. On nie chciał dać, ale oni od tyłu, we dwóch go zaatakowali. Jeden go odepchnął... gdzieś go tam poturbowali... myśmy się wtedy wszyscy cofnęli do Katedry i padło hasło: strajk, głodówka... a jeszcze się pytali, niech każdy rozejrzy się wokół, czy mamy wspólnych znajomych... patrzę Ryśka nie ma. W trakcie tej manifestacji byli również ludzie z KPN, Niezależnego Zrzeszenia Studentów... młodzi ludzie... pięć czy sześć dni na tej głodówce... były tam takie postulaty o ukaraniu tych milicjantów czy esbeków i o przywróceniu górników zwolnionych z kopalni Lenin, obecnie KWK Wesoła... wtedy mówiono, że to była pierwsza taka akcja, która przyniosła skutek, że tych górników przywrócono w końcu do pracy... bo ten strajk trochę nagłośniono, wtedy przyjeżdżały tam zagraniczne stacje... tak że poszło to już w świat.

Potem był już ten okrągły stół i zaczęły się tworzyć te Komitety Obywatelskie... ja byłem związany z KPN-em, to akurat robiliśmy kampanię dla kandydata na posła, nazywał się Sławek Czyż. Sławek Czyż, teraz jest adwokatem... w trakcie kampanii uczestniczyli również studenci z prawa... tu startował, z Tychów... już wtedy zaczęły się zgrzyty między partiami można powiedzieć, bo Solidarność już też była polityczna... zostałem z ramienia KPN-u mężem zaufania w tych pierwszych wyborach czwartego czerwca tysiąc dziewięćset osiemdziesiątego dziewiątego roku... a potem była praca, coraz mniej się angażowałem... potem trochę zniesmaczyły mnie te kłótnie... potem w KPN-ie doszło do rozłamu... Słomka, Moczulski... już patrzyłem, że ważniejsze są dla nich osobiste ambicje niż sprawa kraju... wystąpiłem wówczas z KPN-u, byłem bardzo rozgoryczony.

Czy mógłby Pan dokonać pewnego bilansu zysków i strat spowodowanych Pańskim zaangażowaniem w działalność opozycyjną? A także spróbować opisać odczuwaną przez Pana aktywność aparatu bezpieczeństwa, skierowaną wobec Pana osoby?

Miałem wtedy dwoje małych dzieci, nie miałem mieszkania, mieszkałem na hotelu, w jednym pokoju z dwójką dzieci, to się sporo ryzykowało. Moi rówieśnicy z dziećmi już mieszkania mieli... na pewno na tym cierpiała cała moja rodzina... człowiek narażał siebie i rodzinę, a tutaj raptem poszły takie kłótnie, że bardziej ambicje osobiste... jakoś się zniechęciłem do tego... wystąpiłem z KPN-u i przestałem się angażować... jak nawet człowiek coś robił, jak go poproszono, ale zawsze z dala od partii. Tak obliczyłem, że w okresie od wprowadzenia stanu wojennego do okrągłego stołu miałem dwadzieścia dwa razy do czynienia z tymi panami ze Służby Bezpieczeństwa. To było tak, że albo na zakład, jak poszedłem na zakład, albo jak szedłem do pracy, to stali przed bramą po cywilnemu, cywilnym autem... jak tylko podchodziłem pod zakład, to od razu wołali, „zapraszamy Pana do samochodu”... to ja już wiedziałem. Jechaliśmy do mnie, to znaczy ja mieszkałem z dwójką dzieci w hotelu to ciasno było... rewizje robili o szóstej rano, wyszedłem z pracy, żona myśli, że przyszedłem z dwoma kolegami... mówię: – to nie koledzy... dziecko wzięli z łóżeczka, bo sprawdzali czy tam czegoś nie ma... znaleźli... raz w termosie miałem jakieś materiały. Albo przyjeżdżali na zakład, wyganiali naczelnego dyrektora z gabinetu, wiem, bo potem przychodził do mnie kierownik i mówi: – Panie Budaj, jest pan proszony do dyrektora do gabinetu!... pierwszy raz jeszcze nie wiedziałem, ale potem przychodzę i w tym pokoju gdzie sekretarka... dyrektor stoi pod gabinetem i mówi: – tam czekają na pana. Okazało się, że oni tutaj byli panami. Dyrektor coś tam chciał, zapukał i jak oni mnie tam przesłuchiwali, to takie teksty jak dzisiaj leciały: – wypad!... Do niego, do dyrektora... tacy bardzo aroganccy... tak praktycznie było każdego trzynastego... przed każdą większą rocznicą... stanu wojennego, dnia niepodległości, pierwszy maja nawet, bo wyszliśmy takim kontrpochodem... to mnie przetrzymywali, żebym nie poszedł... nawet kazali mi pisać oświadczenie: „nie pójdę tam... nie będę działał...” Zgoda, ja wam wszystko podpiszę, a człowiek i tak to robił... dla mnie to nie było zobowiązujące... wszystko wam podpiszę... człowiek, dopóki nie przeczytał tej Konspiry, to nie był świadom, co może, co mu wolno, czego może odmówić. Dopiero potem koledzy mi mówią, bo brali ich tam na czterdzieści osiem, na dwadzieścia cztery, przetrzymywali ich i przesłuchania... potem dopiero wiedziałem, że można wszystko podpisać, ale pod podpisem napisać takie zet, a jak zostawiło się gołe pole to mogli tam dopisywać takie tam różne rzeczy... człowiek nie był świadom... teraz można jakieś spotkanie zorganizować z prawnikami... wtedy człowiek nie był przygotowany... co straciłem? Być może straciłem mieszkanie, gdyby nie działalność, to na pewno miałbym szybciej przydział... było tak, że wpłacaliśmy równocześnie z kolegami... część z nich, nawet z jednym dzieckiem, dawno miała mieszkanie... nawet bliscy mi koledzy proponowali, żebym się zapisał wtedy do OPZZ-u... ten od Miodowicza... my wiemy, my znamy twoją sytuację i nikt nie będzie przeciwny... ale nie potrafiłem się przemóc... miałem pojechać, załatwialiśmy kontrakt do Libii i do Iraku... załatwiało nas kilkunastu i nie pojechałem tylko ja... brata miałem w Stanach Zjednoczonych... brat chyba w osiemdziesiątym siódmym wysłał zaproszenie... starałem się o paszport... milicja miała dział paszportowy... zaproponowali mi, dostaniesz paszport, ale musisz coś powiedzieć... to podziękowałem... tak że nie pojechałem do Ameryki... nie wiem, czy można to podciągnąć pod moje straty... tak szczerze, to nigdy nie żałowałem tego, bo... satysfakcja potem była ogromna, zwłaszcza wobec moich dzieci... syna mam teraz w Anglii... w moich czasach to tylko marzenie było, po Polsce można było sobie jeździć. Boże, Anglia to był wtedy kraj nieosiągalny. Marzenie.