L00121 Bolesław Twaróg

Z Encyklopedia Solidarności

Tylko w Internecie.

Bolesław Twaróg, Działalność podziemna w latach 1980-1989

Tak naprawdę to moja działalność w tamtym okresie nie była aż tak ciekawa, żeby zasługiwała na opisywanie, tym bardziej że po tylu latach o wielu rzeczach już nie pamiętam. Zwłaszcza nie pamiętam o rzeczach złych. Wspominanie przykrych przeżyć jest nieprzyjemne i dlatego człowiek chętnie o nich zapomina. Gdyby nie to, że Państwo nalegacie i nie chcę Wam życia utrudniać, nie upubliczniałbym tych informacji.

Można powiedzieć, że działalnością podziemną zajmowałem się dosyć przypadkowo. W tamtych czasach pracowałem najpierw w Przedsiębiorstwie Dostaw Materiałów Odlewniczych w Tychach. Był to zakład produkujący materiały pomocnicze dla przemysłu odlewniczego w ramach Zjednoczenia Przemysłu Wyrobów Odlewniczych. Pracowałem na podrzędnym stanowisku BHP-owca, później awansowałem na kierownika sekcji BHP i ppoż. (zawsze żałuję, że nie było dotąd okazji opowiedzenia o różnych wesołych zdarzeniach z tego okresu, nie związanych z działalnością podziemną, lecz ze zwykłym dniem, kiedy to socjalistyczne stosunki pracy, oprócz całej swojej nędzy, umożliwiały pracownikom ucieczkę od szarej rzeczywistości do wielu zabawnych sytuacji, które może warto byłoby kiedyś opisać.)

W tej to firmie zastał mnie 1980 rok. Kiedy podpisano porozumienia, moi koledzy zaczęli tworzyć w zakładzie Niezależne Związki Zawodowe, a serdeczny przyjaciel, starszy i bardziej życiowo doświadczony Józef Lisiecki, powiedział: – Bolek, wpisujemy się do Solidarności!; Oczywiście zaraz się zapisałem, bo zawsze uważałem, że trzeba z komuną walczyć.

Moja rodzina pochodzi z Polski Wschodniej. Mama urodziła się w Sanoku, ojciec w Borysławiu. Ojciec przez dwa lata był – jak ja to nazywam – na „wczasach krajoznawczych” w Związku Radzieckim. Został zesłany do łagrów z wieloletnim wyrokiem. Wrócił z Armią Kościuszkowską.

Ponieważ moja rodzina mieszkała przed wojną na Kresach, gdzie na co dzień czuło się oddech Rosji, gdzie w czasie wojny Rosjanie przychodzili dwukrotnie (pierwszy raz po wycofaniu się Niemców na podstawie paktu Ribbentrop-Mołotow), wiedzę o komunizmie i troskę o Ojczyznę wyssałem z mlekiem matki. Dlatego gdy powstała Solidarność, natychmiast włączyłem się w działalność tego ruchu w nadziei, że może przynieść Polsce niepodległość.

W Związku nie chciałem jednak działać jako funkcyjny członek Komisji Zakładowej, bo nie byłem zainteresowany typową działalnością związkową. W Solidarności bardziej pociągało mnie to wszystko, co było związane z ruchem społecznym zmierzającym do odzyskania niepodległości. Dlatego początkowo przyjąłem rolę aktywnego doradcy Komisji Zakładowej.

Związki zawodowe tworzyły się w mojej firmie tak jak wszędzie. Były różne napięcia z tym związane, były strajki, w których jedni brali udział, drudzy nie, był czas, że trzeba było wyraźnie opowiedzieć się po jednej ze stron. W tym wszystkim intensywnie uczestniczyłem. Potem Solidarność wywalczyła wprowadzenie prawa umożliwiającego tworzenie w zakładach samorządów pracowniczych, które powinny mieć znaczny udział w zarządzaniu firmami. Oczywiście nie do końca, bo nie nadano samorządom prawa do powoływania i odwoływania dyrektora, a to była podstawa do tego, żeby w pełni przejąć władzę w zakładach. I aczkolwiek pomysł sprawowania władzy w przedsiębiorstwie przez załogę miał charakter socjalistyczny, była to w ówczesnych czasach chyba jedyna możliwość choć częściowego odsunięcia od władzy nieudolnych aparatczyków i ratowania walącej się gospodarki. Tak czy owak samorząd był tym, czym chciałem się zajmować. Zgłosiłem swoją kandydaturę i zostałem wybrany przez załogę w tajnych wyborach na przewodniczącego samorządu zakładowego. Było to dla mnie o tyle istotne, że zwykle behapowcy nie byli w zakładach szanowani. Wykonując swój zawód, musiałem często wchodzić w konflikty z pracownikami, tym bardziej że warunki pracy były w tej firmie fatalne. Zapylenie na niektórych oddziałach przekraczało normy dopuszczalne tysiąc czterysta razy, i to substancjami trującymi, i to na stanowiskach, na których zatrudniano kobiety. Oczywiście miałem spory wkład w to, aby ograniczyć te szkodliwości. Mimo że niewiele wtedy można było zdziałać, udało mi się w końcu różnymi metodami doprowadzić do zaprzestania najbardziej szkodliwej produkcji i wyłączenia z ruchu jednego oddziału w tej firmie. Więc mimo tych zmagań z załogą i pomimo że behapowcy z zasady we wszystkich zakładach nie byli lubiani, zostałem wybrany na przewodniczącego samorządu pracowniczego. Traktuję to jako swój duży osobisty sukces. Po wyborze rozpoczęły się utarczki z dyrekcją na bazie postulatów zgłaszanych przez załogę oraz poważne spory zarówno merytoryczne, dotyczące problemów produkcyjnych, jak i kompetencyjne. Zaczęło się już na pierwszej konferencji samorządu, gdy dyrektor w przemówieniu okolicznościowym, chcąc załapać się na wiatr historii, protekcjonalnie stwierdził, że samorząd przyda się mu do zarządzania przedsiębiorstwem. Odparowałem wtedy, że do rządzenia firmą to raczej dyrektor będzie potrzebny samorządowi niż odwrotnie, co wywołało entuzjazm wśród załogi, oczywistą złość dyrektora oraz konsternację wiernego mu kierownictwa.

Z pracą w samorządzie związany był mój wyjazd do Warszawy na Ogólnopolską Konferencję Samorządów Pracowniczych, która odbyła się w auli Politechniki Warszawskiej pod koniec 1981 roku. Udało mi się tam dorwać do głosu i wygłosić moje pierwsze przemówienie na tak dużym forum, z którego bardzo byłem zadowolony, bo wielokrotnie przerywano mi brawami. Wiele z tego zebrania nie pamiętam (ciekawe, czy zachowało się jakieś archiwum dotyczące tej konferencji), ale wiem, że polemizowałem z programem gospodarczym Solidarności i związaną z nim propozycją powołania w Sejmie drugiej izby gospodarczej. W swoim przemówieniu m.in. zapytałem: „a co z tą pierwszą izbą”? Wykazałem, że PRL-owski sejm jest niereprezentatywny i domagałem się wolnych wyborów. Oczywiście wtedy absolutnie nie było to możliwe. Gdy wróciłem z Warszawy, sporządziłem zestawienie tez wygłoszonego przeze mnie przemówienia i wywiesiłem je do wiadomości załogi, co spowodowało furię u moich przełożonych i było argumentem przeciw przywróceniu mnie do pracy, gdy w stanie wojennym zostałem zwolniony.

Kiedy po wstępnym okresie organizacyjnym zarządzono kolejne wybory do samorządu zakładowego, zostałem ponownie wybrany na jego przewodniczącego. Odbyło się to 11 grudnia 1981 roku. Trzynastego ogłoszono stan wojenny.

Pamiętam, przyszedłem w poniedziałek do pracy zmartwiony, jak zresztą wszyscy, i zestresowany. W pełnym rynsztunku: kożuch, ciepły sweter, szczoteczka do zębów itp. – przygotowany na aresztowanie. Spotkaliśmy się z kolegami. Siedzimy przygnębieni, niewiele mówiąc. W końcu kolega Tadeusz (elektryk) mówi: – Wiesz Bolek, to wszystko twoja wina, bo Jaruzelski wszystko przeżył, ale jak się dowiedział, że ciebie drugi raz wybrali na tego przewodniczącego, to się wkurzył i ogłosił wojnę! Zaczęliśmy się wtedy śmiać, napięcie opadło i potem jakoś łatwiej dawałem sobie rady ze stresem.

Wypowiedzenie z pracy dostałem dopiero w styczniu. Dostałem je na komfortowych warunkach uzasadnionych reorganizacją: trzymiesięczny okres wypowiedzenia z prawem do pobierania całej pensji i zwolnienie z obowiązku świadczenia pracy. Takiego wypowiedzenia nie dostają osoby zwolnione z przyczyn politycznych, dlatego bardzo się denerwowałem tym faktem. Oczywiście niezwłocznie się odwołałem do Terenowej Komisji Odwoławczej, gdzie wskazałem, że zostałem zwolniony z powodów politycznych, co nie zgadzało się z treścią wypowiedzenia, a skoro tak, to należy przywrócić mnie do pracy. W tej sytuacji komisja odwoławcza, o dziwo, przywróciła mnie do pracy, bo zgodnie z ówczesnym prawem pracownicy pełniący funkcje w samorządzie zakładowym byli pod ochroną prawną, a dekret o stanie wojennym nie uwzględnił wyłączenia tej ochrony. Po prostu komuniści w ferworze walki z niezależnym związkiem zawodowym o samorządzie zakładowym zapomnieli i takich funkcji jak moja do dekretu nie wpisali.

Od decyzji o przywróceniu mnie do pracy zakład odwołał się do sądu, który tym razem odrzucił moje odwołanie, bo w międzyczasie Sąd Najwyższy wydał opinię (oczywiście również nielegalną, tak jak i cały stan wojenny) stwierdzającą, że dekret o stanie wojennym likwiduje ochronę prawną nie tylko związkowców, ale także działaczy samorządu zakładowego. W tej sytuacji definitywnie straciłem pracę. Nie to jednak było dla mnie najważniejsze, bo o tym, że do pracy mnie nie przywrócą, wiedziałem od początku. Ważne było dla mnie, że wreszcie zakład „należycie” uzasadnił zwolnienie mnie z pracy, dołączając do dokumentów sądowych opinię Zakładowego Obywatelskiego Komitetu Odrodzenia Narodowego przy Przedsiębiorstwie Dostaw Materiałów Odlewniczych w Tychach, w której jednoznacznie stwierdzono, m. innymi, że:

„... Obywatel Twaróg ... od sierpnia osiemdziesiątego roku był jednym z głównych organizatorów niepokojów i fermentu wśród załogi, nie kryjąc się z antysocjalistycznym stanowiskiem tak do kierownictwa zakładu, podstawowej organizacji partyjnej, jak i do Komitetu Centralnego PZPR pod kierownictwem gen. Jaruzelskiego. ... Postawa (Twaroga) powodowała podział i rozdźwięk oraz niepokoje wśród załogi, co uwidaczniało się wzrostem napięć, obniżeniem wydajności i dyscypliny pracy. Biorąc powyższe pod uwagę, Zakładowy Obywatelski Komitet Odrodzenia Narodowego stoi na stanowisku, że ponowne zatrudnienie obywatela Twaroga w Przedsiębiorstwie Dostaw Materiałów Odlewniczych jest niewskazane, ponieważ zajmowane przez niego stanowisko na rozprawach przed Terenową Komisją Odwoławczą wskazuje o niezmienionym negatywnym stanowisku do obecnej sytuacji i rzeczywistości.

Dopiero zapoznawszy się z treścią tej opinii, poczułem się usatysfakcjonowany, bo co innego być zwolniony z pracy z powodu działalności antysocjalistycznej, z której jestem dumny, a co innego dostać wypowiedzenie z powodu reorganizacji, jakie otrzymują mało przydatni pracownicy i jakie mi wręczono, aby mnie upokorzyć.

Jeśli chodzi o dalsze represje, to były one stosunkowo niewielkie. Inni koledzy mieli o wiele większe problemy. Raz zostałem zatrzymany przez milicję na 48 godzin za zbieranie pieniędzy na pomoc dla rodziny internowanego kolegi Henryka Mellera. Nawiasem mówiąc, Heniek tylko początkowo był przewodniczącym zakładowej Solidarności. W 1981 roku od wielu miesięcy związek miał już innego przewodniczącego – Zenona Kempińskiego, ale w stanie wojennym internowali tego pierwszego przewodniczącego, z czego wywnioskowaliśmy, że decyzję o tym, kto będzie internowany, podjęto na dobre osiem, dziewięć miesięcy przed wprowadzeniem stanu wojennego.

Gdy kolegę internowano, jego żona została z dzieckiem na utrzymaniu. Koledzy z pracy niezwłocznie zorganizowali zbiórkę pieniędzy, żeby im pomóc. Sam też brałem w tym udział i osobiście zebrane pieniądze przekazałem. Za parę tygodni zabrała mnie z domu milicja pod zarzutem zbierania datków na rzecz internowanego. Nie przyznałem się do tego, a na pytanie przesłuchujących mnie milicjantów, czy wiem, co mi za to grozi, powiedziałem, że „wiem, iż grozi mi trzy lata paki” (chociaż dobrze wiedziałem, że grożą mi najwyżej trzy miesiące) i że chętnie posiedzę. Zamknęli mnie tylko na 48 godzin, ale dobrze, że choć na tyle, bo znowu byłby wstyd, że inni siedzą, a ja nie, no i nie miał bym czego w życiorysie napisać.

Znalazłem się w areszcie i muszę powiedzieć, że gdy tylko zamknęły się za mną drzwi celi, bardzo dobrze się poczułem, tak jakby wszystkie obawy ze mnie spadły.

Teraz zupełnie inna sytuacja, wesoła, i dlatego może warta opisania.

Dawno zmarły ojciec mojego kolegi Tadeusza (już o nim wcześniej mówiłem) był milicjantem. W związku z tym kolega został wcielony do ZOMO. W naszym zakładzie pracował jako elektryk razem z Zenonem Kempińskim przewodniczącym zakładowej Solidarności, który również był elektrykiem. Ponieważ obaj zostali zwolnieni z firmy, przyszli któregoś popołudnia do zakładu, aby zabrać swoje rzeczy. Wchodzą na portiernię. Jeden w mundurze zomowca.

Tymczasem zakładu w stanie wojennym pilnowały dwie służby. Zwykła służba wartownicza, której szefem był były funkcjonariusz SB, no i druga służba powołana na czas stanu wojennego – podległa komórce wojskowej z emerytowanym oficerem na czele. Pracownicy tych służb w rozmowie ze sobą zastanawiają się, czy wpisać do raportu, że wpuścili po godzinach pracy na teren firmy dwie osoby i uzgadniają, że skoro jednym z nich był zomowiec, to przecież wpisywać nie będą, bo po co sobie głowę zawracać takim drobiazgiem. I jak to między ludźmi bywa, jeden z nich nic do swojego raportu nie wpisał, a drugi zameldował, że w godzinach popołudniowych wpuszczono na teren firmy byłego przewodniczącego Solidarności.

Na drugi dzień rozpętała się burza. Dyrektor nałożył karę na szefa tej służby, która ośmieliła się nie wpisać do raportu tak ważnego wydarzenia, jakim były odwiedziny działacza związkowego i zomowca. No to ukarany aparatczyk napisał donos na dyrektora. Donos trafił do Wojewódzkiej Komendy Milicji. Tam funkcjonariusze wezwali na przesłuchanie kolegę Tadzia (wówczas zomowca). Ten opowiedział o sytuacji w naszej firmie, na marginesie informując, że oprócz różnych nieprawidłowości dziejących się w zakładzie: „zamknęli Twaroga”. Gdy funkcjonariusz to usłyszał, okropnie się zdenerwował i ze słowami: „Przecież mieliśmy nie robić z Twaroga męczennika!”, zadzwonił do tyskiej milicji i nakazał zwolnienie mnie z aresztu.

Tak więc po dwóch dniach zostałem wypuszczony na wolność, a kolegę za karę „wyrzucono” z ZOMO, co wszyscy przyjęliśmy z wielką radością i uroczyście oblaliśmy na okolicznościowej imprezie. Opowiadam to wszystko po to, aby czytający te słowa mógł się uśmiechnąć i żeby się „usprawiedliwić”, że w PRL-owskim areszcie siedziałem tylko niecałe czterdzieści osiem godzin, bo jeśli chodzi o dalszy okres działalności podziemnej, to nie dostałem już żadnego wyroku.

Mogę jeszcze powiedzieć o trudnościach ze znalezieniem pracy. W kilku zakładach na terenie miasta Tychy poszukiwano behapowca. Gdziekolwiek poszedłem, przyjmowano mnie najpierw z otwartymi rękami, ale za kilka dni, po złożeniu papierów, okazywało się, że mnie nie zatrudnią. Dopiero w jednej z firm, chyba w Carboautomatyce, uczynny kadrowiec poinformował mnie, że nie dostanę pracy w żadnym tyskim zakładzie i powinienem szukać gdzie indziej. W tej sytuacji pojechałem do Katowic i tam znalazłem zatrudnienie w Wojewódzkim Związku Gminnych Spółdzielni Samopomoc Chłopska w Zakładzie Budownictwa, budującym sklepy, piekarnie itp. obiekty na terenie całego województwa katowickiego. Musiałem jeździć do wielu odległych miasteczek i wsi. Zdarzało się, że w ciągu jednego dnia korzystałem z kilkunastu środków publicznego transportu. Jednak nie narzekałem, bo będąc przez większość dniówki z dala od szefów, mogłem zawsze wygospodarować trochę czasu dla siebie, a co najważniejsze, teraz mogłem robić „wykłady” na tematy niepodległościowe nie tylko na terenie jednego zakładu w Tychach, ale w wielu miejscowościach województwa. Mój nowy zakład miał filie w Toszku, Rybniku i Pilicy, a budowy były prowadzone na całym okolicznym terenie. Okazji było do politycznych rozmów było mnóstwo, zarówno w czasie szkoleń bhp, ale także podczas podróży w autobusach i pociągach. Co więcej, na o wiele większym obszarze niż dotychczas mogłem rozdawać ulotki i prasę podziemną i wymieniać poglądy na tematy polityczne. Tak to komuniści, pozbywając „organizatora niepokojów i fermentu wśród załogi” z jednego zakładu w Tychach, „delegowali” go do działalności antysocjalistycznej na terenie całego województwa.

O ile ja osobiście nie byłem ciężko represjonowany, gorzej mieli inni koledzy. Najbardziej poszkodowanym tyskim działaczem podziemnej Solidarności był mój serdeczny kolega z ławy szkolnej Ignacy Stawarz.

Pamiętam taką scenę. W stanie wojennym stałem w kolejce pod urzędem miejskim po zezwolenie na wyjazd do... Żywca! Nagle jakiś człowiek prosi, aby go przepuścić, bo wyjechał ze strajku w Ziemowicie i musi szybko dostać zezwolenie na wyjazd w ważnej sprawie osobistej. Zatrzymałem go i pytam o kolegę. On na to: człowieku, tam na dole są setki osób, więc na pewno nie będę wiedział, o kogo chodzi. Mówię więc, że może przez przypadek zetknął się z Ignacym Stawarzem. Ależ oczywiście! Ignac jest szefem całego strajku!

Bo rzeczywiście Ignac jako jedyny członek nadzoru (był sztygarem) został pod ziemią i ze względu na swoje zaangażowanie w działalność związkową było oczywiste, że będzie jednym z głównych organizatorów podziemnego protestu. Potem sąd nie mógł go skazać tak jak innych przywódców strajku, gdyż wybronił się, twierdząc, że zgodnie z prawem górniczym nie miał prawa wyjechać na powierzchnię, skoro podlegli mu pracownicy zostali na dole. Niestety komuna nie dała za wygraną. Złapali go potem, gdy w czasie próby dotarcia do wydawcy podziemnej gazetki „Solidarność Dziś i Jutro” uciekał przed pościgiem tajniaków. Udało mu się uciec, ale upadł i poturbował tak mocno, że musiał poddać się leczeniu szpitalnemu. Został aresztowany. W areszcie był poddawany torturom psychicznym. Podawano mu środki psychotropowe i doprowadzono do takiego stanu rozstroju zdrowia, że leczył się jeszcze przez kilkanaście lat. Gdy spotkałem się z nim po tym jak wypuścili go z więzienia, byłem przerażony. Ignac sprawiał wrażenie, że jest innym człowiekiem, że nie rozumie, co się do niego mówi, że jest bardzo rozstrojony nerwowo. Opowiadał potem, że w więzieniu prowadzili na nim eksperymenty psychiczne, że podawali mu środki psychotropowe. Wmówili mu, że matkę mu zabito, że rodzeństwo siedzi w więzieniach, słyszał głosy tortur itp. itd. Kompletnie zniszczony psychicznie wyjechał z rodziną do USA gdzie do dziś przebywa na zesłaniu, bo dla Ignasia, prawdziwego patrioty, wieloletni pobyt w nawet najbogatszym kraju świata, ale poza Ojczyzną, zawsze będzie zesłaniem. Jeśli ktoś chciałby rzetelnie opisać dzieje podziemnej tyskiej Solidarności, powinien przede wszystkim opisać jego losy.

W 1981 roku, w czasie legalnego funkcjonowania Solidarności, na terenie miasta Tychy działała Międzyzakładowa Komisja Koordynacyjna grupująca przedstawicieli komisji zakładowych z większości tyskich i okolicznych zakładów pracy. Po wprowadzeniu stanu wojennego ci z kolegów, którzy pozostali na wolności, zaczęli tworzyć podobną strukturę podziemną. Ponieważ znaliśmy się z okresu legalnej działalności, łatwo było się nam dogadać. Spotykaliśmy się w prywatnych mieszkaniach, także w moim. W spotkaniach tych uczestniczyli koledzy z takich zakładów jak FIAT, kopalnia Ziemowit, kopalnia Lenin, PKP itp. Wymienię tu kilku kolegów należących do tej grupy. Byli to między innymi: Marian Kubic, Roman Ptasiński, Ignacy Stawarz, Jan Kutek, Wojciech Jabłoński, Tadeusz Smagacz, Jan Pluta, Andrzej Służalec, Ryszard Skałecki (przepraszam tych, o których zapomniałem). Struktura ta koordynowała akcje podziemne, wydawała czasopismo „Solidarność Dziś i Jutro”, organizowała pomoc dla represjonowanych. Z mojej wiedzy wynika, że osobą najbardziej zaangażowaną w działalność pomocową była św. pamięci pani Maria Jeziorna wraz ze swoją rodziną.

Ja bardziej aktywnie włączyłem się w te działania dopiero pod koniec 1988 roku. Zająłem się wtedy wraz ze św. pamięci Januszem Rejdychem wznowieniem redagowaniem gazetki „Solidarność Dziś i Jutro”, w tym także przygotowywaniem matryc do druku na powielaczu. W tym czasie sporej pomocy finansowej udzielił nam przebywający na emigracji w USA przewodniczący Regionu Śląsko-Dąbrowskiego Leszek Waliszewski.

Później działalność MKK zaczęła być półjawna i w końcu całkowicie jawna. To głównie MKK zorganizował w Tychach, wraz z Klubem Inteligencji Katolickiej, Komitet Obywatelski, a potem i wybory parlamentarne.

Na pierwszym posiedzeniu tyskiego Komitetu Obywatelskiego, które odbywało się w salce katechetycznej Parafii Św. Jana Chrzciciela, zgłaszano kandydatury na posłów. Moja kandydatura została zgłoszona jako pierwsza. Od razu odmówiłem zgody na kandydowanie, bo przecież nie miałem zielonego pojęcia o wielkiej polityce, nie znałem się na pracy parlamentarnej i w ogóle stawiałem dla kandydatów na posłów o wiele wyższe wymagania niż te, jakim sam mogłem sprostać. Wytypowano więc inne osoby, w tym Janusza Rejdycha. Niestety po kilku tygodniach Janusz powiadomił nas, że ze względu na stan zdrowia nie może kandydować. Na kolejnym zebraniu Komitetu Obywatelskiego postanowiono wybrać w zastępstwie innego kandydata. Znowu zgłoszono moją kandydaturę. Tym razem nie mogłem niestety zrezygnować, bo pozostali kandydujący byli zbyt mało pewni, abym mógł odpowiedzialnie zgodzić się na to, żeby nas reprezentowali, a o jednym z nich umierający Janusz Rejdych wręcz poinformował mnie wcześniej, że jest osobą niepewną, co w tamtych czasach mogło oznaczać tylko powiązanie ze służbami specjalnymi.

Miałem jeszcze uzasadnioną nadzieję, że Wałęsa skreśli mnie z listy. Jak się potem dowiedziałem, gdy Alojzy Pietrzyk zadzwonił do Wałęsy, aby oznajmić, że Rejdych jest chory i rezygnuje z kandydowania, Wałęsa powiedział mu, że on ma jeszcze mnóstwo kandydatów na posłów i zaraz kogoś za Rejdycha zaproponuje. Pietrzyk na to odparł, że już dosyć mamy spadochroniarzy. W Tychach proponują jakiegoś Twaroga, to niech będzie Twaróg.

I tak zostałem posłem. Z tym że wcześniej była burzliwa kampania wyborcza. Najpierw trzeba było zebrać 3 tysiące podpisów pod moją kandydaturą. Było to trudne, bo zaczęto je zbierać z opóźnieniem, gdyż wcześniej zbierano podpisy na rzecz kolegi Janusza. Jakoś się udało. Głównym elementem kampanii wyborczej były wtedy spotkania z wyborcami. Przychodziło sporo ludzi. Dochodziło do różnych śmiesznych momentów. Może warto przypomnieć niektóre z nich.

Pamiętam spotkanie w Mikołowie, gdzie przy rynku, czyli w reprezentacyjnym miejscu miasta, stał stary budynek z dziurą w dachu. Pod tym budynkiem ustawiono platformę, z której prezentowaliśmy się jako kandydaci do sejmu. Gdy ktoś zaczął mówić, że jednak PZPR miał jakieś osiągnięcia, wskazałem na tę dziurę, mówiąc, że osiągnięcia PZPR najlepiej obrazuje ta dziura w dachu. Wywołało to powszechną wesołość licznie zgromadzonej ludności.

W Brzeszczach, na spotkaniu w Domu Kultury, przedstawiając się, powiedziałem, że mój ojciec urodził się w Borysławiu koło Lwowa, na ziemiach pod czasową okupacją radziecką. W dyskusji jakiś człowiek (jak się potem okazało były funkcjonariusz) zarzucił mi, że chcę zmieniać granice jak niemieccy rewizjoniści. Gdy jednak odpowiedziałem, że nie chcę zmieniać granic, chciałbym tylko, aby okupacja radziecka się skończyła i aby powstało wolne państwo Ukraina, dostałem duże brawa, choć prócz mnie mało kto wówczas wierzył, że taka możliwość kiedykolwiek zaistnieje.

Stałym pytaniem w czasie kampanii wyborczej do wszystkich kandydatów była kwestia przyszłości budowanej właśnie elektrowni atomowej w Żarnowcu, której po katastrofie w Czarnobylu wielu ludzi bardzo się obawiało. Kolega Rzymełka odpowiadał wówczas, co należy o tym sądzić z ekologicznego punktu widzenia, docent Sobieszczański jako specjalista od sieci energetycznych miał zawsze długi fachowy wywód na tematy energetyczne, a ja – nie chcąc już zabierać wiele czasu – mówiłem tylko tyle: „Ta elektrownia nigdy nie ruszy”. I, jak się potem okazało, miałem rację.

Na zebranie w Suszcu, które odbyło się w szkole zaraz po Mszy Świętej, przyszło sporo ludzi. Ktoś zarzucił mi: co pan nam opowiada, wam się świetnie powodzi, a my tu na wsi ledwo wiążemy koniec z końcem. Ja na to: nie wiem jak się panu powodzi, ale ja chętnie się z panem zamienię. Mieszkam w mieszkaniu zakładowym, z którego w każdej chwili mogą mnie eksmitować, bo już w tym zakładzie nie pracuję. Mieszkanie urządziłem jakimiś kombinowanymi meblami kupionymi za pożyczkę dla młodych małżeństw, no i mam jeszcze w piwnicy 3 rowery. Wszystko to panu chętnie oddam w zamian za to, co pan posiada. Sala wybuchnęła wtedy gromkim śmiechem, bo jak się potem dowiedziałem, propozycję tę zgłosiłem najbogatszemu gospodarzowi, który narzekał, mimo że miał wtedy aż 2 traktory, co w ówczesnych czasach było na wsi godnym pozazdroszczenia majątkiem.

W Sejmie początkowo starałem się zbytnio nie eksponować swojej osoby, aby nie znając zasad poruszania się w tym środowisku, nie wyjść na idiotę. Jednak już po kilku tygodniach zacząłem aktywnie działać zarówno na sali sejmowej i w komisjach, jak i na forum Obywatelskiego Klubu Parlamentarnego.

Początkowo w Klubie współpracowaliśmy z entuzjazmem nie zauważając dzielących nas celów i poglądów. Nie minęło jednak 2 miesiące, gdy zrozumiałem, że prezydium OKP, zdominowane przez jedną opcję polityczną, prowadzi własną politykę realizowania za wszelką cenę porozumień zawartych z komunistami przy i pod Okrągłym Stołem. Zacząłem się ostro przeciwstawiać różnym politycznym manipulacjom i robiłem to na tyle aktywnie, że koledzy z OKP, którzy nie identyfikowali się z opcją grubej kreski (a tych w OKP była chyba jednak większość), wybrali mnie na przewodniczącego komisji rewizyjnej, która wówczas miała w klubie przede wszystkim znaczenie polityczne. Mógłbym opowiedzieć trochę więcej o pracy pierwszych demokratycznie wybranych w PRL posłów, o różnych manipulacjach, do jakich dochodziło w OKP, podejmowanych głównie po to, aby nie doprowadzić do rozliczenia komunistów oraz aby umożliwić im uwłaszczenie na państwowym majątku, ale to znacznie wykracza poza temat zagadnienia, w ramach którego sporządza się te zapiski.

Tekst autoryzowany: Tychy, 24 I 2011

Bolesław Twaróg