L00123 Paweł Chojnacki

Z Encyklopedia Solidarności

Relacja Pawła Chojnackiego

Moja rodzina posiada tradycje patriotyczne, ale rodzice (Benigna i Ireneusz) nie angażowali się czynnie w działalność opozycyjną. Można powiedzieć, że należeli do większości Polaków, która wybrała pozycje emigracji wewnętrznej – moja rodzina była bezpartyjna – nikt nie należał do partii, ale też nikt nie odczuwał za bardzo potrzeby aktywności w przeciwnym kierunku. Pod koniec lat 70. czy w czasach karnawału Solidarności ta milcząca większość w sposób naturalny, siłą rzeczy, poparła rodzący się ruch społeczny. Moja metryka jest taka, że pamiętam jako ośmiolatek wydarzenia czerwcowe w 1976 r. – wcześniej moja pamięć w dziedzinie „historii wielkiej” nie sięga. W drugiej połowie lat 70. ojciec przynosił do domu bibułę i wydawnictwa emigracyjne, słuchaliśmy Głosu Ameryki, opowiadaliśmy kawały polityczne – to już zaczęło mnie kształtować. Na półkach biblioteki ojca stały książki, po które mogłem sięgać i które nie były przede mną chowane. W pamięci mam Zbrodnię katyńską w świetle dokumentów – jako bardzo młody człowiek przeglądałem ją i czytałem. I była to lektura dla mnie wstrząsająca. Pamiętam Kontrę Józefa Mackiewicza i pierwszy numer „Kultury”, jaki wpadł mi w ręce – wydanie informujące o śmierci Stanisława Pyjasa i powstaniu SKS-u [Studencki Komitet Solidarności] w Krakowie. Musiałem mieć wówczas 9 lat i byłem bardzo młodym człowiekiem, dzieckiem. Od tej strony rozwijałem się szybko i w momencie, gdy wybuchła Solidarność – mimo że nadal byłem dzieckiem – w sensie światopoglądowym, w jakiejś mierze, byłem już ukształtowany, wiedziałem, o co chodzi. Oczywiście mieszkając w Łodzi, dotyczyło mnie to mniej niż mieszkańców Gdańska, Warszawy czy Krakowa, gdyż Łódź zawsze była trochę na uboczu. Jednak trochę się działo: były strajki w sierpniu, stały zakłady pracy, stały tramwaje, a zajezdnie pełniły tę funkcję co bramy Stoczni Gdańskiej, chociaż nie tak jak na Wybrzeżu – bramy w kwiatach i tłumy ludzi – ale o tym wszystkim wiedziałem. Był to początek mego świadomego życia, które rozpoczęło się w cieniu wielkich wydarzeń; zostałem przez nie w pewien sposób uwarunkowany. Pamiętam również strajk studentów w Łodzi, kiedy chodziłem pod Wydział Polonistyki, który był cały oplakatowany, pamiętam „marsz głodowy” łódzkich kobiet – to już dość świadomie przeżywałem. Kiedy wybuchł stan wojenny, wszystko było jasne, rozumiałem co się dookoła dzieje. W Łodzi miały miejsce potężne demonstracje uliczne po 13 grudnia przed Zarządem Regionu, niemniej jednak moi rodzice nie puszczali mnie na nie – zastosowali areszt domowy. Można to zrozumieć, gdyż miałem lat zaledwie trzynaście.

Moje zaangażowanie zaczęło się od początku nauki w szkole średniej – czyli od jesieni 1983 roku. Wcześniej miałem kontakt z bibułą, książkami, które – jak wspomniałem – w domu były zawsze. W jakiś sposób czuję się uprzywilejowany w tej mierze. Kiedy rozpocząłem naukę w liceum, stwierdziłem, że jest to już odpowiedni moment by się czynniej zaangażować. Uczeń podstawówki, działający w organizacjach antykomunistycznych – to mogło wyglądać trochę śmiesznie czy niepoważnie. Jako licealista-piętnastolatek uważałem, że mając tyle lat, jestem odpowiedzialny także prawnie za swe działania. Wiedziałem o tym, gdyż ojciec jest adwokatem i pewnego dnia przypomniał mi, że to, co robię, odbywa się już na własną odpowiedzialność. Dodał też – co wtedy mogło mieć znaczenie, ale nie przemawiało mi dostatecznie do wyobraźni – że w związku z charakterem jego pracy, czyli wolnym zawodem adwokackim, gdybym miał jakąś wpadkę w swej działalności, to on także może mieć problemy, łącznie z pozbawieniem prawa do wykonywania zawodu. I prosił, bym o tym pamiętał w działaniach, gdyż jest jedynym żywicielem rodziny. Mama nie pracowała. Zalecał ostrożność i świadomość grożących konsekwencji. Takie rozmowy się odbyły. Zarysowuję to tło rodzinne: nie było pełnej pochwały („może byś nie znosił tyle bibuły do domu...”), ale też wyraźnego zakazu czy złej atmosfery. Dużo temu zawdzięczam.

Zacząłem od kolportażu w pierwszej klasie liceum. Początkiem były kontakty z młodzieżą z klasy wyżej. Chodziłem do klasy matematyczno-fizycznej w XXI LO im. Bolesława Prusa. Uczniowie klasy wyżej byli oczywiście starsi i jakby trochę bardziej świadomi. Wyłoniła się tam grupa, która zaangażowała się w jakieś formy działalności antykomunistycznej na tyle, na ile można o nich mówić w Łodzi, czyli jednak na opozycyjnej prowincji. Chciałbym tu wymienić nazwisko Ani Wojtunik – nasza przyjaźń przetrwała do dziś. Na przełomie lat 1983 i 1984 trwał już kryzys podziemia. Po zniesieniu stanu wojennego i po nieudanych akcjach roku 1982, kiedy ta „nasza wiosna” nie przyszła – nastąpił zdecydowany odpływ aktywności. Zacząłem więc wchodzić w działalność opozycyjną, kiedy było już widać jej kryzys – szczególnie w Łodzi.

Grupa koleżanek i kolegów utworzyła rodzaj kółka przy kościele oo. Jezuitów odgrywającego w Łodzi rolę porównywalną z kościołem św. Stanisława Kostki w Warszawie. Zresztą w każdym większym mieście był wówczas taki „opozycyjny” kościół: krzyże z kwiatów, msze za Ojczyznę i działalność duszpasterstwa środowisk twórczych, czyli spotkania z ciekawymi ludźmi, koncerty itd. Myśmy w tym również uczestniczyli. Pojawiła się idea powołania kółka samokształceniowego młodzieży licealnej – i w momencie jego powstania nastąpił początek mojej aktywności publicznej. Spotykaliśmy się raz w tygodniu. Prelegentami były łódzkie indywidualności, jak np. Stefan Niesiołowski, który wówczas kojarzył się wyłącznie z Ruchem. Był postacią wyrazistą i bohaterską; pamiętam jego cykl wykładów dla nas. Kółko stanowiło jakby półlegalny parasol dla działalności konspiracyjnej młodzieży szkolnej. Zajmowaliśmy się głównie kolportażem. W apogeum rozwoju naszej sieci kolportażu – którą współorganizowałem – mieliśmy odbiorców bibuły w trzynastu lub czternastu liceach (na prawie trzydzieści LO w Łodzi). Tak więc połowa tamtejszych liceów objęta była naszymi wpływami. Kolportaż dotyczył głównie łódzkiej prasy, która stała na dość kiepskim poziomie – ale mieliśmy też dostęp do tytułów warszawskich, jak tygodniki „Wola”, „CDN”, „Tygodnik Mazowsze”. Właściwie wszystko przewijało się przez moje ręce, również prasa krakowska – bardzo szybko trafiłem na „Promienistych”. Trochę zajmowaliśmy się też – przesadnie nazywanym – małym sabotażem, czyli akcjami malowania napisów na murach. Nie było tego przesadnie dużo, więcej planowaliśmy niż działaliśmy – nie będę więc robił z siebie wielkiego fightera – ale trochę malowaliśmy wieczorami. Uczestniczyliśmy też w niezależnej akcji liczenia głosów podczas bojkotowanych wyborów do Rad Narodowych i Sejmu, chyba w latach 1984 i 1985. Od kogoś z „góry” dostawaliśmy dyspozycje: gdzie i o której godzinie przez 5 minut się przechadzać i liczyć frekwencję. Chodziło o to, by wykazać, że jest ona naprawdę niska i że wybory są sfałszowane. Przez chwilę wydawaliśmy własne pisemko pt. „Jutro” – dodatek do miesięcznika „Prześwit”. Nie kontaktowałem się bezpośrednio z wydawcami tego pisma, obowiązywała konspiracja, materiały przekazywaliśmy przez jednego z naszych kolegów, który miał jakieś rodzinne przełożenia na redakcję. Przygotowywaliśmy teksty i ilustracje, które ukazywały się w formie wkładki dołączanej do tego dobrze redagowanego miesięcznika. Do dziś nie mam pojęcia, kto go robił. Dostawaliśmy trochę egzemplarzy ekstra – ok. 300-400 szt. Nie wiem, czy były to ilości duże czy małe, ale na pewno nie były śladowe. „Prześwit” miał później – do tej pory nie wiem jak to wyglądało – jakieś problemy, wpadkę, po której przestał się ukazywać. I nasze pismo wtedy też „zgasło”. Pojawiły się później propozycje z RKW Ziemi Łódzkiej, by drukować ich organ pt. „Głos Łodzi” – za tę usługę chciano nam udostępnić powielacz białkowy dla wydawania własnego pisemka. Uznałem wtedy, że wysługiwanie się licealistami przy druku pisma regionalnego Solidarności oznacza głęboki przejaw kryzysu tego ruchu społecznego. Trwały oczywiście dyskusje: czy brać tę ofertę, czy też nie. Ostatecznie stanęło, że nie – i chyba dobrze, bo tam też wkrótce nastąpiła wpadka.

W czasie moich czterech lat licealnych nosiliśmy żałobę 13 grudnia, a stroje galowe na 3 Maja (pamiętam, jak mściwy peowiec zarządził tego dnia ćwiczenia ze ślepego strzelania z kabekaesów na boisku – a wszystkie dziewczyny ubrały eleganckie spódnice!). Wciągaliśmy też w działalność osoby z klas młodszych, co z czasem stawało się coraz bardziej trudne – było to silne doświadczenie, jak szybko pamięć o Solidarności zanika. Kiedy w roku 1985/1986 próbowałem organizować ciche przerwy wśród pierwszych klas, to padały z ich strony pytania, co tak naprawdę 13 grudnia się wydarzyło. Takie sytuacje miały miejsce już wówczas, niemniej jednak coś udawało się zrobić w bardzo skromnej skali.

Owładnięty potrzebą działania i myśląc o wypłynięciu na szersze wody działalności antykomunistycznej, planowałem zmianę miejsca pobytu. Wydawało mi się, że w Łodzi prochu już się nie wymyśli, że nic ciekawego się tam nie wydarzy i trzeba się gdzieś przenieść. Dopomógł mi w tym trochę los, gdyż zostałem laureatem olimpiady historycznej i mogłem wybrać uczelnię – co nie było takie oczywiste w tamtych czasach, ponieważ istniała regionalizacja. Jako osoba pochodząca z ośrodka uniwersyteckiego mógłbym być może wystartować na Uniwersytet Jagielloński, ale po zdaniu egzaminów przyjęto by mnie na Uniwersytet Łódzki. Łatwiej było osobom z Elbląga czy Bydgoszczy dostać się na UJ – gdyż u nich nie było uniwersytetów – niż łodzianinowi jak ja. Wahałem się chwilę pomiędzy Uniwersytetem Warszawskim a Uniwersytetem Jagiellońskim. Do Krakowa zawsze miałem wielki sentyment i w 1987 roku wylądowałem w mieście, gdzie działania mogły nabrać rumieńców i bardzo szybko się w nie włączyłem. Piszę o tym szerzej w książce Ur. ‘68. Notatki z ulic Krakowa 1988-1989, do której relacja ta jest swoistym prologiem.

Drugi nurt mojej aktywności społecznej w tamtym okresie to harcerstwo. Przez przypadek trafiłem na bardzo dobre środowisko – do XV Łódzkiej Drużyny Harcerzy, która powstała w 1920 roku i w roku 1981 współtworzyła Unię Najstarszych Drużyn Harcerskich Rzeczypospolitej. Grażyna i Jacek Broniewscy, którzy kierowali szczepem Zielony Płomień, byli aktywnymi instruktorami w ruchu odrodzenia harcerstwa, czyli w Kręgach Instruktorów Harcerskich im. Andrzeja Małkowskiego (KIHAM). Tu też poszło gładko – istniały bowiem różne środowiska harcerskie, a w podstawówce, do której chodziłem, działali akurat Broniewscy. Stopniowo wchodziłem w pracę harcerską, która – prócz tego, że stanowiła rodzaj stylu życia – od 1980 roku nieuchronnie ewoluowała w jedną z form działalności społecznej w nurcie oporu przeciwko władzy komunistycznej. „Piętnastka” – nasza drużyna – w październiku 1980 roku obchodziła 60-lecie istnienia. Uroczystości przygotowywaliśmy wcześniej, ale z racji zaistnienia „sierpnia 1980” i powstania najróżniejszych ruchów niezależnych i społecznych przerodziły się one w zjazd środowisk harcerskich – na skalę nie tylko łódzką – i stanowiły dodatkowy element organizowania się tych kręgów.

W swej działalności nawiązywaliśmy do tradycji i metodyki skautingu okresu Polski niepodległej i Szarych Szeregów, co wiązało się ze zmianą roty Przyrzeczenia harcerskiego i brzmieniem Prawa oraz powrotem do systemu sprawności – na tyle, na ile było to możliwe w ramach ZHP. W połowie lat 80. narodził się Ruch Harcerski, którego koncepcja funkcjonowania polegała na tym, by nie wychodząc z oficjalnego Związku Harcerstwa Polskiego, prowadzić działalność w duchu wychowawczym harcerstwa tradycyjnego i by utrzymać możliwość wpływu na młodzież bez wciągania jej w działalność konspiracyjną. Głównie chodziło o dzieci ze szkół podstawowych. Byłem przez długi czas zastępowym: najpierw w XV ŁDH, później, wspólnie z gronem starszych trochę koleżanek i kolegów, założyliśmy zupełnie nowy szczep na nowym osiedlu na Redkini w Łodzi – w Szkole Podstawowej nr 11. Założyliśmy szczep, który później dostał imię Cichociemnych, gdyż nawiązywaliśmy do żołnierzy-spadochroniarzy, skoczków AK. Tradycja akowska była silnie uwypuklana. Pamiętam np. spotkanie z płk. Jerzym Emir-Hassanem (ps. Turek II), który przeszedł przez sowieckie łagry i pełnił funkcję ostatniego szefa Kedywu Okręgu Łódzkiego AK. Taką działalność prowadziłem do 1986 roku, kiedy to ostatecznie opuściłem szeregi ZHP i dwa obozy – w 100 proc. harcerskie – współorganizowałem już – bodajże – pod auspicjami PTTK. Jest to dla mnie wspomnienie prawdziwej pracy organicznej wśród młodzieży. Nie zapominajmy o tym, że jakkolwiek instruktorzy pochodzili w większości ze środowisk inteligenckich, to młodzież wywodziła się głównie z rodzin robotniczych. Kontakt z harcerstwem był dla nich w tym czasie – lata 1984-1987 – często jedynym oknem na inne myślenie, na szersze pojmowanie świata. Mile wspominam tę kartę działalności; rozwijała się ona równolegle z kółkiem samokształceniowym, do którego „wyławiałem” niektórych starszych harcerzy i w którym działała część instruktorów. Te dwa nurty się zazębiały, ale nie do końca. Była to praca zupełnie u podstaw. Środowiska te wydawały się ówcześnie bardzo wąskie i mało liczne. Jednak z perspektywy dwóch dekad inercji społecznej, z jaką mamy do czynienia w Polsce obecnej, z prawie zupełnym zanikiem ducha działań społecznych, czy obywatelskich, okazało się, że to, co robiliśmy, nie było aż tak płytkie i słabe. Wielu młodych ludzi przynajmniej się o to otarło.

Harcerstwo i działalność stricte antykomunistyczna stanowiły jakby dwa filary moich działań. Powtarzaliśmy wzorce działalności spiskowej młodzieży, nawiązywaliśmy do XIX i pierwszej połowy XX w. z pełną świadomością, że kontynuujemy pewne formuły polskiego losu. Trzecim obszarem była aktywność związana bardziej z Kościołem jako instytucją niż wyłącznie z przeżyciami religijnymi, czyli formy działalności, które w jakiś sposób opierały się na Kościele i siłą rzeczy realizowały wartości związane z moralnością chrześcijańską czy też – nazwijmy to – duchem cywilizacyjnym katolicyzmu rzymskiego. Działało Duszpasterstwo Harcerskie, jeździliśmy często na pielgrzymki do Częstochowy, a uroczystości religijne były przeżywane w sposób silny. Popularny był również ruch oazowy. W dość silny sposób postawa taka dotyczyła ówczesnej młodzieży szkół średnich.

Epizod, który mi się przypomina i łączy wspomniane trzy nurty, to wmurowanie tablicy oraz krzyża ku czci ks. Jerzego Popiełuszki przed kościołem Jezuitów. Musiało to mieć miejsce niedługo po zabójstwie – chyba w grudniu 1984 roku – i w wydarzeniu tym uczestniczyliśmy. Odbyła się uroczystość religijna (krzyż, msza), jakkolwiek z bardzo wyraźnym i zrozumiałym, wręcz oczywistym podtekstem czy wymową polityczną, a potem demonstracja. Pomagaliśmy przy budowie krzyża. Przed pomnikiem warty honorowe wystawili studenci, kombatanci Armii Krajowej oraz harcerze. Było to formą świadectwa i opowiedzenia się na zewnątrz – wiedzieliśmy, że znajdziemy się w obiektywie Służby Bezpieczeństwa i zostaniemy zauważeni. Ale zapadła decyzja, by jednak stanąć pod krzyżem ks. Jerzego – nawet gdzieś mam zdjęcie, kiedy taką wartę ze studentami i akowcami, wspólnie z kolegą, pełnimy. Pamiętam, że było strasznie zimno, schodziliśmy z warty zlodowaceni, ale czego się nie robi dla ojczyzny!

Stosunek nauczycieli do naszego zaangażowania politycznego cechowała skrajna różnorodność. Zacznę od podejścia negatywnego. Moją nauczycielką historii była pani profesor Liliana Rodewald, która pełniła jednocześnie funkcję kierowniczki Podstawowej Organizacji Partyjnej [POP] PZPR w szkole. Mówiono na nią „Czerwona Lilka” i była to dość koszmarna postać. Zakrawa na cud, że przez nią nie zniechęciłem się zupełnie do historii. Robiła minę partyjnego liberała, tzn. prowadziła poza programem lekcję o Katyniu – nie było to przemilczane, skądże – ale lekcja polegała na tym by pokazać, że winnymi zbrodni katyńskiej są Niemcy. To już była perfidia – mówimy o tych sprawach, nie milczymy, ale manipulujemy, wyższa szkoła jazdy. „Czerwona Lilka” zapadła mi głęboko w pamięci. Niemniej jednak trochę jej zawdzięczam, być może to, że znalazłem się w Krakowie i moje życie pobiegło w innym kierunku. Dwukrotnie bowiem próbowałem swych sił w olimpiadzie historycznej. W drugiej klasie, na poziomie szkolnych eliminacji, wylosowałem pytanie o Manifest Lipcowy PKWN, a że byłem oczytany w podziemnych materiałach samokształceniowych, to oczywiście podałem wersję prawdziwą, a nie oficjalną, że to nie był żaden Manifest Lipcowy „lubelski” – bo ukazał się nie w Lublinie, a w Moskwie itd. Inna nauczycielka – będąca również w komisji podczas eliminacji – uczyła Propedeutyki Nauki o Społeczeństwie i nazywała się Sikorska. To była zupełna zetempówa. Po mojej odpowiedzi na temat Manifestu obie panie spojrzały na mnie, potem na siebie, przez chwilę pomilczały, po czym stwierdziły: „wiesz Paweł, to może za rok spróbujesz, następnym razem. Dziękujemy ci”. Jako szesnastolatek podszedłem do tego niesłychanie ambicjonalnie i za rok znów wziąłem udział w eliminacjach. Na szczęście wylosowałem rozbicie dzielnicowe więc przeszedłem do eliminacji okręgowych łódzkich i centralnych warszawskich, gdzie można już było przed profesorami UŁ czy UW mówić prawdziwą wersję historii, nawet jak się wylosowało pytanie „niepoprawne”. Dzięki temu zostałem finalistą olimpiady i miałem możliwość wyboru Krakowa i UJ.

Mieliśmy również bardzo sympatycznych profesorów z jednoznacznym nastawieniem antykomunistycznym. Funkcję wychowawcy klasy wyżej pełniła pani prof. Bożena Wyczechowska – polonistka, która np. otwarcie korzystała z publikacji drugiego obiegu podczas lekcji (mnie niestety nie uczyła). Pamiętam panią prof. Nogacką, która pracowała w bibliotece, gdyż miała problemy związane ze swą działalnością w Solidarności nauczycielskiej – nie mogła prowadzić lekcji i ulokowano ją w bibliotece. Wiedliśmy bardzo ciekawe rozmowy na dłuższych przerwach i „okienkach” pomiędzy lekcjami. Niezwykle pozytywną rolę odgrywała nauczycielka geografii. Pani prof. Wacek prowadziła również kółko geograficzne. Jego działalność polegała głównie na jeżdżeniu na rajdy w góry. Reprezentowała podejście do krajoznawstwa w stylu inteligencji „dawnego chowu”. To postać naprawdę wyjątkowa i wspominam ją bardzo dobrze. Podczas wyjazdów odbywały się dyskusje polityczne, wieczory poetyckie z recytowaniem poezji niepodległościowej i patriotycznej, śpiewy (nieodłącznym elementem wypraw turystycznych były gitary). W ramach kółka geograficznego przygotowaliśmy również przedstawienie na podstawie książki Moje pierwsze boje w rocznicę walk Józefa Piłsudskiego w okolicach Limanowej w Beskidach. Wybraliśmy fragmenty o bohaterskim czynie legionowym i przetkaliśmy je pieśniami. Prezentowaliśmy tę wiązankę m.in. w kościele Jezuitów, z którymi mieliśmy liczne kontakty, w tym z o. Miecznikowskim – znaną łódzką postacią. Nauczyciele w większości byli neutralni, zawsze można było liczyć na wychowawczynię p. prof. Kozubską – te nazwiska chciałem wspomnieć jako wychowawców młodzieży, którzy zdecydowanie sprzyjali postawom nonkonformistycznym, co wyraźnie odczuwaliśmy.

Na tym poziomie naszej działalności nie mieliśmy doświadczeń związanych z jakąś wpadką – nikt z naszego kręgu nie był przesłuchiwany przez SB. Miałem jednak przygodę – jeszcze w podstawówce – kiedy w pierwszą rocznicę stanu wojennego, 13 grudnia 1982 roku, wymknąłem się z domu na Mszę za Ojczyznę w kościele św. Krzyża. Po mszy nie udało się zawiązać demonstracji, ale młodzież była wyłapywana przez patrole ZOMO i funkcjonariuszy po cywilnemu – wówczas pierwszy raz mnie zatrzymano. Skończyło się na strachu i pogróżkach, gdyż zatrzymano wtedy również kilku innych chłopaków, którzy mieli ulotki – my z kolegą byliśmy „czyści”. Zatem zaliczyliśmy to doświadczenie, wspólne dla pokolenia ludzi urodzonych w końcu lat 60., którzy byli jeszcze dziećmi czy młodzieżą w stanie wojennym. Oczywiście takie spotkania nie należały do przyjemnych. Wówczas nas tylko spisano i jakoś z tego wybrnęliśmy – był to jednak rodzaj chrztu bojowego. Nie doszło do sytuacji, by nauczyciele czy dyrekcja mogli się sprawdzić, jak się zachowają – czy ktoś wyleci ze szkoły, czy nie. Podobno zdarzały się donosy na uczniów bardziej aktywnych – do których się zaliczałem – ale do nas dochodziły tylko plotki, że podczas rady pedagogicznej trwały dyskusje, że esbecja kogoś wskazywała. Rozchodziło się to po kościach – więc jakiś parasol ochronny musiał istnieć. Pamiętam jeszcze nauczyciela matematyki prof. Bińkowskiego, który wcześniej, w okresie „karnawału”, miał pełnić ważną funkcję w Solidarności w naszej szkole. W stanie wojennym i później już nie ujawniał się ze swoją działalnością – chociaż na lekcjach matematyki trudniej było dyskutować o sprawach politycznych. Pamiętam nawet jego spojrzenie – krytyczne – na widok noszonych przez nas dość masowo znaczków „N” z chorągiewką. Zdziwiło mnie, dlaczego postać trochę legendarna bez entuzjazmu patrzy na nasze demonstracje. Myślałem, że nas otwarcie pochwali, ale on odgrywał chyba rolę cichego sojusznika. Wybitny matematyk, ważna osoba w szkole, posiadał autorytet. Przypuszczam, że czuwał, by nikt nie dobrał się nam do skóry. Są to najjaśniejsze wspomnienia, gdyż większość nauczycieli z podstawówki czy liceum to były jakieś kurioza. Jest to doświadczenie całego mojego pokolenia – nasze szkoły stanowiły jedno wielkie nieporozumienie. Obecnie jak z kimś rozmawiam, to okazuje się, że każdy miał choć jednego nauczyciela – wybitną postać, a reszta – szkoda gadać. Mogę powiedzieć, że ja też spotkałem ludzi, którzy posiadali dobry wpływ wychowawczy na młodzież. Wówczas było to oczywiście podlane sosem antykomunistycznym, opozycyjnym, prosolidarnościowym, religijnym. Był to pełen zestaw postaw wiążący się z ruchem społeczeństwa niezależnego lat 80. XX wieku – bo tak chyba to zjawisko należy określić.

W tamtych czasach czytało się wszystko – cokolwiek wpadło w ręce. Wystarczyło, że było to wydawnictwo emigracyjne – sygnowane Paryż czy Londyn – lub nielegalny druk krajowy. Na poziomie młodzieńczego podejścia stanowiło to jak gdyby stempel, że jest to ważne i prawdziwe – podchodziliśmy do tych publikacji raczej bezkrytycznie. Czytywałem i eseje Adama Michnika, i Józefa Mackiewicza, Czesława Miłosza i Adama Pragiera. Miałem – gdy patrzę po latach – dość szeroki dostęp do takich wydawnictw. Jeden „kanał” działał poprzez dom: ojciec gromadził książki, miał dużą bibliotekę; cały czas coś przynosił od zaufanych klientów lub znajomych, którzy wracali z zagranicy. Zawsze jak coś pożyczał – nawet na parę dni – mówił mi o tym. Pamiętam, jak w szalonym tempie czytałem wspomnienia Adama Pragiera Czas przeszły dokonany. Jest to książka, która ma 1000 stron i memu ojcu była pożyczona na dwa dni. Czytaliśmy ją obaj na zmianę. Tę lekturę akurat zapamiętałem, gdyż musiałem być bardzo młody, skoro stanowiła dla mnie odkrycie, że socjalizm to jest niekoniecznie ten socjalizm, który mamy w PRL-u – czyli realny, że są to dwie odrębne rzeczy; że ktoś może być socjalistą, który siedzi w Londynie i jest jednocześnie antykomunistą. To doświadczenie musiało więc mieć miejsce w okresie przedlicealnym. Drugą drogą dostępu byli znajomi ze szkoły, kółka i harcerstwa oraz nasze kontakty kolportażowe. Książki były jednak drogie. Ileż się dołożyło do tego interesu!

Pierwszą książką emigracyjną, którą miałem w ręku, była – jak już wspomniałem – Zbrodnia katyńska w świetle dokumentów z przedmową gen. Władysława Andersa, wydanie trzecie uzupełnione. Zawierała wstrząsające zdjęcia ofiar mordu katyńskiego, dokumenty, dokładne opisy deportacji i martyrologii Polaków na Wschodzie. Znalazłem ją u ojca – nie zdążył mi jej jeszcze pokazać – i czytałem dosyć wcześnie, pewnie tuż przed 1980 rokiem. Później, kiedy odbywały się dyskusje z koleżankami i kolegami w czasie karnawału Solidarności, byłem już oczytany i mogłem się tą lekturą podeprzeć. Tę książkę bardzo wyraźnie pamiętam i mam do niej wielki sentyment.

Pamiętam też dokładnie pierwszy numer „Kultury”, który czytałem: SKS, Staszek Pyjas, artykuł o pożarze hotelu w Moskwie (więcej w domu mogłem jednak znaleźć „Biuletynu Koła Lwowian” z Londynu). Pierwszą publikacją drugiego obiegu, z którą się zetknąłem, były wydane w kraju przez Niezależną Oficynę Wydawniczą wiersze Czesława Miłosza, a pierwsza nieocenzurowana książka historyczna to wspomnienia z Sowietów prof. Władysława Wielhorskiego. Opisał w niej swoje doświadczenia więzienne z bolszewickiego więzienia w 1940 roku. Publikacja była przedrukiem krajowym londyńskiego wydawnictwa Orbis dokonanym przez Towarzystwo Oświaty Niezależnej.

Pierwszą bibułą stanu wojennego, którą dostałem, był numer „Biuletynu Łódzkiego” – jedna kartka A4 drukowana techniką sitodruku. Później ten biuletyn miałem już w kolportażu. Z łódzkich pism było chyba najlepszym, dystansującym „Solidarnych”, czy wspomniany „Głos Łodzi”, nie mówiąc już o nieco groteskowej „Gotowości «S»”. W okresie licealnym mieliśmy dostęp do podziemnych publikacji w dosyć bogatej skali, np. do prasy Solidarności Walczącej z Wrocławia („Biuletyn Dolnośląski”, „Solidarność Walcząca”). Duże wrażenie wywarło na mnie pismo młodzieżowe z Wrocławia „Zero”. Docierało również dużo książek i prasy z Warszawy. Łódź nie była centrum poligrafii niezależnej i niewiele rzeczy się ukazywało. Ale pamiętam pewne spotkanie z książką i jej autorem – Andrzejem Ostoją-Owsianym, działaczem KPN, u którego byłem w domu. Zagorzały piłsudczyk, napisał książkę o wojnie 1920 roku. Jego dom wypełniały pamiątki – nawet chyba popielniczki i podstawki pod szklanki zdobiły portrety Marszałka.

Z innych pism pojawiały się przedruki krajowe „Zeszytów Literackich” Barbary Toruńczyk i londyński „Puls” Jana Chodakowskiego – zgrabne, małe tomiki miewaliśmy w kolportażu. Docierała też „Arka” z Krakowa (w Łodzi również ukazywało się pisemko „Arka”, ale było ono bardziej robotnicze), czy „Kurs” – prawicowy i dość radykalny oraz „Niepodległość” LDPN-u. Szybko natrafiłem na prasę RSA (Ruch Społeczeństwa Alternatywnego) z Trójmiasta – „Homka” i „A Capellę” – przez jakiś czas miałem jej komplet, ale wygubiłem. Naprawdę duże spektrum, dające możliwość poszukiwań ideowych.

Wiele czynników składało się na atmosferę tamtego czasu: stan wojenny, czołgi na ulicach, opowieści ludzi, którzy uczestniczyli w zadymach, internowani znajomi rodziców. Pierwszy raz uczestniczyłem w niezależnej demonstracji 1 maja 1982 roku – czyli jeszcze nie miałem 14 lat. Manifestacja nie zakończyła się atakiem ZOMO – tego roku rozbijano demonstracje 3 maja. Pierwszego maja komuniści – ze względów propagandowych – trochę odpuścili. Było to dla mnie bardzo głębokie przeżycie uczestniczenia w tłumie, poczucia wolności. Po latach brzmi to pusto, jak truizm – ale dla czternastolatka, który mógł wykrzyczeć: „Solidarność, Solidarność”, doświadczyć wspólnoty z ludźmi, uczestniczyć w przemarszu przez miasto – wszystko to oddziaływało chyba silniej niż zakazana literatura. Nie potrafię wskazać książki, która by mnie równie przeszyła, jak to przeżycie zbiorowe.

Cały czas dyskutowaliśmy; jakiekolwiek wyjazdy – przegadane całe noce. Myśmy byli raczej grzeczną młodzieżą, więc alkoholu nie piliśmy – a jeśli, to nie wszyscy i w ilościach śladowych. Byliśmy tacy harcersko-kościółkowi, więc rozmowy toczyły się bardzo poważne i trzeźwe. Wielu z nas pisało poezje: w pierwszym numerze dodatku „Jutro” ukazał się anonimowo mój wiersz Pokolenie? – bardzo zasadniczy. Wiedliśmy rozmowy o imponderabiliach (lubiłem to słowo) i wielu próbowało swoich sił na polu literatury. Czytaliśmy też książki – być może – ponad swój wiek.

Wydaje mi się, że ten okres to rodzaj fazy przedpolitycznej naszego rozwoju: ludzie dobierali się na płaszczyźnie poglądów i potrzeby działania. Nie pamiętam jakichś wielkich elementarnych kontrowersji w czasie prowadzonych dyskusji. Podczas ich trwania każdy chciał się podzielić swoją wiedzą czy przemyśleniami. Byli oczywiście ludzie mniej zaangażowani, więc odbywała się praca edukacyjna, uświadamiająca. W naszym liceum istniało jakieś rachityczne kółko ZSMP; w mojej klasie nikt nie należał do tej organizacji. Ale w klasie wyżej, która była jednoznacznie antykomunistyczna, trafiła się jedna czarna owca. Pamiętam dyskusje z tym chłopakiem – uświadamiające – co on robi (które jednak go nie przekonywały) oraz jego kabotyńskie odpowiedzi. Do tej pory nie wiem, dlaczego on się tam zapisał. Być może miały znaczenie tradycje rodzinne?

Dyskutowało się o wszystkich ważnych sprawach: o sensie życia, o przeczytanych książkach, o potrzebie dania świadectwa, o potrzebie aktywności. Miałem w swoim kręgu dwóch kolegów, trochę starszych i nie z mojej szkoły, którzy w dyskusjach podnosili potrzebę zradykalizowania działań i podjęcia – wzorem chłopców z Grodziska Mazowieckiego – akcji bezpośredniej, radykalnej. Odłączyli się później, a ja do dziś nie mam pewności, czy byli przez kogoś inspirowani, czy nie. Wówczas w kręgu, który był mi najbliższy, odbieraliśmy takie namowy jako prowokację. Uważaliśmy, że należy działać bez użycia przemocy – że pomysły z podpalaniem czy gromadzeniem broni to musi być prowokacja SB. Czy tak było – teraz po latach – absolutnie nie wiem. Mając 16 czy 17 lat uważałem, że nie należy wchodzić w radykalne działania, a na pewno nie w momencie, kiedy jest się niepełnoletnim. Po rozłamie w naszej grupie nie słyszałem, by wspomniani wcześniej chłopcy coś zrealizowali z tego, co zamierzali. W sensie działania zradykalizowałem się szybko w Krakowie, a aktywność w Łodzi jawi się z tej perspektywy jako dosyć miękka i umiarkowana. Natomiast po przyjeździe do Krakowa i wejściu do Ruchu Wolność i Pokój nastąpił moment pełnego zdeklarowania się. Jeśli chodzi o liceum, to nie mam poczucia wielkiej ważności tego, co robiłem: samokształcenie, kolportaż, lektury, jakaś burza intelektualna. Demonstracji było niewiele i możliwości działań zewnętrznych również.

Łódź była jednak bardzo ospała i – jak na jej skalę – zrobiliśmy sporo. Atmosfera połowy lat 80. dawała się odczuć poprzez m.in. przygnębienie społeczeństwa i niewiarę w sens pracy opozycyjnej. Ale dyskusje o radykalnych formach działań były, i to na poważnie – przyznaję, że należałem do opcji, która tego typu propozycje raczej gasiła. Nie mieliśmy też żadnego dorosłego patrona – istniały jedynie jakieś nieformalne kontakty jak wspomniani nauczyciele czy redakcja „Prześwitu”. Nie było kogoś, kto by nas mógł wyraźniej ukierunkować politycznie. Czytało się i Piłsudskiego, i Dmowskiego, i Pragiera, i Wasiutyńskiego – wszystko, co wpadało w ręce. Szerzył się kult Piłsudskiego, co nie znaczyło, że byliśmy ostro antyendeccy – bo endecja też była przecież antykomunistyczna. O Narodowych Siłach Zbrojnych krążyły legendy. Bardzo entuzjazmowaliśmy się oddziałami, które najbardziej radykalnie i najdłużej walczyły z komunistami z bronią w ręku. To był hołd oddawany tej postawie – nieważne, że to byli narodowcy. Osobiście byłem bliżej tradycji niepodległościowego PPS-u – do tego się zbliżałem i to mnie najbardziej interesowało. Pamiętam, że odczuwałem rozdźwięk pomiędzy teoretycznymi sympatiami do heroizmu Organizacji Bojowej a umiarkowanym stylem swojego praktycznego działania... Piłsudskiego lubiłem z czasów jego drukarni w Łodzi. Wśród niewielu miejsc, które w tym przemysłowym mieście były jakimiś punktami historycznymi, jest ul. Wschodnia i tablica wmurowana w miejscu, gdzie wpadła drukarnia „Robotnika” w 1900 roku. Uroczystość odsłonięcia tablicy, na której byłem z ojcem, miała miejsce jeszcze w okresie karnawału Solidarności – chyba w listopadzie 1981 roku. Raczej w tym kierunku ewoluowałem. Kiedy w Krakowie w 1987 roku reaktywowano PPS i organizowała go w tym mieście Agata Michałek – to tuż przed trafieniem do WiP-u – złożyłem akces do PPS-u. I dostałem ładny znaczek od Agaty. Miała powstawać również organizacja akademicka. Trafiłem jednak do WiP-u, który bardzo mnie pochłonął, a PPS nie rozwinęła szerzej skrzydeł. Do tego rozłamy. Przedstawiony epizod jest jednak świadectwem moich sympatii w kierunku socjalizmu niepodległościowego.

Fascynowały mnie także – i to nie tylko w Krakowie – różne formy opozycji lewicowej wobec komunizmu. Stąd dość szybko pojawiły się wątki 1968 roku: nocy barykad, Daniela Cohn Bendita, anarchizmu. Bardziej to jednak funkcjonowało w formie legend rewolucyjnych ze względu na mały dostęp do tej wiedzy. Można powiedzieć, że rewolucja była bliska memu sercu – ale bardziej w kierunku rewolucji moralnej Edwarda Abramowskiego, w którym się rozczytywałem; tym bardziej że komuna wydawała jego prace. Na przełomie mojej nauki w szkole średniej i studiów ukazała się Rzeczpospolita Przyjaciół: Wybór pism społecznych i politycznych – najważniejsze jego rozważania o zmowie społecznej i rewolucji moralnej. Utożsamiałem się z tym. Można by powiedzieć, że lewicowałem w ramach tego bogatego wachlarza idei. Wydaje mi się również, że miało to drugorzędne znaczenie, że najważniejsza była decyzja o postawie oporu niezależnie czy był to wymiar piłsudczykowski, czy niepodległościowo-socjalistyczny, czy narodowodemokratyczny.

W Warszawie z pism „Robotnik” i „Wola” wyłoniły się grupy polityczne o tych samych nazwach, które nawiązywały do tradycji pepeesowskich, i z tego narodziła się chyba efemeryda WSN: Wolność-Sprawiedliwość-Niepodległość. Mieliśmy z nimi kontakt i kolportowaliśmy ich pisma: „Robotnika” i „Wolę”, a potem „Naprzód”. I z tym właśnie potrafiłem się najpełniej utożsamiać. Trafiały się w kolportażu również rzeczy typu Unia Nowoczesnego Humanizmu – to byli skrajni endecy na pograniczu jakiegoś neopogaństwa. Myślę, że z tego wyszły później jakieś NOP-y, ale nazwa był ładna.

Przyświecał mi etos wolnościowy zawładnięty w latach 90. przez „Gazetę Wyborczą” czy teraz przez „Krytykę Polityczną”. Drukuje ona Stanisława Brzozowskiego na zasadzie – w moim przekonaniu – szczytu cynizmu intelektualnego i oderwania pewnej sfery idei oraz uczuć od praktyki postaw. Odkrywałem także Józefa Mackiewicza, który nie miał nic wspólnego z niepodległościowym socjalizmem, ale były to ważne lektury. Nie tylko powieści, ale i publicystyka – bardziej Zwycięstwo prowokacji niż W cieniu krzyża czy Watykan w cieniu czerwonej gwiazdy, gdyż tematyka religijna czy papieska mniej mnie już interesowała.

Okres licealny to wspomnienie pewnego rodzaju politycznej niewinności; ewoluowałem w kierunku, który znalazł swój wyraz – w moim przypadku – w działaniach Krakowie w latach 1988-1989 i później. Było to gruntowne przygotowanie, ale dopiero ten ostatni moment naszej małej, niedokończone rewolty stanowił zwieńczenie. Zbliżałem się do tej postawy od pozycji harcersko-umiarkowanej ogólnego działania społecznego z „kościółkiem” w tle (co mnie drażniło) poprzez nabranie się na szczerość ideową „lewicy laickiej” do stanowiska coraz bardziej radykalnego, bezkompromisowego, łącznie z odrzuceniem aksjomatu o konieczności walki bez użycia przemocy. Kiedy w Krakowie dostałem pierwszy raz w zęby od zomowca i straciłem okulary, to całe non violence uleciało od razu. W liceum jednak hołdowałem postawie Tołstojowskiej, co uważam za błąd. Po prostu zaczadziło nas umiarkowane podejście starszych ojców opozycji, a konsekwencje tej pomyłki ponosimy do dziś.


Listopad 2010