L00124 Jan Kosiba

Z Encyklopedia Solidarności

Relacja Jana Kosiby

Mój świętej pamięci dziadziuś, Władysław Kosiba, pochodził z Podkarpacia i był w Legionach Piłsudskiego. W związku z tym moje tradycje są bardziej patriotyczne i ziemiańskie. Tatuś mój, świętej pamięci, w czasie okupacji był w Armii Krajowej. Na jakiejś akcji został złapany i wywieziony do Niemiec, bo przed wojną był rzemieślnikiem, fachowcem, więc Niemcy po przesłuchaniu takich ludzi, którzy mogli być wartościowi dla ich przemysłu, brali tam do swojej gospodarki, do swoich zakładów zbrojeniowych. Tatuś tam cztery lata pracował przymusowo. W związku z tym zostałem w takich tradycjach patriotycznych wychowany. Fundament dał mi dziadziuś, opowiadając o Legionach Piłsudskiego, jak Polskę do niepodległości doprowadzali. Jedni ich witali, drudzy ich przeganiali. Różne grupy interesów w zaborach były, w związku z tym to wszystko promieniowało.

Jak w sierpniu zaczęły się strajki na Wybrzeżu, byłem pracownikiem Fiat Auto Poland. Zakład się wówczas nazywał Fabryka Samochodów Małolitrażowych. Byliśmy młodzi ludzie, mający dwadzieścia parę lat, jedni byli, jak to moje środowisko, pochodziło... oni pochodzili z takich rodzin, które w historii były ważne, patriotycznie ustosunkowane. Zaczęliśmy też strajkować. Strajk rozpoczął się na nocnej zmianie. Powołaliśmy komitet strajkowy w Fabryce Samochodów Małolitrażowych w Tychach, no i założył się komitet taki protestacyjny. Liczył on trzydzieści osób i później zaczęliśmy się kontaktować z Wybrzeżem i jak się te strajki rozeszły na Śląsk, to myśmy tutaj w naszym rejonie jako Fabryka Samochodów Małolitrażowych wiodącą rolę odgrywali. Ze względu na to, że był to duży zakład, mieliśmy potencjał. Jakoś umieliśmy się zorganizować. Jeździliśmy do Gdańska pociągiem do Lecha Wałęsy po różnego typu instrukcje, dzięki którym wiedzieliśmy, jak się mamy zachowywać w różnych sytuacjach związanych z działalnością i organizacją związku. Chyba po dwóch, trzech miesiącach, zaznaczam, że te daty mogą być nieprecyzyjne, bo musielibyśmy usiąść w szerszym gronie i po prostu to wszystko sobie przypominać. Natomiast to, co miałem w postaci dokumentów czy zapisków, to Służba Bezpieczeństwa zadbała, że dzisiaj nie mam nic. Po prostu było to pochowane, ale byli tak wytrwali, że wszystkie dokumenty znaleźli... dlatego będę posługiwał się takim nieprecyzyjnymi datami ze względu na lata, które upłynęły od tamtych wydarzeń. Jak wspomniałem, byliśmy takim wiodącym zakładem, zarówno w skali miasta, jak i całego regionu. Poza nami działał również ZREMB tyski, był bardzo aktywny, tam też chłopcy strajk zorganizowali. Wymienił pan parę nazwisk osób ze ZREMBU, ale tam był jeszcze w ZREMB-ie, co odegrał bardzo dużą rolę, później dojdziemy do niego... on się nazywa Janusz Smela, to jest jeden z ludzi, którzy wyjechali po internowaniu do Niemiec, ale od komitetu strajkowego do stanu wojennego i w czasie stanu wojennego myśmy praktycznie tutaj w mieście, jak i w regionie uruchomili strukturę organizacji podziemnej. To jest osoba, z którą należałoby też porozmawiać, bo ma dużo do powiedzenia. W jego osobie skupia się kawał historii. Później powołaliśmy tzw. MKS, Międzyzakładowy Komitet Strajkowy, pierwsza siedziba mieściła się w Starych Tychach koło stadionu, później przenieśliśmy się tutaj, koło kościoła, na osiedle H. Zaczęły się związki troszeczkę krystalizować, musieliśmy walczyć o to, żeby nas zarejestrowali. Ruch był potężny, to był taki po prostu zryw ludzi pracy. Dalej było tak, że zaczęliśmy organizować struktury wewnątrz zakładu i ponadzakładowe MKZ-ety. Zaczęliśmy robić wybory do władz w zakładzie pracy. Ja byłem w komisji zakładowej i komisja zakładowa oddelegowała mnie do tzw. komisji organizacji wyborów w regionie, czyli było pięć MKZ-etów w województwie katowickim, o ile ja pamiętam dokładnie, pięć było. Myśmy się spotkali w Katowicach. Tam żeśmy próbowali z wielkim bólem doprowadzić do tego, żeby powstał ten region. W tym czasie nie było jeszcze nazwy, spotykaliśmy się z panem profesorem Kudajem(?) z Uniwersytetu Śląskiego, to jest konstytucjonalista. On nam tam doradził innego profesora. Uprzednio kontaktowaliśmy się też z biskupem, świętej pamięci, Bednorzem, chodzi o nazwę tego regionu. Biskup doradził, żeby skonsultować to z kimś z Uniwersytetu Śląskiego, z kimś, kto ma przygotowanie o tradycji, historii. Mieliśmy pięć propozycji, wybraliśmy Śląsko-Dąbrowski, żeby pogodzić Ślązaków i Polaków. Tak to powstał Region Śląsko-Dąbrowski. Oczywiście były też i duże przeszkody, bo był to tzw. ruch społeczny, który nie był przygotowywany do czegokolwiek. Dzisiaj młodzież ma możliwości, myśmy nie mieli. Piętrzyły się przed nami zwykłe przeszkody organizacyjne. Takie spotkanie jak dzisiaj to groziło zamknięciem, po prostu. Ktoś tego może nie zrozumieć, ale tak było naprawdę. Po tych pierwszych wyborach w zakładach pracy czy później już takich regionalnych do tego MKZ-etu dostawali się albo przeszkoleni, albo zmuszeni ludzie jako pracownicy Służby Bezpieczeństwa i oni największą destrukcję robili, bo umieli nami (osobami całkowicie nieprzygotowanymi) doskonale manipulować. Miałem się politycznie nie wypowiadać, ale będę musiał nawiązać do jednego z panów z Huty Katowice, on się nazywa Andrzej Rozpłochowski, który ewidentnie pracował po to, żeby to wszystko rozwalić. Były informacje, że był prowadzony przez Służbę Bezpieczeństwa. Zorganizowaliśmy zjazd wojewódzki, na skutek którego powstał połączony Zarząd Regionu Śląsko-Dąbrowskiego. Ja tam jeszcze prowadziłem kampanię wyborczą Leszkowi Waliszewskiemu, to był pierwszy przewodniczący. Dużo działaczy dostało się do Zarządu Regionu z uwagi na to, że byliśmy aktywni w Tychach. Marek Wach, z którym dwa tygodnie temu spotkaliśmy się, był w Chicago. Możemy się przy tym nazwisku zatrzymać? Jeszcze z Fiata, który był wzorem i przykładem, był Andrzej Służalec, dojdziemy później do niego, do roli jaką odegrał. Bo mieliśmy tak zwane zadania podzielone. Marek Wach, który był wiceprzewodniczącym Solidarności Zarządu Regionu Śląsko-Dąbrowskiego, był dwa tygodnie temu, spotkaliśmy się, mówił, że odniósł takie nieprzyjemne wrażenie, że gdziekolwiek się pokazał, w strukturach związkowych wojewódzkich czy miejskich, bądź zakładowych, to był po prostu jak intruz traktowany. Jakaś przyczyna tego jest, bo odniosło się to do skali liczbowej, że w stanie wojennym struktury podziemia załóżmy liczyły pięćset do tysiąca osób, to były mocno zakonspirowane. O niektórych wiedziała Służba Bezpieczeństwa, o niektórych nie wiedziała. Oni też nie byli takimi orłami do końca. Dzisiaj tych kombatantów narobiło się chyba z trzy tysiące... i oni nie są zainteresowani prawdziwą historią, bo oni bledną. Trzeba to powiedzieć, dlatego spotkałem się z panem, żeby ten kawałem mojej historii opowiedzieć. Na początku powiedziałem, że nie będziemy używać polityki, bo to zniekształci, trzeba to po prostu nazwać po imieniu jak to jest. Jak powstał ten Region Śląsko-Dąbrowski, ja tam zostałem pracownikiem służby interwencji. Mieliśmy tutaj oddział w Tychach, koło kościoła na osiedlu H. Prowadziłem ten oddział. Do tego oddziału należał rejon tyski: Żory, Brzeszcze, Pszczyna. Zastępowaliśmy różne instytucje państwowe. Ludzie przychodzili jak do konfesjonału, pożalić się, porozmawiać, nie zapomnę też, że przychodzili byli oficerowie Armii Krajowej. Utkwiło mi to w pamięci, bo mój tatuś był też w Armii Krajowej, o czym już panu wspomniałem na wstępie mojej relacji. W którąś niedzielę robiliśmy jakąś tam uroczystość przy kościele, muzyka grała, ulotki rozprowadzaliśmy, gazety te niezależne z niezależnych oficyn kolportowaliśmy. Przyszedł taki starszy pan, dziaduszek o lasce, i mówi tak: hej chłopcy, jak mi was jest szkoda! Pytam dlaczego? Przecież widzi pan, chcemy też coś robić, żeby było inaczej. On: „Komunistom się nie wierzy. Przyjdzie pewna noc, że wszystkich was pozamykają. Ja wam to mówię!” To było pół roku przed stanem wojennym. Człowiek swoje przeszedł i wie, co system potrafi. My mieliśmy głowy gorące. Mówimy: gdzie tam! Jest nas dziesięć milionów! Nie ruszą nas!

Byłem również na pierwszym zjeździe „Solidarności” w Gdańsku, w hali w Oliwie, poznałem Tuska. Tusk dopiero chodził do tych swojej pozycji..., bo chyba studiował jeszcze historię czy coś. Później był czas, ten nieprzyjemny, czyli ten dwunasty/trzynasty grudnia. Myśmy wiedzieli wcześniej, tylko nie zdawaliśmy sobie sprawy, że władza jest do tego zdolna.

Ja jeszcze należałem... przy Regionie Śląsko-Dąbrowskim grupa taka była do kontaktów z kościołem. W tej grupie ja byłem, był jeszcze Kaziu Świtoń, wtedy był jeszcze młodszy. Jak te strajki powstawały i w ich trakcie on był takim naszym guru. On przechodził z tymi komunistami dużo, miał doświadczenie, to nas tam instruował, jak trzeba się zachować. Później po prostu spalił się, to już jest inna historia. Jego działalność przerosła go. Kościół wiedział, że coś tam szykują, myśmy część rzeczy przygotowali sobie. Nie wiedzieliśmy, jak to daleko i głęboko zajdzie, bo nie było tego wiadomo. W tę sławetną noc z piątku na sobotę myśmy tutaj z Andrzejem Służalcem i Krzysiem Wielickim. Wielicki to jest takie znajome nazwisko, taternik teraz. Z Krzysiem to chodziliśmy, jeździliśmy po blokach tutaj, wyciągali chłopaków, których się dało jeszcze. W przypadku niektórych byliśmy tylko świadkami, jak ich zamykali. Parę osób udało się ostrzec. Później było tak, że ja zacząłem się ukrywać. Przyszedłem do domu, bo miałem dwoje dzieci, żona urodziła syna pierwszego grudnia akurat. Gdzieś koło piętnastego albo dwudziestego grudnia, no nie pamiętam, gdzieś na koniec grudnia, przyszedłem do domu, nie wiem, jakiś sąsiad czy ktoś poinformował ich, że jestem, no to szturmowali drzwi, a ja z czwartego piętra w rękawicach, w ubraniu zszedłem po piorunochronie i uciekłem. Uciekłem, gdzie miałem uciekać, do kościoła uciekłem. Tu na osiedle H do księdza, on się nazywał... to był wikary, który... no teraz nie pamiętam... chyba teraz jest w Łaziskach czy gdzieś... w każdym bądź razie uciekłem tam... później tam założyliśmy taką grupę pomagającą tym wszystkim internowanym.

Nie zdążyli mnie zamknąć, do szóstego, dziesiątego stycznia następnego roku ukrywałem się. Pojechałem do Kurii Biskupiej, było nas tam sześciu. Spotkał nas biskup Bednorz, a że nas znał wcześniej, to rozmawialiśmy. Pytamy się, co my mamy zrobić. Tu mamy rodziny, a on mówi w ten sposób: „Wiecie co, chłopaki? Idźcie normalnie do pracy. Komuniści tyle rzeczy podpisali ze światem i nic nie uszanowali. A wy, jak tam będziecie musieli, to napiszcie, co czujecie, i podpiszcie, tu chodzi o lojalność, taką kartę lojalności”. I tak się to odbyło. Na drugi dzień poszliśmy do pracy. Przyjechali, zostałem zamknięty. Nie internowali mnie. Dostałem taki dokument. Teraz nie pamiętam jak on się nazywał... nazywaliśmy to kartą lojalności. Biskup nam mówił wtedy, jak mamy się tam zachować. Podpisałem tą kartę. Zaznaczam, że nie mam sobie za złe, że to podpisałem. Tę decyzję rozważałem, radziłem się i podpisałem ten dokument. Oczywiście poskreślałem niektóre rzeczy, tak jak to było mówione tam u biskupa, i wróciłem do pracy. Wtenczas głęboko zakonspirowałem się, w Fiacie (Fabryce Samochodów Małolitrażowych) w Tychach nie robiłem nic. Założyliśmy strukturę podziemia, prowadził ją Marian Kubic. Bardzo odważny człowiek, takich było w Fiacie czterech z moich kolegów, którzy chcieli i potrafili tym się zająć. Mając rodzinę, to było duże ryzyko. Dlatego ten Marian jest bardzo dużym autorytetem, że wtedy jak zwróciłem się do niego, to nie odmówił i przejął większość obowiązków. Zajmował się kolportażem i innymi prowokacyjnymi rzeczami, które w Fiacie były wykonywane. A ja koordynowałem... organizowaliśmy pomoc dla internowanych... czyli z Kurii Biskupiej dostawaliśmy informacje, gdzie przychodzą dary, bo to zaczęło się rozwijać, do dziekanatów wysyłaliśmy żony tych internowanych, jak mieli dorosłe dzieci, to te dzieci kierowaliśmy do odbioru paczek. Mieli na coś tam powołać się i dostawali taką paczkę. To będzie śmiesznie wyglądało, bo pan jest młody człowiek, taką paczkę, jak pewna pani, której mąż był internowany lub siedział w więzieniu, dostała, to jak sobie ją sprzedała na targu, z rzeczami, których nie można było kupić, to były dwie pensje męża, kiedy pracował. No tyle to tego było. W takiej formie pomagało się. Zanim finansowo to nie zadziałało. Kawa była, kawa to był rarytas. Ryśka Skałeckiego żona dostała pięć kilo kawy. Mówi: „Co ja mam z tym robić?” „Idź na targ, sprzedaj, będziesz miała pieniądze”. Dzisiaj tak to wygląda, ale wtedy tak to było. Później ze Smelą robiliśmy spotkania, takie konspiracyjne, w Katowicach pierwsze, z profesorem Balcerkiem, on potem poszedł w innym kierunku politycznym, on nam wszystko tłumaczył o wolnym rynku, wolnej gospodarce. Były dwa spotkania z księdzem profesorem Tischnerem. Organizowaliśmy kasety wideo i jak spotykaliśmy się w jakimś mieszkaniu, to oglądaliśmy to, głównie filmy poza cenzurą. Wpadliśmy na pomysł, że trzeba jakąś gazetę wydawać. Z tym nam wyszło tak różnie. Mieliśmy już strukturę w miarę zorganizowaną, kurier przyjeżdżał z Warszawy z „Tygodnikiem Mazowsze” i innymi wydawnictwami. Myśmy to rozprowadzali. To funkcjonowało, mniejszych czy większych wpadek nie zanotowaliśmy. Zaprojektowaliśmy i wykonaliśmy powielacz, w Fiacie wykonaliśmy go. Teraz chyba w muzeum tyskim jest. Maszynę do pisania dostaliśmy od takiego pana, co jeszcze znał okupacyjną konspirację, taką starą maszynę, to żeśmy... właśnie Bolek Twaróg pisał matryce. Zaczynaliśmy od szczotdruku(?). Matrycę trzeba było zrobić, potem rękawice ubieraliśmy, bo jak były przesłuchania, to esbecy patrzyli, czy nie mamy rąk pobrudzonych farbą. Trzeba było ręce natłuścić, do rękawic włożyć, to były szczegóły, ale one decydowały, czy człowiek pójdzie do więzienia, czy nie. Przepisywaliśmy „Ciernie” tyskie. Wyszły trzy czy cztery numery. Jakoś nam to nie wyszło do końca, w każdym razie wróciliśmy do kolportażu gazety z Katowic. Później zaczęły się te lata, kiedy przygotowywano się do okrągłego stołu, wtedy byliśmy już bardziej zorganizowani. Ci co byli w podziemiu, to byli przećwiczeni... pociągnęliśmy nowe twarze... wybierali gdzie kto może być, w jakiej hierarchii... pierwszym był Bolek Twaróg w wyborach... Bolka wybrali... Bolek tam pisał na maszynie, żona jest nauczycielką, była przewodniczącą Solidarności w szkole... moja działalność skończyła się na wyborach w osiemdziesiątym dziewiątym roku, jako mąż zaufania przy wyborach... dlaczego?... ano dlatego, że zaczęły dochodzić do głosu, jak to panu powiedzieć, osoby o poglądach takich prawicowo-radykalno-populistycznych i to było dla mnie, realisty, nie do przyjęcia. Powoli zająłem się działalnością gospodarczą. W chwili obecnej jestem obserwatorem politycznym.

Proszę powiedzieć, czy w trakcie Pańskiej działalności odczuwał pan bezpośrednią aktywność aparatu bezpieczeństwa?

Działalność Służby Bezpieczeństwa, jak oni funkcjonowali? W zakładach pracy komórki PZPR, od zakładowej, wydziałowej i oddziałowej, przez członków partii mieli nakaz i obowiązek donosić, co się dzieje, kto jest jak bardzo aktywny... raz w tygodniu taki gościu musiał zdawać relacje... te struktury miały dokumenty, dokumentacje, ale te papiery były w urzędach miejskich PZPR. To nie było na stanie Służby Bezpieczeństwa i dlatego IPN dojścia do nich nie miał, bo je zniszczyli. Tam powstawały prawdziwe archiwa. Tam decydowano... oni rządzili teczkami... stąd mieli przegląd sytuacji i gdzie kto jaki aktywny jest. Ich działania były takie: przychodzili do zakładu pracy i w momencie najbardziej psychologicznym, kiedy najwięcej jest ludzi, przychodzili i skuwali, i wyprowadzali, wsadzali w samochód i jechaliśmy do Katowic... tam mnie przesłuchiwali. O głupoty pytali. W podziemiu byłem z trzema osobami i z każda osoba z tej trójki była za coś odpowiedzialna. Jeżeli mnie esbek pytał o sprawy związane z tematami tej trójki, to musiałem mocno zastanawiać się, co mówić, Jeżeli pytali o inne rzeczy, to ja im głupoty opowiadałem, bo wiedziałem, że oni blefują. Jako tako myśmy tutaj wpadek nie zaliczyli. Natomiast w domu, pod moją nieobecność, gdy byłem w pracy, był telefon, czy Kosiba jest w pracy? Przyjeżdżali, wchodzili do domu i żonę prześladowali, nie jakoś brutalnie, ale zaczęli jej meble opisywać, że pójdą na licytację, to ściągali dywany, to w wersalkach kipisz robili, ale ja nic nie miałem w domu, ponieważ prowadziłem działalność i w związku z tym było powiedziane, żeby niczego w domu nie trzymać. Mamy być czyści. Nawet w zakładzie pracy też się nie udzielałem. Moja rola była inna i gdzie indziej. Tym zajmował się Marian Kubic.

Czy może pan pokrótce odtworzyć strukturę, w której pan funkcjonował, oraz podział płaszczyzn działania, za które odpowiedzialni byli poszczególni jej członkowie?

W naszej trójce byłem ja, Smela i jeszcze taki Grzesiu, w tej chwili nie pamiętam nazwiska, wyleciało mi z głowy. Grzesiu był odpowiedzialny w Katowicach za kontakty. On załatwiał spotkania. Janusz Smela był odpowiedzialny za spotkania u ludzi w domu. Ja zajmowałem się kolportażem, czyli kontaktami z kurią biskupią, z dziekanatem. Robiliśmy charytatywne zbiórki pieniędzy. Tych pieniędzy nie zbieraliśmy fizycznie, tylko tych, co zbierali, wysyłaliśmy do kościoła, do księdza i tam ksiądz miał te pieniądze przetrzymywać. Jak się tego nazbierało, to dopiero wtedy przekazywano rodzinie internowanego lub aresztowanego. To już było poza nami. Podziałem itp. zajmował się już ksiądz. U nas zajmował się tym dziekanat tyski, tym się zajmował, dziekan już nie żyje... to był starszy człowiek...

W dziewięćdziesiątym trzecim roku przydzielono mi medal, srebrny medal zasługi, za działalność związkową. Ja go nie odebrałem... do dzisiaj gdzieś tutaj krąży w urzędzie miejskim... dlatego, że ja to robiłem z przekonania, nie dla splendoru. Miałem takie poczucie, coś musiałem dla tego dziadka i ojca, za to, że mnie tak wychowali, opowiadali mi o tej swojej aktywności, przyszło moje pięć minut, muszę coś zrobić. Służba Bezpieczeństwa była w stanie dać mi bilet i zawieść na lotnisko z żoną... wyjedź, nie denerwuj nas tutaj... nie mieli nic na mnie, ale wiedzieli, że jest coś na rzeczy... oni do końca nie byli tacy naiwni... natomiast prokurator, który nas tutaj, jak były święta, zamykał czy zatrzymywał profilaktycznie, to on tłumaczył: „Chłopie, albo wyprowadzisz się, albo cię zamknę. Zobacz, mam tyle papierów na ciebie...” Oni nie musieli mieć kogoś winnego... wystarczy, że go wskazali... i dorobili mu resztę. Dlatego, powiem coś panu, jak ja teraz widzę tych niektórych harcerzyków z IPN-u, młodych, którzy prawdę obiektywną i tylko prawdę z tych archiwów uważają, oni nie wiedzą, jak Służba Bezpieczeństwa tym manipulowała, jakie oni oszustwa robili... tak że ta prawda tam zapisana nie do końca jest prawdą... dlatego należałoby to wszystko odtworzyć... żeby tym nie grać. Powiem panu takie zdarzenie, myśmy wiele rzeczy w konspiracji wiedzieli, że ludzie pękają, że ludzie donoszą... na kopalni Ziemowit kolega prowadził strajk... po wyjeździe na powierzchnię zamknęli go, załamał się psychicznie i po wyjściu przyszedł do mnie do domu, ja tutaj mieszkałem, zaraz niedaleko, i mówi tak: „Janek, rozgryźli mnie. Po prostu poddałem się”. Zaczęli mu puszczać jakieś nagrania żony, powiedzieli, że go zdradza, że jak coś powie, to go wypuszczą, i po prostu facet się załamał. Przyszedł, popłakał się... mówię, facet nic się nie bój, wszystko w porządku. Powiedziałeś, wiemy, teraz sobie odpoczywaj, a my swoje będziemy robić dalej. Bo jak mnie by to spotkało, przycisnęli by mnie, to nie wiem, jakbym się zachował. Ja wytrzymywałem te przesłuchania, nie były brutalne, tylko były męczące, koszula była mokra na plecach, tak jak mówię, oni w Moskwie, tam na wschodzie, uczyli się tych metod. W związku z tym myśmy wiedzieli o niektórych rzeczach, jak byśmy się w większym gronie spotkali, to możemy wymieniać nazwiska, ja nie mówię o tych zakonspirowanych donosicielach, ja mówię o tych, co coś robili i przez przypadek czy przez donos wpadli. Z takich czy innych względów nie wytrzymali. To jest bardziej złożone, bo trzeba było znać ten klimat, który wtedy obowiązywał. Człowiek jest tylko człowiekiem. W osiemdziesiątym dziewiątym roku, jak żeśmy się do tego okrągłego stołu przyczynili i on się odbył, to w większości była opinia, że pół roku, rok i wszystko to się poprawi... teraz okazuje się, że za tym stoi mentalność, którą komuna nam przekręciła, że pewne procesy, żeby się coś polepszyło globalnie, to musi się gospodarka rozwijać, a żeby się gospodarka rozwinęła, to musi się mentalność ludzi zmienić, dlatego ta demokracja po polsku jest trochę chora, nieudolna, ale idzie do przodu. Generalnie idzie w dobrym kierunku.