L00125 Adam Kalita

Z Encyklopedia Solidarności

Relacja Adama Kality

Mój związek z Niezależnym Zrzeszeniem Studentów rozpoczął się na przełomie września i października 1980 roku. Był to czas po strajkach gdańskich, a ja od roku byłem studentem. 22 września 1980 roku znalazłem się na ul. Grodzkiej w Collegium Broscianum UJ na wiecu założycielskim NZS. Żadnej listy co prawda nie podpisałem, ale uczestniczyłem w tym spotkaniu założycielskim. W październiku, po rozpoczęciu roku akademickiego, od razu zacząłem działalność w nowo powstałym zrzeszeniu. Ponieważ byłem studentem polonistyki, to siłą rzeczy zaangażowałem się w prace Komisji Kultury. Jej szefem był wówczas chyba Krzysztof Dawidowicz. Angażowaliśmy się w różnego rodzaju przedsięwzięcia, jak wydawanie pism, wykonywanie dokumentacji fotograficznej, organizowanie spotkań. I tak to trwało przez cały 1980 rok. W 1981 roku szefem Komisji Kultury został Marek Lasota. Ja w 1981 roku rozpocząłem wydawanie na Wydziale Polonistyki pisma literackiego pt. „Gołębnik”. Zdążyliśmy wydać dwa numery, trzeci był w przygotowaniu.

Strajk lutowy w 1981 roku był bardzo krótkim strajkiem – trwał cztery albo pięć dni – w odróżnieniu od strajku listopadowo-grudniowego, który trwał trzy tygodnie. W związku z tym był on bardziej masowy. Był to pierwszy strajk i miał czytelny powód: rejestrację Niezależnego Zrzeszenia Studentów. W strajku brałem czynny udział – należałem do grupy osób, która zabezpieczała i chroniła strajkujących. Strajkujący okupowali wówczas na Uniwersytecie Jagiellońskim trzy budynki: Collegia Novum i Witkowskiego oraz Gołębnik [budynek Wydziału Polonistyki UJ przy ul. Gołębiej] i wszędzie było pełno ludzi. Istniała Komisja Koordynacyjna, która się często spotykała – w jej skład wchodzili przedstawiciele poszczególnych uczelni. Spotkania odbywały się rotacyjnie na różnych uczelniach.

Podczas strajku listopadowo-grudniowego w 1981 roku byłem członkiem Komitetu Strajkowego odpowiedzialnym za całą organizację strajku jako szef Biura Strajku. Czyli odpowiadałem za wszystkie służby utrzymujące strajk: aprowizacja, ochrona, w jakimś sensie drukarnie. Ze strajku pamiętam Mieczysława Majdzika, który prawie codziennie przynosił strajkującym jedzenie na bramę. Ale oczywiście on nie zaopatrywał całego strajku w jedzenie. Robili to ludzie z Solidarności Wiejskiej. Dostawaliśmy również z Zakładów Monopolowych w Krakowie... nie wódkę, ale papierosy. To było o tyle ciekawe, że dostawaliśmy je niepocięte, w rolkach. Szczególnie śmiesznie to wyglądało, gdy były to papierosy z filtrem – co jakiś czas był filtr i trzeba je było umiejętnie rozcinać. To oczywiście nie były luksusowe papierosy, ale sporty i klubowe. Ale taka pomoc była bardzo cenna, bo wtedy większość z nas – zwłaszcza na strajku – paliła. Te papierosy były dla nas „zbawieniem”. Wspomniałem o Mieczysławie Majdziku, bo go wcześniej znałem, ale wiele takich darów dostawaliśmy od mieszkańców Krakowa, którzy przychodzili na strajk z paczką papierosów, jakimś jedzeniem. Trzeba wspomnieć, że mimo iż strajkowaliśmy, to mieliśmy kontakt z mieszkańcami Krakowa, bo w czasie strajku działał Wolny Uniwersytet na UJ. Wykłady odbywały się w Collegium Witkowskiego i skierowane były głównie do studentów. W związku z zawieszeniem części zajęć podczas strajku chcieliśmy, by studenci nie błąkali się bez sensu po Krakowie. Wykładowcami byli oczywiście pracownicy naukowi Uniwersytetu Jagiellońskiego. Na te wykłady przychodzili również mieszkańcy Krakowa, w tym dużo młodzieży ze szkół średnich. Było to więc również miejsce spotkań strajkujących z „ludźmi z zewnątrz”, ponieważ część strajkujących miała przepustki na te wykłady, gdyż je organizowała. Wykłady były z bardzo różnych dziedzin: poczynając od przedmiotów ścisłych po humanistyczne. Te wykłady odniosły bardzo duży sukces – aula w Collegium Witkowskiego była większa niż obecnie, ale zawsze wypełniona po brzegi, nawet na wykładach z fizyki czy matematyki. Był to też zapewne jakiś element poparcia dla tych, którzy strajkowali w Collegium Novum. Ostatecznie strajk ten przerodził się z okupacyjnego w rotacyjny. W momencie kiedy się kończył, brała w nim udział już tylko garstka ludzi. To dotyczyło UJ, bo na Akademii Górniczo-Hutniczej była inna sytuacja. Strajk w końcu został rozwiązany – niezgodnie z prawem zresztą. Taką decyzję podjęto na nocnym spotkaniu z rektorem Józefem Gierowskim, mimo że było obecnych tylko cztery czy pięć osób. Czyli nie było wymaganej połowy członków Komitetu Strajkowego. Strajk był dziwny, długotrwały, męczący. Była też już inna sytuacja w Polsce niż w lutym 1981 roku, kiedy panował pełny entuzjazm. Myśmy oczywiście nie wiedzieli o planach wprowadzenia stanu wojennego – w przeciwnym wypadku postępowalibyśmy inaczej. Natomiast czuć było wielkie napięcie w Polsce. I dlatego ten strajk odbywał się w innej atmosferze niż lutowy. W czasie tego strajku też istniała współpraca z innymi uczelniami jak podczas strajku lutowego. O ścisłej współpracy można mówić głównie z AGH i Politechniką Krakowską. Tam były największe struktury NZS-u. Mimo współpracy decyzja o zakończeniu strajku była jednak suwerenną decyzją Uniwersytetu Jagiellońskiego. W przypadku AGH, Politechniki czy WSP stan wojenny zastał ich w czasie strajku. Część z nich pojechała na strajk do huty, a część się rozeszła. Na UJ była największa organizacja NZS w Krakowie z mocnymi osobowościami w Zarządzie, a przewodniczącym NZS na szczeblu krajowym był Jarosław Guzy z UJ. Myślę – z dzisiejszej perspektywy – że Uniwersytet Jagielloński był trochę takim samodzielnym bytem na ówczesnym morzu rewolucyjnym. Na strajku listopadowo-grudniowym były oczywiście różne siły; dawało się wyczuć w niektórych momentach, np. podczas rozmów, że część ludzi nie chce strajkować. Praktycznie od początku strajku miały miejsce małe wiece, gdzie manifestowano niechęć do akcji strajkowej. Można się dziś zastanawiać, czy to zwykłe zmęczenie, czy coś więcej. Oczywiście o większości z tych ludzi nie można złego słowa powiedzieć – lecz być może mogli być przez kogoś „podkręcani”. Z dzisiejszej perspektywy łatwiej jest oceniać pewne rzeczy, np. okazało się, że wówczas blisko Zarządu było dwóch tajnych współpracowników, przez których Służba Bezpieczeństwa mogła oddziaływać na strajkujących. Myślę również, że zakończenie strajku wynikało z panującego nastroju – wiadomo bowiem było, że nie jesteśmy w stanie już nic więcej wywalczyć. A kontynuowanie strajku tylko powoduje problemy dla uczelni i rektora. Ja należałem do tej grupy, która uważała, że strajk należy kontynuować. W czasie strajku trzykrotnie spotykałem się z rektorem Gierowskim, m.in. ze względów organizacyjnych. W tym czasie w Collegium Novum miała się odbyć jakaś międzynarodowa konferencja zaplanowana jeszcze przed strajkiem. Przyjechali na nią naukowcy z całej Polski, a tu strajk. W jakiś sposób próbowaliśmy pomóc rektorowi. Natomiast z innymi przedstawicielami władz uczelni raczej się nie kontaktowałem. Z naukowcami, wykładowcami na UJ oczywiście miałem dosyć częsty kontakt, m.in. w związku z Wolnym Uniwersytetem, na którym wykładali. Byli to głównie członkowie struktur Solidarności. Społeczeństwo odbierało strajkujących bardzo pozytywnie, w przeciwieństwie do oficjalnych mediów. Władza zdawała sobie sprawę – i moim zdaniem należy to podkreślić – że NZS, a szczególnie NZS w Krakowie, to była chyba najbardziej antykomunistyczna legalnie działająca organizacja. I w związku z tym nie rozpieszczali nas. W czasie strajku mieliśmy różnego rodzaju incydenty, m.in. zatrzymywania ludzi, którzy plakatowali, malowali; było takie słynne zatrzymanie przy konsulacie sowieckim. Generalnie pisano o nas źle. Ja czasem wychodziłem ze strajku w związku z pełnionymi funkcjami i miałem kontakt z różnymi ludźmi. I nigdy się nie spotkałem z jakąś wrogością, niechęcią wobec strajkujących, a powiedziałbym, że wręcz odwrotnie. Natomiast w lutym media zachowywały się inaczej. Wtedy była jeszcze prawie wolna „Gazeta Krakowska”. W cudzysłowie wolna, ale na wiele jeszcze mogła sobie pozwalać. Generalnie o strajkach w lutym pisano dobrze. Sama kwestia odmowy rejestracji NZS była absurdalna, bo wiadomo było, że ten NZS i tak powstanie. A jak nie powstanie w sensie formalno-prawnym, to i tak będzie funkcjonował. Bardzo wiele osób się zapisywało – to nie były dziesiątki osób, ale setki. Wielki entuzjazm panował również wśród mieszkańców Krakowa. Chociaż ze względu na to, że strajk lutowy był krótki, to nie odczuliśmy bezpośrednio tak wielkiej serdeczności i pomocy, jak podczas długiego strajku jesiennego. W okresie wiosennym 1981 roku panował również wielki entuzjazm, że Solidarność zmieni Polskę, że to się uda. Okazało się jednak inaczej.

Poligrafią na UJ zajmowali się Zdzisław Jurkowski i Artur Wroński – można o nich powiedzieć, że zawiadywali tym do 13 grudnia. Dlatego też powielacze znalazły się na strajku w Collegium Novum. Tam też przeniosły się redakcje pism uniwersyteckich i różnych serwisów informacyjnych. Większość współpracujących z nimi ludzi była już wcześniej aktywna w tego typu działalności – dlatego też znaleźli się na strajku, gdzie kontynuowali swoją działalność. Ja oczywiście nie miałem czasu, by wydawać „Gołębnik”. Drukarnia na strajku była prowadzona dosyć sprawnie. Korzystaliśmy również z „uczelnianego” papieru, który udało się pozyskać. Jurkowski i Wroński stworzyli później wydawnictwo podziemne w Krakowie. Kiedy Artur się wycofał, to Jurkowski praktycznie do 1989 roku prowadził to wydawnictwo, o czym większość ludzi oczywiście nie wiedziała. Podczas strajku plakaty malowaliśmy ręcznie – była taka grupa, którą zawiadywał Krzysiek Koszarski. Oni również chodzili po mieście – głównie w nocy – i plakatowali oraz malowali mury. Dla mieszkańców Krakowa były wydawane ulotki informacyjne o tym co się dzieje – jednak głównie drukowano dla studentów, tych na zewnątrz. Oni też byli najbardziej zainteresowani tym, co się dzieje. Nic nie wiem o tym, by w akademikach w tym czasie podejmowano jakieś inicjatywy. Trochę inna sytuacja mogła być na Akademii Górniczo-Hutniczej, gdyż ta uczelnia jest połączona z miasteczkiem studenckim. Być może część studentów Uniwersytetu, wynajmująca pokoje na miasteczku studenckim, mogła być zaangażowana. My nie mieliśmy z nimi kontaktu. Po zakończeniu strajku powielacze zostały ukryte; część z nich została później przejęta przez KKW (Krakowską Komisję Wykonawczą) i była wykorzystywana przez podziemny NZS do własnych celów.

Po zakończeniu strajku 11 grudnia 1981 roku wszyscy studenci się rozeszli, a ja musiałem doprowadzić Collegium Novum do użytku: spakować nasze dokumenty, posprzątać budynek, zabezpieczyć, oddać wszystkie klucze od sal. Natomiast o maszyny drukarskie zadbali drukarze. Dopiero 12 grudnia nad ranem wróciłem do domu i poszedłem spać. I zostałem obudzony rano 13 grudnia ok. godz. 6 przez koleżankę ze studiów, która przyszła nas zawiadomić o wprowadzeniu stanu wojennego; zacząłem się ukrywać – do świąt – dwie przecznice dalej, na ul. Mazowieckiej u mojego przyjaciela Janusza Kaczorowskiego. Tam dowiedziałem się, że ukrywa się również Marek Lasota, mój przyjaciel z roku. Przez łączników dogadaliśmy się i Marek został przerzucony do mnie. Być może, z punktu widzenia bezpieczeństwa, to nie był najlepszy pomysł, ale tak się stało. W tym czasie nasza działalność była praktycznie żadna. Trudno było cokolwiek robić. Nasze działanie było ukierunkowane na to, by zorientować się kto pozostał na wolności. Mieliśmy oczywiście świadomość, że część osób została internowana, ale myśleliśmy o tym, by kontynuować działalność. Przez naszych przyjaciół trafiliśmy do struktur SKOD-y (Studenckiego Komitetu Obrony Demokracji). Dopiero po zakończeniu ukrywania się zaczynamy coś robić – są to początki, więc pierwsze ulotki są często przepisywane ręcznie. 8 marca doszło w moim mieszkaniu na ul. Krowoderskiej do spotkania, w którym udział wzięli obok mnie: Wiesława Sotwin – przedstawiciel SKOD-y, Andrzej Kaczmarczyk – przewodniczący NZS-u w PWST w latach 1980-1981. Postanowiliśmy powołać nową strukturę, której współorganizatorem zostałem ja, Marek Lasota, Andrzej Kaczmarczyk, Krzysztof Koszarski i Tadeusz Maranda (już nieżyjący). Dopiero po marcu 1982 roku można mówić o początkach naszej działalności w podziemiu.

Część osób funkcjonujących wysoko w strukturze SKOD-y zdała sobie sprawę, że dalsza ich działalność jest już niemożliwa, bo będą tylko narażać ludzi na jakieś wpadki. I dlatego postanowiono, że trzeba szukać nowych ludzi, którzy są w stanie dalej to pociągnąć. I stąd to spotkanie 8 marca 1982 roku oraz nasza kontynuacja tej działalności. A ludzie tworzący SKOD-ę przestali funkcjonować. Powstała zupełnie nowa struktura [Krakowska Komisja Wykonawcza NZS], mająca stały kontakt z podziemnym Zarządem Regionu Solidarności. Później miała też kontakt z Ruchem Oporu NZS na AGH. I stąd moje osobiste uczestnictwo w spotkaniach Zarządu Regionu i Ruchu Oporu NZS. Dzisiaj wszyscy pytają: jak to się stało, że dwie struktury funkcjonowały obok siebie? Czyli KKW NZS, która też miała ludzi na AGH, i Ruch Oporu NZS, który był na pewno większą strukturą i który po 1984 roku stał się jedyną strukturą enzetesowską, z przerwą w działalności od 1985 roku. Myślę, że nie doszło do ich połączenia z takiego powodu, iż po stronie Ruchu Oporu i naszej była pewna obawa zdekonspirowania się. Ja spotykałem się – wydaje mi się, że ze dwa razy – z Markiem Domagałą z Ruchu Oporu, z którym prowadziłem rozmowy. Następnie wydaliśmy komunikat, że w podziemiu doszło do takiego spotkania. I nie wykluczam, że gdyby nie moje aresztowanie, to w połowie 1983 roku mogło dojść do scalenia. W związku z tym, że mnie aresztowano wraz z częścią struktury, to koledzy bali się dekonspiracji całej struktury. Tym bardziej że mieli świadomość, iż część z aresztowanych „sypie”. Myślę, z dzisiejszej perspektywy, że dobrze się stało, że nie doszło do połączenia – nie pociągnęło to za sobą wpadki RO. Mimo że do połączenia nie doszło, to kontakt był. W ramach KKW zrobiliśmy spektakularną akcję, czyli złożenie kwiatów oraz umieszczenie tablicy w Collegium Broscianum we wrześniu 1982 roku w drugą rocznicę powstania NZS-u. Oczywiście wszystko natychmiast zniknęło. Drugą akcję przeprowadził RO NZS w 1983 roku – w rocznicę powstania NZS-u wmurował tablicę, która też zniknęła. I to była dużo większa akcja. Poza tym drukowaliśmy, organizowaliśmy cały czas strajki na uczelniach – oczywiście absencyjne, bo nikt wtedy na uczelni nie chciał się narażać. Dwa, trzy strajki absencyjne w 1982 roku przyniosły znaczny sukces. Ewidentnie było widać, że zajęcia się nie odbywały. Akcje były popierane przez uczelniane struktury Solidarności. Odniosły skutek, chociaż nie były tak spektakularne, i powodowały scementowanie środowiska. Dla struktury, dla osób, które w jakiś sposób tym zarządzały, było to ważne, bo czuły, że jest odzew. Dla studentów to również było ważne, że ktoś działa i jakieś akcje im proponuje. W trakcie naszej działalności podziemnej wydawaliśmy trzy pisma: „Mimo Wszystko”, „Polaka” i „Serwis informacyjny PAPSS”, który był chyba najpoważniejszym naszym pismem, robionym wspólnie także z Solidarnością. W maju 1982 roku doszło do dużej manifestacji na Rynku, która okupiona została jednak wielkimi „stratami”. W praktyce okazało się, że Rynek nie jest dobry do robienia takich „imprez”, łatwo go zamknąć. Bardzo wiele osób zostało wtedy zatrzymanych, pobitych. Nasza struktura stanęła wówczas na stanowisku, że nie należy robić takich manifestacji w tym miejscu. Późniejsze manifestacje odbywały się już w Nowej Hucie.

Dosyć szybko doszło też do mojego spotkania ze Stanisławem Handzlikiem z Zarządu Regionu Solidarności, jeszcze przed jego aresztowaniem w lecie 1982 roku. Spotkałem się z nim na Bulwarach Wiślanych, gdzie rozmawialiśmy o współpracy i ewentualnej pomocy Solidarności dla nas. Nie chodziło tu głównie o pomoc finansową, ale o pomoc w pozyskaniu sprzętu i papieru. Przed moim aresztowaniem spotkałem się jeszcze dwa razy z przedstawicielami podziemnej Solidarności na ul. Mazowieckiej, gdzie kiedyś się ukrywałem. Gdy przeglądam dziś gazetki, serwisy informacyjne z tamtego czasu, to ślad tych spotkań pozostał, oczywiście bez nazwisk, np.: „KKW NZS spotkało się z podziemną Solidarnością...”. Również wokół tych spotkań wytworzyło się wiele śmiesznych sytuacji: kiedy miało się odbyć pierwsze spotkanie z Zarządem Regionu na wspomnianej ulicy, to przygotowywaliśmy się do niego jak rasowi konspiratorzy. Dookoła rozstawione były czujki z ludzi, którzy zabezpieczali. A tymczasem chłopcy z Zarządu Regionu przyjechali w piątkę „maluchem”. Oczywiście, odbywało się to wszystko w biały dzień. Było to ewidentne złamanie zasad konspiracji, ale jakoś przyjechali z Nowej Huty, a potem wrócili.

Miałem także kontakt z Komisją Robotniczą Hutników, ale to już z zupełnie innej strony. Organizowaliśmy bowiem przedstawienia teatru podziemnego i na drugi spektakl na ul. Białe Wzgórze w Krakowie zaproszeni byli również robotnicy z huty. Delegacja hutników liczyła trzy albo cztery osoby, co uważam, jak na tamte czasy, było sporym sukcesem. I to, że robotnikom się chciało jeździć wieczorami na przedstawienia teatru podziemnego. To był również nasz sukces, że myśleliśmy, aby wyjść poza własne środowisko. To spotkanie było o tyle ciekawe, że poza tymi robotnikami pojawił się tam – wybitny już wówczas poeta – Adam Zagajewski. I pojawił się też „wybitny” – ale nie poeta – Lesław Maleszka.

Powołując KKW NZS, mieliśmy świadomość, że istnieją różne grupki – po dwie, trzy osoby, czasem więcej – które gdzieś funkcjonują na uczelniach, w tym na UJ. Myśmy chcieli je scalić; tzn. naszą ambicją nie było, by je wchłonąć i nimi zarządzać – takich ambicji nie mieliśmy – chodziło o to, by mieć kontakt, by wspólnie móc więcej wydać, by łatwiej pewne rzeczy można było robić. Pierwsza grupa, z którą rozmawialiśmy, to była grupa Jasia Tombińskiego, który zresztą później bardzo szybko wyszedł z podziemia i zajął się samorządem, którego był bardzo dobrym przewodniczącym przez wiele lat. Skupiał wówczas koło siebie kilka osób i po pierwszych rozmowach praktycznie przejęliśmy tą grupę. Natomiast zupełnie inna sprawa była z grupą Krzysztofa Gurby, którego znałem jeszcze sprzed czasów podziemia. On skupił wokół siebie grupę osób, która wydawała pismo „Tędy”. Oprócz niego działali tam m.in. Andrzej Nowak i Janusz Kurtyka. I oni w jakimś sensie „podporządkowali” się decyzjom KKW, pozostając osobną grupą. My natomiast, jako KKW, nie rościliśmy sobie pretensji do ich pisma. Oni byli animatorami przedstawień teatralnych, natomiast my załatwialiśmy część organizacyjną, m.in. lokale. Ja byłem na dwóch takich spotkaniach, natomiast nikt z zebranych nie wiedział, że ja to współorganizowałem.

Później, jak powstała inicjatywa „PAPSS-u” [Podziemna Agencja Prasowa Studentów i Solidarności], też w środowisku Krzysztofa Gurby, to myśmy postanowili ją wspomóc. To było ciekawe przedsięwzięcie ludzi związanych z Krzyśkiem, których można określić jako ówczesną elitę studencką. Oni mieli takie ambicje eksperckie i myśmy też trochę tak traktowali tą grupę. Co ciekawe „Serwis Informacyjny PAPSS” wychodził jakby w trzech formułach. W ramach pierwszej wychodziło pięć czy sześć egzemplarzy przepisywanych na maszynie. Jeden egzemplarz pozostawał u Krzyśka Gurby, pozostałe były przekazywane do KKW NZS. To była najszersza wersja „Serwisu Informacyjnego PAPSS” i tam były także informacje skąd np. pozyskano źródła. O ile wiem, to obecnie nie ma śladu po tej wersji. Druga wersja „Serwisu Informacyjnego PAPSS” wychodziła w kilkunastu egzemplarzach i była wersją węższą, która trafiała do podziemnych redakcji czasopism w Krakowie. Miała ona charakter serwisu, który był wykorzystywany w redakcjach. Ostatnia wersja, która była drukowana, to były dwie strony A4 kolportowane już jako normalny serwis informacyjny. Później, kiedy byliśmy już ściśle powiązani, ci ludzie z „PAPSS-u” tworzyli dla nas – czasem na zamówienie – jakieś ekspertyzy np. którymi bramami gdzie się można dostać w Krakowie w razie konieczności ucieczki.

Można się też zastanawiać, jak to się stało, że kiedy kilka osób zostało aresztowanych, to struktura [KKW NZS] praktycznie przestała funkcjonować, mimo że generalnej wpadki nie było. Osoby, które zostały aresztowane wraz ze mną, nie stanowiły przecież całości struktury. Natomiast rok 1984 jest rokiem, kiedy większość z nas kończy studia. I naszą „winą” było to, że nie zapewniliśmy sobie młodszych następców, którzy by to pociągnęli dalej. Podobny los spotkał również Ruch Oporu NZS – na rok 1985 przypada koniec studiów czołowych działaczy. I w tym okresie NZS praktycznie przestaje działać w Krakowie. Jeszcze chyba tylko Sławek Onyszko działał ciągle. Dopiero koniec 1987 oraz 1988, 1989 to jest reaktywacja zrzeszenia. Ale to nie ma nic wspólnego z tym „drugim” – jak ja określam – NZS-em. „Pierwszy” to były lata 1980-1981, „drugi” to 1982-1985. Następnie jest dziura i dopiero „trzeci”. Ten ostatni NZS zbudowano na pewnej legendzie – nie było tu żadnej ciągłości.

Myśmy od razu mieli taki pomysł, by robić spotkania samokształceniowe. Kontynuowaliśmy tym zresztą pomysł Studenckiego Komitetu Solidarności, którego w większości byliśmy „wychowankami”, bo gdzieś tam otarliśmy się o SKS w latach 1979/1980. To jest nasze pokolenie. Ja jeszcze uczęszczałem na spotkania SKS-u, na Wolny Uniwersytet. Później, już działając w 1980 i 1981 roku, staraliśmy się wychodzić do młodzieży szkolnej i studenckiej. Stąd wykłady Tischnera, spotkania na uczelni z Macierewiczem, z Michnikiem, itd. Po wprowadzeniu stanu wojennego zastanawialiśmy się, co robić. Oprócz wydawania pism myśleliśmy, jak dotrzeć bezpośrednio do ludzi. Stąd właśnie wykłady dla studentów, które były robione głównie przez pracowników naukowych. Jednym z wybitniejszych ludzi pomagających nam wtedy był Ryszard Terlecki, który brał udział w takich spotkaniach samokształceniowych. Spotkaniami dla młodzieży szkolnej w dużym stopniu zajmował się Tomasz Szewczyk ze swoją siostrą. Takie spotkania odbywały się w mieszkaniach i wykładowcami byli studenci, m.in. Andrzej Waśko, Krzysztof Gurba, Andrzej Nowak. Wtedy byli oni jeszcze studentami, ale już aspirowali, by kiedyś zostać wybitnymi naukowcami. Wymienić tu można jeszcze Janusza Kurtykę, który później przeszedł do chrześcijańskich grup w Nowej Hucie. Sam próbował też tworzyć struktury podziemne. Generalnie były takie próby wychodzenia na zewnątrz. Spotkania teatru podziemnego, które się odbywały pod naszym „nadzorem”, to też była próba dotarcia do osób, które w samej strukturze nie działały. Było to o tyle bezpieczne, że nie groziła za to wysoka kara. Była to też próba poznania ludzi, którzy byli zainteresowani niezależnym ruchem poetyckim czy wydawniczym i mogli kiedyś zasilić struktury NZS-u. Okazało się, że nie zasilili, ale nie znaczy to, że było to bez sensu. Myślę, że z tych spotkań z młodzieżą dopiero później wynikło, że jacyś ludzie się spotkali i powołali np. Federację Młodzieży Walczącej. Nie ma na to oczywiście żadnych dowodów, ale klimat tych spotkań ktoś musiał przenieść.

Wśród studentów animowaliśmy takie inicjatywy jak zbieranie pieniędzy i niesienie pomocy, głównie ludziom Solidarności, ale nie tylko. Również naszym kolegom, którzy już siedzieli. Zbieraliśmy także informacje, jaka jest sytuacja, współpracowaliśmy z Komitetem działającym przy Kurii Metropolitalnej; część pieniędzy tam przekazywaliśmy. Zajmowaliśmy się również transportem i przekazywaniem paczek z pomocą.

Wspólnie z Markiem Lasotą współpracowaliśmy z Bronisławem Majem. Była również grupa, która współpracowała ze mną przy tworzeniu i redagowaniu miesięcznika „Gołębnik”. Ci ludzie również zeszli do podziemia. Na miasteczku studenckim robili takie małe spotkania poetyckie, na które przychodzili różni ludzie i słuchali poezji. Współpracowali wówczas z nami Bronisław Maj i Adam Zagajewski. Bronisław Maj był również opiekunem takiej grupy kabaretowej, która powstała w 1981 roku w strukturach NZS. „Trzecia Siła” – tak się nazywała – debiutowała w siedzibie Związku Literatów Polskich na ul. Kanoniczej. Stworzyli ją głównie ludzie z UJ. Po wprowadzeniu stanu wojennego kabaretu oczywiście już nie robili, ale zajęli się spotkaniami poetyckimi. W 1981 roku powstało też Radio NZS UJ, które działało w ramach Almy na miasteczku, ale było samodzielnym radiem, którego szefem był Dobrosław Rodziewicz. Przez to radio przewinęli się ludzie, którzy później, po 13 grudnia, zasilili podziemie. W radiu tym nadawane były audycje informacyjne, pogadanki historyczne, wywiady. Radio to towarzyszyło nam w czasie strajku. Do dzisiejszego dnia zachowały się taśmy tej rozgłośni, które są w moim posiadaniu. To jest bardzo ciekawe doświadczenie: posłuchać dziś relacji ze strajku listopadowego.

Podczas mojej pracy w Bibliotece Jagiellońskiej od 1987 roku zajmowałem się przede wszystkim zbieraniem, przechowywaniem i opracowywaniem tego, co wychodziło w podziemiu. Trzeba pamiętać, że w Bibliotece Jagiellońskiej znalazło swoje miejsce całe archiwum NZS UJ z okresu 1980-1981. Jedyne – chyba – takie archiwum, które w całości trafiło do Jagiellonki. Solidarność w BJ zajmowała się również pomocą rodzinom ludzi z „S”. Kiedy znalazłem się w BJ, to trafiłem do pracy w Oddziale Starych Druków. Nie byłoby to ciekawe, gdyby nie fakt, że był tam również dział druków zastrzeżonych – tzw. RES-ów – gdzie była zgromadzona cała literatura emigracyjna i wychodząca w podziemiu. Miałem chyba najlepszą czytelnię i było to trochę dziwne, że tam trafiłem. Później pracowałem w Oddziale Dokumentów Życia Społecznego, do którego trafiały ulotki, plakaty. Wówczas – wbrew pozorom – Komisja Zakładowa Biblioteki Jagiellońskiej UJ miała dosyć duże znaczenie w opiniowaniu tego, co się dzieje BJ. Tak się złożyło, że dyrekcja również była związana z Solidarnością.