L00126 Dorota Koczwańska-Kalita

Z Encyklopedia Solidarności

Relacja Doroty Koczwańskiej-Kality

Na studia, na Uniwersytet Jagielloński, trafiłam w 1979 roku z mniejszego miasta niż Kraków. Było to ogromne przeżycie z wielu względów, ale przede wszystkim w sferze świadomości. Miasto, w którym się wychowałam, szkoły, do których chodziłam, to niestety – z mojej perspektywy – były bardzo czerwone szkoły. Jako uczennica liceum, bez względu na to czy chciałam, czy nie, musiałam należeć do tzw. czerwonego harcerstwa. Musiałam chodzić w mundurze, bo inaczej nie wpuszczano nas do szkoły – były tzw. mundurowe poniedziałki. W 1978 roku miałam możliwość wyjazdu do zachodnich Niemiec i wtedy – nie ukrywam – przeżyłam szok. Szok wizualny, ale nie tylko. Po powrocie dopadła mnie ta szarzyzna. Jako osoba, która w dużej mierze zajmowała się literaturą i miała taki swój zamknięty świat, wiedziałam, że to wszystko jest nie tak. Tym bardziej że moja rodzina pochodzi ze wschodu, ze Lwowa; z tego względu nie za dużo mówiło się w domu o sprawach politycznych. Dlatego też patrzenie na tą rzeczywistość było zupełnie inne. Ja wytworzyłam sobie, wraz z przyjaciółmi, świat zainteresowań literackich. I przyznam się, że nie za bardzo chyba zdawaliśmy sobie wszyscy sprawę – być może z dzisiejszej perspektywy wstyd to powiedzieć – co tak naprawdę dzieje się w kraju. Wiedzieliśmy, że nie jest tak, jak być powinno, natomiast nie dociekaliśmy istoty. Nie wiedzieliśmy, na ile działa opozycja, na ile to wszystko ma znaczenie. Czasem nawet się zastanawiam, jak można było się uchować w takiej rzeczywistości. Ale niestety takie były fakty. Niemniej jednak moje doświadczenia rodzinne, to, że rodzina pochodziła ze wschodu, że jednak komentowało się, to też miało na pewno na mnie wpływ. Ja wyrosłam na ambitnej polskiej literaturze, więc to na pewno też kształtowało mój patriotyzm. Ale to wszystko nie było świadome. Jako entuzjastka tego, co chcę robić, czyli studiowania literatury, po przejeździe do Krakowa zderzyłam się z zupełnie inną rzeczywistością. Uniwersytet Jagielloński i naukowcy, z którymi się zetknęłam, oraz inni ludzie ukształtowali mnie tak naprawdę. Ja dopiero wtedy zdałam sobie sprawę z tego, w jakim kraju żyję i co się tutaj dzieje. Z drugiej strony mogłam to skonfrontować z tym, co działo się w tym mieście, w którym mieszkałam przed przyjazdem do Krakowa.

Zawsze byłam osobą aktywną i chciałam robić bardzo wiele rzeczy. W związku z tym szukałam swojego miejsca na uczelni, ale jakoś go nie znajdowałam. Mieszkałam wówczas u swojego dziadka, który pochodził ze Lwowa i który osiedlił się w Krakowie. U niego też poznawałam trochę historię rodzinną, to, co dziadek robił w czasie wojny, itd. To tutaj ta sfera historyczna nagle została tak w pełni otwarta. Kiedy później mieszkałam już na stancji, dostałam któregoś dnia list. Szybko popatrzyłam i dostrzegłam „Uniwersytet Jagielloński”. Otwierałam go pełna emocji, taka ucieszona, że ktoś ode mnie czegoś chce. Nie przeczytałam go dokładnie – wiedziałam, że któregoś dnia o którejś godzinie mam się stawić u nas w „Gołębniku”. Wstyd się przyznać: w pierwszym akapicie tego listu było słowo „egzekutywa” – ale to nie wywołało we mnie jeszcze żadnych dziwnych skojarzeń. Natomiast ważne było to, że muszę się stawić na uczelnię. W sali siedziało dwóch asystentów. Była tam również asystentka, która – jak mnie poinformowano – dopiero co nią została. Obok nich był kolega student, który miał szansę zostania asystentem. Chciano mnie po prostu zapisać do partii. Zrobiono mi tam ogromne przesłuchanie: z jakiej rodziny, kto, co? Byli jednak bardzo zdziwieni – bo ja podświadomie wiedziałam, że to na pewno nie jest miejsce dla mnie, choć chciałam działać. Zaczęłam się buntować odpowiadając na pytania: „W jakiej kulturze pani wyrosła? Czy pani wie, co to jest kultura socjalistyczna?” Ja odpowiedziałam pytaniem: „A jaka to jest kultura socjalistyczna?” I w drugiej części tej rozmowy zrobiła się taka nieprzyjemna przepychanka. Zdałam sobie sprawę, że nie powinnam tu nigdy przychodzić. Niemniej jednak na początku rozmowy obiecywano mi, że jako dobra studentka – byłam na pierwszym roku, więc nie wiem, skąd było wiadome, że jestem dobrą studentką – będę mieć szansę kariery, zostania na uczelni, itd. Ja oczywiście byłam bardzo ambitna na tym pierwszym roku, ale pomimo moich ambicji do partii się nie zapisałam. To taki epizod, który pokazuje, w jaki sposób partia działała i jak funkcjonowały ich struktury – bo gdzieś w papierach coś tam wyczytano, zobaczono. Być może zrobiono jakiś portret psychologiczny. I mieli nadzieję, że może się uda. Gdy wychodziłam, powiedziano mi, że będą naciskać, ale nikt już tego później nie robił. Gdy pojechałam potem do domu, to opowiedziałam mamie, co się zdarzyło. Mama zadała mi pytanie: „No i co?” Ja odpowiedziałam: „Nie, nie zapisałam się”. Wtedy mama odparła: „I całe szczęście”. Muszę tutaj dodać, że moja mama była w partii i być może klucz typowania był właśnie taki. Niemniej jednak uchroniłam się przed tym. Potem już tym bardziej wiedziałam, że to nie jest właściwa droga i że jest to strasznie demoralizujące.

Zaczęłam szukać miejsca dla siebie. Zbliżał się rok 1980, papieżem był Polak; wszystko zaczynało się odkrywać i być inaczej. I tak udało mi się trafić do grona ludzi, którzy zaczęli tworzyć NZS u nas w „Gołębniku”. Pamiętam moje ogromne pragnienie chłonięcia wiedzy, tej wiedzy „podziemnej”. W tym czasie odbywały się na uczelni wspaniałe wykłady z asystentami, szczególnie dotyczące literatury zakazanej. To też przecież kształtowało naszą świadomość. Pamiętam takiego wysokiego, rudowłosego człowieka potajemnie sprzedającego bibułę, którą następnie – również potajemnie – przekazywaliśmy sobie w ubikacji. Nie było istotne, czy to damska ubikacja czy męska – ważne było, że przyszła dostawa bibuły. I tak ta świadomość się kształtowała. Gdy powstały już struktury NZS-u, poszłam do sekcji literackiej – pracowałam w „Gołębniku”, piśmie polonistów Uniwersytetu Jagiellońskiego. Współpracowałam też z kabaretem Trzecia Siła stworzonym przez kolegów z polonistyki. Powstawały tam bardzo ciekawe teksty, był to kabaret słowno-muzyczny; często spotykaliśmy się, dyskutowaliśmy. Premierowy występ tego kabaretu odbył się – był na nim nawet prof. Błoński – ale działalności nie udało się już kontynuować, bo zastał nas 13 grudnia.

W NZS działo się mnóstwo rzeczy. Wraz z Dobrosławem Rodziewiczem rozpoczęliśmy pracę w Radiu NZS UJ – próbowaliśmy przygotowywać różne audycje, co zaowocowało na drugim strajku [XI/XII 1981 roku], gdzie zbieraliśmy relacje, nagrywaliśmy wszystkie spotkania. Tworzył się radiowy zespół enzetesowki. Potem to wszystko zostało przerwane. Gdy zastał nas 13 grudnia, to na chwilę te nasze kontakty zostały urwane. Ale nie na długo. Okazało się, że NZS wytworzył w nas nie tylko chęć działania, ale też różne przyjaźnie – więc szukaliśmy się. Pamiętam dzień 13 grudnia – nie rozumiałam wówczas, dlaczego cały czas w nocy nad moim blokiem krążyły śmigłowce. Kiedy rano zorientowałam się, co się stało, to pobiegłam do kilku osób, z którymi chciałam nawiązać kontakt. Niestety, nikogo nie zastałam. Krzyśka Dawidowicza już wówczas internowano, Adam Kalita już się gdzieś ukrywał. Pamiętam, że następnego dnia przyszłam do „Gołębnika” i tam spotkałam żonę Karkoszy. Znałyśmy się tylko z widzenia, ona jednak zapytała mnie, czy mogłabym zabrać część matryc do siebie, bo oni nie mają gdzie tego ukryć. Wtedy nie było jeszcze wiadome, jak to tak naprawdę jest. Oczywiście, zgodziłam się. Dostałam dwie takie ogromne plastikowe torby, które przewoziłam w tramwaju. Kompletnie nieświadoma tego, co robię. Starsza pani w tramwaju zobaczyła te pakunki i powiedziała: „Dziecko drogie, daj to tutaj, tak to wsuniemy pod te krzesełka tramwajowe”. Ja jej bardzo podziękowałam, ale tak naprawdę za bardzo nie wiedziałam, o co chodzi. Dopiero później dowiedziałam się, że w Gdańsku za przewożenie i roznoszenie bibuły były pierwsze trzy wyroki. Wtedy dopiero uświadomiłam sobie, co się tak naprawdę dzieje. Ale taka była potrzeba chwili.

Z tamtego okresu pamiętam też pewną historię. Stan wojenny zastał mnie w Krakowie – po doświadczeniach strajku i tego wszystkiego, co tam się działo, wiedziałam, że moje miejsce absolutnie jest tutaj i nie będę wracać do rodzinnego domu. Połączenia telefoniczne były przerwane i nie można było zawiadomić co i jak. Moja mama wiedziała, że jestem zaangażowana w działalność NZS-u, wiedziała, że strajkuję. Ale nie mogła się ze mną skontaktować. Po pewnym czasie, kiedy można już było dostać przepustkę, postanowiła przyjechać do Krakowa i gdzieś mnie poszukać. Wtedy chyba za bardzo nawet nie wiedziała, gdzie mieszkam, bo ja lubiłam się przenosić z miejsca na miejsce. Znała już Adama [Kalitę] i wiedziała, gdzie pracuje jego mama. Tam też się udała. Jednak panie się jeszcze wówczas nie znały i kiedy moja mama zaczęła wypytywać o mnie, to wszyscy się usztywnili i twierdzili, że nie wiedzą, że nie znają. Poszła jednak fama wśród najbliższych osób, że ktoś szuka Doroty. Dokładnie już nie wiem przez kogo, ale chyba jednak przez mamę Adama, która skojarzyła, że to nie żadna ubecja, tylko porządni ludzie przyjechali, moja mama dostała mój adres i dotarła do mojego mieszkania. Ciekawe jest też to, że mnie w domu nie było i mama zadzwoniła do sąsiadów z pytaniem czy nie wiedzą czegoś o mnie. Drzwi otworzył jakiś pan, który na pytanie o studentkę mieszkającą obok odpowiedział: „Tak, tak mieszka tutaj taka studentka, ale wszystko w porządku. Wie pani, my studentek nie zamykamy”. W momencie kiedy zamknął drzwi, to moja mama opadła z sił całkowicie. Już nie wiedziała, co ma ze sobą począć. W końcu spotkałyśmy się wtedy. Mama oczywiście przyjechała z całą wyprawa, z ciepłymi rzeczami, bo myślała, że może gdzieś jestem internowana lub zamknięta.

Zostałam w Krakowie i wspólnie ze znajomymi zaczęliśmy tworzyć struktury. Pamiętam pierwsze spotkanie w gronie sześciu osób i pamiętam, jak się tą strukturę budowało. W tym czasie część osób była internowana, w tym Jasiek Rokita, rozwiązywała się SKOD-a [Studencki Komitet Obrony Demokracji], a musiała być kontynuacja. Nasza struktura była budowana na wzorcach Armii Krajowej. Ciekawe, że mieliśmy gdzieś zakorzenione, iż to są wzorce, na których trzeba się opierać. Byli tam łącznicy, podłącznicy. Ustalone było, kto do jakiego poziomu może się znać, a kto nie. Było to bardzo ciekawe doświadczenie. Struktura była tworzona na zasadzie kontaktów – trójek. Każdy był odpowiedzialny za coś innego. Ja miałam kontakt z taką dziewczyną – Aliną. Nawet nie wiem, czy to było jej prawdziwe imię. Dostarczałam jej informacje, skąd ma odbierać „Hutnika”. Ona dostarczała mi np. części do powielacza. I ja, z takimi różnymi częściami w reklamówce, biegałam po Krakowie. Koordynowaliśmy różne sprawy dotyczące akcji ulotkowych. Miałam też kontakt z ludźmi, którzy zajmowali się kursami samokształceniowymi, wykładami. Pamiętam, jak organizowaliśmy spotkanie z Władysławem Hardkiem. Ja w nim nie uczestniczyłam, a jedynie przygotowywałam. Przyjechało czterech dużych panów w małym Fiacie. Prawie wszystko się rzucało w oczy, ale była pełna konspiracja, która – jak widać – się sprawdziła, bo nie namierzyli tego spotkania. Odbywało się ono w mieszkaniu przy ul. Mazowieckiej. Właśnie wtedy podpisano porozumienie o współpracy wzajemnej pomiędzy studentami a hutnikami.

Organizowaliśmy również podziemny kabaret. Z moją przyjaciółką, na Białym Wzgórzu, w garażu przystosowanym do mieszkania, zorganizowałyśmy takie spotkanie – wieczór poetycki poezji podziemnej. Uczestniczyli w nim m.in. aktorzy Teatru Starego. Zaproszeni zostali również hutnicy z HiL. Nie znaliśmy tych osób, więc trzeba było wymyślić jakiś sposób kontaktu. Pomysł był taki, że jak ktoś od nas wyjdzie na pętlę salwatorską, to będzie wypatrywał grupy osób, które będą rzucać w siebie piłeczkami pingpongowymi. Z naszej dzisiejszej perspektywy wygląda to zabawnie i wówczas też takie było. Szła bowiem spora grupa hutników i rzucali do siebie piłeczkami. Białe Wzgórze to była taka bardzo mała uliczka i nagle pojawił się na niej tłum ludzi. Naprzeciwko nas mieszkał niejaki Machejek [Władysław], wówczas znany partyjny literat, który być może analizował tą sytuację ze swoich okien. Ale to nie było jeszcze najśmieszniejsze. Nasi sąsiedzi nie wiedzieli, że my urządzamy takie podziemne spotkanie, na które wpuszczano po podaniu hasła: „czy tutaj szyją garnitury na miarę”. Nikt, niestety, nie powiedział zaproszonym gościom, że wejście do nas jest od tyłu budynku. Dlatego część osób dzwoniła do sąsiadów. Za pierwszym razem sąsiadka odpowiedziała zdziwiona: „Nie, to chyba jakąś pomyłka”. Raz ktoś się mógł pomylić – ale za czwartym razem, jak otworzyła drzwi i ktoś rzucił takim samym tekstem, no to już wpadła do nas. I prawie że oszalała, bo się okazało, że te garnitury na miarę to właśnie u nas. Ale zachowała się też w porządku. Ten wieczór się odbył i był na nim tłum ludzi, wśród nich m.in. Lesław Maleszka [TW Ketman]. To było takie wzniosłe i patriotyczne spotkanie. Niemniej jednak kiedy następnego dnia poszłyśmy na uczelnię, to w naszym mieszkaniu miałyśmy wizytę panów ze Służby Bezpieczeństwa, którzy przetrzepali nasz pokój dość mocno. Właściciele domu musieli ich wpuścić.

Pamiętam różne spotkania, które odbywaliśmy np. na ławkach, gdzie przekazywaliśmy sobie informacje, że ktoś gdzieś przyjdzie, coś odbierze. Ustalaliśmy hasła – raz bardziej udane, innym razem mniej. Na ul. Smolki była drukarnia, która „wpadła” – i z tą informacją trzeba było dotrzeć do jak najszerszej grupy osób. Często musieliśmy przenosić i przechowywać różne rzeczy. Często były one umieszczone u nas na Białym Wzgórzu. Po kilku dniach były przerzucane w inne miejsce.

Organizowaliśmy mnóstwo rzeczy, które dziś już trudno sobie przypomnieć, odtworzyć. Spotkań było bardzo dużo, kontaktów również, pism powstawało coraz więcej. Ja byłam łączniczką pomiędzy „górą” KKW NZS [Krakowski Komitet Wykonawczy NZS] a pewnymi osobami, drukarzami, kolporterami czy pracownikami naukowymi. Przekazywałam informacje, ale również tworzyłam struktury kolportażowe. Staraliśmy się tak to robić, by każda z osób znała tylko 2-3 inne osoby. To rzeczywiście był dobry pomysł, ale nie do końca, ponieważ było kilka osób niezbyt odpowiedzialnych. Postanowiliśmy z Adamem wziąć ślub 17 kwietnia 1983 roku. Jednak na przełomie lutego i marca jeden z naszych kolegów został zatrzymany i miał przy sobie notes ze wszystkimi możliwymi adresami w Krakowie i punktami kontaktowymi. Mieliśmy już wtedy wydrukowane zaproszenia na nasz ślub – wówczas nie było tak prosto załatwić pewne rzeczy. Teraz może też nie jest prosto, ale z innych względów. Wtedy termin już był ustalony, zaproszenia mieliśmy wydrukowane i kilka przygotowanych do rozdania. I kiedy dowiedzieliśmy się, że ten kolega Jarek został zatrzymany, to wszystko poniszczyliśmy wieczorem. Następnego dnia, po spaleniu tych zaproszeń, wpadła do nas ubecja. To było bardzo nieprzyjemne i z perspektywy czasu raczej staramy się wszystko minimalizować albo mówić o tych rzeczach bardziej zabawnych. Gdy panowie wpadli o szóstej rano, to cała kamienica została postawiona na nogi – zrobili to z ogromnym impetem. Wywrócili mieszkanie do góry nogami i całą bibułę, która była w domu, nam wyciągnęli, choć kamuflowaliśmy ją między różnymi książkami. Udało im się ją wyciągnąć bez pudła. Rewizja trwała od 6 rano do godz. 14 chyba. Cały czas się z kimś konsultowali. Najpierw wzięli Adama, mnie natomiast wsadzili do białego Fiata i zawieźli na ul. Mogilską. Tam już trwały przesłuchania kilku osób – po prostu klasyka. Ja wiedziałam tylko jedną rzecz, że nie mogę nic mówić i absolutnie niczego podpisywać. Zresztą mam taką naturę, może przez to, że jestem trochę emocjonalna, że wielu rzeczy nie pamiętam. I okazało się, że to bardzo dobrze. Osoby przesłuchujące, czyli funkcjonariusze SB, stosowali różne metody: od dobrego tatusia do człowieka, który – myślałam – mnie uderzy. Kiedy się denerwuję, to ogarnia mnie pewnego rodzaju wesołość. I pamiętam, że nie chcąc podpisywać tego protokołu, powiedziałam, iż nie podpiszę. Esbek wtedy zapytał, czy ma go spalić. Ja na to odparłam: „No to będzie super, jak pan spali, bo to będzie ładnie płonęło”. Wtedy właśnie zmienił charakter przesłuchania – stał się bardzo agresywny. Pamiętam, że wyprowadzili mnie, pojechali ze mną windą na dół i pokazali cele. Powiedzieli do mnie tak: „Jeżeli pani nie podpiszę tego protokołu, to może sobie pani tutaj spędzić noc albo i nie tylko tę”. No cóż, tak powiedział, nie było to miłe, a ja byłam oczywiście zdenerwowana. Ale stwierdziłam, że trzeba się trzymać. To może takie trochę banalne, ale pamiętam, że mieliśmy w pokoju plakat z Piłsudskim i tam były te słynne jego słowa: „Być zwyciężonym i nie ulec to zwycięstwo...”. I muszę powiedzieć, że przez cały okres wychodzenia z tego pokoju, stania na tym korytarzu na Mogilskiej i wołania mnie do innego pana, cały czas sobie powtarzałam ten cytat. Bardzo dzielnie się z tym czułam i bardzo mi to pomogło. Ostatnie przesłuchanie na dziesiątym piętrze było o tyle nieprzyjemne, że mówiono jakieś insynuacje, zaczęto wchodzić w sprawy rodzinne. W końcu kazano mi napisać lojalkę. Powiedziałam im, że podpiszę. Wtedy dano mi taką dużą kartkę A4, a ja na niej, na samej górze, drobnym maczkiem napisałam to, co kazali mi napisać. Następnie zapisany fragment kartki oderwałam – czyli powstało coś, co wielkością przypominało odrywany pasek perforacji po wydrukowaniu faktury, o szerokości może półtora centymetra , który mu wręczyłam. Ubek dostał szału, podarł to i wyrzucił do kosza. I trochę się tak zamachnął, a mnie się zrobiło nieprzyjemnie. Ale koniec końców wypuścili mnie i z ul. Mogilskiej szłam na Krowoderską – wtedy dopiero puściły nerwy i całą drogę ryczałam. Nie wiem, jak ja tam dotarłam. Nie wiedziałam również, co ja mam zrobić. Adama zamknęli, a ja byłam sama w domu. Wypadało powiadomić jego mamę, która była gdzieś na feriach. Okazało się jednak, że ta informacja rozeszła się po ludziach, bo gdy w nocy dotarłam do domu, to po chwili zastukali do drzwi koledzy. I jakoś mi tam pomogli. Nie ukrywam jednak, że odcisnęło to pewne piętno. Patrzyłam przez okno z takim niepokojem, czy ktoś stoi czy nie, czy zadzwonią. Ale tak było tylko w pierwszym dniu, bo w drugim już się bardzo zebrałam w sobie. Dostałam jeszcze kilka telefonów – myślę, że ubeckich. Chodził za mną też jakiś człowiek i w dziwny sposób się przystawiał. Nie było to miłe i czułam się trochę osaczona, ale trzeba to było jakoś przetrwać. Może to nie jest w tym wszystkim takie najważniejsze, dlatego że najważniejsze było działanie. Ale o tym działaniu wiemy coraz więcej, a o takich emocjach niekoniecznie. Dlatego o tym mówię, bo chcę pokazać, jak działał ten system, jaki był mechanizm. I w takich sytuacjach ludzie mogli zachowywać się różnie – i ja to też rozumiem. Natomiast trzeba wziąć pod uwagę, że była masa ludzi, takich właśnie z drugiego, trzeciego szeregu, którzy nie mieli za sobą żadnego oparcia, żadnych notabli, nawet opozycyjnych, a jakoś się trzymali. Wiedzieli, jakie są pryncypia. I jeżeli nawet się ugięli – bo wiem, że z tej grupy dwie osoby wtedy nie wytrzymały presji – to na drugi dzień przyszli i powiedzieli oraz wycofali się ze wszystkiego. Ja nie za dużo mogłam już wtedy robić, bo niewątpliwie miałam za sobą ogon i zostałam trochę odsunięta.

Taką przykrą rzeczą z tamtego okresu był absolutny brak możliwości widzenia się z Adamem. Bo ja też byłam podejrzaną, chociaż miałam odpowiadać z wolnej stopy. Ogromne wrażenie na mnie zrobiła pierwsza rozprawa, kiedy zobaczyłam nie tylko Adama, ale i kolegów z naszej grupy, m.in. Tomka [Szewczyka]. Przywieźli ich na salę rozpraw skutych – to był dla mnie duży szok. Pamiętam, jak z mamą poszłam do prokuratora, który oskarżał, i ona prosiła go o widzenie, którego on nie chciał dać. W pewnym momencie wstał i zaczął krzyczeć na mamę Adama, że kogo ona wychowała. Mama nie omieszkała też mu powiedzieć, kim jest i wyzwała go od gestapowców. To wszystko było bardzo przykre. Pamiętam również paczki i ogromną wówczas pomoc kurii oraz pani Ewy Miodońskiej-Brookes. Paczki, które przychodziły do nas, ja zanosiłam do aresztu. Strażnicy byli bardzo różni: jedni podchodzili z życzliwością, inni wręcz z agresją. To też było jakieś doświadczenie. Przy okienku, w którym przekazywało się paczki, spotkałam kilkoro młodych ludzi – niektórzy byli ogromnie zestresowani. Nie wiem, z jakich przyczyn siedzieli i zostali wypuszczeni, ale mówili, że już nigdy więcej nie chcieliby czegoś takiego przeżyć. Ja też starałam się o widzenie, ale nie wiedziałam, jak to długo potrwa – nikt tego wówczas nie wiedział. Listownie ustaliłam z Adamem, by się z nim pobrać w areszcie – stwierdziliśmy, że wtedy będę mogła z nim mieć jakiś kontakt, widzenie. Nie dostaliśmy na to zgody, a widzenie dostałam na parę tygodni przed amnestią. Samo widzenie to też był ogromny szok. Kiedy weszłam na Montelupich [areszt śledczy przy ul. Montelupich w Krakowie] do sali widzeń, to zobaczyłam te szyby i człowieka po drugiej stronie oraz słuchawkę. To są sytuacje, w których człowiek czuje się kompletnie bezradny, bezsilny, nie na swoim miejscu. Czuje, że to wszystko jest takie odhumanizowane. Wtedy rodzi się pytanie – w końcu to nie był agresor zewnętrzny, żyliśmy tutaj razem, byliśmy wszyscy Polakami, chociaż były różne grupy interesu – o kwestię traktowania tych ludzi. To zawsze będzie rodzić moje pytania, kim tak naprawdę się jest w danej sytuacji. Czy sprawowana funkcja obliguje, by tak, a nie inaczej się zachowywać.

Pamiętam sam moment wypuszczenia ich po ogłoszeniu amnestii, kiedy czekaliśmy pod aresztem. Panowała taka radość, że w końcu wyjdą, że ich zobaczymy. Staliśmy grupką, kiedy nagle wybiegli z budynku jacyś funkcjonariusze i zaczęli nas rozpędzać, mówiąc, że jeśli nie odejdziemy, to zaraz nas potraktują gazem. To wszystko było takie bardzo przykre. Pamiętam też, jak czasami się podchodziło pod areszt, bo chciało się jakoś nawiązać kontakt, zobaczyć. Przez wiele tygodni nie wiedzieliśmy, co się z nimi dzieje. Mieliśmy wtedy nadzieję, że gdy mecenas Kosiński poprowadzi ich sprawę, to się dowiemy, czy są zdrowi, co się dzieje. Później przychodziła korespondencja, która jednak była ocenzurowana – mamy ją do dzisiaj. Ta korespondencja była taką dziwną korespondencją, bo wiadomo było, że tak naprawdę nic nie możemy napisać i oni też nic nie mogą napisać. To był pisanie tylko o tym, że żyją, że są, że jakoś się trzymają.

Byłam też wezwana na ul. Montelupich na konfrontację z niejakim Jarkiem, który wysypał całą tą grupę. Pamiętam jego zachowanie wówczas. Podczas gdy ja w dalszym ciągu twierdziłam, że do niczego się nie przyznaję i nie mam nic w tej sprawie do powiedzenia, on do mnie mówił: „Jak to? Przyznaj się. Jak ty będziesz żyła, jak twoje dzieci? Ja mam dziecko” – jemu wtedy się urodziło – „ja tak musiałem. Dlaczego się nie chcesz przyznać?” Było to tragiczne. Widziałam, że ten człowiek nie jest już tym samym człowiekiem. Wszystko można zrozumieć, ale to było bardzo bolesne, bo współpracowaliśmy z nim kilkanaście miesięcy. To była bardzo operatywna osoba. Jednak jego późniejsze zachowanie było nie do wytłumaczenia.

W czasie swej podziemnej działalności miałam kontakt z hutą [HiL] poprzez kolporterów, miałam kontakt z „Serwisem Informacyjnym PAPSS” [Serwis Informacyjny Podziemnej Agencji Prasowej Studentów i Solidarności], który docierał do hutników i naukowców. Pośrednio miałam kontakt z pracownikami naukowymi: Krzyśkiem Gurbą, Markiem Mikosem. Był to jednak w dalszym ciągu nasz krąg osób. Bezpośrednio ze strukturami podziemnej Solidarności nie miałam kontaktu – była to raczej domena Adama. Byłam jakby łączniczką tych struktur KKW NZS z podziemną Solidarnością – jak trzeba było coś załatwić, kogoś zwerbować do pracy u nas, to wówczas ja to robiłam na zlecenie „góry” KKW NZS. Moi kolporterzy, o ile wiem, mieli kontakty z innymi uczelniami jak AGH, WSP i szkołami artystycznymi. Kolporterów/łączników, którzy byli z UJ, tak się dobierało, by mieli kontakty z ludźmi z innych uczelni. Ta struktura – przynajmniej w moim pionie – tak była budowana.

Warto wspomnieć, że ci wszyscy ludzie z polonistyki, którzy działali w NZS w latach 1980-1981, później weszli w rożne struktury. I to właśnie oni w dużej mierze redagowali pisma podziemne.

Pierwszy raz z wierszami Miłosza czy Barańczaka zetknęłam się na uczelni, kiedy to wcale nie była literatura powszechnie dostępna. Pamiętam fantastyczne zajęcia z Aleksandrem Fiutem czy Stanisławem Balbusem, który może o polityce nie mówił za dużo. Oni nam bardzo rozszerzali horyzonty. Kiedy kończyliśmy studia, to spotkaliśmy się i wymieniliśmy taką uwagę, że to może nie był czas takiego rzetelnego studiowania, jak np. robią to obecnie studenci. Bo oprócz studiowania mieliśmy jeszcze konkretne zadania do wykonania. Ale wówczas uczelnia dawała nam taką ogromną perspektywę, takie ogromne horyzonty. Podczas tych wszystkich zajęć gdzieś tam czuliśmy, że one uczą nas poczucia wolności. A to jest, szczególnie w humanistyce, ogromnie ważne; i ja z takim poczuciem wtedy chodziłam na uczelnię i tak to czułam. Wspierał nas również Bronisław Maj, który był przy wspomnianym już kabarecie Trzecia Siła i nas dopingował. Muszę wspomnieć też o Janie Błońskim, który przychodził na nasze spotkania, m.in. w 1984 roku, kiedy spotkanie zorganizował podziemny NZS. Wymienię też Ewę Miodońską-Brookes. To były osoby, które nas wspierały. A tacy różni partyjniacy gdzieś nam nagle zniknęli z horyzontu. Trzeba też wspomnieć – z naszej perspektywy – o fantastycznej postawie rektora Józefa Gierowskiego. My wszyscy byliśmy przewidziani – po tych zatrzymaniach – do wyrzucenia z uczelni. W tej sprawie zwrócono się do niego – on jednak tego nie uczynił. To była postawa, o której można powiedzieć, że oto rektor, który broni autonomii swojego uniwersytetu. Kiedy patrzę z dzisiejszej perspektywy na kadrę i na to, co się dzieje w środowisku uniwersyteckim, to – prawdę mówiąc – nie rozumiem tego. Nie rozumiem, bo przecież my jesteśmy ich wychowankami. Potrafili nas wychować, czyli gdzieś tam w tym procesie edukacji mieli swoje miejsce, potrafili nas wychować do wielkich czynów, ale ich dzisiejsza postawa jest dla mnie kompletnie niezrozumiała. „Gołębnik” – w moim przypadku – był matecznikiem, gdzie rodziła się świadomość młodych ludzi, którzy przyszli na studia. Świadomość głównie polityczna. Niejednokrotnie było to odzyskiwanie pewnej tożsamości. Nagle rozszerzały się horyzonty, nagle zaczęliśmy widzieć więcej. Na przykład cały język propagandy – jeśli ktoś go nie znał, to mógł nauczyć się odczytywać to wszystko poprzez zajęcia, chociażby z teorii literatury. Czyli wychowali nas do tego, byśmy potrafili żyć w wolnej Polsce. I teraz, kiedy w niej żyjemy, to jakoś ci nasi mistrzowie gdzieś się zagubili.

Muszę powiedzieć, że naprawdę interesujące było to, że w tak krótkim czasie potrafiliśmy się zorganizować na różnych polach. Z jednej strony działały fantastycznie wydawnictwa, tygodniki, a nawet krytyka literacka. Z drugiej strony od razu zorganizowana była informacja. Funkcjonowała również sfera kultury, jak teatry podziemne, teatry domowe. Istniał dział nauki. To wskazywało, że ta struktura enzetesowska plus doświadczenia pokoleń, których jesteśmy dziedzicami, zafunkcjonowały w tej sytuacji bardzo dobrze. Wówczas nie mieliśmy żadnych wątpliwości, co jest dobre, a co złe i kto jest wrogiem. Nie było żadnej relatywizacji. Kiedyś nawet myślałam o tym naszym pokoleniu NZS-u – może to jest niesłuszne określenie i ktoś może mieć do mnie żal o to, że tak mówię – ale ja z perspektywy czasu postrzegałam NZS jako ruch, który był całkowicie bezinteresowny. Tzn. przyszli ludzie z różnych miejsc Polski na studia, z różną świadomością. Dlatego specjalnie powiedziałam o tym, jak to było u mnie – to nie było tak, że ja przyjechałam już zupełnie ukształtowana politycznie. Ważne było to, że trafiłam na odpowiednich ludzi. Wydaje mi się, że o ile istniejącym wówczas organizacjom rok 1980 dawał jakąś realną władzę lub jej perspektywę, to NZS w ogóle o tym nie myślał. Myśmy działali zupełnie spontanicznie, wiedzieliśmy, że tak trzeba, że to jest konieczność chwili, bo przyszedł taki moment. Nikt nie myślał o tym, że to jest droga do jakiejś polityki, przejęcia władzy – tj. władzy nie w aspekcie korzyści oczywiście. Nie myśleliśmy, że będziemy kiedyś beneficjentami tej sytuacji – chociaż w pewnym sensie jesteśmy teraz. Nie było to naszym założeniem. Myślę, że dlatego byliśmy tacy spontaniczni, bezinteresowni i tacy do bólu ideowi.

Szczęśliwy koniec był taki, że pobraliśmy się, a po roku urodziło się nam dziecko. Ja się zajęłam domem, Adam zaczął pracować. Zaczął się też udzielać w strukturach Solidarności w Bibliotece Jagiellońskiej. Ja duszą byłam ciągle z nimi, natomiast wtedy już, po okresie NZS-u, podziemnego NZS-u i KKW NZS-u oraz stanu wojennego, czyli po 1983 roku nie udzielałam się już czynnie.