L00127 Marian Kubic

Z Encyklopedia Solidarności

Relacja Mariana Kubica

W momencie powstania Niezależnego Samorządnego Związku Zawodowego Solidarność jako ruchu masowego byłem szeregowym członkiem Związku. Jest kilka tego powodów, ale głównie może to, że było bardzo duże parcie wśród innych osób, natomiast ja miałem taki styl, że nie próbowałem się przebijać, chociaż mogłem. Pracowałem wtedy w FSM (Fabryce Samochodów Małolitrażowych) w Tychach, dzisiejszym Fiat Auto Poland. Wówczas, jak już zaznaczyłem, nie pełniłem żadnej funkcji i nie byłem wtedy nawet delegatem na zjazd wojewódzki związku. Byłem tam jakimś oddziałowym, szeregowym członkiem NSZZ Solidarność w moim zakładzie pracy.

Nie wykazywałem większej aktywności w działalności związkowej aż do momentu wprowadzenia stanu wojennego, kiedy wraz z paroma osobami próbowaliśmy zainicjować strajk na terenie zakładu. On może nie do końca się udał, ale sam fakt, że FSM stanął jako jeden z nielicznych zakładów w mieście, oczywiście poza kopalniami, których wystąpienia strajkowe są doskonale znane. Uważam to za jakiś tam sukces, niestety ten opór został złamany już w trakcie drugiej zmiany i produkcja ruszyła. Tak gdzieś po osiemnastej wychodziłem z zakładu z poczuciem porażki. Ale niemniej podjęliśmy próbę zawiązania akcji strajkowej. Już w styczniu, lutym, zaczęliśmy się zastanawiać w parę osób, co dalej. W osiemdziesiątym drugim roku stworzyliśmy takie ledwo zauważalne zręby struktur podziemnych Solidarności, obejmujących Tychy, w granicach zupełnie innych niż teraz. Był jeszcze Bieruń, Lędziny.. takie dwa większe ośrodki przemysłowe. Nasza działalność polegała wtedy na kolportowaniu ulotek, puszczaniu ulotek, bardziej takich pisanych jeszcze na maszynie. Wytwarzaliśmy wówczas indywidualne symbole, pieczątki. Chcieliśmy przekazać społeczności regionu, iż w dalszym ciągu pomimo wprowadzenia stanu wojennego Solidarność jest aktywna.

Natomiast w osiemdziesiątym trzecim roku nasza grupa była już lepiej zorganizowana. Powiem, to warto podkreślić, że podstawowa forma naszych kontaktów była bardzo ograniczona ze względów na warunki konspiracyjne, w których funkcjonowaliśmy, i zachowanie, których było warunkiem koniecznym. W zasadzie nie spotykaliśmy się w większej grupie jak sześć, siedem osób. Natomiast wyjątkiem były organizowane od czasu do czasu wszelkiego rodzaju wykłady uniwersytetu latającego, jak można go z dzisiejszej perspektywy nazwać. Ta cała działalność opierała się na głównych zakładach pracy funkcjonujących w naszym regionie, między innymi takich jak FSM, w którym ja pracowałem, to również była na pewno kopalnia węgla kamiennego Wesoła, była to, może w mniejszym stopniu, kopalnia węgla kamiennego Ziemowit, kopalnia węgla kamiennego Piast, a także, a może przede wszystkim tyski ZREMB, którego struktury podziemne były wówczas bardzo silne. Do tego grona zaliczyć należy również Solidarność kolejarską, byli również przedstawiciele służby zdrowia. W pewnym momencie takim naszym bardzo dużym sukcesem, który osobiście uważam za niezwykle znaczący, było zorganizowanie 31 sierpnia osiemdziesiątego drugiego roku pochodu, który udało się zorganizować, pomimo że Służba Bezpieczeństwa wiedziała prawdopodobnie o jego przygotowaniach. Aparat bezpieczeństwa prawdopodobnie doskonale zdawał sobie sprawę, że nitki prowadzą do FSM, tak więc już dzień wcześniej, kiedy autobusy odjeżdżały do fabryki, to jechaliśmy oczywiście w towarzystwie suk wypełnionych zomowcami, którzy uderzali pałkami o tarcze. Chcieli nas psychologicznie rozbroić. Udało nam się tylko z tego powodu, że wtedy autobusy były tak przepełnione, jechało nimi mnóstwo ludzi, i wtedy po prostu rzucono hasło „wysiadamy wszyscy”; to był pierwszy przystanek jak się od tyłu wjeżdża. Trochę siłą rozpędu ten marsz ruszył. Prześlijmy tą grupą przez całe centrum Tychów do kościoła. To była taka moja pierwsza prawdziwa satysfakcja, że coś takiego widocznego zaistniało, że coś udało się dobrze przygotować i przeprowadzić. Potem zaczęliśmy myśleć nad wydawaniem biuletynu, takiego o charakterze informacyjnym, pod tytułem „Dziś i jutro”. On się ukazywał z przerwami, w latach osiemdziesiąt trzy, osiemdziesiąt cztery i osiemdziesiąt pięć, i sześć. Nie był to regularny miesięcznik, ale ukazywał się, jak tylko była taka możliwość... jeżeli się nie mylę, to tych wydań było kilkanaście, drukowanych w nakładzie gdzieś tak tysiąca sztuk. Natomiast myśmy też sprowadzali bardzo duże ilości biuletynów. Bardzo różnego rodzaju. To był przede wszystkim „Tygodnik Mazowsze”. Był nawet taki okres, druga połowa osiemdziesiątego trzeciego, pierwsza połowa osiemdziesiątego czwartego, gdzie jednym z kanałów przerzutowych biuletynu „Tygodnik Mazowsze” były Tychy. Może nie na cały Śląsk, ale na tę część – Zagłębie, Gliwice. W jakiejś tam mierze koordynowałem kolportaż. I udawało nam się tak dosyć długo, poza pojedynczymi przypadkami, konspiracyjnie funkcjonować. Aż do osiemdziesiątego szóstego roku, pamiętam, do kwietnia osiemdziesiątego szóstego. Wtedy Służba Bezpieczeństwa zrobiła akcję rozpracowania, jak się dowiedziałem później. Tak podejrzewam, że miała wówczas miejsce szersza akcja rozpracowania, wówczas to miały również miejsce aresztowania. Znalazłem się w grupie tych kilkudziesięciu osób. Domniemywam, że taka okoliczność jest warta przypomnienia. Tam gdzie zawoziliśmy materiały do drukowania (matryce), pobieraliśmy z powrotem wydrukowane materiały, tam był, z tego wynika, kocioł. Czyli miejsce rozpracowane przez aparat bezpieczeństwa, ale mimo wszystko utrzymywane, aby dzięki temu można było rozpracować dane środowisko. Wówczas to pewnego zimowego wieczoru, to gdzieś było na przełomie grudnia i stycznia osiemdziesiątego piątego, osiemdziesiątego szóstego roku, jak żeśmy stamtąd wracali z kolegą, w którymś momencie zorientowaliśmy się, że mamy ogon. Fiat za nami jechał. Była mroźna noc, ulice były praktycznie puste, bo wtedy ten ruch był bardzo niewielki w porównaniu do dzisiejszych czasów, i tak dla higieny zatrzymaliśmy się, bo jechaliśmy jeszcze po drodze przez Imienin i Chełm, bo tam kolega był zwolniony z kopalni, tam miał pieniądze dla jednego z kolegów, który siedział w więzieniu. I tam zatrzymaliśmy się. Ja jechałem swoim maluchem oczywiście, ten fiat stanął za nami. Myśmy stamtąd jakieś dwieście metrów podeszli piechotą, tak kontem oka widziałem, że ktoś za nami też idzie, i wiedzieliśmy, że mamy ogon. Ja nawet nie bałem się, natomiast dzień wcześniej była dostawa z Warszawy prasy w ilości prawie czterdziestu kilogramów... gdzie to wszystko leżało u mnie w narożniku... tapczanie narożnym... dwa nesesery, duży plecak i to mnie martwiło, że tyle prasy przepadnie w pierwszym rzędzie... no cóż... nie mieliśmy za bardzo wyjścia... wróciliśmy do samochodu, ja odpaliłem... oni wsiedli... ponieważ kolega bardzo dobrze znał tamten teren... spróbowaliśmy wykonać kilka manewrów, które umożliwiłyby nam zgubienie ogona... ja trochę tam maluchem nieźle jeździłem, bo jeździłem wcześniej na torze, z kolegą próbowałem takie rajdziki robić, a maluchy na śliskiej drodze były wyśmienite. Duże fiaty nie miały z nimi szans i po prostu na granicy ryzyka zaczęliśmy im uciekać, po tych wszystkich tam miejscowych dziurach, w koło, wkoło... i w pewnym momencie straciliśmy ich z oczu. Odetchnąłem... uratowałem dużo prasy, pewnie poszedłbym siedzieć, co tu dużo mówić... czarno na białym mieliby doskonały dowód mojej działalności... Wpadłem do domu, jakoś zamelinowałem tę prasę i przez trzy miesiące był spokój... i też tak potem, może przypadek, nie za bardzo było gdzie tę prasę trzymać... bo to tak nie było łatwo znaleźć odpowiednią kryjówkę, zwłaszcza dla takich ilości materiałów, w głównej mierze nielegalnej wówczas bibuły. I znów po jakimś czasie zacząłem u siebie robić ten kolportaż. Wiem, że jednak są uczciwi ludzie, pracowałem wtedy w serwisie fabrycznym i telefon... nie znam do tej pory nazwiska tej pani z kadr, która zadzwoniła do mnie i bezinteresownie powiedziała do mnie: „Panie Marianie, co to takiego się z panem dzieje, że tutaj tacy panowie, prawda, dosyć podejrzliwi, pytali o pana, jak pan pracuje, od kiedy do kiedy, w jakim charakterze”. Ja tylko powiedziałem: „Dzięki za telefon”. Oczywiście wziąłem samochód służbowy i po pół godzinie te czterdzieści kilogramów prasy wywiozłem, zamelinowałem, no i jest faktem, że następnego dnia rano już mnie tam z parkingu zwinęli jak wsiadałem do samochodu... i byłem tutaj w Katowicach... powiem tak szczerze, że to mój pierwszy okres, w którym nie miałem kontaktu, ale dosyć dobrze się spisałem... panowie sami powiedzieli, że dobrze przerobiłem małego konspiratora... Powiedzieli do mnie bez ogródek „Bo przecież, ch..., jechaliśmy za tobą”. Ja oczywiście głupa udałem... i powiem tak szczerze, że na tyle nie mieli dowodów, że ku mojemu zdziwieniu, co prawda nie po czterdziestu ośmiu, ale pięćdziesięciu dwóch godzinach mnie wypuścili... to był trudny dla mnie okres... bo wszyscy koledzy wiedzieli, że siedzę, nagle wyszedłem. Nie wiadomo, co powiedziałem... co robić... nie było mi łatwo... trochę łyso... aczkolwiek w swoim sumieniu byłem spokojny... no ale po jakimś czasie wróciliśmy do działalności... to już był osiemdziesiąty szósty rok... już na jesieni to wszystko zelżało, potem jak były jakieś tam rocznice, uroczystości rocznicowe poświęcone zakazanym wówczas świętom narodowym, lub rocznice ważnych wydarzeń historycznych, to byłem wówczas regularnie wzywany na komendę, tak jak część działaczy, na daną godzinę, i byłem tam pod jakimś pretekstem przesłuchiwany i przetrzymywany. Oczywiście byłem też w tej grupie, która, z tego co dobrze pamiętam, była we wrześniu osiemdziesiątego któregoś roku wzywana, ileś tam tysięcy osób w skali kraju, na których chciano wymusić pod różnymi pozorami oświadczenie jakiejś tam lojalki. No, nawet na to dał się nasz doradca nabrać. Oczywiście zdecydowanie wyśmiałem ten pomysł... i tak dotrwaliśmy do osiemdziesiątego ósmego roku. Gdzie też, jako jeden z nielicznych zakładów, poza oczywiście górnictwem, które było dobrze zorganizowane, rozpoczęliśmy najpierw zbieranie podpisów do Sejmu, to chodziło bardziej o wydźwięk propagandowy... wtedy też ta lista, szczątkowa, wpadła gdzieś tam w ręce jakiegoś nadgorliwego sekretarza, ktoś tam powiedział, że ja z tym przyszedłem... no, oczywiście Służba Bezpieczeństwa próbowała mnie tam w zakładzie przesłuchiwać, ponieważ nie zgodziłem się w zakładzie pracy na przesłuchanie, więc wymyślili pretekst. Wezwał mnie mój przełożony, szef kontroli zakładowej, nie mogłem mu odmówić. Musiałem się zgłosić, ale to też było dla nich jałowe... potem złożyliśmy wniosek o rejestrację... tak na tej fali, do Warszawy do sądu... wiem, że nie było nas nawet za bardzo stać na prawnika. Kopalnie miały ten luksus, więc sam się nauczyłem tamtej formułki, takiej dwuzdaniowej, i na własny koszt do tej Warszawy pojechałem. Stawiłem się w sądzie oczywiście. Potem jeszcze zbierałem podpisy, jak były te strajki w sierpniu osiemdziesiątego ósmego roku. Myśmy na fali tego wszystkiego już we wrześniu powołali w Tychach Komitet Założycielski Solidarności, taki jawny. Pod szyldem zebraliśmy tam z szesnastu kolegów... nie ukrywam, że szukaliśmy wtedy, że tak powiem, tych działaczy z przed stanu wojennego, ja się ich doszukałem; z trzydziestu sześciu z komisji zakładowej na zakładzie zostało ich raptem trzech. Większość powyjeżdżała, rozpierzchła się i jakoś nikt nie chciał z tej grupy do nas dołączyć. Tak po prostu żeśmy sami nawiązali kontakt. Potem oczywiście z Bielskiem, z fabryką, śp. Jasiem, uciekło mi nazwisko, któremu zmarło się tak nie w czas... tak że do końca roku byliśmy już po wyborach. Pamiętam takie śmieszne sytuacje, jak dyrektor, czerwony, ale taki poczciwy, wystosował do nas pismo „Związek tzw. Solidarność”, no i był zmuszony już w lutym przeprowadzić wybory w skali zakładowej. Mieliśmy komisję zakładową, zostałem jej szefem, wyłoniliśmy delegatów na taki półjawny Zjazd w Ustroniu. Jeszcze wcześniej, jak powoływaliśmy ten komitet założycielski, wzywano mnie do prokuratury, namawiano, żebym zaangażował się w legalny związek, że tam też można wiele rzeczy zrobić i załatwić. Potem przyszła wiosna, Komitet Obywatelski, byłem członkiem Komitetu, nie wchodziłem tak za bardzo we władze, ale byłem członkiem. Pamiętam jak dzisiaj, że jeździłem po ościennych gminach, szukałem ludzi, bo wtedy ten okręg wyborczy był tutaj poprzez Mikołów, Żory itd. Na taki jeszcze pomysł wpadłem, że gdy nie wiedziałem, jak do kogoś trafić, to jechałem do proboszcza parafii... księże proboszczu, potrzebuję tutaj takich poczciwych ludzi... dostawałem polecenia, tak że jakoś ten Komitet uruchomiliśmy. Przyszła taka formalna legalizacja Związku. Ja z działalności związkowej formalnie odszedłem bardzo szybko, w dziewięćdziesiątym pierwszym roku. Powiem, szczerze, traktowałem związek jako jedyną możliwość wyartykułowania potrzeb, zrobienia czegokolwiek. Natomiast moją taką ideą to było, żeby cokolwiek robić, jak ja jakoś tam wtedy powiedziałem, żeby ten ogieniek nie zagasł. Potem przyjdzie, za ileś dekad, bo nikt nie zakładał, że w osiemdziesiątym pierwszym roku, że za jego życia system się rozwali, że będziemy mieli wolną Polskę. Z różnymi odcieniami, to odrębna sprawa, zakładano, że to może być kiedyś w przyszłości. Wychodziło na to, że ten ogień trzeba było osłonić, by potem inni mogli od czegoś zacząć, ponieść dalej... po prostu motywacje wzniosłe i nie ukrywam, że z perspektywy wielu lat, potem zaangażowałem się w działalność samorządową, w trzech kadencjach w Radzie Miasta w Tychach, byłem współzałożycielem, sygnatariuszem Porozumienia Centrum, które tu na Śląsku powstało w dziewięćdziesiątym roku, przez pierwszą dekadę całych lat dziewięćdziesiątych dochrapałem się nawet funkcji wiceprzewodniczącego, ale po tym okresie jakoś tak szybko wyłączyłem się z działalności. Z dwóch powodów. Coraz bardziej skrzeczało moje poczucie estetyki tych idei, a z tym, na co trafiano... takie kupczenie, układanie się, nieraz dosyć takie komiczne... bardzo źle to odbierałem. A powiem także szczerze, że z powodu mojej takiej naiwności, takiej bezradności. Nie umiałem kogoś przechytrzyć, nie umiałem szybciej skłamać... i uznałem, że trzeba też z czegoś żyć... bo to były takie czasy, kiedy wprost nie dawało się. Człowiek jakoś tam był w pracy szykanowany... i jak już zaczął się ten okres, po osiemdziesiątym ósmym roku, nie dostawałem podwyżek. Jak zacząłem się kręcić koło zbierania podpisów, to oczywiście przyszła inflacja i w ciągu jednego miesiąca moja pensja była zagrożona. Bałem się, że stracę połowę wynagrodzenia. Wkurzyłem się, walnąłem pięścią, bo też tak potrafię, u dyrektora pracowniczego i powiedziałem, żeby nigdy nie robił takich rzeczy, brak awansu z tym co się dzieje na rynku. Po prostu sam sobie zdaję sprawę, że za trzy miesiące będę zarabiał na parę bochenków chleba. Po tej awanturze rzeczywiście coś się tam w końcu ruszyło... prasy przewijało się mnóstwo. Człowiek to rozdzielał... trzeba było się rozliczać... nie każdy mógł od razu zapłacić, więc trzeba było trochę tych środków założyć. Tych papierów nie brakowało... bo tego drukowali w nadmiarze... można powiedzieć, że był to okres, kiedy działałem zupełnie bezinteresownie. Bo później, kiedy byłem w Radzie, można mi zarzucić, że profity, że władza, przywileje, natomiast to był jedyny taki okres, gdzie człowiek był jak niemowlę, niczego nie oczekiwał, co najwyżej mógł ponieść jakieś tam koszty, ja je poniosłem bardzo niewielkie w sumie. Uważam, że miałem trochę szczęścia, ale działaliśmy z rozmysłem, ja znałem przypadki, że ktoś jedną akcję przeprowadził i to wszystko sypnęło się. Z rozmysłem... znam też przypadki, że ktoś przez cały stan wojenny nie wychylił nosa. Trzeba było szukać tej równowagi.

Czy może Pan pokrótce odtworzyć strukturę w której Pan funkcjonował?

Mam gdzieś listę szesnastu osób, z którymi w różnych okresach kontaktowałem się. Te zakłady jak FSM, kopalnie, ERG, ZREMB, po prostu... w późniejszym okresie mieliśmy też kontakty z KPN-em, mieliśmy też kontakty poprzez Rysia Skalskiego z Solidarnością Walczącą, tak że nie byliśmy jedynym ośrodkiem, ale nie ukrywam, takim który się najbardziej zaznaczył, jeżeli chodzi o taką formę zorganizowania, oddziaływania na zewnątrz. Podstawowa siatka to Rysiek Ptasiński z Lenina, Tadeusz Janas ze ZREMBU, Jabłoński z kolejarskiej Solidarności, Rysiek Sałecki, Bolek Twaróg, Górny, tak bardziej w nurcie lewicowym. Oni byli z tej części zagłębiowskiej, od razu to zauważyłem po wykładowcach, których tutaj ściągali... bardzo porządni ludzie, aczkolwiek w większości zakładali Polskę Demokratyczną, niezależną, ale w dalszym ciągu o korzeniach socjalistycznych. Nie zastanawiałem się nad tym, ale teraz widzę, że byłem takim zdecydowanym prawicowcem, konserwatystą, ale w tamtym okresie nam to właściwie nie przeszkadzało we współpracy. Aż takim malkontentem nie jestem jak niektórzy, teraz pamiętam, jak było dwudziestolecie, miałem krótkie wystąpienie jako jedna z trzech osób nie zadawałem sobie takich pytań, jednak z perspektywy czasu wiele rzeczy mogłoby być inaczej. Gdyby mogło być inaczej, to pewnie by i było. Żaden kraj nie ustrzegł się błędów. Wszędzie były problemy, bo to była praktycznie rewolucja. To nie była rewolucja rozciągnięta na całe dekady. Na pewno gruba kreska tak, aczkolwiek jak słucham teraz tych tłumaczeń, że to było oddzielenie, tak zrozumiano, nie wiem jakie były intencje. Podejrzewam, że i były takie – nie oddzielajmy, było przed i po, tylko oddzielamy przeszłość. Pod względem moralnym jest to bardzo szkodliwe... może dlatego, że nie ma odniesienia... wszystko to tak się zamazało... i teraz przy każdej okazji to wychodzi... ja byłem zwolennikiem kapitalizmu, takiego pełnego, nie politycznego, aczkolwiek wiemy, w jakim kierunku to zmierzało. Prywatyzacje, nierzadko po zbóju ustalone, pod grupy wpływu i kapitału. Najlepiej było, jak SLD objął władzę, na szczęście nie zrealizowali w stu procentach tych swoich zamierzeń. Nad tym parasol roztaczał sam prezydent... to były takie, po prostu... cena, jaką zapłaciliśmy, my na dole, bo zawsze z rewolucją, która w jakiejś części pożera swoje dzieci. Tego nie żałuję, ale też ciężko tyram, świadomie, żeby przedłużyć sobie kondycję. Wielu moich kolegów z tamtego okresu po prostu nie odnalazło się w nowej rzeczywistości. Z wielu powodów. Część musiała wyjechać, część nie mogła się szybko przestawić na nowy sposób myślenia albo uwierzyli w zapewnienia, hasła. Co by nie powiedzieć, systemy są porównywalne. Możemy w każdej chwili to co złe naprawić, a nie walczyć i robić coś od nowa.