L00128 Tadeusz Janas

Z Encyklopedia Solidarności

Relacja Tadeusza Janasa

W roku 1979 pracowałem w ZREMB-ie, byłem brygadzistą na Wydziale Konstrukcyjno-Spawalniczym. Nie przynależałem wcześniej do żadnej partii politycznej, oczywiście tylko jedna była, ta niechlubna, nie należałem do niej, chociaż ciągano mnie jako brygadzistę, wręcz nękano, abym się zapiał do partii. Tłumaczyli, że byłem dobrym fachowcem i takich potrzebowali. Co mnie wzywali na taką rozmowę, to ja im zawsze wytykałem błędy albo ekonomiczne zakładu, albo organizacyjne. Zawsze mówiłem, załatwcie te wszystkie sprawy, to dopiero wtedy porozmawiamy. Załatwcie, aby były potrzebne materiały, aby front robót był, żeby zakład prosperował, ekonomicznie dobrze funkcjonował. Później zostałem trochę temperowany, byłem przeniesiony na inne stanowisko, na moje miejsce przydzielili innego brygadzistę, partyjnego zresztą. Zmieniłem stanowisko, przeszedłem na wydział o mniejszym trochę zarobku. Miałem wtedy już dwójkę dzieci. W tym okresie zaczęło się moje zainteresowanie nielicznymi inicjatywami opozycyjnymi. Krążyły słuchy o tworzeniu nowego związku, to były takie pierwsze sygnały. Byłem tym wszystkim zainteresowany i co nieco wpadało w moje ręce (jakaś gazetka nielegalna, różne inne wydawnictwa). „Tygodnik Powszechny” zaczynał już coś tam pomału pisać. Zaczynały się już spotkania organizowane przez KIK (Klub Inteligencji Katolickiej) w salkach parafialnych. Następnie nastał rok 1980, gdy powstała Solidarność, ja pracowałem normalnie, zapisałem się oczywiście do związku Solidarność, ale nie pełniłem żadnej funkcji, ani w zarządzie, ani w żadnej innej strukturze, byłem zwykłym szeregowym członkiem ruchu. Były wówczas akcje w zakładzie pracy, jeszcze przed stanem wojennym, a także kontrakcje władzy, jak na przykład próba zawieszenia działalności, delegalizacja. Myśmy na terenie zakładu organizowali specjalną straż. Popołudniami, w obawie przed jakąś próba dywersji na terenie zakładu pracy, ponieważ dochodziły do nas już jakieś słuchy, że zdarzały się takie próby dywersji w innych miastach, pełniliśmy straż, ja również jako członek związku. Pełniłem takie dyżury po godzinach pracy, w trakcie których obchodziliśmy zakład pracy, pilnowaliśmy bram zakładu i wszystkich miejsc, gdzie mogło się coś wydarzyć. Następnie nastąpił wybuch stanu wojennego. To była pierwsza, najsilniejsza taka moja wewnętrzna mobilizacja, żeby już całkowicie się włączyć w ruch opozycyjny. Całkowicie już... czyli na siłę szukałem kontaktów, gdzie można, z kim, co.

Zajmowaliśmy się w głównej mierze niezależnych ruchem wydawniczym... kolportaż wydawnictw niezależnych był na porządku dziennym, wszystkie możliwe tytuły organizowane były przez znajomych i w ten sposób tworzyła się sieć zależności.

Początek stanu wojennego to dwa dni strajku w ZREMB-ie. Strajkowała liczna grupa, chyba około stu osób, chociaż zakład liczył około tysiąca pracowników, włącznie z pracownikami umysłowymi i z grupą pracowników z wydziału delegacyjnego (która stanowiła dużą grupę pracowników, zdaje się że około połowy było w terenie). Strajk miał charakter okupacyjny, głodowy od razu. Przewodniczącym komitetu strajkowego był Leszek Piotrowski – mocna postać w tym ruchu. To był początek, jak zaznaczyłem, pełnej determinacji z mojej strony, jak i podobnie osób z innych zakładów. Zajęliśmy się już całkowicie działalnością polityczną i opozycyjną. Prowadziliśmy liczne akcje na terenie zakładu, organizowaliśmy rocznice, na przykład 3 maja. Wszystkie święta państwowe nieuznawane wówczas były wtedy przez nas ulotkowane. Ulotki opatrzone były pieczątką, najczęściej robioną w gumie. Mieliśmy faceta, który od chirurgów skalpele załatwiał i rzeźbił w gumie, robiąc te pieczątki. I to wszystko było z okazji każdej rocznicy i nieuznawanego święta, wtedy cały zakład był dosłownie zasypywany. Pojawiały się liczne naklejki, nawet na autobusie, który ludzi przewoził do pracy. Napis „Solidarność” był na całej długości autobusu (to z kolei zrobił Bogdan Budaj). Napis był od strony przeciwnej niż kierowca, więc gdy autobus jeździł po mieście to kierowca nawet nie wiedział o tym, chyba dopiero ktoś go zatrzymał i usunięto znak. Wieszaliśmy również flagi na słupach (oczywiście w nocy), to wszystko robiliśmy oczywiście już w czasie stanu wojennego. Flaga z napisem „Solidarność”. To pamiętam, że ja osobiście wchodziłem na słup po pasku (przypomniał mi się taki sposób z dziecięcych czasów). Taka flaga czasami wisiała pół dnia, aż ktoś jej nie zdjął. W tamtym okresie w dalszym ciągu nie pełniłem żadnych funkcji w związku. Ja raczej unikałem działalności stricte związkowej. Zresztą to już mówiłem kiedyś moim znajomym, w mojej ocenie związek związkiem, ale ja tam wyczuwałem przełom polityczny, mnie wyłącznie to interesowało, a nie rozdzielanie ubrań czy pietruszki i ziemniaków na terenie zakładu dla pracowników. Ja widziałem w ruchu wielką możliwość, zresztą byłem o tym przekonany, że to ma sens, a sprawy związkowe, owszem, niech pracownik będzie silny, mocny, ale to mnie nie interesowało. Na terenie zakładu było nas kilku, kilkunastu aktywnych. W okresie internowań organizowaliśmy zbiórki dla rodzin osób internowanych. I ciągłe, masowe rozpowszechnianie bibuły niezależnej. Każdy z tych naszych pracowników, a przynajmniej większość, niektórzy pełnili rolę skrzynek, brał pięćdziesiąt egzemplarzy gazet i rozprowadzał w swojej brygadzie czy w swoim zespole. Takich nas było w zakładzie około pięciu, siedmiu. Pozostała część zakładu korzystała z tej bibuły. Mało tego, to trochę z mojej inicjatywy i Ryśka Skałeckiego też znaleźliśmy kontakty zewnętrzne. Nawet ludzi, których nie znaliśmy wcześniej. Na przykład niejaka Mirosława Błaszczyk oraz Grzegorz [Wacławik] w Tychach, Janusz Smela był ich bliskim znajomym. Ta współpraca rozszerzyła się właśnie przez Janusza Smelę. Dzięki temu to rozszerzyło się na grupę Gliwice, inne poza-Tyskie podziemne grupy organizacyjne. Ten kontakt się nawiązał i trwał. Wtedy rozpoczęła się już działalność masowa, wręcz taka działalność w pełni zorganizowana. Do nas ktoś przyjeżdżał po materiały, które myśmy mieli, a myśmy z kolei prowadzili dalszą wymianę zorganizowaną.

Na skutek odnalezienia u mnie dużej ilości materiałów zostałem aresztowany. Sypnął mnie jeden z naszych... Kraśny (imienia nie pamiętam). On nas wszystkich sypnął, całą tę naszą grupę tyską. Wtedy to znaleziono u mnie te materiały. Kwestię tych materiałów to na sprawie nawet prokurator Nakonieczny podkreślał (nie wyraził on wówczas zgody, abym odpowiadał z wolnej stopy, o co wnioskował mój obrońca, ponieważ wówczas żona chorowała, a ja dwoje dzieci miałem). Wtedy to wspomniany prokurator Nakonieczny na sali powiedział, że w stosunku do mnie akurat on nie wyraża zgody na zwolnienie z aresztu i odpowiadanie z wolnej stopy ze względu na to, że posiadałem 44 albo 45 (to jest sprecyzowane w wyroku) egzemplarzy różnych tytułów wydawnictw bezdebitowych. To był przegląd całego kraju: Szczecin, Gdańsk, Małopolska, Podbeskidzie. Wszędzie tam, gdzie mieliśmy kontakty, stamtąd miałem partię materiału. Ze względu na to prokurator się nie zgodził mnie wypuścić. Każdego z tych tytułów miałem po kilka egzemplarzy, niektórych kilkadziesiąt lub więcej, na przykład „Tygodnika Mazowsze”, którego byłem kurierem z Warszawy przez rok. Wydawnictwa były wszelakie. Zarekwirowali mi około dziesięciu egzemplarzy Folwarku zwierzęcego Orwella oraz masę innych wydawnictw, przykładowo numery „Kultury” paryskiej, londyńskie wydania książek. Wśród nich była nawet zagraniczne wydanie Biblii, którą też rozprowadzaliśmy. Było również masę innych rzeczy: cegiełek, znaczków, przypinek, wszelkiego rodzaju gazetki, z których po jednym egzemplarzu zawsze starałem się zostawiać dla siebie. Miałem specjalnie przygotowaną skrytkę w piwnicy w moim bloku, w którym wówczas mieszkałem, ale ten gościu właśnie o niej sypnął, ponieważ raz odbierał tam ode mnie materiały i w trakcie śledztwa to wyszło, po tym jak mnie aresztowali, że to od niego się o tej skrytce dowiedzieli. Bezpieka oczywiście zlikwidowała całą skrytkę. Następnie nastąpiła amnestia. Wyrok nie był ogłoszony. Były dwie rozprawy, ta druga to już była właściwie sztucznie przedłużana (ponieważ obyła się w czerwcu, przed 22 lipca, kiedy ogłoszono amnestię). Myśmy już wiedzieli, że pewnie w lipcu wyjdziemy. Zostałem zwolniony gdzieś po około dziewięciu miesiącach. Po moim wyjściu nie bardzo potrafiłem się odnaleźć w tamtej rzeczywistości. Solidarność zarówno w moim mieście, jak i gdzie indziej była przytłumiona. Były to działania, jak ja sobie przypominam, polityczne przedokrągłostołowe. Wypowiedzi na przykład Lecha Wałęsy w Piekarach Śląskich, który mówił „co tam Solidarność Walcząca, co tam Konfederacja Polski Niepodległej, to wszystko taka mucha za uchem słonia, że owszem oczyszcza, ale nic nie zmienia, nic nie zrobi”. A myśmy również mieli kontakty zarówno z Solidarnością Walczącą, jak i z KPN-em. Były również wypowiedzi Kuronia, to wszystko było takim hamowaniem ruchu opozycyjnego. Miałem na przykład powielacz z grupy tyskiej Solidarności i drukowaliśmy na nim wiele ulotek, deklaracji. Już później, w 1988 roku jak następowało odtworzenie struktur Solidarności, wtedy to właśnie drukowało się deklaracje dla zakładów pracy. Ale przed Okrągłym Stołem była awantura o ten powielacz. Mnie tam trochę nawet szkalowano, ponieważ byłem członkiem Solidarności, pracowałem w zakładzie pracy (w 1988 roku założyłem komitet zakładowy Solidarności w takiej małej firmie, ponieważ w ZREMB-ie po zwolnieniu z aresztu już mnie nie zatrudnili ponownie, odmówiono mi przyjęcia). Zmieniłem wówczas zawód, pracowałem w takiej małej spółdzielni, tam właśnie byłem przewodniczącym Solidarności, ale równocześnie w 1985 roku wstąpiłem do Konfederacji Polski Niepodległej. W głównej mierze ze względu na to, że Solidarność, jak mówiłem wcześniej, przycichła, i to zdecydowanie, szczególnie przed Okrągłym Stołem. A ja w dalszym ciągu trzymałem się tego przekonania, tej idei walki opozycyjnej o wymiarze politycznym. Ja walczyłem o zmianę ustrojową, którą widziałem i wierzyłem. że jest możliwa, że musi nastąpić. Tylko trzeba było w tym kierunku działać. Nie godziłem się z tym, że należało działać ciszej czy dać sobie spokój, a takie sygnały z góry solidarnościowej były. Zwłaszcza przed Okrągłym Stołem nawoływano, aby przyciszyć działalność. Były próby układowe i tak dalej. Właśnie dlatego wstąpiłem do Konfederacji Polski Niepodległej, aby działać. Będąc członkiem KPN-u, w dalszym ciągu działałem w Solidarności, tylko że miałem szerszą furtkę. Miałem ludzi z KPN-u, którzy nie zaprzestawali działalności opozycyjnej, tak jak Solidarność. Poza tym mieli dużą bazę kontaktów, o takim kierunku bardziej, bym powiedział politycznym i to mnie interesowało. Następnie powstała grupa KPN-u w Tychach. Najpierw siedmioosobowa chyba. Po 1989 roku mieliśmy w Tychach biuro KPN-owskie oraz masę sympatyków i wielu członków. Z listy KPN-u byłem w latach 1990-1994 radnym miasta w Tychach. Po 1990 roku w dalszym ciągu prowadziłem działalność w KPN-ie. Przed 1989 rokiem byłem jeszcze na kongresie KPN-u w Warszawie. To był trzeci kongres KPN-u, który został przerwany (rozbity po prostu). Druga część tego kongresu była w Krakowie przy którymś z kościołów, nie pamiętam teraz którym. W Krakowie tylko wysiadłem na peronie i już zostałem zatrzymany.

W trakcie mojej działalności KPN-owskiej utrzymywałem kontakty z ludźmi Solidarności i do dzisiaj utrzymuję przeważnie z tymi ludźmi kontakty na zasadzie przyjaźni. Chociaż niektórym się mocno poglądy zmieniły dzisiaj – w nowym demokratycznym kraju. Co do niektórych to mnie bardzo zszokowało. Oczywiście utrzymujemy kontakt.

Przez moją działalność opozycyjną z pewnością ucierpiała moja rodzina. Z moją małżonką w latach późniejszych się rozeszliśmy, a ja przeprowadziłem się do Chorzowa, gdzie mieszkam do dnia dzisiejszego.

Czy może powiedzieć Pan coś więcej o swoim pobycie w areszcie?

Całe osiem miesięcy z kawałkiem byłem trzymany w pawilonie dochodzeniowym, pawilon D na Mikołowskiej w Katowicach. Później, jak się już dowiedziałem po wyjściu z aresztu, trzech moich współwięźniów z naszej tyskiej grupy było już dawno na wpółotwartym pawilonie (pawilon A czy B). Tam przykładowo na spacer wychodziło po kilka cel. Ja byłem do samego końca w celi, gdzie tylko trzech, czterech było i tylko z tej celi nas wypuszczali na spacer. Cały czas byłem izolowany. Bardzo często zmieniano mi celę. Wpuszczano mnie do innych, to było naprawdę podłe, to było dla mnie najbardziej upokarzające. W każdej celi był konfident. Ale ja jako laik w sprawach aresztanckich raz tam może coś chlapnąłem. Może coś tam powiedziałem, ale nigdzie nie zostało to wykazane, abym to przeciwko komuś zrobił. Nie przeciwko komuś, ale w mojej sprawie, to owszem czasem się w celi rozgadałem z współwięźniem. Siedziałem ze starymi wygami, starzy wyjadacze czy wręcz recydywiści, ponieważ mnie również z recydywistami trzymano w areszcie, i oni doskonale wiedzieli, jak człowieka podejść. Jakieś tam szczegóły z mojej sprawy z mojej celi mogło gdzieś tam dotrzeć, ale nie miało to żadnych skutków. Moim obciążeniem w procesie były te materiały, które u mnie znaleziono, i zeznania kilku osób, głównie tego jednego Kraśnego, który powiedział wszystko w zasadzie (że brał ode mnie materiały, że przekazywał mi pieniądze dla rodzin internowanych), wszystkie rzeczy, o których wiedział, ale o wszystkim też nie wiedział. Z kim mam kontakt? Od kogo biorę materiały? Tego nie wiedział, ponieważ nawet w grupie trzymaliśmy zasadę posiadania niepełnej informacji. Skąd ja mam materiały bądź gdzie ja je przekazuję, to każdy swój fragment działalności miał dla siebie. Nawet wśród najbliższych. Z Ryśkiem Skałeckim, z Bogdanem Budajem to byliśmy otwarci, no bo musieliśmy się razem trzymać. Natomiast pozostali, którzy współpracowali w grupie na zasadzie druku czy kolportażu, to oni o wszystkim nie wiedzieli. Nie musieli wiedzieć. Cóż jeszcze mogę dodać do tego okresu aresztowania? Najważniejsze dla mnie było to, iż cały czas byłem na tym oddziale dochodzeniowym, gdzie był ścisły reżim. Poza tym chodziło o to, to z materiałów dochodzeniowych wynikało (to wszystko jest w Instytucie Pamięci Narodowej, w aktach są takie notatki, na widok których zjeżyły mi się włosy na ciele, nie miałem o tym pojęcia), że oni wiedzieli, iż ja miałem dosyć duży zasięg działania, i chyba dlatego chcieli wyciągnąć coś ze mnie i trzymali mnie na tym cięższym oddziale, a pozostałych puścili na lżejsze pawilony. Tamci pozostali byli lojalni poza tym jednym i mówiąc kolokwialnie trzymali buzię na kłódkę. To, że Rysiek Skałecki ode mnie brał materiały albo ja od niego, albo żeśmy wspólnie akcje robili, ani ja, ani on absolutnie o tym nie mówiliśmy. Znaliśmy się, ponieważ oczywiście na jednym zakładzie pracowaliśmy, nic więcej. Mimo ciągłych przesłuchiwań, trzy razy w tygodniu przynajmniej, po dwie, trzy godziny. Ten sam gościu przychodził i to samo pisał na okrągło. Tylko nie mogło być tych potknięć, że dzisiaj mówiłem to, a na drugi dzień co innego, albo coś dodatkowo.

Stan wojenny to była taka moja pełna determinacja, jak mówiłem, aby się włączyć w nurt niezależny. Moment aresztowania, to wszystko, co działo się w areszcie, a następnie moje wypuszczenie to było dla mnie bodźcem do kontynuowania działalności, właśnie tym bardziej.

Czy mógłby Pan przywołać osoby z którymi Pan współpracował w trakcie swojej działalności, aby można było odtworzyć strukturę organizacyjną w której Pan funkcjonował? A także proszę powiedzieć, w jaki sposób odczuwana była aktywność aparatu bezpieczeństwa w Pańskiej działalności.

Rozrost grupy, rozrost działalności, szerzenie działalności następowało w każdym z nas na zasadzie samomobilizacji raczej, tu nie było żadnej formalnej grupy, w której było nazwane, iż ten czy tamten jest szefem. To po prostu było samo zaangażowanie. I ta grupa dlatego działała, ponieważ każdy z nas miał świadomość, że należy wreszcie coś zrobić. W zasadzie każdy z nas był indywidualistą. Pewne pomysły działalności opozycyjnej, jak na przykład wykonanie plakatu antykomunistycznego w jakimś widocznym miejscu lub na przykład przed pierwszym maja, kiedy wszystkie symbole komunistyczne były przyozdabiane, a myśmy w nocy wszystkie te figurki, pomniki, obrazy Lenina, napisy propagandowe i tym podobne obrzucili wydmuszkami z farbą. To był na przykład mój pomysł. Ktoś inny wymyślił coś innego. W grupie naszej, właśnie poprzez różne znajomości, doszliśmy do wspomnianych Wacławików. Nie znałem ich wcześniej, ale w końcu jeden przez drugiego się z nimi skontaktowaliśmy. Oni organizowali, jak by to nazwać, takie swego rodzaju wieczorne fakultety. Przyjechał na przykład profesor Balcerek z Warszawy. Nam te wszystkie wykłady były potrzebne, ponieważ on nam kwestie ekonomiczne, gospodarcze jako osobom na poziomie średnim wykształcenia świetnie wykładał, a myśmy to wszystko wchłaniali. To były oczywiście takie fakultety nielegalne. Były również spotkania z ludźmi z Klubów Inteligencji Katolickiej, czy również inne osoby polityczne zaangażowane. Ja zorganizowałem na przykład nielegalne spotkanie z Moczulskim w domku parafialnym przy parafii Marii Magdaleny w Tychach. Uczestniczyło w nim bardzo dużo ludzi.

Jeżeli chodzi o odczuwanie działalności bezpieki, to początkowo pojawiały się rewizje, ponieważ masa ulotek zaczęła się pojawiać na zakładzie, więc zaczęły się u mnie najścia w domu. U mnie było chyba kilka rewizji. Jeśli coś znaleźli, to zatrzymywali na 48 godzin. Zatrzymano mnie tak około pięciu razy. Później to już bezpieka wiedziała, że funkcjonuje ta nasza tyska grupa. Pomału padły podejrzenia co do osób. Mnie, Skałeckiego nachodzono (on był również internowany, ponieważ on pełnił funkcję wiceprzewodniczącego Solidarności w zakładzie i był internowany z tej racji, a poza tym znaleziono u niego w pracy masę bibuły). Następnie też w jakiś sposób bezpieka dotarła do mnie. To prawdopodobnie w zakładzie wyszło, tam doskonale wiedzieli, kim ja jestem. Zresztą ja się nigdy nie ukrywałem z poglądami. Nawet jak były jakieś gazetki, to ja dawałem oficjalnie różnym osobom. Przeszukania i zatrzymania na 48 godzin miały miejsce głównie przed różnego rodzaju świętami i rocznicami. Pamiętam dokładnie rozbicie manifestacji pod Katedrą Chrystusa Króla w Katowicach. Szliśmy wtedy jako czołówka (ja, Skałecki i Budaj). Wtedy nas w trakcie tej manifestacji rozbili. Ja zdołałem uciec. W trakcie ucieczki rozbiłem sobie kolano, ponieważ trochę mnie poturbowali wówczas. Później już przed każdymi tego typu uroczystościami: 11 listopada, 3 maja, to miały miejsce sytuacje, że osiem godzin w pracy miałem obstawę esbeków. Oficjalnie byłem pilnowany. Przykładowo pracowałem z dwoma osobami jako brygada. Gdy dojeżdżałem autobusem do Wesołej, gdzie wówczas pracowałem, to esbecy jechali za autobusem dużym Fiatem i zatrzymywali się na każdym przystanku i tak aż do miejsca pracy, czy wręcz wchodzili za mną do miejsca, gdzie się przebieram. Tam się ładnie przedstawili i zakomunikowali, że będą dzisiaj obserwowali, jak pracuję. Ja zrobiłem z tej sytuacji wówczas niezły numer, ponieważ po przebraniu się poszedłem do innego pomieszczenia i jednemu z kolegów, z którym miałem tego dnia pracować w brygadzie, powiedziałem: „Piotrek, mamy dzisiaj dwóch pomocników, to znajdź tam jakieś dwie szpachelki, to będą skrobać”. Oni się wówczas oburzyli, dlaczego mówię takie rzeczy innym pracownikom i tym podobne. Mało tego, po skończonej pracy miałem przyjechać do Katowic, ponieważ były planowane obchody 11 listopada. W międzyczasie ci dwaj esbecy i duży Fiat się stracili. Kiedy jechałem do Tychów pociągiem, mój kolega Piotrek, z którym jechałem, powiedział, iż oni przez cały czas mojej pracy kręcili się po okolicy. Poprosiłem go, aby przeszedł się po pociągu i zobaczył, czy gdzieś ich tam nie ma w jednym czy drugim przedziale. I oczywiście się okazało, że byli w tym pociągu. Co więcej, odprowadzili mnie pod sam dom w Tychach, ponieważ pojechałem od razu do domu, ostatecznie nie byłem tego dnia w Katowicach. Dopiero z domu, z ogólnodostępnego telefonu w bloku zadzwoniłem do Adama Słonki i powiedziałem, że nie przyjadę tego dnia ponieważ mam ogon od samego rana. Nawet jak byłem w domu, to w dalszym ciągu widziałem, jak stali pod pobliskim pawilonem handlowym. Później byłem inwigilowany praktycznie na każdym kroku. Były nawet, już w tej nowej pracy, to była Budowlano-Przemysłowa Spółdzielnia Pracy (ta, w której założyłem struktury Solidarności w 1988 roku), takie sytuacje, że prezes i wiceprezes spółdzielni byli nachodzeni w mojej sprawie przez Służbę Bezpieczeństwa, również w sprawie Ryszarda Skałeckiego, który później również pracował w tej spółdzielni (najpierw razem pracowaliśmy, a potem nas rozdzielili). Prezesi wezwali nas raz na rozmowę i poinformowali, że przychodzili do nich pewni panowie i wypytywali o nas. Powiedzieli również, że podsuwali im fałszywe informacje na nasz temat i nakłaniali, aby się nas pozbyli. Przykładowo kiedy pracowałem na Wesołej, a oni przyszli do prezesa i powiedzieli, że ja w Gliwicach ulotki antypaństwowe rozrzucałem, co oczywiście było jawnym kłamstwem, bardzo łatwym do udowodnienia. Prezesi wiedzieli, że to było niemożliwe, i otwarcie mi o tym powiedzieli. W późniejszym okresie za każdym razem mnie informowali, czy i kiedy byli, ale nie wiedziałem już, o co pytali. Opowiadali mi to następnie długo po fakcie. Prezesi też jakby próbowali się coś więcej ode mnie dowiedzieć. Doskonale wiedzieli, jakie ja mam poglądy, ale wiedzieli też, że jestem dobrym fachowcem, i powierzali mi bardzo odpowiedzialne zadania. Byłem wręcz prowadzącym grupę. Mieli do mnie pełne zaufanie i nie obawiali się jakiś moich poczynań dywersyjnych.