L00129 Ryszard Skałecki

Z Encyklopedia Solidarności

Relacja Ryszarda Skałeckiego

Kiedy ruch solidarnościowy powstał w zakładzie, powstał komitet założycielski, następnie powstały struktury NSZZ Solidarność. Zostałem wybrany do komisji zakładowej. Byłem członkiem komisji zakładowej, a później zostałem jeszcze do tego wybrany na przewodniczącego komisji mieszkaniowej w ramach Solidarności, zresztą innej komisji już nie było, tylko taka. Można powiedzieć, że była to moja normalna działalność związkowa, którą prowadziłem w tej komisji. Następnie przyszedł stan wojenny. Jak spotkaliśmy się z kolegami, szczerze mówiąc to nie wiadomo było co robić. Kary bardzo poważne itd., ale doszliśmy do wniosku, że zobaczymy, co da się zrobić w zakładzie i wyszło tak, że wybuchł spontaniczny strajk. Szczerze mówiąc, to wyszedł z mojej brygady, gdzie byłem wtedy brygadzistą. Strajk wybuchł faktycznie bez oficjalnego przywództwa, można powiedzieć, że był to spontaniczny strajk. Strajk trwał praktycznie tylko półtora dnia, ponieważ potem dostaliśmy informacje (nie było na zakładzie żadnej łączności, ale mimo to dostaliśmy informację), że FSM zakończył strajk. Nie wiedzieliśmy oczywiście o Ziemowicie, o kopalni, że dalej stoją. Tak więc zakończyliśmy strajk. Mnie następnego dnia, bo strajk był czternastego i piętnastego grudnia, szesnastego mnie wzięli z zakładu. Pięć osób nas zabrali. Oskarżali nas o przywództwo strajku... nie potrafili tego jakoś udowodnić... nie było nikogo, kto by stwierdził, że tak, no wiadomo spontanicznie, wiadomo, że do strajku przyznawaliśmy się, bo byliśmy... nie dało się powiedzieć, że „nie”. Byliśmy w strajku, ale podkreślałem, że chciałem w nim uczestniczyć sam, to była moja decyzja itd. Byłem zatrzymany na czterdzieści osiem godzin, a następnie było kolegium. Na kolegium zostaliśmy skazani na grzywną i ostatecznie nas wypuścili. Szczerze mówiąc, to tak jak nas zabrali z zakładu (zabrali z zakładu w brudnych rzeczach roboczych), tak żeśmy w tym areszcie spali, tak nas zawieziono na kolegium, jeszcze bez sznurowadeł, bez pasków, tak jak nas z aresztu wyciągnęli, tak nas wywalili przed komendę, kazali nam wynosić się. To mówimy: „Odwieźcie nas”. „Spierd...!” Jakaś babka nas samochodem z Łączności (taka, co pocztę rozwoziła) podrzuciła do zakładu. Byliśmy zmarznięci, bo wtedy naprawdę zimno było strasznie, ja tylko w koszulce i w bluzie. Następnie, samo przez się przyszło to, że człowiek się zaangażował jeszcze bardziej, może nie na złość, ale wszystkich nas bolało to, że stan wojenny wprowadzono. Część ludzi jednak zdecydowała się dalej robić swoją robotę. Tzn. nieoficjalnie – wiadomo, że dalej zbieraliśmy składki, raz, że było to praktycznie od początku, można powiedzieć, że byli internowani na zakładzie, po kilku dniach przewodniczącego Solidarności aresztowano, internowano, tak więc zaczęliśmy zbierać składki. Wiadomo, że nie był to cały zakład, ale tylko ci koledzy, którzy zdecydowali się płacić. Oczywiście była zapłata za urodzenie dziecka, śmierć rodzica, tak jak było w związku, tak teraz też była pomoc w trudnych sytuacjach. No i pomoc dla represjonowanych, zarówno z zakładu, jak i struktur związkowych. Z różnych miejsc ludzie byli zamknięci. Potem przyszły inne formy działalności, np. pisanie napisów na blokach (teraz mam nerwy, kiedy widzę pomalowane mury, ale wtedy robiliśmy po to, by pokazać, że jednak nie zniszczyli ducha Solidarności). Było to pisanie na murach, na ulicach, jakimiś farbami... ulice to te w mieście lub wylotowe... by było bardziej widoczne... Wiadomo, że część utrzymała się, a część została rozjechana przez samochody, chociaż wiadomo, że wtedy tych samochodów nie było tak dużo... powoli zawiązywały się grupy, w których coś się robiło, chodziło na akcje, malowanie plakatów, zamalowywanie tych takich komunistycznych plansz farbą, a potem usprawniliśmy to sobie – robiliśmy wydmuszki z jajek, napełnialiśmy farbą i rzucaliśmy tak przygotowaną amunicję... przygotowaliśmy również pierwsze próby druku jakiś ulotek, nie było techniki, nie było wiadomo jak. Tych pierwszych prób nie można uznać za udane.

Następnie w kwietniu zostałem internowany. W czerwcu miałem ataki kamienicy nerkowej (już wcześniej miałem kamienie) i lekarz obozowy zdecydował, że muszę pójść do szpitala na operację. Wtedy było tak, że w szpitalach wolnościowych było się bez dyscypliny i orzekli, że lepiej mnie zwolnić i po prostu zwolnili. Trochę wkurzony byłem, bo tu już miałbym operację, a na wolności musiałem jakby od nowa przechodzić całą procedurę. A w obozie w tym czasie była cała czołówka regionalna (w naszym baraku był akurat Waliszewski), w innym Rozpłochowski, zresztą z podziałem na sympatyków, zwolenników, bo takowe podziały wtedy były. Były wtedy dwa Zarządy Regionu, Rozpłochowskiego i Waliszewskiego. Coś nie coś się człowiek się nauczył w internowaniu... jak pieczątki robić... potem, jak wyszedłem, był jeden sprytny chłopak, który robił pieczątki, miał dryg w rzeźbieniu... wszystko ręcznie wykonywał... no teraz, przy obecnej technice, z pewnością szybciej by to zrobił. Zaczęliśmy od ulotek „Solidarność żyje”, „Solidarność walczy” itp. Potem udało się kogoś w banku znaleźć, który (wiadomo, że za pieniądze) dokonał wymiany dziesięciozłotowych banknotów, które były w normalnym obiegu. Dostało się dwa, trzy bloczki takie i wtedy stemplowało się je małą pieczątką „Solidarność” i potem puszczano je w oficjalny obieg. Czasami zdarzyło się, że sprzedawca kapnął się, że tam jest taka nieprzyjemna pieczątka, ale wtedy człowiek szybko wycofywał się ze sklepu. Potem zaczęliśmy różne takie okolicznościowe niespodzianki przygotowywać... na pierwszego maja różnymi technikami przygotowywano plakaty, do tego dochodzą próby manifestacji pierwszomajowych. Tutaj znajduję w swoich dokumentach jakieś zdjęcia z tego, co Solidarność robiła. Jeździliśmy z własnej potrzeby na kopalnię Wujek szesnastego grudnia. Jeden niósł wieniec, drugi zakonspirowaną szarfę i dopiero na miejscu się to rozwijało... robiliśmy też pierwszego listopada akcję w Tychach, gdzie były... teraz nie wiem, czy to był osiemdziesiąty drugi, czy trzeci rok, zrobiliśmy wieńce, które złożyliśmy na cmentarzach (jest ich tu w Tychach chyba cztery), takie z napisem „w hołdzie poległym ofiarom stanu wojennego”. Położyliśmy je pod głównymi krzyżami. No i było tak też, że trudno było załatwić pewne rzeczy, no to wtedy kolega gdzieś tam miał jakąś ciotkę, u której załatwił szarfy. Sami wypisywaliśmy je, a ten kolega załatwił wieńce... pierwszego listopada bezpieka nie potrafiła tych wieńców spod krzyża wyrwać, bo tam koło tych krzyży sporo ludzi było... pamiętam, że znaczki Solidarności w te szarfy powbijane były... i ten napis „Solidarność Tychy”. Potem zaczęli szukać... dotarli do tej babki, ale okazało się, że to nie tak jak w tej chwili, że tych kwiaciarni jest dużo, na obrzeżach Tychów miała tę kwiaciarnię, że u niej tylko takie szarfy były... powiedziała, że ktoś przyszedł, kupił szarfy i pewnie chciał sobie sam wieniec zrobić, więc je sprzedała. Okazało się, że założyli podsłuch, jak oni tylko wyszli, to ona szybko zadzwoniła, nie do domu do tego chłopaka (Kwiatkowski Tadek się nazywał), tylko do zakładu. Taki kontakt miała... tam go poprosili... jak go poprosili, to ona powiedziała: „Uważaj, bo oni szukają, znaleźli tutaj te szarfy”. Mieli już osobę. Chłopak powiedział, że on sam po prostu to zorganizował... akurat była taka sytuacja, że jego żona chyba z trzecim dzieckiem była w szpitalu, nie miał tu rodziny i zastraszyli go, że jak nie zgodzi się na współpracę, to go zamkną i nie obchodzi ich co z dziećmi... no i chłopak im podpisał tę współpracę. Wyszedł i nam powiedział, co jest grane, że taka sytuacja ma miejsce... że za kapusia go zrobili. Pytamy go, co teraz zrobisz? Jak żona wróci ze szpitala, to wtedy im powiem, że nic z tego. Tak autentycznie było... po dwóch, trzech miesiącach lub nawet po pół roku zgłosili się do niego, że miał czas, by dać informacje, powiedział, że ma czwórkę dzieci, że nie ma czasu zajmować się pierdołami... powiedzieli mu, że to, co podpisał o współpracy, wezmą skopiują i puszczą po ZREMB-ie. Odpowiedział tylko, że „jak chcecie, to możecie puszczać... tym, co mają wiedzieć, to ja już powiedziałem”. Opowiadając tę historię, chciałem pokazać metody, jakie komuniści stosowali wobec nas. W ten sposób chcieli chłopaka załatwić. W takich okolicznościach łapało się kontakty z innymi chłopakami z innych miejscowości, w miarę czasu te formy zaczęły się rozszerzać. Ten miał możliwości tam coś załatwić, ten tutaj... potem zaczęły ukazywać się wydawnictwa różne, to z grupą z zakładu, tam wchodził w skład Tadeusz Janas, Franciszek Bugno, Bogdan Budaj... zaczęliśmy to, co się dostawało, co się udało załatwić, rozprowadzać między innymi do innych zakładów. Popyt na to był, wiadomo, informacje, ludzie się bali, ale jednocześnie chcieli czytać. W zakładzie też każda jakaś taka czy rocznica, czy coś innego, zawsze było coś robione. Faktem jest, że zawsze w takie dni przymykali nas pod różnymi pretekstami. Szesnastego grudnia, z tym że to już było po więzieniu, po osiemdziesiątym czwartym roku, było tak, żeśmy się spotkali u kolegi (Janusza Smeli) w kilku chłopaków, między innymi Andrzej Służalec z Fiata, też represjonowany, przesiedział w więzieniu kilka lat, i jeszcze ktoś był, teraz dokładnie już nie pamiętam, umówiliśmy się, że szesnastego po pracy zawieziemy kwiaty na kopalnię Wujek. No i po prostu rano wyszedłem do pracy, miałem jechać, a tu na ulicy skręcili mnie na komendę. Z tym że było jakoś inaczej, bo przejęli mnie od razu mundurowi, mimo że rewizję robili, to jeszcze czekaliśmy do szóstej, nie puścili mnie wcześniej, bo prawo jest, bo o szóstej staliśmy jeszcze przed domem i kiedy szósta wybiła, rewizję zrobili, a następnie na komendę zabrali, z tym że okazało się, że nie na to esbeckie piętro, tylko kryminalni mnie wzięli... no i mnie tam mundurowy zaczyna przesłuchiwać... tak patrzę na niego i pytam, a co to się stało, że już szeroka współpraca milicji z esbecją ma miejsce? Nie, bo pan jest w kryminalnej. Jak kryminalnie? No, bo jest pan oskarżony o, że włamał się pan do fabryki serów. To jest w Tychach, sąsiadujący z zakładem, w którym ja pracowałem, ze ZREMB-em, płotami się stykały. Mówi, że było włamanie do fabryki serów, do biur, i dostaliśmy informacje, że pan mógł to zrobić. Być może ma pan wrogów, tak to zasugerowali... tak sobie myślę, że kapusiów paru w zakładzie jest, było tak, że tych kapusiów bojkotowaliśmy. Nie podawaliśmy im ręki, różne były formy represji, by zdali sobie sprawę, że to nie tak... początkowo pomyślałem, że być może ktoś faktycznie... ale potem okazało się, że czterech nas było, właściwie wszyscy ci, co tam... Tadeusz Janas, Smela, Andrzej Służalec i ja. Każdy pod innym pretekstem. Jeden kolega tylko, Janas, co był bez żadnego pretekstu zatrzymany, bo znaleźli w czasie rewizji wężownicę do bimbru, taką szklaną. Chcieli go od razu w trybie doraźnym, wtedy był taki tryb doraźny, skazać. Prokurator się nie zgodził, młoda babka jakaś, Tadeusz powiedział, że ma motor i potrzebuje wodę destylowaną. Wtedy faktycznie nie można jej było kupić. Pożyczał ją jednemu z kolegów, bo coś tam potrzebował, ale kolega ma czworo dzieci i on nie poda, bo widzi, że może być represjonowany za to. Prokurator powiedziała przy tych esbekach, że faktycznie ma pan prawo tak zrobić i nie zamknęli go, ale powiedzieli mu, że i tak przyjdą po niego. Mała ciekawostka, chłopak tak się przejął, że dwa dni w domu nie spał po wypuszczeniu, bo bał się, że go aresztują. Ja byłem za fabrykę serów, Mela za to, że na jakimś osiedlu włamał się do prywatnego mieszkania jakiegoś lekarza. Andrzej Służalec za to, że pracował w FSM-ie i brał udział w szajce złodziei, która części kradła. Każdy z nas został zatrzymany pod jakimś pretekstem... puścili nas koło dwudziestej drugiej wieczorem tego samego dnia, szesnastego grudnia. To był albo osiemdziesiąty czwarty albo osiemdziesiąty piąty rok. Jeden z kolegów miał telefon wtedy, to była rzadkość, ale miał i prawdopodobnie pod jego nieobecność założyli mu tam jakąś pluskwę. Bo dziwne, że akurat ta czwórka poprzedniego dnia była w mieszkaniu i nas wszystkich czterech dokładnie zebrali, jeżeli tak można powiedzieć. Prawdopodobnie miał telefon na podsłuchu. W dalszym ciągu staraliśmy się non-stop inicjować najróżniejsze akcje, by ludzie widzieli, że coś się dzieje. Czasami różnie to mogło wyglądać. Malowanie na murach. Wieszaliśmy takie proporce Solidarności (nad drogami wieszaliśmy). Kawałek sznurka obciążony kamieniem rzucało się na przebiegające przewody elektryczne. Gdy tak zawieszony proporzec już „wisiał”, bardzo trudno to było zdjąć. W osiemdziesiątym trzecim, w listopadzie, aresztowano naszą grupę. Jeden z chłopaków, który rozprowadzał bibułę, po prostu chyba jakiś kapuś zauważył, że on do szafki wkłada ulotki. Jakoś tak w niedzielę go zwinęli. Przywieźli do zakładu, zrobili rewizję, znaleźli mu w szafce bibułę. Na gorąco powiedział, że dostawał między innymi ode mnie coś tam... od razu mi tam szafkę wyłamali, moją osobistą, bo była jeszcze taka główna szafa brygadowa, ja tam wtedy byłem brygadzistą, miałem grupę dwudziestu pięciu ludzi pod sobą. Wyłamali mi tą szafkę, posprawdzali, ale nic nie znaleźli. Liczyli na to, że na gorąco coś znajdą. Nie znaleźli. Na drugi dzień przyjechali i wzięli mnie z zakładu na przesłuchanie. Puścili mnie wtedy. Do niczego się nie przyznałem, nic nie wiem i tak było potem, że jednak chyba koło piętnastego już na tyle dostali informacji, że aresztowali naszą grupę, w różnych okresach, w odstępie kilku dni zgarnęli nas. Kraśny był w więzieniu, bo jak go aresztowali, to go już trzymali. Zamknęli mnie, Janusza Smelę i Tadeusza Janasa. No, praktycznie u mnie nic nie znaleźli, u Smeli jedną bibułę, u Janasa znaleźli parę wydawnictw. Miał schowek zrobiony w piwnicy. W sumie miał tego około siedemdziesięciu sztuk. Tłumaczył się w ten sposób, że kolekcjonował, że znajdował je w różnych miejscach, kupował, jak była okazja itp. Żeby mieć je w kolekcji. Trzymali nas pół roku. Osiem miesięcy żeśmy w sumie siedzieli, bez żadnych widzeń. Kryminaliści, gwałciciele i różni tam... co dwa tygodnie mieli widzenie, a my pół roku bez widzeń. Jak mnie zamykali, to syn miał osiem miesięcy, jak dostałem widzenie za pół roku, to miał rok i cztery miesiące. Tego dziecka nie poznałem, dosłownie. Takie zmiany w tym czasie w dziecku zachodzą, że nie sposób tego ogarnąć. W trakcie śledztwa sytuacja była autentycznie taka, bo ja chorowałem, miałem wrzody na żołądku, no i całe życie mam kamice nerkową. Tu był akurat taki traf, że był kamień, który mi w moczowodzie utknął. W internowaniu z jednej strony, a potem z drugiej strony. Dość sporo było przy tym cierpienia... ja cierpiałem fizycznie, a esbek myślał, że to jest już moje załamywanie... proponował mi, że on może mi zostawić kartkę, żebym to spisał... powiedziałem mu, że to, co miałem do powiedzenia, to już powiedziałem... tak że nie ma takiej potrzeby. Potem mnie te bóle puściły. Jeszcze było takie piękne słońce za tymi blindami... bo wtedy jeszcze były blindy, tylko światło było widać... byłem w takim fajnym nastroju, kiedy na to przesłuchanie poszedłem. Rozsiadłem się uśmiechnięty, a esbek tak patrzy i pyta, a z czego tak pan cieszy się? A z czego mam się smucić? Wreszcie mogę się wyspać, bo w domu małe dziecko, to są kłopoty, a teraz mogę wyspać się normalnie. Zobacz pan, jakie śliczne słoneczko! No i czego ja mam się smucić? Facet się wściekł i mi wtedy powiedział, że jak się nie przyznam do tego, co chcą, to tak zajmą się moją żoną i dziećmi, że po wyjściu nie będę miał już do kogo wrócić. Nie wziąłem tego jako żart, bałem się po prostu. Stracha miałem jak cholera! Różne były te sytuacje... mam ogródek działkowy na obrzeżach Tychów, w lasku takim... udało mi się przesłać wiadomość do żony, żeby nie chodziła na tę działkę sama... żeby nie wpuszczała nikogo... dochodziły do mnie różne informacje, celowo puszczane, że dzieci już nie ma w domu, że żona ma kłopoty, że chcą ją z mieszkania wyrzucić... i różne, różne rzeczy, co okazało się nieprawdą... dowiedziałem się tego dopiero po pół roku, po pierwszym widzeniu... gdy doszło do mnie, że nic takiego nie ma, takich szykan... oczywiście były jeszcze pod moją nieobecność rewizje, zarówno w domu, jak i na ogródku działkowym... szukali... ale niczego nie znaleźli, najmniejszej pierdołki... w mojej psychice to też różnie odbywało się... jak przyszli po mnie, to było tylko jedno zeznanie Kraśnego, to możecie mnie ugryźć... jak przyszli z następnym zeznaniem kolegi, który się tam przyznał, to pomyślałem, ze może być kłopot... przyszli z trzecim, czwartym zeznaniem, to pomyślałem, że trójka nie moja... a było tak, że koledzy, dwóch takich, co mnie... mieli dostać mieszkanie... chłopaki gdzieś tam Lubelskie, Kieleckie... bo tak tu przyjeżdżali kiedyś na Śląsk... zresztą sam też jestem z Bydgoskiego... i po prostu ZREMB robił jakąś wymiennikownię ciepła dla Spółdzielni Mieszkaniowej... no i w zamian za to dwadzieścia mieszkań gdzieś tam wtedy wyznaczyli do przydziału... bo to nie było wtedy tak, żeby ktoś indywidualnie w spółdzielni dostał mieszkanie, tylko zakłady dawały... poprzez zakłady pracy... no i ci chłopacy, można powiedzieć, zostali oddelegowani, żeby już tam przy tych dwudziestu mieszkaniach robić centralne, bo to oni wymiennikownię robili dla całego bloku... ale było wiadomo, że ZREMB ma dwadzieścia mieszkań, nie było wiadomo które. Jak ten pierwszy ich obciążył, że dawał im tę bibułę, pieniądze na składki, no to ci chłopacy pewne rzeczy jakby potwierdzili... bo mechanizm był taki... zamkniemy cię na trzy miesiące, po trzech miesiącach zgodnie z prawem zwolnimy cię z zakładu, jak cię zwolnią z zakładu, to cię wyrzucą z hotelu, a mieli żony, dzieci, i wrócicie w te swoje kieleckie wioski... chłopaki po prostu w pewnym momencie... ja nigdy po wyjściu z więzienia... jeden z kolegów ma działkę tam gdzie ja, no i przyszedł, stanął na głównej alejce, no i czy może wejść... czuł jakiegoś kaca moralnego... mówię, ależ wchodź! Ja autentycznie wolałem przesiedzieć te kilka miesięcy w więzieniu, niż żeby was wyrzucili... potem miałbyś ty do mnie wielki żal, rodzina miałaby żal. Ci chłopacy autentycznie pod ścianą stali... nie mieli za bardzo wyboru... nie było tak, jakoby oni pierwsi posypali, bo oni praktycznie tylko potwierdzali czyjeś zeznania. W każdym razie sześć miesięcy trwało, zanim powstał akt oskarżenia. Sąd specjalnie przeciągał, bo miała być amnestia, nie mieli podstawy nas skazać. Na rozprawie sądowej wszyscy chłopcy, nawet ten pierwszy, oskarżeni są... byliśmy mocno zdziwieni i podbudowało nas to, że jednak chłopak, mimo wszystko, bo to był młody chłopak, miał około dwudziestu lat, wiadomo, że więzienie jest dla każdego czymś przerażającym, póki człowiek tam nie wejdzie. Bo potem to już nie... jak chłopaka w ten cały kierat wzięli, bez jedzenia, bez obiadu, nawet w zeznaniach mówił, że zabrali go z zakładu na komendę, nie dali nic jeść, przesłuchania. Na następny dzień cały dzień przesłuchania, no i chłopak po prostu pękł. Zwłaszcza że znaleźli mu tam jakieś rzeczy obciążające... a później obciążał nas... tak jak mówię, teraz, z perspektywy czasu to trochę inaczej wygląda... to, że dostał tam kilka wydawnictw, wielkie mi przestępstwo!, ale wtedy było to przestępstwo. Po jednej z rozpraw jechaliśmy z sądu, baliśmy się rozmawiać z sobą. Ja mu powiedziałem tylko coś takiego: pamiętaj, Andrzej, że wyjdziesz kiedyś z więzienia i od ciebie zależy, czy chcesz chodzić po chodnikach, czy po kanałach. I nic więcej. I on naprawdę, bo później rozmawialiśmy z jego adwokatem, po wyjściu z więzienia. Ten chłopak potem się stracił, wyjechał gdzieś do innej miejscowości, tam poznał dziewczynę i... to chyba jego adwokat Niemcewicz... taki dość znany był z tego okresu... sam bał się, że chłopak coś esbecji powie, że adwokat go do czegoś namawia... zresztą żadne przesłuchanie, nawet przy adwokacie nie odbywało się tak, żeby nie mieli tego nagranego. Chłopak tak to pięknie rozegrał, znaczy się podtrzymał to, że on owszem, dostawał te ulotki, ale gdzieś tam do podajnika, bo on był spawaczem, owszem, jakieś tam pieniądze zebrał... gdzieś tam wcisnął jakiemuś koledze... jakby było na taką pomoc, ale nie dostawał ani ode mnie, ani od Janasa, ani od innych kolegów. Tak samo wszyscy ci, którzy obciążali, potem wszystko odwołali. Wtedy prokuratura wystąpiła o odpisy akt, bo oskarżą o fałszywe zeznania tych chłopaków. Jako że wyrok za przestępstwo mógł wynieść dwa lata, to podlegało amnestii. Nas potem też objęła amnestia. To było już takie przeciąganie tych spraw, żeby tylko nie wydać wyroku. Po amnestii wróciliśmy do zakładu. Oczywiście w zakładzie nas nie przyjęli. Powiedzieli, że zakład już uzupełnił brakujące wakaty i że nie ma pracy. Dostałem się do szpitala z tymi kamieniami, w Katowicach... tam opiekował się mną wspaniały lekarz solidarnościowy Andrzej Praisner. Z tego szpitala, też go gdzieś tam namierzyli, jak czytam w swoich papierach, że na miejsce w tym szpitalu czekało się dwa lata... a ja dostałem się od razu. Musiał mi ktoś pomagać. Po operacji do sanatorium mnie wysłał. Wniosek do sanatorium podpisał Andrzej Praisner. Po paru dniach okazało się, że nie mam świadczeń lekarskich, bo osiem miesięcy nie płaciłem składek do ZUS-u. Moje świadczenia są już nieaktualne. Za te siedem dni, kiedy byłem w szpitalu do czasu operacji, żona w opiece społecznej załatwiła jakieś pieniądze. Nie pieniądze, ale zapłacili za pobyt w szpitalu. Lekarz mówił, żebym poszukał pracy. Umowa była taka... jeżeli nagle będzie wodonercze i roponercze, bo taki jest mechanizm, to natychmiast biorą mnie do szpitala i robią operację, a potem będziemy się martwić, skąd zdobyć pieniądze. Znalazłem pracę, jeździłem w niedziele na dyżury specjalnie do tego lekarza, tak kombinował, że to on mi robił te badania, czy jeszcze dalej mogę czekać i po trzech miesiącach faktycznie, siedemnastego września, przyjąłem się do firmy, a w styczniu chyba, trzeciego stycznia poszedłem na tę operację. Zrobiłem tę operację, pracowałem, z tym że pracowałem w takiej ZMS-owskiej firmie tutaj z Fiata. Praktycznie sami działacze ZMS-u. Od początku byliśmy pod ciągłą obserwacją bezpieki. Teraz dopiero wiele wiem, kiedy dostałem papiery z IPN-u, że praktycznie z każdego członka brygady chcieli kapusia zrobić. Co mnie tak mocno teraz po latach ucieszyło? Chłopaki byli różni, popijali, ale mieli charakter... powiedzieli, że nie, kategorycznie nie będą donosić... mamy stosunki koleżeńskie... takie to budujące. Miałem tajnych współpracowników, którzy donosili. Trójkę, ale tylko jednego udało mi się, IPN mi go znalazł, reszty nie potrafił wskazać, bo część dokumentów jednak esbecja zniszczyła. Nie udało się pozyskać informacji, kto to był. Taki Froilich (?) Norbert, facet pracował u nas jako instruktor kontroli jakości. Był na ośrodku w Paprocanach, zajmował się sprzętem. Jak ja wyczytałem pseudonim Żeglarz w tych moich papierach, od razu wiedziałem, że to on. Ja z tym gościem nie miałem nigdy do czynienia. Z widzenia go znałem. Nawet cześć sobie nie mówiliśmy, ale było coś dziwnego takiego, że kto był w zakładzie w strukturach wydziałowych? Nagle faceta, co nic nie robi, na miesiąc internują. Jak ja przeczytałem ten pseudonim Żeglarz, zaczęło mi się to wszystko układać w całość. Byłem nawet mocno zdegustowany, jak mi odtajnili tylko tego jednego... kolega miał z nim kontakt. Był takim sportowcem... kawalerem, to tam jeździł na wszystkie imprezy, był też żeglarzem... widocznie on znał się z nim bliżej, na mnie musiał też kapować, bo był w moich papierach. Prawdopodobnie od Janusza po koleżeńsku się dowiedział, potem donosił na nas. Był taki hydraulik, Białas się nazywał, tak go nie było widać cały miesiąc, jak były te rocznicowe sprawy, to cały dzień na hali siedział, obserwował, co ja robię. A to tam jakąś instalację poprawiał, a to instalację gazową przeglądał, a to wody dolewał. Cały czas aby tylko mieć mnie na oku. Potem różne takie donosy były... potem, jak zrozumieliśmy, co jest na rzeczy, to ani mu się ręki nie podawało, wręcz traktowało się gościa jak powietrze. Tutaj etap ZREMB-u jakby skończył się... zaczęła się spółdzielnia. Początkowo byłem zatrudniony razem z kolegą, Tadeuszem Janasem, ale potem przyszedł prikaz z esbecji, że muszą nas rozdzielić... i że nie wolno, żebyśmy razem pracowali. Były takie donosy, że widziano nas razem w czasie pracy... nawet kiedy ja pracowałem w Gliwicach, a kolega gdzie indziej, to było wszystko grubymi nićmi szyte. Praktycznie trafiali za nami wszędzie. Pod Opolem pracowałem, w Zdzieszowicach... tam cała brygada się przeniosła, to ja z nimi... to też nas tam znaleźli... bo widzę tutaj w papierach relację, kto z kim i gdzie... co robimy, jak nie pracujemy... wystarczyło, że spotkaliśmy się gdzieś tam w sklepie, z ekspedientką dłużej rozmawiałem, to od razu miałem to już w papierach. Znajduję: taka i taka, że mąż jej pracuje w ZREMB-ie... już sprawdzane... już po prostu... rodzinę kompletnie prześwietlono... nie pamiętam dokładnie, kiedy to było... albo osiemdziesiąty ósmy, albo osiemdziesiąty dziewiąty... można było oficjalnie podanie o paszport składać. Złożyłem o ten paszport. Dostaję wezwanie do biura paszportowego przy komendzie w Tychach. Idę, a tutaj nie biuro paszportowe, ale mój esbek. Okazuje się, że nie wpisałem we wniosku paszportowym dwóch braci. Jeden wyjechał do RFN w tym roku, co mnie aresztowano, a drugi dostał mieszkanie gdzieś tam i nie wiedziałem gdzie mieszka. To nie było wtedy tak jak teraz, za telefon i za moment wszystko wiesz. A wtedy nie. Trzeba było list napisać... tak że pominąłem go całkowicie. Dlaczego uśmierciłem braci? – pyta esbek. Nie uśmierciłem. A nie wpisał pan! Ja mówię, że nie miałem adresów. A wtedy były już początki, po tych strajkach górniczych w osiemdziesiątym ósmym zaczęło się od nowa zawiązywać MKK Tychy, w innych miejscowościach tak samo. Zaczęliśmy się znowu spotykać... on wyskakuje z czymś takim... owszem dadzą mi paszport, jeżeli powiem, co się MKK dzieje... ja tak na niego patrzę... wie pan co? Tyleśmy, tyle mnie pan już prowadzi, i takie numery pan robi? W więzieniu jak byłem, to nie pękałem, a pan myśli, że ja panu tutaj, ot tak, takie rzeczy powiem? Powiedział, że mi nie da paszportu. Żeby panu satysfakcji nie dać, to ani nie miałem zamiaru wyjeżdżać, ani nie miałem gdzieś pracy załatwionej, jak pan sobie myśli, po prostu chciałem mieć jak każdy obywatel, bo takie prawo jest, chciałem mieć paszport. To wszystko. No dobrze, nie dacie mi tego paszportu, to wezmę nowy wniosek, wypełnię i dacie za miesiąc, za dwa czy tam za pół roku. Dostanę ten paszport. Potem okazało się, że kolega poszedł po odbiór paszportu i powiedział mi, ze jestem tam na liście do odbioru... różne takie numery robili... pracowałem w delegacjach od osiemdziesiątego ósmego roku, pracowałem w takiej gdańskiej firmie, w której pracował Maciej Płażyński, Donald Tusk, trochę z wierchuszki... i Aram Rybicki, co zginął... różni ludzie mieli tam powiązania... i Walendziak był tam... krótko pracował... no różni ludzie... pracowałem w delegacjach, tam formy... tutaj coś się robiło, ale tylko wtedy, kiedy się przyjechało do domu. Po strajkach górniczych w osiemdziesiątym ósmym poznałem grupę z kopalni Lenin. Kto tam był? Tomiak, Smagasz i jeszcze taki Roman Ptasiński(?). W porozumieniu z Solidarnością Walczącą zorganizowałem szkolenie druku i sitodruku. Potem wspólnie drukowaliśmy pewne rzeczy, tzn „Solidarność dziś i jutro”, tyskie pismo takie. Słaba jakość nam wychodziła. Potem załatwiłem taki profesjonalny druk. Drukowała to drukarnia na cały region. Oczywiście nielegalnie jeszcze, ale mieli to już zorganizowane w taki sposób, że im to już wychodziło. A myśmy przestawili się znowu na proporczyki, okolicznościowe kartki, kalendarze, jakieś koszulki z nadrukiem, bo było to łatwiej zrobić. Przed wyborami robiliśmy dla mecenasa Leszka Piotrowskiego ulotki wyborcze. On był akurat pełnomocnikiem tej grupy, przed sądem ich bronił, kiedy pozwalniano ich z pracy. W dowód wdzięczności drukowaliśmy mu te ulotki. Przyjeżdżałem z delegacji w piątek wieczorem, w sobotę od rana drukowało się, jak coś nie wychodziło, to było tak, że kończyliśmy w nocy z niedzieli na poniedziałek, a w poniedziałek rano trzeba było jechać znowu w delegację. Tak to bywało. Człowiek poświęcał swój własny czas. W międzyczasie co miesiąc jeździłem do Gdańska. Była to okazja, żeby coś przywieźć, znaczki Solidarności, w kościele Brygidy u księdza Jankowskiego był dość prężny ośrodek, gdzie mieli te rzeczy. Rozprowadzaliśmy te rzeczy. Współpracowałem z Solidarnością Walczącą, ze Sławkiem Bugajskim z Katowic, już nieżyjącym chłopakiem, i z KPN-em. Potem dwóch moich kolegów poszło do KPN-u. Wszystko, co szło pozyskać, rozprowadzaliśmy. Solidarność Walcząca drukowała wtedy taki rodzynek Archipelag Gułag. To było bardzo duże przedsięwzięcie. To było czterotomowe wydanie. „Tygodnik Mazowsze”, regionalne gazety, znaczki Solidarności Walczącej, znaczki KPN-u takie rocznicowe też były. Wydawnictwa Solidarności Walczącej przychodziły z Wrocławia. Nawet rozwożący kilka razy nocował u mnie... to co myśmy wydawali, też wysyłaliśmy dalej... robiliśmy druk pieczątką na tapecie, dwa metry... kupiliśmy balony, kolega miał wózek i tutaj na osiedlu sąsiednim w czasie odpustu balony napełniło się gazem i w pewnym momencie z wózka wylatują balony z podczepionym transparentem... poszliśmy dalej... musiało cały czas coś się dziać. W różnych okresach różne rzeczy się robiło. W sumie miałem dwadzieścia rewizji w mieszkaniu. Ostatnią miałem dwunastego listopada osiemdziesiątego ósmego roku. Tak myślę, że to była ostatnia. Wtedy żeśmy zrobili z kolegą, znaczy pomysł mieliśmy wspólny, mieliśmy wywiesić na bloku, tam taki wysoki blok jest, na głównej ścianie napis „NIEPODLEGŁOŚĆ”. Cztery metry długi, z szytych prześcieradeł. Szeroki na wysokość prześcieradła. Pismem solidarnościowym był napis „NIEPODLEGŁOŚĆ”. Wtedy z kolegą robiliśmy w Jaworznie na elektrowni. Kolega miał nam obcykać wejście na blok, dziesiątego listopada, jak zamocować liny, bo w nocy potem już trudno to zrobić. To miało być tak przygotowane, że wchodzimy, liny mocujemy za kominy, wjeżdżamy na linach i zawieszamy napis... potem ani go nie idzie ściągnąć, ani... okazało się, że kiedy przyjechaliśmy wieczorem na akcję, kolega wycofał się, bo nie miał czasu, może następnego dnia. Doszliśmy do wniosku, że wieszanie z jedenastego na dwunastego nie ma już sensu... no i miała być manifestacja, msza święta w Katedrze w Katowicach, poszliśmy tam, po mszy wyszliśmy i tam na schodach rozwinęliśmy ten nasz napis. Potem zeszliśmy na dół, ustawił się pochód i w pewnym momencie stanął facet koło mnie i mówi, że mi potrzyma. Spojrzałem na niego, wiesz co, ja go robiłem, ja go będę trzymał. Za chwilę, ja wiem? Za dziesięć minut, od razu, wyrywali mnie, dosłownie w koło, nie wiedziałem, bo po cywilnemu byli... w powietrzu mnie goście nieśli. Próbowałem tam łapać ludzi, ale to nic nie dawało. Nie dotykałem nogami ziemi, tylko mnie w powietrzu transportowali. Dalej, na ulicy, stał radiowóz, co mundurowi siedzieli... wtedy mnie troszkę pobili, jak włożyli mnie do samochodu, to już pełna kultura. Siadłem do samochodu i okazało się, że obok siadł mój pomagier, co chciał pomagać nieść napis. Spojrzałem na niego i mówię: to taki pomagier? No taki! Powiedziałem, że niczego im nie podpiszę, że mają mnie zawieść do lekarza. Zawieźli mnie do lekarza, babka opisała, że mam ślady pobicia, i wzięli mnie na komendę. Przy okazji powyrywali mi rękawy z kurtki, no i puścili mnie, gdzieś dwudziesta pierwsza... wyszedłem... to było na Kilińskiego... poszedłem na dworzec i pojechałem do domu. Na drugi dzień dowiedziałem się, że tam się głodówka zawiązała protestacyjna... o tym nie wiedziałem... przekazałem im tam tę swoją obdukcję... potem dowiedziałem się z „Dziennika Telewizyjnego”, że Urban powiedział, że to demonstranci pobili się między sobą, że to niby jeden drugiego podejrzewał... następnego dnia przyjechał facet, tak przelotem był, przywiózł torbę, bo mieliśmy mieć szkolenie... dwunastego... jeden z kolegów, jak widział, że mnie łapią, przyjechał do mnie do domu, bo wiedział, że u mnie jest ta torba. Wziął tę torbę i faktycznie... mnie puścili, pojechałem do pracy, a dwunastego oni przyszli, żona była sama, no i rewizja w domu. To była ostatnia moja rewizja. Później przyszły wybory, brałem udział czynny w kampanii posła... brałem udział w pracach komisji... przyjechał facet z Regionu i mówi, że tylko mogą brać udział przewodniczący zarządu, ich zastępcy z komisji zakładowych... ja pracowałem w gdańskiej firmie... były wybory wtedy robione do MKK Tychy, chłopaki z kopalni Wujek, z którymi współpracowałem, podawali mnie do komisji... mówię, panowie, źle żeście słuchali... bo ja nie tylko, że nie mogę być wybrany do prezydium, ale jestem ostatni raz dzisiaj na tym spotkaniu, bo nie mam takiego prawa, bo nie jestem związany, nie jestem w komisji zakładowej... faktycznie, byłem wtedy już ostatni raz na tym spotkaniu... potem byłem honorowym członkiem numer jeden ZREMB-u, mimo że już nie pracowałem w tym zakładzie, jak powstała ta nowa komisja solidarnościowa w osiemdziesiątym dziewiątym, ale od tego czasu nie jestem już związany z ruchem Solidarność. Z sympatiami różnie bywa... bo nie wszystko mi się podobało... związek zbyt upolitycznił się. A to nie rola związków zawodowych, a partii politycznych. Nie wiem, czy jakaś wielka różnica będzie, że przewodniczącym Duda został, którego zdążyłem tam też poznać, bo jestem w tym stowarzyszeniu więźniów politycznych i ostatnio, jak mieliśmy spotkanie właśnie na kopalni Wujek, no to był tam, bo on też jest sympatykiem wyraźnie jednej partii, ale być sympatykiem, a upolityczniać związek zawodowy to jest troszkę różnica. Drugi zjazd, zgromadzenie delegatów Regionu Śląsko-Dąbrowskiego, nie wiem, czy on był w osiemdziesiątym ósmym, czy osiemdziesiątym dziewiątym, w każdym razie co roku jeździłem na te pielgrzymki ludzi pracy, zawsze mieliśmy ze sobą różne transparenty... najpierw ZREMB, potem „Solidarność Tychy”, zawsze staraliśmy się podkreślać naszą obecność. Jeden z kolegów, Franciszek Bugno, już nie żyje, ale jest w Encyklopedii Solidarności.