L00130 Stanisław Trybuś

Z Encyklopedia Solidarności

Relacja Stanisława Trybusia

Rozpoczynając moją relację, muszę powiedzieć, że byłem w składzie Komisji Zakładowej Przedsiębiorstwa Robót Górniczych (PRG) Mysłowice, że brałem udział, od samego początku zawiązania się ruchu związkowego, wolnego ruchu związkowego brałem aktywny udział w jego działalności, jak również to, że zostałem przez grono współpracowników, kolegów z zakładu, jakby wybrany, wskazany, do ich reprezentowania. Powiedzieli „ty będziesz nas lepiej reprezentował, bo potrafisz jakiś trudny postulat sformułować, wyartykułować nasze potrzeby, znasz nasze bolączki”. Chodziło oczywiście o takie typowo robotnicze bolączki, wszelkie oczekiwania górników, fizycznych pracowników. Oczekiwania odnośnie do tego, że ktoś poprawi im warunki pracy. Żeby więcej nie musieli pracować w niedziele i tym podobne. Ja się na to zgodziłem, aby ich reprezentować. Byłem ich reprezentantem. Stąd też, jak zaczęły się strajki w kopalniach jastrzębskich, na Manifeście Lipcowym, to oczywiście na poszczególnych kopalniach zaczęły powstawać te komitety strajkowe, które zaczęły formułować postulaty skierowane do władz rządowych... ponieważ byłem pracownikiem PRG Mysłowice na kopalni Piast, która wykonywała roboty górnicze dla kopalni Piast... to była spora grupa osób w tamtym czasie. PRG Mysłowice liczyło trzy, trzy i pół tysiąca pracowników. Było przedsiębiorstwem, które obsługiwało cały Śląsk praktycznie, a ta grupa robót Piast liczyła około pięciuset pięćdziesięciu, sześciuset pracowników. Na ten odzew na całą napiętą sytuację zgromadziliśmy, tworzyliśmy postulaty. Wszystkie musiały zostać spisane. Skontaktowaliśmy się wówczas, jak tylko to było możliwe, z analogicznymi komórkami lub grupami ludzi, pracownikami kopalni Piast. Wymienialiśmy wzajemnie uwagi, myśmy mieli swoje problemy, oni swoje... pierwotnie mieliśmy napisać wspólne postulaty, potem zdecydowaliśmy, że jednak PRG to jest PRG, odrębne przedsiębiorstwo... zarysujemy swoje postulaty... i tak się to wszystko toczyło. Następnie przyszła decyzja, że z tymi postulatami trzeba coś zrobić... należało je złożyć, gdzieś je zawieść, a gdzie, jak nie do Jastrzębia. Wtedy my z PRG przyłączyliśmy się do grupy z kopalni Piast, wyznaczono tam kilka osób z kopalni Piast, ja z PRG, już teraz nie pamiętam, ale chyba byłem jedynym, który był w tej delegacji... zapakowali nas w nyskę i jechaliśmy z tymi postulatami do Jastrzębia. Oczywiście w trakcie jazdy było takie napięcie... dojedziemy, zatrzymają, nie zatrzymają... kilku zorientowało się, że nie mamy dowodów tożsamości, gdyby nas legitymowali, kim jesteśmy i skąd... i tak praktycznie całkowicie w ciemno pojechaliśmy... z tym że był to przedostatni dzień przed podpisaniem Porozumienia Jastrzębskiego... było to przełamanie sytuacji, zagrożenia. Co prawda mijaliśmy różne posterunki, ale jakoś nie byliśmy zatrzymywani... dojechaliśmy z tymi postulatami aż na samą kopalnię Manifest Lipcowy. Tam żeśmy się przedstawili, skąd jesteśmy, potem zostaliśmy owacyjnie przywitani w ramach tej tak zwanej solidarności, która wtedy była potrzebna... tam żeśmy te postulaty złożyli i po złożeniu, zgłoszeniu kto z jakiego zakładu jakie postulaty wniósł po prostu wróciliśmy na kopalnię... a w międzyczasie na kopalni oczywiście trwały rozmowy z kierownictwem. Nikt oczywiście wtedy nie myślał o pracy, ale o tym, że trzeba czekać na realizację, na pozytywne zakończenie strajku... i tak doczekaliśmy do końca strajku, do podpisania porozumień... zawiązał się oczywiście taki komitet, który był później zalążkiem związków zawodowych Solidarność... takie były tego początki. Tu chciałem powiedzieć, że myśmy tego nie traktowali jako działalności opozycyjnej... jako działalności w takim rozumieniu... był to pewien ruch robotniczy, związkowy. Swoiste spełnienie marzenia o tym, że związki zawodowe będą wolnym ruchem związkowym, nie będą jakimś pasem transmisyjnym, jak były te, które istniały do tej pory. Następnie oczywiście zaczęły się tworzyć struktury związkowe... ja, ponieważ byłem w tej czołówce, bo akurat ten drugi aktywny wówczas kolega, który został na terenie kopalni Piast, rozmawiał z kierownictwem kopalni o wewnętrznych postulatach, takich, można powiedzieć, typowo bieżących, choćby o konkretnych brakach, dajmy na to, koszul czy mydła czy czegokolwiek, to był Stanisław Dziwak, późniejszy przewodniczący Komisji Zakładowej całego PRG. Uznano, że jest to największa grupa o największej liczbie członków związku, ponieważ Piast był tym pierwszym, oczywiście na kopalni Ziemowit była analogicznie, taka grupa też się utworzyła. To samo na kopalni Janina, Brzeszcze... tam wszędzie PRG robiło te roboty przygotowawcze... tych grup PRG przy kopalniach było kilkanaście, ale właśnie z grupy Piast wywodził się przewodniczący Solidarności PRG Mysłowice... i kolejne osoby, które tam były, z kopalni Ziemowit wywodził się chyba wiceprzewodniczący albo członek prezydium. Mnie proponowano również funkcję, taką – bym powiedział – związkową, lecz ja się nie zgodziłem, bo byłem w trakcie studiów wówczas... studiowałem wieczorowo, byłem już praktycznie na ukończeniu, był to już ostatni rok, w trakcie pisania pracy, a pracowałem fizycznie, więc wiedziałem, że nie jestem w stanie po prostu pogodzić bieżącej czynnej działalności z nauką... zgodziłem się natomiast być szefem Solidarności PRG tej grupy robót Piast, zostałem również członkiem szerokiej Komisji Zakładowej, o ile pamiętam, było to piętnaście lub dwadzieścia osób... uczestniczyłem w posiedzeniach Komisji Zakładowej, które odbywały się w szerszym gronie i obejmowały sprawy ogólnozakładowe... czyli nie byłem w takiej czołówce związkowej w sensie jakiegoś pierwszego szeregu, bo trzeba powiedzieć, że pierwszym szeregiem był przewodniczący prezydium i urzędujący członkowie, działacze... ja ograniczałem swoją działalność do terenu kopalni Piast... współpracowałem, ponieważ PRG Mysłowice należało do takich ostrzejszych, bardziej radykalnych grup, a to dlatego, że niektóre działania MKR Jastrzębie nie bardzo się podobały. Dochodziły do nas takie różne słuchy na temat Jastrzębia, Jarosława Sienkiewicza... stąd też, mimo że byliśmy zarejestrowani jako komisja zakładowa w Jastrzębiu, postanowiono przerejestrować komisję zakładową do MKZ Katowice. Strukturalnie PRG Mysłowice podlegało katowickim strukturom, mimo że było z górnictwa (nie wiem, ale chyba były jeszcze dwie kopalnie, które się przerejestrowały z Jastrzębia do Katowic). Tam były szersze kontakty, również co do sprzętu, myśmy mieli plany, żeby uruchomić taką gazetkę związkową, taki biuletyn związkowy... wiem, że byliśmy jedni z pierwszych, którzy dostali taki dosyć duży powielacz, dosyć wydajny, aby te gazetki tworzyć, składać... ta gazetka była bardzo fajna, nie mówię, że była „Wolnym Związkowcem” z Huty Katowice, ale właśnie teksty były tego typu... tam i o Katyniu się pojawiło, i o innych kwestiach historycznych. Jak przywiozłem gazetkę z Mysłowic, bo trzeba było po nie pojechać i przywieść na kopalnię Piast, to były rozchwytywane przez tę swoją ciekawość tematów... tematów, które były tematami tabu. Dysponowaliśmy tymi gazetkami zarówno dla swoich kolegów, jak i dla pracowników kopalni Piast... jeden od drugiego sobie pożyczał te gazetki…przeczytaj i podaj dalej.

Tak było odbierane środowisko PRG... powiedziałbym, bardziej ostrze... trudno powiedzieć, czy bardziej uświadomione... ale mieliśmy dostęp do odpowiednich materiałów. Pamiętam, że byliśmy w bliskim kontakcie z Kazimierzem Świtoniem, nieraz drukowaliśmy tam jego materiały, które przynosił... ciekawe, żeby do gazety włączyć.

To ścisłe prezydium było na cenzurowanym. Myśmy, prowadząc działalność związkową w roku osiemdziesiątym i do końca osiemdziesiątego pierwszego, nie traktowali tego jako działalności stricte opozycyjnej... byliśmy legalną organizacją związkową... ja tak czułem i przypuszczam, że dlatego, kiedy trzynastego grudnia wprowadzono stan wojenny, to praktycznie sto procent członków prezydium PRG Mysłowice zostało internowanych... kolega przewodniczący, Dziwak, mieszkał w osiedlu przykopalnianym kopalni Piast, wiceprzewodniczący Rysiek Grabunek(?) mieszkał w Oświęcimiu, drugi kolega, trzeci kolega Zaborowski, on gdzieś mieszkał w okolicach Lubiąża chyba, na osiedlu przy kopalni Janina... Jasiu Góra, który był też członkiem prezydium, mieszkał w okolicy Lędzin chyba, w okolicach kopalni Ziemowit. Dowiedzieliśmy się, w jaki sposób oni zostali aresztowani... konkretnie od sąsiadów wiedzieliśmy, w jaki sposób został wyrwany z mieszkania, z domu Staszek Dziwak, praktycznie nawet nie pozwolono mu się pożegnać z rodziną, u Zaborowskiego wyłamano drzwi, wpadła do niego milicja... wyrwała go w niewiadomym kierunku.

Czternastego grudnia na pierwszej zmianie praktycznie tylko o tym żeśmy dyskutowali... co zrobiono z naszymi kolegami? Jako że do pracy w PRG przychodzili ludzie z różnych stron... ponieważ to było takie mobilne przedsiębiorstwo... gdzieś się pracowało na tej kopalni, a za miesiąc pracowało się już na innej... trzeba było się z tym pogodzić... z różnych stron byli... i od strony Katowic, i od strony Bielska, i od gór, tak że był bardzo szeroki przekrój tych pracowników. Prowadzono ciągłą dyskusję z górnikami z Piasta, co się stało z naszymi i ich kolegami. Nie wiemy, co się stało... wtedy pomyślałem, że musiało się to samo stać co z naszymi, tak żeśmy rozumowali, że zabierano również osoby z prezydium kopalni Piast... z prezydium zakładowej Solidarności... ale muszę przyznać, że nie mieliśmy na ten temat wiedzy... praktycznie pierwsze godziny, cały dzień, nikt nie myślał o pracy... mówimy, coś by trzeba było z tym zrobić... jak mówiłem, byłem tym przewodniczącym, tym ich przedstawicielem, więc do mnie się zwracali... co robimy?... mówię, że nie ma innego wyjścia... cały czas oni za nas nastawiali kark, bo nie byłem w tym prezydium... byłem w komisji zakładowej, ale skoro ich nie ma, to znaczy, że komuś przeszkadzali... to musimy się jakoś za nimi ująć... pokazać jakoś, że w ramach tej solidarności się o nich dopominamy, że pytamy, co z nimi jest, że chcemy ich widzieć żywych, całych... to były pierwsze nasze odruchy.

I z taką myślą szliśmy na zakończenie zmiany pod szyb... myśmy byli tylko grupą PRG na poziomie sześćset pięćdziesiąt, gdzie wprawdzie byliśmy w większości, było nas jakieś sto pięćdziesiąt, dwieście osób... sami oczywiście to bylibyśmy takim głosem wołającym w puszczy... zapadła decyzja, co robimy... ja stanąłem na takiej ławeczce i zaapelowałem do wszystkich obecnych, nie tylko do pracowników PRG, ale do wszystkich tam obecnych pracowników kopalni... że nastąpiła taka, a nie inna sytuacja... stałem i mówiłem, co zrobiono z naszymi kolegami, że to gwałt, że zgwałcono Wolny Związek Solidarność... Tak trochę człowiek do serca powiedział... musimy przede wszystkim pokazać, że jakoś ich chcemy bronić i dać sygnał. Zapadła decyzja, że nie wyjeżdżamy z dołu, i zablokowaliśmy drzwi do szybu, bo od drugiej strony już sztygarzy zaczęli nawoływać, co się tam dzieje, mówią: wyjeżdżać, bałagan robicie pod szybem, chcieli już znaczki spisywać... no to zablokowaliśmy te drzwi, żeby nam nie przeszkadzano, i zaczęliśmy się gromadzić, kolejni ludzie dochodzili, skrócili zmianę. Później uznano, że jest decyzja, że zostajemy na dole... bo to nie było opisywane... nie wiedzieliśmy, co dzieje się na powierzchni... pierwszy postulat to było oczywiście uwolnienie wszystkich tych uwięzionych... podaliśmy nazwiska i oczywiście też nazwiska z Solidarności kopalni Piast... ktoś się ze mną telefonicznie kontaktował... poszedłem do telefonu... słychać było tylko krzyki: O co wam chodzi?! Ci wszyscy, o których pytacie, są, możecie się z nimi zobaczyć, tylko wyjedźcie do góry... zaczęto nas przekonywać, że wszyscy z kopalni Piast, całe ścisłe prezydium, nie są internowani, że są na kopalni, więc o co chodzi... nie wierzyliśmy, że są... mówimy: niech się pokażą, niech oni tutaj zjadą na dół, jeżeli są... ja cały czas podkreślałem, że chodzi nam nie tylko o tych z kopalni Piast, ale głównie o kolegów z PRG Mysłowice... i tak to wszystko trwało. Potem było tych osób coraz więcej. Następnie zaczęła druga zmiana zjeżdżać, część osób poszła do pracy, część została z nami... nie mieściliśmy się już na podszybiu, przeszliśmy do innego miejsca... raz, że było więcej miejsca, poza tym było troszkę cieplej i jaśniej, tam też był telefon... zaczęliśmy tam dyskutować o tym, co robimy dalej... mówię: czekamy na jakiś sygnał... pamiętam, był kolejny telefon... wiem, że było pytanie: Czy jest jakiś komitet strajkowy? Nie ma żadnego komitetu, to jest spontaniczne, to jest odruch załogi. Ale jak później był ten drugi telefon, w tym drugim miejscu, w którym byliśmy... tyle lat minęło, ale ja pamiętam tę rozmowę: przedstawił się, że jest dyrektorem kopalni, tak się przedstawił, i o co wam tam chodzi? Nawoływał, aby wyjeżdżać, nie wygłupiać się... powtórzyłem, że chodzi nam o uwolnienie naszych kolegów, odwołanie stanu wojennego, przywrócenie działalności związków zawodowych, trzy podstawowe postulaty. On na to, żeby mu bzdur nie opowiadać, i zacytował z dekretu o stanie wojennym, czy wiem, co prowodyrom grozi. Nie ma żadnych prowodyrów, wszyscy tutaj są jednakowego zdania, jesteśmy robotnikami, jesteśmy pracownikami tej kopalni, oczywiście nie używaliśmy żadnych nazwisk. On wtedy powtórzył, że za takie działanie grozi wyrok, nawet do kary śmierci włącznie... dyrektor kopalni użył takich argumentów... jak on o tej karze śmierci powiedział, to uznałem, że nie ma sensu w ogóle rozmawiać, odłożyłem słuchawkę i przestałem z nim rozmawiać... powtórzę: cały czas nam mówili, że są członkowie komisji zakładowej, prezydium komisji zakładowej, że są na górze, tylko... to my czekamy na nich, aż zjadą... czekaliśmy, dyskutowaliśmy... generalnie było takie postanowienie, że siedzimy do oporu... i okazało się później, że rzeczywiście zjechały osoby, myśmy zaskoczeni... dziewięćdziesiąt procent komisji kopalni Piast było, czyli wszyscy byli... brakowało jedynie niejakiego Szelągowskiego(?)... wszyscy inni byli... byliśmy trochę zdziwieni... jak to jest, że jednych zamykają, innych nie zamykają... ja cały czas mówiłem o PRG Mysłowice... no to mówimy, że nie ma Szelągowskiego, nie ma nikogo z PRG Mysłowice... podjęliśmy decyzję, że zostajemy pod ziemią.

Trzeba powiedzieć, że wszystkie osoby, które zjechały, przekonywały nas, że mamy wyjeżdżać... nie wygłupiajcie się, nie ma żartów... teraz już wiem, że te osoby były gdzieś, też się dopytywały, były na jakiejś komendzie, tam podpisały jakieś zobowiązania, że zjadą na dół z zadaniem wyciągnięcia ludzi z dołu, teraz to wiem. Wtedy tego nie wiedziałem. Stworzyła się wtedy taka grupa, która mówi: Nie wygłupiajcie się, to jest wariactwo... czekamy do końca, musimy widzieć tych ludzi żywych, oni muszą stanąć przed nami... to było takie nasze główne przesłanie. Według mnie było to najbardziej ludzkie postanowienie, nie było wielkie, nie było polityczne, po prostu dopominamy się o swoich kolegów, chcemy ich zobaczyć żywych, że są... wiedzieliśmy, w jaki sposób zostali wyrwani z domu... i okazało się, że i moja argumentacja, potem mi jeszcze pomagano w tej argumentacji…zaczynaliśmy przekonywać ich, żeby coraz mniej było przekonywujących argumentów od tych kolegów, którzy zjechali na dół... padały nawet takie argumenty: Ale co my tu będziemy robić? Poza tym jest nas trochę mało, jest dopiero druga zmiana... przekonywaliśmy, że jest jeszcze trzecia zmiana... i rzeczywiście, potem okazało się, że te osoby z drugiej zmiany były w pracy, przychodziły pod szyb, przyłączały się do nas, później zezwolono na zjazd zmianie trzeciej i to powiększyło liczbę osób... to w jakimś sensie przekonało tych niedowiarków... jesteśmy już siłą, nie jest to sto osób, dwieście osób, ale jest to już rzeczywiście duża liczba górników... zostajemy, ale cały czas mówimy tak, oni nam potem powiedzieli, że myśmy zadeklarowali im, że wyjedziemy, więc padło z mojej strony: w takim razie czujcie się tak, jakbyście byli przez nas aresztowani... myśmy was tutaj zatrzymali siłą, zawsze możecie się tłumaczyć, że myśmy was zatrzymali i nie pozwolili wyjechać... no i tak zostało, oni zostali, można tak powiedzieć, internowali przez naszą grupę... zaczęło się powolne organizowanie na dole... to już jest jakby wszystko opisane w relacjach, książkach, więc nie chciałbym się tutaj powtarzać... natomiast pamiętam tylko tyle, że przez tę argumentację, mówiło się bez mikrofonów, tylko tak trzeba było... akustyka na dole nie jest za dobra... po prostu straciłem głos, ochrypłem, nie mogłem już nic powiedzieć... jak czegoś chciano ode mnie, to piałem, a nie mówiłem... doprawiłem się i nie będę mógł nic mówić... ale potem głos nie był już tak potrzebny jak na początku... ja byłem w tej grupie kierowniczej, ale potem każdy zajmował się swoimi... ja czułem się odpowiedzialny za swoją grupę z PRG Mysłowice, żeby się tam na właściwych miejscach pousadzali, żeby był z nimi kontakt, wymienialiśmy się informacjami, żeby potworzyć takie grupy do komunikowania się, to wszystko było w różnych miejscach, nie wszyscy byli w jednym miejscu... cała ta organizacja na dole jakby trwała... cały czas byłem źródłem informacji, bo byłem w ścisłym kierownictwie strajku, liczyli na mnie. Starałem się do każdego punktu dotrzeć. Koledzy śmiali się ze mnie, że chodzi ze mną taki adiutant... nosiliśmy różnego rodzaju tabletki, proszki od bólu głowy... no tego typu rzeczy.

Wiadomo, że ludzie różnie się czuli... również do mnie zwracali się osoby z różnych przyczyn: nie wytrzymuję, mam takie sprawy rodzinne, chciałbym tutaj zostać, ale muszę wyjechać... nie było takich uciekających szczurów z dołu... oczywiście ja to wszystko rozumiałem, była argumentacja, że im będzie nas więcej, tym lepiej, ale nikt nikogo na siłę nie zatrzymywał... ja też informowałem o tym, ilu wyjechało, kto chce wyjechać, musieliśmy mieć tę wiedzę, ilu nas tam na dole jest... tak to wszystko trwało... przyszedł ten czas, kiedy było coraz gorzej, kiedy było coraz trudniej... zaczynało nam brakować jedzenia, byłem w takiej grupie, która musiała zorganizować jedzenie. Wyjechaliśmy na powierzchnię raz, żeby lampy znaleźć i żeby jedzenie zorganizować... mniej więcej wiedzieliśmy, gdzie to jedzenie może być... w takim pomieszczeniu za sceną na cechowni Piasta... oczywiście jak wyjechaliśmy, to brygada antyterrorystyczna od razu zablokowała wszystkie telefony, wszystkich odsunęła od telefonów, żebyśmy nie dali sygnału, bo śmialiśmy się, że sygnaliści to są ormowcy, mogą zadzwonić... no to byli poodsuwani... kilku pilnowało telefonów... jedna grupa pobiegła do lampowni po lampy, a druga szukała jedzenia... za sceną było już pusto, to pobiegliśmy na stołówkę... praktycznie nic tam nie było, tylko bochenki suchego chleba, część pokrojona... te panie z obsługi takie spanikowane, ale powiedzieliśmy im, że potrzebujemy... maksymalnie, co się dało, ładowaliśmy ten chleb do koszy i nosili... w tym samym czasie druga grupa obładowana lampami górniczymi... dość szybko nam się udało wszystko zorganizować... wyjechać i zjechać z powrotem... potem było dzielenie tego wszystkiego.

Byłem również grupie, która wyjechała na negocjacje w sprawie warunków zakończenia strajku. Pamiętam taką sytuację, że oficerów w mundurach moro było sporo, nie było wiadomo, czy to wojskowy czy milicjant, na konsultacje wychodzili, podobno w drugiej sali siedział wysoko postawiony człowiek z Ministerstwa Górnictwa, mówili, że prawdopodobnie nawet, wiceminister Gustek(?)... oczywiście pamiętam te rozmowy na górze. Myśmy mówili o warunkach, żeby zakończyć strajk, żeby nie było żadnych represji, żeby nie było zwolnień, oczywiście potem coraz ostrzejsi byli, coraz trudniej się z nimi rozmawiało... żadnych warunków nie stawiać, bezwarunkowo wyjeżdżać, bez dyskusji, prowodyrzy muszą być ukarani, ludziom się krzywda nie stanie... to mówimy, niech chociaż ludzie idą do domu, żeby się z rodzinami spotkać... to mogą gwarantować... oczywiście padały słowa, że tu nic złego nikomu się nie stanie, przecież tutaj nie ma żadnych zbójców... ja wtedy powiedziałem, bo oczywiście mieliśmy informacje o kopalni Wujek, o zabitych na tej kopalni. Pamiętam taką scenę, kiedy myśmy mówili, że jak można z wami poważnie rozmawiać, kiedy się tutaj takie rzeczy robią, jeżeli ludzie giną, my tam na dole jesteśmy bezpieczni... w tym sensie mówiliśmy, że musimy mieć gwarancje bezpieczeństwa... wyjedziemy i czy nie zacznie się tu do ludzi strzelać, przecież to są fakty, ofiary były... – to była całkiem inna sytuacja, tutaj nie ma takiej opcji... w zasadzie nie uzyskaliśmy niczego, tylko „wyjeżdżać”, i była godzina wyznaczona wyjazdu. Oczywiście ta godzina była potem przesuwana... potem ktoś z nas mówi: no dobrze, rozmawiamy, widzimy, że wszystko było nagrywane, bo był tam nawet taki człowiek, co ten mikrofon podstawiał, jak ktoś coś mówił... wiedzieliśmy, że się nagrywa... czy możemy tę kasetę dostać i zwieźć na dół, by puścić przez głośniki, żeby ludzie słyszeli to, o czym żeśmy mówili... było na to przyzwolenie, tylko że nie teraz, bo muszą... ale będzie nam to opuszczone na dół, te kasety z nagraniami. Potem nam te kasety faktycznie opuszczono (myśmy już w międzyczasie zjechali na dół, relacjonowaliśmy rozmowy pozostałym osobom z kierownictwa), potem zjechały taśmy, to było bardzo ciekawe, ponieważ były puszczone te taśmy i we wszystkich miejscach, w których ja mówię czy ktoś od nas o niewygodnych sprawach, jest pusto. Potem zastanawialiśmy się jak to możliwe, przecież nie zdążyli tego zmontować. Prawdopodobnie była możliwość wyłączania mikrofonu, mówiłem o tym człowieku, który podsuwał mikrofon, ja mówiłem, a to się nie nagrywało, przy mikrofonie miał wyłącznik... to po co nam ten mikrofon podstawiano? Kolega mówi: przecież o tym mówiłem i tego też nie ma... rzeczywiście to nagranie było takie, że wywołało w ludziach jeszcze większe przygnębienie. Potem żeśmy nawet żałowali, że to odtworzyliśmy, ale nie mieliśmy możliwości wcześniejszego odsłuchania, dopuszczaliśmy tylko to, co szło bezpośrednio na głośniki... to był kolejny dowód, jakeśmy tam rozmawiali, że do końca nami manipulują, do końca kręcą... rzeczywiście nie możemy im kompletnie ufać... żadnego zaufania!

Podejrzewaliśmy, że coś się może z nami stać... potem zaczął się wyjazd. Okazało się, że rzeczywiście mieli listy... połapali osoby z list... i co ciekawe, że nie wiem, jak to się stało, ale mnie nie wzięli... po mnie pod kopalnią była żona... jechałem z takim kolegą, który też mieszkał w Oświęcimiu... jechaliśmy wszyscy autobusem, staliśmy obok siebie, zresztą my znamy się przez żony, żony są kuzynkami, tutaj mówię o Krzychu Młodziku(?), który też był z nami, jeden z niewielu sztygarów, który został na dole... można powiedzieć, że byli sami robotnicy, za mało było osób z dozoru... taki ewenement był, że została osoba dozoru... zatrzymali autobus zaraz tutaj na rzece Wiśle, na granicy pomiędzy obecnym województwem Śląskim a Małopolskim... kazali wysiąść... zaczęli dowody sprawdzać i porównywać z listą i wtedy... trudno mi powiedzieć, ilu ludzi było zatrzymanych na tym oświęcimskim kierunku... byłem przekonany, że już mnie mają... z żoną już się pożegnałem... okazuje się, że mój dowód... na kopalni dali nam przepustki... on oddaje mi dowód... po prostu nie zatrzymano mnie. Widocznie rzeczywiście mieliśmy dobrą konspirację, tak sobie powiedziałem... rzeczywiście nie używaliśmy żadnych nazwisk, jakieś inne imię... to też dobrze świadczy o kierownictwie PRG, bo przecież to było wiadomo... nawet ten się tak odnosił, że to banda z PRG robi to całe zamieszanie... była świadomość, że to peergowcy, że to poziom sześćset pięćdziesiąt, to był poziom peergowski... a jednak nie mieli nazwisk z PRG, a kolegę Krzyśka, był na tej liście, wtedy zabrano... nie dojechał do domu... ja z kolei wiedziałem, że prędzej czy później, nie ma cudów, mnie również zatrzymają... tylko szczęście, że dojechałem... nawet do domu nie ma sensu jechać, pomyślałem. Pojechaliśmy do mieszkania mojej teściowej, oczywiście w tej samej miejscowości, to nie było daleko, praktycznie kilkaset metrów od mojego mieszkania. Żona mówi, skoro dzieci tam są, to my tam musimy jechać. Gdy żona jeździła do mnie na kopalnię, teściowa opiekowała się dziećmi. W zasadzie dom teściowej był takim moim drugim domem, ale to nie był adres mojego zamieszkania... i tak się tam zatrzymałem... praktycznie człowiek liczył dni, kiedy go zatrzymają, odszukają. Gdy byliśmy na dole, to oczywiście rozmawialiśmy ze sobą... koledzy zastanawiali się: zwiną cię prędzej czy później, gdybyś potrzebował jakiejś pomocy, to tutaj nasze domy są otwarte dla ciebie... znałem parę adresów... pomyślałem, że aż tak źle nie będzie... okazało się, że rzeczywiście trzeba było z tego skorzystać...

Równocześnie miałem świadomość, że studia poszły w odstawkę... że skreślą... że nie skończę... że szkoda tych lat, bo rzeczywiście praca na dole jako robotnik i równoczesne studiowanie wieczorowo to było pewne wyrzeczenie i trudność... zastanawiałem się, jak to będzie, bo pisaliśmy pracę dyplomową we dwie osoby i obrona była dwuosobowa, wcześniej z kolegą jeździliśmy na konsultacje... podzieliliśmy się, kto co będzie referował z tej pracy... i potem to wszystko jakby się skomplikowało... ja żonie nie chciałem specjalnie mówić, jakie mam zamiary, bo też nie chciałem żony straszyć... ani żona, ani moi najbliżsi nie wiedzieli, co na dole robiłem, że byłem w ścisłym kierownictwie strajku... uprzedzałem ją tylko, chciałem ją nastawić psychicznie, że może być taka sytuacja... jak wychodziłem z zamiarem ukrywania się. To był drugi albo trzeci stycznia... jak już postanowiłem, że będę musiał się od teściowej wynieść, żonie powiedziałem, że idę do tego kolegi ze studiów, bo nie chciałem, żeby więcej wiedziała. Powiedziałem, że idę ustalić, co z terminem obrony, jak z przygotowaniami do obrony pracy... mówię, że jadę do Michała... do tego kolegi, co razem pracę pisaliśmy. Wychodząc z mieszkania teściowej gdzieś około szesnastej trzydzieści, idąc przez podwórko, zauważyłem podjeżdżający samochód. Wyszło z niego czterech takich po cywilnemu... idą jakby w moim kierunku... ja idę chodnikiem... mijamy się... mijam ten zaparkowany samochód, bo chyba ktoś w tym samochodzie został, chyba kierowca... odwracam się i kontem oka widzę, że wchodzą do klatki, w której teściowa mieszka. Pomyślałem, że nie ma już innego wyjścia, tylko się ukrywać. Poszedłem na przystanek... kolega, u którego na początku się ukryłem, mieszkał na dworcu... przyjechałem do niego, zapukałem i mówię: Kazek, będziecie musieli mnie przetrzymać, bo wszystko wskazuje na to, że zaczynają mi deptać po piętach... Kazek miał wtedy małe dziecko, takie miesięczne, z rodzicami mieszkał, kolejarzami... – Staszek, nie ma sprawy... i tam zostałem. Chciałem się upewnić, czy rzeczywiście ci wspomniani ludzie byli u mojej teściowej. Kolega powiedział, że lepiej będzie, jak w ogóle nie będę wychodził... on się zorientuje... i Kazek na drugi dzień był u mojej teściowej... wrócił taki roztrzęsiony, pamiętam. Teściowa powiedziała, że na drugi dzień nie mogła jeszcze do siebie dojść... wpadli z pistoletami... dzieci płaczą... córka wtedy już dziesięć lat skończyła... syn miał pięć lat... wiadomo, panika... wpadają, tapczan podnoszą, krzyk oczywiście. Teściowa mówi, że dzieci zabierają do domu dziecka... żona taka spanikowana... – Gdzie mąż?! Żona mówi, że wyszedł do kolegi z pracy... to i tak było wielkie szczęście, bo gdybym rzeczywiście do kolegi poszedł... do dzisiaj żartujemy, że była tak spanikowana, że na męża doniosła. Oni władowali ją do samochodu i pojechali z nią do tego kolegi... kolega mi potem opowiadał... wpadają, a on z uchem przy Wolnej Europie... tam mnie oczywiście nie było... Kazek mi to wszystko opowiedział... teściowa się uspokoiła, to jest osoba, która wojnę przeszła, też pewne doświadczenie miała... zawsze potem mówiłem, że to dzięki niej udało się to wszystko przeżyć... mówiła, że to nie jest wina tych ludzi, tylko tego systemu... Staszek, nie ma szans, musimy zacząć coś organizować... najpierw u Kazka, potem były inne osoby... początkowo była to grupa kolegów z PRG... oni mnie ukrywali, już nawet nie mówię, że pomagali finansowo mojej rodzinie. Jeżeli chodzi o tę rzeczywistą solidarność, to te osoby pokazały, że naprawdę są do końca zaufane... może dlatego, że nigdy ich nie zawiodłem i oni mi się odwdzięczali w taki sposób... to się wszystko łatwo mówi, ale te wszystkie dni, miesiące... to wszystko trwało. Styczeń upłynął, luty upłynął... potem nawiązaliśmy kontakt z Solidarnością, z osobami, które znałem, wiedziałem, że działały w Solidarności, chociaż ja byłem bardziej na Śląsku, a Oświęcim to była Małopolska... wokół Zakładów Chemicznych w Oświęcimiu było podziemie Solidarności... znałem kilka nazwisk ludzi, o których wiedziałem, że działali w związku, i do nich się zwróciłem... oni też mi pomagali.

Dostałem sygnał od kolegi, że jest termin obrony pracy dyplomowej... nie ma szans, nie ma mowy... tu mnie znaleźli, to prędzej czy później tam też... ale Michał mówi tak: – To ja zrobię rozeznanie, bo akurat nasz promotor też był działaczem Solidarności na Politechnice Krakowskiej... był w prezydium, jego żona również... wiedzieliśmy o tym... to ta magisterka powinna być... on był naszym prowadzącym... przez niego zorientujemy się, czy dopytywali się... Michał był jeszcze dwa razy na konsultacjach przed obroną pracy. – Staszek, mówi, to jest ciekawe, bo kompletnie nic, gdzieś by było, w dziekanacie, jakiś sygnał by był. Oni chyba tylko województwo katowickie obstawiają... i mówi: – Ja sam też nie pojadę, tym bardziej że mamy podzielone... to już była końcówka... namówili mnie wtedy, żeby jednak pojechać na tę obronę... pociągiem, pełna konspiracja... na tej obronie... nagle wchodzi ktoś w mundurze, potem okazało się, że też broni pracy... miał bronić, ale został wzięty w kamasze... napięcie było nieprawdopodobne... ale promotor wiedział i jednemu zaufanemu w komisji powiedział, że ja jestem tym, którego szukają... faktycznie obrona była bardzo szybka, ja już nawet na podziękowaniu nie zostałem, tylko od razu stamtąd idę... poczekałem na kolegów, którzy mnie poinformowali, że obroniłem pracę... z powrotem do Oświęcimia... znowu w inne miejsce, do rodziny tego kolegi, z którym broniliśmy pracy... byłem zdziwiony, jak to w ogóle było możliwe... udało się. Podziękowałem Michałowi, on mówi, że przynajmniej się zmobilizowałem... mówię, że gdybym był sam, to pewnie bym się nie zdecydował... solidarność między ludźmi znowu się pokazała, oczywiście w innym kontekście...

Później było coraz trudniej, bo wyczuwało się, że człowiek za długo siedzi u kogoś. Wtedy robi się ciężka atmosfera. Nie można takiej stuprocentowej konspiracji zachować... potem dzięki kolegom z Solidarności Małopolskiej wywieziono mnie poza Oświęcim, po takich wioskach w okolicy Oświęcimia się ukrywałem... było łatwiej niż w blokach utrzymać konspirację... cały czas mnie przewozili... dwa czy trzy razy przywieźli żonę... największym problemem były dzieci, bardzo mi ich brakowało... Pamiętam, że żona mi powiedziała, że gdyby doszło do spotkania z dziećmi, to i one się rozkleją, i ty się rozkleisz... z dziećmi w ogóle nie miałem kontaktu... Moim głównym motorem ukrywania się była świadomość tego, że dokąd będę się ukrywał, zatrzymanym kolegom włos z głowy nie spadnie, a zbliżał się termin rozprawy... zawsze mogą powiedzieć, że byli siłą przetrzymywani na dole... Ty jesteś głównym prowodyrem, nie ma cię i już... tak przekonywali mnie koledzy... Potem był szok i radość, bo na procesie zapadły wszystkie wyroki uniewinniające, jedne z nielicznych, bo na kopalni Ziemowit koledzy dostali bardzo wysokie kary więzienia. Myśleliśmy, że prokuratura będzie się odwoływać, że będzie apelacja, przecież nie zgodzą się na to... ale z drugiej strony kiedyś ten stan wojenny muszą odwołać... a równocześnie trwało działanie, bo kontakty były z osobami, które działały w podziemiu, organizowały msze za ojczyznę, jakieś tam ulotki. Były różnego rodzaju problemy organizacyjne. Bali się w zakładzie na maszynie pisać, bo esbecy, w każdej chwili może ktoś wejść... nie miałem co robić, to po prostu przynosili mi zeszyty, a ja ręcznie pisałem wiersze, potem to je niemalże na pamięć znałem... pisało się w iluś tam egzemplarzach... cięło na kawałki... potem śmialiśmy się, że przez to ręczne przepisywanie milicja miała dowód na moją działalność.

Była taka sytuacja, kiedy stan wojenny został zawieszony, a ja byłem w Katowicach w Biskupim Komitecie Pomocy Społecznej, bo chciałem uzyskać pomoc prawną. Tam była jakaś pani, mówi, że choć stan wojenny jest zawieszony, to przecież oni mogą zrobić wszystko... mówię jej, że są coraz większe problemy z miejscami, w których można się ukrywać... nie chcę kogoś narażać. Czasami wracało się do tych samych osób, u których było się dwa miesiące wcześniej. Myślałem, że to jest chyba najlepszy czas, żeby się ujawnić, więc się ujawniłem. Przyjechałem do Katowic, miałem adres kolegi z legalnej Solidarności z PRG Mysłowice; kiedy poszedłem do niego, był strasznie wystraszony... mówi, że coś tam załatwiał, bo miał rodzinę w Niemczech, chciał sobie chyba jakiś wyjazd organizować... i teraz wszystko może mu się pokrzyżować... mówię: Stefan, przyjechałem tylko po to, żeby rano pójść i się zgłosić... on mi podał adres komendy wojewódzkiej, bo ja nawet nie wiedziałem, gdzie iść... Wszedłem do jednego komisariatu zapytać... ależ była panika, co się tam działo, kiedy powiedziałem, że chcę się ujawnić... wozili mnie to tu, to tam... dali mi kartkę i kazali pisać... – Co mam pisać? No, gdzie, adresy... mówię, że stan wojenny jest zawieszony, a ja siedziałem tylko u rodziny... – Proszę czekać!... to czekałem... potem przyszedł jakiś oficer, taki stary, zaczął mi jakieś zdjęcia pokazywać, mówi: – Bo wyście nie wiedzieli... wy tam na kopalni... ale to wasze kierownictwo, to byli wywrotowcy... i opowiada mi o tych gazetkach... ale też rzeczywiście nie wiedziałem... a w ogóle to wszyscy do KPN-u należeli... mówię: przecież to nie była partia nielegalna... mówi: Tutaj mało coś napisałeś... napisałem dwa zdania, że ukrywałem się u rodziny i w okresie ukrywania się nie prowadziłem działalności na szkodę Polski... a potem i tak mi to przypomnieli, bo potem byłem zwolniony do domu... co ciekawe... na drugi dzień ukazała się w gazecie informacja... przychodzi kolega i pyta: – Czytałeś w „Trybunie”? Zobacz, napisali, że ujawnił się kolejny działacz, po udzieleniu wyjaśnień został zwolniony do domu, taka króciutka notka... jeżeli zwolniony, to znaczy, że muszę iść jutro zapytać się o pracę. Pojechałem do swojego zakładu, mówię im, że chciałbym podjąć pracę... wszyscy zdziwieni... A gdzie pan był? Składał pan jakieś zeznania?Ma pan jakiś dokument, papier? Mówię, że nic nie mam. Zostałem zwolniony do domu, to chcę pracować... Oni na razie takiej decyzji nie mogą podjąć, mam czekać... na drugi dzień dostałem wezwanie, że mam się zgłosić do Katowic. Przyjechałem po raz drugi do Katowic i wtedy było tak, że już żadnych zeznań, tylko sprowadzili mnie na dół do samochodu i wieźli... potem okazało się, że zawieźli mnie do Wojskowej Prokuratury Garnizonowej w Gliwicach... byłem prowadzony przez dwóch, ale nie byłem w kajdankach... powiedzieli, że będę musiał złożyć wyjaśnienia, bo jest akt oskarżenia wobec mnie... wtedy jeden z nich powiedział: – Dzisiaj już stąd nie wyjdziesz... ten prokurator, który prowadził przesłuchanie, głównie o ten strajk chodziło... czy coś wiedzą o adresach... na temat ukrywania się nic nie było... zeznawałem tylko o tym strajku... o działalności na dole. Gdy skończyło się przesłuchanie, zostałem zaprowadzony do innego pomieszczenia i rozmawiał ze mną podpułkownik... słyszałem, że złożyliście tutaj zeznania... to w ogóle są bzdury, co wyście powiedzieli... miał taką dużą teczkę... tam miał pozaznaczane kartki i mówi o dole... wtedy zreflektowałem się, że mają bardzo dokładne informacje... jakby formalne donosy... mówi: tu jest drugie, tu trzecie... już za to macie pięć lat... już nawet nie chcę tego wszystkiego pokazywać... władza ludowa jest łaskawa i nawet takim jak wy podaje rękę. Wtedy takiej formułki użył o zawieszeniu stanu wojennego... to pamiętam, bo po jakimś czasie przysłano mi do domu pocztą formalny protokół... tylko że tam było napisane, że zostałem zatrzymany, a nie że sam się zgłosiłem. Tam napisano, że stan wojenny został zawieszony i na mocy indywidualnych aktów łaski postępowanie zostało umorzone... pierwsze, o co zapytałem, to czy będę mógł wrócić do pracy... on mówi: Pracować trzeba! Ja to potraktowałem, że jak trzeba, to trzeba... pamiętam, że jak wychodziłem stamtąd, a cały czas był jakiś podporucznik, tylko że nic się nie odzywał... wyszedłem z tym podporucznikiem, odwróciłem się i przeczytałem nazwisko, pamiętam, że był podpułkownik albo pułkownik Konarzewski(?)... chyba jakaś szycha, bo następnego dnia pojechałem do zakładu i powiedziałem, że jestem po rozmowie... że pytałem o pracę i że powiedziano mi, że pracować trzeba, więc zgłaszam się do swojego zakładu... a dyrektor PRG, że on to musi sprawdzić... zadzwonił... łączyli go przez jakąś centralę z pułkownikiem Konarzewskim... stąd to nazwisko utkwiło mi w pamięci... jest tutaj Trybuś jest po rozmowie... to ja słyszałem, a stałem kilka metrów od dyrektora, jak został zrugany jak pies... człowiek już przecież starszy, a nie jakimś gówniarz... To ja mam wam mówić, co macie robić?! Cały roztrzęsiony odłożył słuchawkę i mówi: Niestety, nie możemy was zatrudnić... musicie znaleźć inną pracę... i zaczęły się poszukiwania pracy... wszystko było przez Urząd Pracy... najpierw skierowanie i szło się dopiero do zakładu pracy... wszędzie, gdzie poszedłem, pytano o świadectwo pracy, a w świadectwie pracy napisany paragraf 52, dyscyplinarne zwolnienie... minęły trzy miesiące codziennego dreptania od zakładu do zakładu... z końcem lutego lub marca z Urzędu Pracy dostaję pismo (a mówiłem im, że za każdym razem dostaję odmowę zatrudnienia), a tam była zacytowana ustawa, że uchylam się od pracy, i jeżeli pracy nie podejmę, będę wciągnięty na listę uchylających się od pracy... znowu się rozpytuję... kontaktów nie pozrywałem... koledzy mówią, że ta ustawa pozwala im na wysłanie mnie na Żuławy... tam właśnie nieroby miały być wysyłane... tak sobie myślę, że znowu mnie czeka rozstanie z rodziną... ktoś mi doradził, że nie mogę okazywać świadectwa pracy... idź do swojego zakładu i poproś o zaświadczenie o zatrudnieniu dla potrzeb ZUS-u... przecież możesz się o rentę starać, wtedy nie piszą powodu zwolnienia... pojechałem do zakładu... duplikatu świadectwa pracy nie wydawali wtedy, tylko zaświadczenie... i z tym zaświadczeniem zacząłem szukać pracy... po miesiącu pojechałem na uczelnię odebrać dyplom... znalazłem pracę, już z wyższym wykształceniem, w KBO (Kombinat Budownictwa Ogólnego), od razu powiedziano mi, że muszę dostarczyć świadectwo pracy... w czasie gdy szukałem pracy, w moim środowisku nikt nie chciał uwierzyć, że pracy nie mogę znaleźć... to ludziom w głowie się nie mieściło! W zakładzie powiedziałem, że świadectwo pracy gdzieś mi się zawieruszyło... naciskali na to świadectwo, bo jakiś jubileusz pracy mi się zbliżał... z innych zakładów pracy miałem świadectwa, z ostatniego nie z wiadomych względów... pomyślałem, że czas zacząć szukać nowej pracy... znalazłem ją w przedsiębiorstwie transportowym Transbud na stanowisku Głównego Mechanika... potem dowiedziałem się, że takie przedsiębiorstwa miały powiązania z wojskiem, dlatego obsada niektórych wyższych stanowisk musiała być uzgodniona i występowano o niekaralność. O tym nie wiedziałem... pracowałem może trzy miesiące i poinformowano mnie z działu kadr, że będzie problem, bo przyszła z rejestru skazanych informacja, że byłem ścigany listem gończym... podziękowano mi... nie zwolniono mnie od razu, ale przesunięto na inne stanowisko... cały czas chciałem pracować na kopalni... robiłem jeszcze kilka podejść... dowiedziałem się, że na kopalni Brzeszcze potrzebują elektryków... wcześniej byłem elektrykiem, a po studiach mechanikiem... trzeba było dyplom schować głęboko do kieszeni, a wyciągnąć świadectwo z technikum... zrobiłem podejście na kopalnię Brzeszcze...

Pracowałem tam już rok, kiedy Solidarność zaczęła się odradzać... dowiedziałem się, że na kopalni też zawiązała się taka grupa... zapytali mnie, czy bym im nie pomógł... zgodziłem się... byłem na spotkaniu na parafii w Brzeszczach, takim krótkim, związki zaczęły się odradzać, są już struktury podziemne... coś musimy przygotowywać... trzeba mieć jakieś dokumenty, bo być może trzeba będzie po sądach rejestrować związki... pojechaliśmy do Tychów, dostaliśmy adres parafii, tam spotkałem Bolka Twaroga, on był w strukturze... dali nam wzór statutu, formalnego zgłoszenia związku, jak to wszystko przygotować... komitet założycielski... mieliśmy praktycznie przygotowane... zawieźliśmy do rejestracji statut, pieczątkę, żeby przyjęli w sądzie... kiedy iść do dyrektora, żeby zgłosić powstanie związków w zakładzie, którym kieruje... ludzie mówią, że to twardziel, dopóki nie będzie miał przykazu, to nas nie uzna... byliśmy przygotowani, stworzyliśmy komitet założycielski, zastanawialiśmy się nad pierwszymi działaniami... chcieliśmy stworzyć lisę osób represjonowanych i pokrzywdzonych przez stan wojenny na kopalni Brzeszcze... pierwszy postulat to przywrócić do pracy Mirka Szota... symbol związku... jak był Okrągły Stół, poszliśmy do dyrektora w sprawie związku... powstała Tymczasowa Komisja Założycielska... byłem przewodniczącym TKZ na kopalni Brzeszcze i powstały pierwsze postulaty... po sztandar musiałem pojechać z dyrektorem kopalni do Pszczyny, do siedziby milicji, ale sztandar przywieźliśmy... tam był zdeponowany... jeżeli chodzi o listy, to bardzo dokładnie sprawdzali, kto w jaki sposób był szykanowany... równocześnie robiliśmy kampanię wyborczą do związku... potem zacieśniał się kontakt z Tychami, głównie z Komitetami Obywatelskimi... chociaż głównie skupieni byliśmy na działalności związkowej... postanowiliśmy, że jak Janek Dąbrowa, pierwszy przewodniczący Solidarności z osiemdziesiątego pierwszego roku, wróci na kopalnię, to dostanie mandat delegata... to było istotne, bo pojawił się człowiek, który w osiemdziesiątym roku też był przewodniczącym, ale potem został usunięty... chciał wrócić i podważyć ważność wyboru i mandatu Dąbrowy... zapytali mnie, czy ja przypadkiem nie będę kontrkandydatem... zwariowali, przecież walczymy o przywrócenie dawnego przewodniczącego... mogę być w komisji zakładowej, a jak będzie taka ich wola, to nawet w prezydium... tak też się stało i zaczęła się normalna działalność związkowa. Byłem członkiem władz regionalnych i członkiem Komisji Krajowej, ale bardziej kierowałem się na działalność merytoryczną... byłem w komisji kodyfikacji prawa pracy z ramienia Solidarności górniczej... byliśmy twórcami karty gwarancji górniczej... typowa działalność związkowa, a nie polityczna... tak się moje życie związkowe toczyło...

Chciałem podkreślić jeszcze jedną rzecz... przez ten cały czas nigdy nie zastanawiałem się nad tym, czy było warto angażować się w działalność związkową, nigdy nie wartościowałem, uważałem, że trzeba było to robić... nawet z powodu zwykłej ludzkiej przyzwoitości... na pewno było bardzo dużo takich cichych bohaterów, co nie znaczy, że ja byłem głośnym bohaterem... byłem, jaki byłem... chociażby to, że byłem poszukiwany... fascynowało mnie zachowanie ludzi w ekstremalnych warunkach... był strach, ale była pomoc, było dzielenie się jedzeniem... byliśmy kolegami na dole, ale pomoc przenosiła się i na powierzchnię... to było bardzo budujące.

Już po zawieszeniu stanu wojennego, a może po jego zakończeniu, znowu esbecja się mną zainteresowała, ale nie ta katowicka, ale miejscowa, z Oświęcimia... wezwali mnie i cytują fakty, z których wywnioskowałem, że są dobrze poinformowani... o pewnym adresie, miejscu gdzie byłem... jeden z nich wyciąga ten wiersz przeze mnie przepisany i mówi tak: Bo nieprawdę się powiedziało, że się nie prowadziło działalności sprzecznej z tym tam... ja mówiłem jak najbardziej prawdę, ja uważam, że to była działalność dla dobra Polski... Oczywiście było bardzo ostre przesłuchanie, znowu było straszenie... To co tam było, to jedna sprawa, a tutaj chodzi o działalność, kontakty z podziemiem, przecież wiesz, że wszystko wiemy... i rzeczywiście z tego wynikało, że osoba, u której byłem, musiała donieść... nic się ode mnie nie dowiedzieli... postraszyli, postraszyli i mnie wypuścili... na tym się skończyło... ale do Stefana wtedy poszedłem i mówię: Stefan, wychodzi na to, że ktoś... Stefan mówi: nie przejmuj się, Jadzia poszła do jednej z tych osób, u których się ukrywałeś, mówi, że słyszała w telewizji... ona to chciała zrzucić z siebie... dla niej to było ciężarem... po co ktoś ma to jej kiedyś... Staszek nie przejmuj się... ale twoje nazwisko tam często padało... wiem tylko, że miała na imię Jadwiga, to tej pory nie poznałem jej nazwiska... mają cię namierzonego... jak będą chcieli, to cię zamkną... na razie masz spokój... Taka była sytuacja, to był początek... osiemdziesiąty trzeci rok, a ludzie już chcieli to z siebie zrzucić... to był tylko jeden taki przypadek, ale z tego co wiem, nie pociągnęło to za sobą fali aresztowań, ona tylko zrzuciła z siebie to, że ktoś tam u niej był, ze ukrywała kogoś... i ona właśnie te wierszyki przyniosła... to był jedyny przypadek, w którym osoba jakby wyłamała się... Miałem też takie przypadki, że koledzy, którzy jeszcze pracowali w PRG, przychodzili do mnie po radę. Wtedy PRG wysyłało ludzi do roboty za granicę... pojedziesz, jak zapiszesz się do nowych związków zawodowych... co ty o tym myślisz, Staszek?... nic ci nie doradę, sam musisz zdecydować, co zrobić... nie mogę ci doradzić... to będzie twoja decyzja i ty będziesz z tą decyzją żył... cokolwiek zrobisz, dla mnie zostaniesz zawsze porządnym człowiekiem, sprawdziłeś się w ekstremalnych warunkach...

Miałem w tej relacji nie mówić o sobie, ale o tych anonimowych działaczach, którzy sprawdzili się w trudnych sytuacjach, a którzy nigdy nie będą opisani w żadnych annałach... chciałem im w ten sposób podziękować za okazaną mi pomoc... mam kilkadziesiąt nazwisk, a każde nazwisko to jakaś konkretna sytuacja... Muszę jeszcze dodać, że w całej działalności miałem silne oparcie w rodzinie... jestem wdzięczny swojej teściowej... dzieci mogę tylko przeprosić, że nie poświęcałem im tyle czasu, ile potrzebowały... wszystko ma swoją cenę... ceną na pewno jest luka w relacjach rodzinnych.