L00131 Marek Adamkiewicz

Z Encyklopedia Solidarności

Tylko w Internecie.

Wywiad z Markiem Adamkiewiczem

Marek Adamkiewicz, akt odmowy i Ruch Wolność i Pokój?

Na początku konieczne jest sprostowanie do twojego pytania, ponieważ ja nie byłem założycielem Ruchu Wolność i Pokój. Moja postawa, gest indywidualnej odmowy złożenia przysięgi wojskowej, spowodował tylko to, że zrobiła się, że tak powiem, nowa dyskusja polityczna. Moja postawa wywołała żywą reakcję w środowiskach opozycyjnych, gdyż to był rok 1984, 1985, czas zastoju w działaniach opozycyjnych. Młode pokolenie szukało nowej formuły działania na rzecz wolności w Polsce. Moja postawa stała się przyczynkiem do realizacji pomysłu, że może taką formułą działania będzie ruch pokojowy. Ten ruch został powołany przez wielu moich przyjaciół, ale nie przeze mnie. Na początku środowisko krakowskie, a w zasadzie niemal jednocześnie także środowisko warszawskie. Jak wyszedłem z więzienia, to Ruch Wolność i Pokój był już organizacją ogólnopolską. Moja odmowa wywołała żywą dyskusję w środowisku., zwłaszcza w tych grupach młodzieżowych, które, nie były wprost związane z ruchem zawodowym, związkowym, z Solidarnością. To połowa lat 80. Również ja szukałem nowego pola do aktywności społecznej i politycznej.

Jak do tego doszło? Rozmawiamy z publicznością z 2014 roku. To pokolenie 19-, 20-latków, które nie wie, czym było wojsko w PRL, ani też nie wie czym był PRL.

W moim przypadku to było tak. Ja w roku 1984 kończyłem studia w Wyższej Szkole Pedagogicznej w Szczecinie. Byłem na matematyce, no i jak każdy absolwent tej uczelni, jak każdy młody człowiek w Polsce, dostałem powołanie do wojska. Ja do tego wojska nie chciałem iść, próbowałem dostać odroczenie, gdyż nie zdążyłem napisać pracy magisterskiej. Niestety, najwyraźniej była tutaj presja polityczna, jakieś zakulisowe działania służby bezpieczeństwa. Nie pozwolono mi pracy magisterskiej napisać i nie wycofano mi powołania do wojska. W związku z tym dostałem bilet na 4 września 1984 roku jako absolwent studiów wyższych. Dostałem bilet do wojsk obrony powietrznej kraju, to rakietówka na Mazurach, w Bemowie Piskim. Po przedmiotach ścisłych często brano tak ludzi.

Dostałem ten bilet i złość, że krzyżują mi plany?

W Polsce obowiązywała ustawa o powszechnym obowiązku obrony narodowej. Każdy młody człowiek nie miał innego wyjścia. Albo to wojsko w jakiś sposób oszukiwać, i jest to pokolenie pewnej pomysłowości, albo się temu obowiązkowi pod groźbą więzienia podporządkować. Ja się zdecydowałem, że do tego wojska pójdę i odmówię przysięgi. Zadecydowało to, że miałem wieloletnie doświadczenie polityczne.

Wiedziałeś, że nie złożysz przysięgi?

Tak. Idąc do wojska, od razu wiedziałem, że nie złożę przysięgi. To się nie zgadzało z moimi przekonaniami społecznymi i politycznymi, wieloletnią działalnością na rzecz opozycji demokratycznej w Polsce, z którą byłem związany przecież od 1977 roku. Byłem najpierw współzałożycielem Studenckiego Komitetu Solidarności we Wrocławiu, później założycielem NZS na WSP w Szczecinie. Związany byłem głównie ze środowiskiem KOR. W Szczecinie byłem współpracownikiem niezależnej oficyny wydawniczej. Tych działań było wiele. Natomiast to, co trzeba tutaj podkreślić, to fakt, że rok 1984 to był bardzo ciężki rok. To w symbolicznym wymiarze rok Orwella. Władze ograniczyły właśnie bardzo represyjne i drakońskie dekrety stanu wojennego, ale nie zmieniła się polska rzeczywistość. W sensie społecznym był to czas wielkiego marazmu i trudnych wyborów. Najwięksi przywódcy Solidarności tego czasu byli aresztowani. Mam tu na myśli na przykład szczecińskiego przywódcę Andrzeja Milczanowskiego. Struktury w zakładach pracy były rozbite. Działalność opozycyjna w sensie masowych wystąpień praktycznie nie istniała. Budowano dopiero od nowa struktury konspiracyjne. Wiele osób stało wtedy wobec trudnych wyborów. Duża część opozycji, no dobrze może, nie duża, ale zmuszono dużą część działaczy do emigracji. Część osób, jak to się mówi, zakopała się troszkę w prywatne życie. Z mojego środowiska chociażby troje przyjaciół w tym okresie wstąpiło w związki małżeńskie. To był taki okres, normalne życie toczyło się po swojemu, trzeba było wylizać rany stanu wojennego.

Ja postanowiłem, że się nie poddam. Wbrew ryzyku jakie musiałem podjąć to decyzja była dość łatwa.

Specyfika Szczecina polega na tym, że to jest miasto graniczne, niedaleko była NRD, najbardziej posłuszny policjant bloku sowieckiego. W tej bolszewickiej NRD było stosunkowo liberalne prawo zastępczej służby wojskowej. Uświadamiałeś sobie drakońskość kary jako takiej?

W Polsce stan wojenny odwoływał się do sowieckiego prawa wojennego i za odmowę była zdrada stanu w okresie obowiązywania dekretu o stanie wojennym. Sytuację geopolityczną każdy znał. Świat był podzielony żelazną kurtyną, my byliśmy w sferze okupacji rosyjskiej. Obowiązywała doktryna Breżniewa o ograniczonej suwerenności całego obozu socjalistycznego. Jednym z najbardziej zagorzałych, bolszewickich krajów była NRD. Zsowietyzowana do potęgi, ale też i zastraszona, bo w NRD było chyba z 50 dywizji sowieckich [red.: milion żołnierzy w 1989 roku]. Wiedzieliśmy, kim jest Honecker i jak wyglądają te układy.

Moje miasto Szczecin to przede wszystkim dramatyczne wydarzenia grudnia 1970 – wszyscy mieszkańcy je dokładnie pamiętają. Pamiętamy, bo to przeżyliśmy, ja to też przeżyłem, pamiętam choć miałem wtedy 13 lat. Potem Szczecin, oprócz Gdańska, to najważniejsze miasto wielkiego polskiego buntu w sierpniu 1980 roku. Później był stan wojenny, gdzie Szczecin też wykazał się dramatyczną postawą, bo w imię wolności i solidarności był potężny strajk w Stoczni Szczecińskiej rozbity przez wojsko. Później były niesamowite masowe demonstracje w maju 1982 roku. Szczecin z tej postawy opozycyjnej zawsze słynął. To było zawsze zbuntowane miasto. Miasto portowe, bardziej otwarte na świat. Tutaj niemal każdy znał kogoś, kto na jakimś statku pływał, handlował i tak dalej. Kultura zachodnia była u nas bardziej powszechna niż w innych polskich miastach. To dla nas było niezmiernie ważne, szczególnie w działaniach społecznych.

Ja odmawiałem złożenia przysięgi wojskowej we wrześniu 1984 roku. Nie znalazłem się zatem w rygorach przepisów dekretu o stanie wojennym, o których mówisz. Klasyfikacja zdrady stanu karanej od 5 lat do kary śmierci? Ja tego przepisu nie znałem i myślę, że niewiele osób go znało. Znałem natomiast wcześniejsze przypadki odmowy złożenia przysięgi – Leszka Budrewicza i Rolanda Kruka. My się znaliśmy. Leszka poznałem przez działalność we wrocławskim SKS. Ich nie spotkały żadne dramatyczne represje, nie było wtedy stanu wojennego. Wojsko po prostu nie wiedziało, co z nimi zrobić. Ganiali ich po poligonach, byli na różne sposoby szykanowani, natomiast żaden z nich nie był uwięziony. Ja te postawy znałem i chciałem taką samą postawę zająć. Zdawałem sobie jednak sprawę, że jest rok 1984 i jesteśmy tuż po stanie wojennym. To wojsko było już inne. W sposób jawny i oczywisty wojsko PRL wystąpiło przeciwko własnemu społeczeństwu, czyli ten mit polskiego munduru, że będzie bronił polskiego społeczeństwa przed wrogimi siłami, upadł. On wręcz przestał istnieć! Dlatego w latach 80. tak powszechnie młodzi ludzie odrzucali wojsko.

Uniknąć wojska to była forma opozycji politycznej. Wojsko po raz kolejny potwierdziło, że jest strażnikiem i gwarantem istnienia komunizmu w PRL. To dla wszystkich teraz stało się oczywiste. To ono odpowiadało za śmierć górników i za wiele innych przypadków morderstw. Nie było już wątpliwości, nie było żadnych wątpliwości!

Zdawałem sobie sprawę, co się może stać, liczyłem się z najgorszym. Nawet brałem pod uwagę to, że mogą mnie wysłać na jakiś poligon, mogą mnie zabić w czasie ćwiczeń. że może dojdzie do tak zwanego nieszczęśliwego wypadku. Wszystko było możliwe! Wszystko było możliwe i to było najgorsze.

No i co, ręce i nogi nie drżały?

No nie. Ja mówię, że ta moja decyzja była przemyślana. To ryzyko podjąłem świadomie, z taką też myślą, że bez względu na cenę mam dość obłudy i zgody na powszechne zakłamanie. Komunizm zawsze opierał się przede wszystkim na zniewoleniu społeczeństwa, na łamaniu praw człowieka, na kłamstwie i obłudzie. Każdy młody człowiek był publicznie zmuszany do kłamstwa, tak? Przysięga zawierała słowa o wierności Związkowi Radzieckiemu, były też słowa, że trzeba stać na straży władzy ludowej i socjalizmu. Niezależnie od tego, jakie były nasze poglądy. To było fundamentalnie sprzeczne z etosem Solidarności. I moje zdanie było takie, że nie wolno przysięgać. [Red.: „Przysięgam stać wiernie na straży pokoju, przyjaźni z armią radziecką i innymi sojuszniczymi armiami. Przysięgam służyć wiernie socjalistycznej ojczyźnie.”]. Odmówić to było dla mnie absolutnie ważne. Miałem konkretny zamiar i go zrealizowałem. Chyba trzeciego dnia pobytu w wojsku poszedłem do dowódcy i złożyłem deklarację ustną, że odmawiam złożenia przysięgi wojskowej ze względów politycznych. To chcę podkreślić, ze względów politycznych! Uzasadniłem kilkoma fragmentami, które znajdowały się w rocie przysięgi. Pierwsza reakcja była taka trochę nijaka. Oni po prostu zgłupieli. Nie wiedzieli co robić.

Stopień dowódcy?

Nie pamiętam, ale to był oficer, bezpośredni przełożony, więc albo kapitan, albo major. Natomiast wkrótce potem, w ciągu bodajże 2 tygodni, tych przesłuchań miałem sześć czy siedem. Wszyscy po kolei: WSW, wywiad, kontrwywiad, dowódca jednostki, zastępca do spraw politycznych i tak dalej. Była bardzo silna presja, abym zmienił decyzję. Natomiast na początku nie straszono mnie niczym konkretnym.

Jak się później okazało, prokuratura wojskowa sama nie wiedziała, jak postąpić w podobnych przypadkach, i złożyła w tej sprawie zapytanie do sądu. Dopiero w połowie października 1984 została wydana interpretacja przez Izbę Wojskową Sądu Najwyższego, że „odmowę złożenia przysięgi należy traktować tak samo jak odmowę służby wojskowej”.

To było przestępstwo z artykułu 305 kk zagrożone karą do pięciu lat więzienia, jak się nie mylę. Dopiero po tym orzeczeniu prokuratura się o mnie po miesiącu odmowy upomniała. Do tego czasu w wojsku byłem taką osobą bez przydziału, oni nie wiedzieli, co ze mną zrobić. Oczywiście mnie zdegradowano. Tydzień przed przysięgą zostałem z jednostki rakietowej wyrzucony i przeniesiony do Jaromina, do brygady inżynieryjno-budowlanej.

W 1982 i 1983 roku komuniści posługiwali się planowym, karnym powoływaniem do wojska działaczy Solidarności. Tak zwane karne obozy wojskowe?

Ciekawy wątek. Ja miałem normalne powołanie w zwykłym trybie. Tak traktowano wszystkich absolwentów wyższych uczelni. Karne obozy wojskowe to inna sytuacja. U mnie wyglądało to w ten sposób. Miałem bilet na 4 września 1984, a aresztowany zostałem chyba 17 października 1984. To oznacza, że jakieś półtora miesiąca przebywałem w tym wojsku. Aresztowanie wyglądało też normalnie. 17 października 1984 zostałem wezwany do dowódcy jednostki i zaraz tak jak stałem zostałem zatrzymany przez WSW.

Miałem adwokata z własnego wyboru, choć było to trudne, gdyż to musiał być adwokat z uprawnieniami do sądów wojskowych. Trochę żałuję, że posłuchałem tego adwokata, który mi doradził, abym odmówił składania zeznań, żeby sytuacji nie zaostrzać. Podtrzymałem u dowódcy, a potem przed sądem odmowę złożenia przysięgi wojskowej i nie składałem żadnych dodatkowych wyjaśnień. Uważam, że źle zrobiłem. Okazało się, że wyrok i tak bym dostał, bo sprawa była przesądzona z góry. Natomiast wygłoszenie swojego politycznego credo było warte i potrzebne.

Tak. To jest coś, czego wiele osób żałuje. Energia szła na samą odmowę całemu systemowi. To był heroiczny akt. Trochę nie było już siły?

Oni różne sztuczki stosowali, żeby stopniowo pomniejszyć polityczną wagę mojej decyzji, ten polityczny radykalizm, którego się bali. Na przykład na początku proponowali mi za zmianę decyzji stałe przepustki, żebym mógł wychodzić na miasto na coniedzielne msze święte. Później zaś przed samą rozprawą sądową zabrali mi mundur wyjściowy, aby mnie upokorzyć. Przed sądem wystąpiłem więc w starych łachmanach wojskowych. Im o to chodziło, żebym wyglądał na jakiegoś komedianta, niepoważnego człowieka. Niewiele to jednak dało. Na sali sądowej w czasie rozprawy było wielu moich znajomych z różnych grup opozycyjnych, a zwłaszcza z NZS-u. Był również, co szczególnie ważne, biskup szczeciński. Przez to ranga tego procesu wyraźnie wzrosła. Można powiedzieć, wtedy to był gest bardzo znaczący. Później moi znajomi, między innymi Andrzej Kotula, postarali się o to, żeby ta sprawa nabrała rozgłosu w wymiarze krajowym. Dzięki temu w Warszawie, w środowiskach opozycyjnych, zrobił się problem. Bo do tej pory opozycja problemy dotyczące wojska traktowała jako tabu, o tym się nie dyskutowało. Tematu nie było.

Kiedy w mojej obronie zorganizowano głodówkę w Podkowie Leśnej, wywiązała się wielka debata na temat ruchów pokojowych, pacyfistycznych, jak to jest na Zachodzie, jak to jest w Polsce. Skutkiem tych debat było odkrycie, że oto pojawiła się nowa przestrzeń dla działalności opozycyjnej. To był przyczynek do powołania Ruchu Wolność i Pokój.

Solidarność w regionie? NSZZ w Szczecinie?

No, na początku zaciekawienie i obserwacja, duża aktywność nowej formacji budziła powszechne zdumienie. Ale można też powiedzieć, że niemal od razu była akceptacja dla naszych działań. W Szczecinie WIP zaczął działania od końca 1986 roku. Potem wciąż rosnąca aktywność aż do czerwcowych wyborów w 1989 roku, czyli do samego końca. Miejscem częstych spotkań był kościół przy ul. Pocztowej w Szczecinie. Solidarność pod przywództwem Andrzeja Milczanowskiego miała tam swoją siedzibę, a my z kolei mieliśmy punkt konsultacyjny dla objectorów (red.: odmawiający służby lub przysięgi wojskowej) i dla wszystkich, którzy mieli jakiekolwiek problemy z wojskiem, w późniejszym okresie np. z przyznawaniem służby zastępczej.

Tak jak WIP, tak samo struktury solidarnościowe zaczęły się stopniowo rozbudowywać i umacniać. Moment szczytowy tego procesu to najdłuższy i najważniejszy strajk w szczecińskim porcie w 1988 roku. Strajk, któremu szczeciński WiP udzielił pełnego wsparcia, oczywiście na miarę naszych możliwości. To na tej fali doszło do przełomu politycznego w końcu 1988 roku, co wkrótce doprowadziło do rozmów Okrągłego Stołu. Nasze kontakty z Solidarnością były dobre i było tutaj pełne zrozumienie.

Jak rodzina na to twoją odmowę?

Ja już mówiłem, że moja działalność opozycyjna rozpoczynała się w roku 1977. Wtedy naciski ze strony służby bezpieczeństwa były bardzo silne, np. moich rodziców wtedy wezwano na rozmowę, na przesłuchanie na bezpiece szczecińskiej. Natomiast udało mi się moją rodzinę przekonać, że to, co robię, ma sens, ma cel. Moja mama poznała wtedy wielu moich przyjaciół z opozycji, poznała większość tego środowiska i nabrała zaufania do tych ludzi. Aczkolwiek trzeba powiedzieć, że to były dla niej niezmiernie ciężkie czasy. Zwłaszcza początek roku 1982, kiedy zostałem internowany na pół roku. W tragicznych i do dzisiaj niewyjaśnionych okolicznościach został zamordowany mój brat w Gdańsku. To było po godzinie policyjnej. Dla całej rodziny to ciężkie, traumatyczne przeżycie. Kolejne wyjazdy do internowania do mnie, później do więzienia. No już nie mówię, że wielokrotne zatrzymania, rewizje w domu. Presja na całą rodzinę była ogromna. Dręczono moją siostrę Romanę. Myślę, że wiele rodzin w Polsce przeżywało podobnie te czasy. To były bardzo trudne czasy dla Polaków.

Wróćmy na chwilę do sprawy sądowej i do wyroku. Gdzie zawieźli ciebie po wyroku?

Przez WSW zatrzymany zostałem w Areszcie Wojskowym w Trzebiatowie. Później był Areszt Śledczy w Koszalinie i Areszt Śledczy w Szczecinie przy ul. Kaszubskiej aż do uprawomocnienia się wyroku. Stary kryminał, który istnieje zresztą do dzisiaj. Ciasno w celach, dużo więźniów, część musiała spać na materacach. Te materace wyciągało się na noc spod piętrowych prycz, było za mało miejsc do spania. Siedziałem ze zwykłymi przestępcami, najczęściej złodziejami. Później już cały wyrok i resztę kary odbyłem w Stargardzie Szczecińskim. To było więzienie o średnim rygorze, z wyrokami do pięciu lat, bez recydywy, ale z grypserą. Byli więźniowie wielokrotnie karani, tyle że za różne przestępstwa.

Stargard to więzienie o tyle specyficzne, że około 30 procent więźniów to byli więźniowie za przestępstwa popełnione w wojsku. Złodziejstwo przede wszystkim, przypadki samowolnych oddaleń, dezercji, pijaństwa, pobicia. Tych przestępców mundurowych było wielu. Był jeden przypadek oficera z marynarki wojennej skazanego za dezercję. To była też odmowa. On chciał zrezygnować ze służby wojskowej i rozpocząć pracę w cywilu w marynarce handlowej. Ale wojsko się nie zgadzało. Specjalnie na wybory nie chodził, robił wokół siebie wrogą otoczkę polityczną. I to jednak nie pomagało. Jak już nie było żadnego wyjścia, on po prostu z wojsk uciekł, zdezerterował. Został zwolniony jakoś po połowie kary.

Przymus pracy?

Nie, nie. Ja takiej sytuacji nie miałem. Było wręcz przeciwnie. Odbywanie kary w izolacji jest trudne, jak się nie ma żadnego zajęcia. W tym więzieniu w Stargardzie były warsztaty ślusarskie i tam jedna trzecia więźniów była zatrudniana. Natomiast mnie przydzielono do tak zwanej pracy społecznej. To oznaczało obsługę więzienia – kuchnia, biblioteka, pralnia. Zostałem skierowany do pralni. Ja chciałem do biblioteki. Nie dali. Prawdopodobnie chodziło o to, że przez bibliotekę miało się kontakt ze wszystkimi więźniami. Nie było możliwości pracy poza zakładem karnym. Rano byliśmy odprowadzani do pralni, szło się na osiem godzin do pracy. Po tych ośmiu godzinach znowu przyprowadzali pod celę. To był normalny reżim więzienny. Cele były zamknięte. To było wielkie więzienie starego typu, a jego najgorszą stroną były warunki higieniczne. Pawilon, w którym ja siedziałem, nie miał żadnej kanalizacji, w celach były tylko tak zwane bomby do załatwiania się. 20-litrowe kubły, na które nakładało się deskę sedesową. Nawet nie było ścianki działowej ani drzwi, były tylko parawany na półtora metra. No, po prostu koszmar, bo wszędzie śmierdziało! Te kubły ze swoimi odchodami codziennie trzeba było wynosić. Byłem ponadto w celi dla niebezpiecznych więźniów, gdzie wszystko było przyśrubowane do ścian albo przyspawane do podłogi. Dla więźniów pozostawała bardzo mała przestrzeń do poruszania się. Odsiedziałem 22 miesiące. W więzieniu napisałem pracę magisterską. Choć nie pozwolili mi jej obronić, to jednak byłem z tego dumny.

Zostałem zwolniony, o ile się nie mylę, 8 września 1986 roku. Od pójścia do wojska minęły 2 lata i cztery dni. Zwolniono mnie warunkowo. Dwie trzecie kary. Zwolniono mnie warunkowo z zawieszeniem kary, choć wszyscy wiedzieli, że amnestia była już gotowa, nie znano tylko daty ogłoszenia. Wkrótce po mnie, właśnie na amnestię, opuścili więzienie w Stargardzie dwaj koledzy z Gorzowa Wielkopolskiego, którzy również siedzieli za odmowę złożenia przysięgi: Krzysztof Sobolewski i Jarek Wojewódzki. Prawie wszyscy wyszli. Były jednak dwa wyjątki. Wojtka Jankowskiego wtedy nie zwolniono i Jarka Nakielskiego. W ich obronie była później pierwsza duża akcja Ruchu Wolność i Pokój – pierwszy sitting w Warszawie pod Domami Towarowym „Centrum” 3 października 1986 roku. WIP zaczął się rozkręcać i konsolidować jako ruch ogólnopolski. To była moja pierwsza akcja po wypuszczeniu z więzienia.

Post scriptum

Po 1989 roku dostałem odszkodowanie za niesłuszne skazanie. W 1991 roku Prokuratura Wojskowa sama, z urzędu, wystąpiła o rewizję mojego wyroku i Sąd Wojskowy w Bydgoszczy mnie uniewinnił. Dostałem odszkodowanie w wysokości 60 mln zł, to na dzisiejsze, po denominacji, 6 tysięcy. Wiem, że te sprawy były różnie traktowane przez różne sądy, bo na przykład w przypadku Tomka Wacko z Wrocławia czy Wojtka Woźniaka ze Szczecina sprawy wyroków umorzono. A przy umorzeniu brak było podstawy prawnej do odszkodowania.

Udało się znaleźć w ramach i w otoczeniu WIP w latach 80. 71 przypadków politycznej odmowy To chyba większość osób politycznie uwięzionych w drugiej połowie lat 80’.?

To jest liczba duża. I wydaje się, że narasta problem braku pomocy państwa dla wielu osób poszkodowanych represjami PRL, które są obecnie w trudnej sytuacji życiowej i materialnej. A regulacji ustawowych nie ma dalej, nawet teraz, 25 lat po odzyskaniu wolności.

Szczecin, 28 IX 2014

Opracowanie: Wojciech Jaroń