L00132 Julian Baczyński

Z Encyklopedia Solidarności

Tylko w Internecie.

Relacja Juliana Baczyńskiego

Mój ojciec urodził się w Kijowie i następnie, wraz z rodziną, wyemigrował do Taszkentu. Tam ich zastała rewolucja październikowa, przed skutkami której uciekli do Polski przez Chiny. Do kraju dotarli pod koniec 1919 roku. W moich zbiorach zachowały się fotografie rodzinnego z tamtego okresu. Dziadek był szanowanym rzemieślnikiem, stolarzem posiadającym własny warsztat, który nie zajmował się specjalnie polityką, podobnie jak ojciec. Ale mimo to przez długi czas w okresie PRL nie mogłem dostać nawet przepustki do NRD.

Od samego początku tworzenia Solidarności zacząłem szukać kontaktów z ludźmi, którzy się w to zaangażowali. Nie miałem jednak styczności z Hutą im. Lenina w Krakowie – gdzie miały miejsce strajki – ponieważ było to raczej odległe środowisko od tego, z którym byłem związany zawodowo, czyli w Państwowym Szpitalu Klinicznym. Gdzieś jednak wyczytałem, że na Akademii Medycznej rozpoczyna pracę tzw. punkt konsultacyjny ds. tworzenia nowego związku zawodowego, w którym zaangażowani byli Janusz Kutyba i Jacek Szczepkowski. Nie znałem wówczas doktora Kutyby, w przeciwieństwie do Jacka, który jak ja był pracownikiem technicznym, inżynierem zajmującym się elektrokardiologią. Kiedy nawiązałem z nimi kontakt, to od razu zostałem wysłany do huty na zebranie organizacyjne nowej struktury związkowej. I tak się to dla mnie zaczęło.

Następnie czynnie zaangażowałem się w tworzenie struktur związkowych wśród pracowników technicznych Akademii Medycznej i Państwowego Szpitala Klinicznego w Krakowie. Początkowo ludzie podchodzili dwojako w kwestii włączenia się w działalność. Jedni robili to z entuzjazmem, inni natomiast przyjęli postawę wyczekującą i byli pełni obaw czy wręcz strachu o możliwość utraty pracy. Dało się zauważyć, że ta druga postawa towarzyszyła pracownikom gorzej wykształconym. Ci co posiadali jakąś pozycję zawodową, mniej się bali. Zapewne było to spowodowane tym, że uważali, iż jakoś sobie poradzą, gdyby ich zwolniono. Tak mi się wówczas wydawało. Dało się też zauważyć, że w pierwszym okresie to kadra lekarska była bardziej zaangażowana od innych. Zapewne byli bardziej świadomi i chętni do wprowadzania zmian.

Początkowo odczuwaliśmy także niechęć kierownictwa AM i PSK do idei nowych związków. Przejawiali ją głównie ówczesny rektor AM Tadeusz Popiela i wicedyrektor szpitala Wojciech Pojker, który był głównym naszym przeciwnikiem. Podczas jakiejś akcji protestacyjnej stawialiśmy nawet postulat usunięcia Pojkera ze stanowiska. Czasem dochodziło też do różnego rodzaju prowokacji, jak z pewnym młodym człowiekiem, który zgłosił się do Komisji Zakładowej i twierdził, że jest szantażowany przez dyrektora. Był on pracownikiem działu transportu i szefem tamtejszej komórki związkowej, ale nazwiska jego już dziś nie pamiętam. Z jego powodu weszliśmy w spór z dyrekcją i doszło ostatecznie do dużego skandalu, kiedy okazało się, że był on esbeckim prowokatorem. Zapewne celem tej akcji miało być skłócenie środowiska AM i PSK. Był to nasz ogromny błąd, że daliśmy się w ten sposób zmanipulować. Ów prowokator, w którymś momencie błyskawicznie zniknął i podobno wyjechał za granicę.

Podczas pierwszych wyborów wybrano mnie do Komisji Zakładowej NSZZ Solidarność Akademii Medycznej i Państwowego Szpitala Klinicznego, gdzie zostałem wiceprzewodniczącym. Nie próbowałem natomiast działać w strukturach innych niż mojego zakładu, gdyż uważałem, że mam tyle roboty tu na miejscu, iż większe zaangażowanie nie ma sensu. M.in. dlatego że nie przeszedłem na żaden etat związkowy i wszystko robiłem społecznie, a czasu było zawsze za mało. Na działalność w szerszym zakresie mogli sobie pozwolić działacze Zarządu Regionu, którzy byli etatowymi pracownikami związku. Nasza Komisja Zakładowa liczyła chyba ponad 20 osób i byli wśród niej również ludzie odpowiedzialni za reprezentowanie nas na zewnątrz czy działalność na wyższych szczeblach związku, m.in. prof. Zbigniew Chłap, prof. Andrzej Szczeklik, prof. Ryszard Gryglewski, dr Janusz Kutyba, Ryszard Bocian, dr Bogdan de Barbaro, prof. Rafał Niżankowski. Ta właśnie grupa osób w dużej mierze zajmowała się działalnością informacyjną. Do osób, które były niezwykle aktywne w naszej pracy związkowej, zaliczyłbym m.in. Jacka Marchewczyka, Tadeusza Librowskiego, Jana Ciećkiewicza i Barbarę Michalską.

Jako związek wydawaliśmy swoje pismo, ale nie zajmowałem się działalnością wydawniczą, gdyż miałem masę innych zajęć i skupiałem się bardziej na działalności socjalnej, zwłaszcza że podlegli mi pracownicy nie za bardzo byli zainteresowani publikacjami. Braliśmy też udział we wszystkich akcjach protestacyjnych organizowanych przez struktury Solidarności na terenie Krakowa. Za jeden z marszy prof. Andrzej Szczeklik – jako jeden z kilku – dostał nawet kolegium. Starałem się być jednak nieco w cieniu takiej działalności, ponieważ uważałem, że może mi to kiedyś utrudnić właściwą działalność związkową. Dlatego niektóre rzeczy robiłem po cichu, by nie zostać namierzonym.

Jesienią 1981 roku zaczęły do nas docierać sygnały, że może się coś wydarzyć. Prof. Gryglewski pokazywał mi nawet, że chodzi już spakowany i ma ze sobą ciepłą bieliznę i buty, na wszelki wypadek. Pierwszy dzień stanu wojennego pamiętam chociażby z tego, że po włączeniu rano telewizora czy radia panowała tam cisza. Domyślając się powodów takiego stanu rzeczy, sprowadziłem dzieci do samochodu i wywiozłem je do Mucharza, gdzie mieszkali moi teściowie. Jadąc tam z Krakowa, nie spotkałem na trasie ani jednego samochodu. Panowała kompletna pustka i nie było nawet milicji. Dopiero w drodze powrotnej dostrzegłem pierwsze patrole. W niedzielne popołudnie 13 grudnia 1981 roku dotarłem nieco spóźniony na pierwsze w stanie wojennym zebranie naszej Komisji Zakładowej. Do tego czasu KZ sformułowała pierwsze oświadczenia na temat wydarzeń dziejących się wokół nas.

W planach mieliśmy podjęcie akcji protestacyjnej, a do moich obowiązków należało zabezpieczenie terenu szpitala i patrolowanie go, obstawienie bram wejściowych i niewpuszczanie obcych osób. To wszystko miało się odbyć przy wykorzystaniu moich ludzi, pracowników pionów technicznych. Udało nam się wprowadzić w życie powyższe założenia i trwało to przez kilka dni. Powołaliśmy Komitet Strajkowy, którego zostałem członkiem. W zasadzie to Komisja Zakładowa przekształciła się w to nowe ciało, które kierowało całą akcją protestacyjną. Z naszej strony wszystko funkcjonowało bez najmniejszych zarzutów. Pracownicy nie mieli jakichś szczególnych obaw, by włączać się do protestu, co wynikało zapewne z faktu, że w dużej grupie łatwiej jest o poczucie anonimowości i łatwiej się zdobyć na odwagę. Znaczenie miało zapewne i to, że większość osób popierała Solidarność i dlatego mający jakieś wątpliwości nie chcieli się wyłamywać. Osobiście nie spotkałem się z protestami przeciwko prowadzeniu ostrzejszych form protestu. Był to też na tyle gorący okres, że nie było wiadomo, w którym kierunku się to potoczy. Dziwię się także, że ówczesne władze nie zdecydowały się na podjęcie jakichś działań pacyfikacyjnych w stosunku do nas, zwłaszcza że inne ośrodki protestu – jak wiadomo – nie były traktowane tak ulgowo.

Podejmowaliśmy w tym okresie także inne działania, jak próby nawiązania kontaktu ze strajkującymi zakładami. W tym celu, wraz z jednym z lekarzy, udałem się karetką do Montinu przebrany za sanitariusza. Na bramie esbecy nie chcieli nas wpuścić na teren zakładu, jednak młody lekarz, który był ze mną, zaczął się dopytywać o ich nazwiska na wypadek, gdyby osoba, do której niby byliśmy wezwani, zmarła. Kwestia odpowiedzialności podziałała na funkcjonariuszy i umożliwili nam wjazd.

Po kilku dniach i zakończeniu akcji strajkowej przystąpiliśmy do tworzenia podziemnych struktur. Również w tym wypadku Komisja Zakładowa – bez większych zmian osobowych – stała się ciałem niejawnym i zaczęła tworzyć podziemne struktury na terenie Akademii Medycznej i Państwowego Szpitala Klinicznego. Podejmując tego rodzaju działalność, dążyliśmy do reaktywacji Solidarności i kontynuacji tego, co zaczęliśmy w 1980 roku.

W dalszym ciągu wychodziło nasze pismo „Biuletyn Informacyjny NSZZ «Solidarność» Akademii Medycznej i Państwowego Szpitala Klinicznego” – oczywiście po 13 grudnia już nielegalnie. Wiele materiałów drukowaliśmy w naszych zakładach naukowych, w których były odpowiednie urządzenia. Nie wszystkie zostały bowiem odpowiednio zabezpieczone przez SB. Również po wprowadzeniu stanu wojennego nie zajmowałem się drukiem, natomiast organizowałem sieć kolportażu, w którym moje mieszkanie było punktem kontaktowym służącym dalszej dystrybucji nielegalnych wydawnictw. Oprócz PSK odbiorcami były także inne zakłady pracy. Część bibuły przynosił mi człowiek, którego nazwiska nigdy nie poznałem, a który był związany z podziemnym pismem „Solidarność Grzegórzecka”. Wśród kolportowanych materiałów były zarówno czasopisma, jak wspomniany nasz biuletyn informacyjny czy „Hutnik”, ale także znaczki poczt podziemnych.

Cały czas przeprowadzaliśmy także akcje malowania na murach haseł czy inne, jak wywieszenie w nocy na kominie kotłowni przy ul. Kopernika flagi z napisem Solidarność. Gdy rano pojawili się zomowcy, by ściągnąć flagę, zgromadzeni ludzie głośno zadawali sobie pytanie, który pierwszy spadnie, sugerując, że klamry do wchodzenia na komin są podpiłowane. To spowodowało, że ostatecznie żaden z milicjantów nie odważył się wspiąć. Dopiero wezwana Straż Pożarna po kilku godzinach umożliwiła ściągnięcie naszej flagi. Co jakiś czas przeprowadzaliśmy również akcje balonowe polegające na podczepianiu do balonów ulotek i wypuszczaniu ich na terenie Krakowa.

Dziś już nie jestem w stanie odtworzyć w pamięci, kto był inicjatorem pomysłu, by na terenie kościoła Jezuitów przy ul. Kopernika wmurować tablicę pamiątkową. Najprawdopodobniej był to Janusz Kutyba. Oprócz mnie w przeprowadzeniu tej inicjatywy uczestniczyła także Maryla Aleksiejew, która pomogła mi w zakupie części materiałów. Jakimś sposobem zdobyłem też kawałek mosiężnej blachy o grubości 6 mm. Do pomocy w akcji Bogdan Klich skierował czterech lub pięciu chłopaków z NZS AM. Same litery były odlewane i wykonane w zakładzie odlewniczym przy ul. Starowiślnej. Zamawialiśmy je pojedynczo, na sztuki, by uniemożliwić ew. ułożenie napisu przez postronne osoby. Samodzielnie, po godzinach pracy montowałem litery do mosiężnej tablicy. Pod kościół tablicę przewieźliśmy nocą w taksówce, którą kierował mój przyjaciel. Sama akcja montażu – ok. 1 w nocy – przebiegła dosyć sprawnie, zwłaszcza że wcześniej przeprowadziliśmy odpowiednie rozpoznanie i wykonaliśmy potrzebne obmiary. Wytypowaliśmy także płytę chodnikową, którą zamierzaliśmy usunąć i na jej miejsce wstawić naszą tablicę z napisem: „Pamięci ofiar stanu wojennego 13 grudnia 1981 roku – Ludzie pracy Grzegórzek”. Jedynie na jedną rzecz nie chciał się zgodzić Janusz Kutyba, by pod tablicą zamontować granaty gazowe pochodzące z demonstracji w Nowej Hucie. Planowałem tak to zrobić, by w momencie wyrywania naszej tablicy granaty zostały uaktywnione, a teren wokół spowity gazem łzawiącym. O akcji był poinformowany przeor Jezuitów, ale raczej nie był nastawiony przychylnie do naszej inicjatywy. Kiedy w godzinach rannych tablica została wyrwana przez esbeków, to po jakimś czasie jeszcze dwukrotnie ją odtwarzaliśmy, ale już w nieco tańszej wersji, używając tzw. lastriko, czyli zmieszanego i wypolerowanego betonu z kamieniem. W ostatnim, trzecim montażu już nie uczestniczyłem z powodu wyjazdu za granicę.

Nie zaangażowałem się w żadnym Duszpasterstwie Ludzi Pracy, ale byłem uczestnikiem Mszy za Ojczyznę w kościele u Jezuitów. W stanie wojennym poznałem też wielu działaczy, jak Zbyszka Ferczyka, Mietka Gila, Edka Nowaka, Stanisława Handzlika. Oczywiście brałem udział w różnego rodzaju demonstracjach rocznicowych czy uroczystościach podczas wizyt Jana Pawła II, gdzie występowaliśmy całą grupą z własnym transparentem, by zaakcentować swój udział.

Czasem się zastanawiałem, jak to jest możliwe, że wszyscy dookoła wiedzieli, iż jestem wiceprzewodniczącym związku w zakładzie oraz zaangażowanym w różnego rodzaju akcje – co było chyba tajemnicą poliszynela – i jakoś nie miałem kłopotów z esbecją. Nie byłem wzywany na rozmowy czy w inny sposób indagowany, nawet nie czułem, że się mną ktoś interesuje. Zastanawiam się, czy było to robione w ramach akcji, że jedni byli inwigilowani, a inni pozostawieni w spokoju, by wzbudzać tym jakieś podejrzenia i kłótnie? Przykładowo: jego nie ruszają, to może coś donosi? W materiałach zgromadzonych w IPN – z którymi się zapoznałem – nie ma też żadnej wzmianki na mój temat. Wszyscy inni gdzieś się przewijają, jak chociażby Janusz Kutyba, Maryla Aleksiejew, Zbigniew Chłap, Bogdan de Barbaro.

Cały czas w latach 80. zajmowałem się pomocą socjalną dla osób represjonowanych, w tym zbieraniem składek. W którymś momencie organizowałem także dystrybucję żywności, którą otrzymywaliśmy w ramach pomocy z Zachodu, m.in. wyszukiwałem osoby, którym przekazywaliśmy paczki. Zwykle taki transport odbierałem w parafii św. Mikołaja przy ul. Kopernika. Później mieliśmy tam też magazyn, w którym gromadziliśmy sprzęt medyczny napływający z zagranicy. Kiedyś do Nowej Huty dostarczono transport kilkunastu dużych kserokopiarek z Francji oraz kilka ton papieru. Nie mam pojęcia, w jaki sposób udało się to przeszmuglować, ale szczęśliwie dotarło do domu Władysława Wyki na Grębałowie, gdzie zostało zmagazynowane. Nikt niestety nie miał zbytniego doświadczenia w obsłudze tego rodzaju sprzętu i na mnie spadł obowiązek ich uruchomienia. By tego dokonać, musiałem zrozumieć zasadę ich działania, zwłaszcza że nie było dołączonych żadnych instrukcji. Ostatecznie zostały rozdysponowane do różnych struktur podziemnych na terenie Krakowa – jedna z nich znalazła się też moim biurze, gdzie było stosunkowo bezpiecznie wytwarzać nielegalne druki. Do mojego pokoju nikt nie miał specjalnie wstępu. Kolejne urządzenie trafiło do Duszpasterstwa Hutników na os. Szklane Domy. Zapewne o losach pozostałych kserokopiarek wiedzę będzie mieć Zbigniew Ferczyk, główny ich dysponent. Papieru – jak się okazało – było na tyle, że używany był przez kilka lat. Do tej pory nie mam pojęcia, jak to przeszło przez granicę – nigdy też o to nie zabiegałem, gdyż uważałem, że zbyt duża wiedza jest szkodliwa.

Działaczem podziemnych struktur Solidarności byłem do momentu mojego wyjazdu w roku 1986 do USA. Również za granicą próbowałem nawiązać kontakt z organizacjami wspierającymi podziemny ruch w Polsce. Miałem nawet takie zalecenia od kolegów. W związku z tym w Chicago spotkałem się z Barbarą (nazwiska już nie pamiętam), posiadałem także kontakt z Surdykowskim. Próbowałem rozeznać ew. potrzeby tamtejszych struktur, ale jakoś specjalnie nie zauważyłem ich zainteresowania moją pomocą. Do kraju powróciłem dwa lata później i nie dostrzegłem jakichś istotnych zmian w zastanej rzeczywistości. Od razu ponownie zaangażowałem się w działalność opozycyjną.

Wszyscy z uwagą śledziliśmy pierwsze sygnały o nadchodzących zmianach. Wiedzieliśmy bowiem, że ówczesny stan nie może trwać długo i coś się musi zawalić: albo gospodarka, albo polityka. Również nasz związek w podziemiu nie dysponował już taką siłą, by podjąć działania na pełną skalę i robiliśmy jedynie niezbędne rzeczy, czekając na jakiś przełom. Z mojej strony zaangażowanie wynikało m.in. z wiary w przemiany, które wcześniej czy później musiały nastąpić. W przeciwnym wypadku w ogóle bym się nie angażował i nie narażał siebie oraz bliskich mi osób, w tym dwójki małych dzieci.

Po uzgodnieniach Okrągłego Stołu włączyłem się działalność Komitetów Obywatelskich Solidarności i innych struktur. Wraz z kolegami zaczęliśmy się coraz bardziej zastanawiać nad działalnością polityczną. Uważaliśmy, że jak się chce coś zmieniać, to należy być w polityce. Dlatego jednym z pierwszych moich kroków było zapisanie się do Porozumienia Centrum. Zwłaszcza że nie była to organizacja tworzona przez ludzi zupełnie sobie obcych – na ogół byli do dawni działacze Solidarności znający siebie nawzajem. Jedni poszli w stronę Unii Wolności, inni w kierunku PC. Wówczas były to dwie formacje, które realnie mogły coś zrobić. A przynajmniej tak nam się wydawało. Dlatego w Krakowie zmobilizowaliśmy grupę byłych działaczy związkowych, którzy wykazywali chęć uprawiania polityki. Na pierwszym krakowskim zjeździe, gdzie wybraliśmy sobie władze, zostałem wiceprzewodniczącym struktury regionalnej. Przewodniczącym wybrano Leszka Zielińskiego, późniejszego posła. Jakiś czas później doszło niestety do konfliktu z władzami centralnymi partii w Warszawie, ale nie w kwestiach ideologicznych, tylko personalnych. Przed wyborami do Sejmu mieliśmy swojego człowieka – Kazimierza Barczyka – którego chcieliśmy umieścić na pierwszym miejscu listy. Podjąłem się wówczas także roli szefa sztabu wyborczego. Ale jedynie Kaczyński miał prawo zatwierdzenia i zgłoszenia listy kandydatów i tuż przed upływem terminu wstawił na trzy pierwsze miejsca swoich ludzi. Oczywiście nie do końca można mówić, że to byli „jego” ludzie, gdyż wszyscy byli z Krakowa, niemniej było to wbrew naszym ustaleniom. Nie byli też członkami Porozumienia Centrum. Wśród nich był m.in. Andrzej Gołaś, późniejszy prezydent Krakowa. Kierując kampanią wyborczą, miałem zorganizowane spotkania naszych kandydatów w mediach i na ogół kierowałem tam Kazia Barczyka – startującego z czwartego miejsca na liście – który się wykazywał w radiu i telewizji. Narzuceni nam kandydaci nie mieli takich możliwości i mandat poselski zdobył Barczyk. Był to jednocześnie nasz koniec w PC. Dodam, że nie zniechęciło nas to do dalszej działalności w polityce, gdyż był to raczej konflikt typowo personalny. Nie chcieliśmy się bowiem pogodzić z narzucaniem nam wszystkiego odgórnie i w niektórych sprawach domagaliśmy się samodzielności. Co do kierunku politycznego była z naszej strony pełna zgoda z centralą.

W latach 80., w czasie mego zaangażowania w Solidarność, byłem skupiony głównie na realizacji celów socjalnych, czysto związkowych oraz postulatów wolności słowa. Pragnąłem czuć się w kraju bezpiecznie i móc realizować własne cele, bez dyktatu innych. I to raczej udało nam się zrealizować. Pomimo mankamentów, które dostrzegamy nawet dzisiaj, różnych wojen na górze, uważam, że warto było angażować się w latach osiemdziesiątych w działalność opozycyjną. Zapewne musi minąć jedno pokolenie, by pewne sprawy uległy wyciszeniu i wróciły do normalności. Wydaje mi się, że ludzie obecnie parający się polityką są raczej niereformowalni. Najbardziej mnie boli, że zanikły więzi, które się zawiązały podczas tworzenia Solidarności. Była to pewna jedność pomiędzy tymi na górze i na dole. Wówczas zwykły robotnik potrafił dogadywać się i współpracować z profesorem, często mówiąc sobie po imieniu. Tego dziś już nie ma.

Opracowanie: Sławomir Chmura