L00133 Marian Banaś

Z Encyklopedia Solidarności

Tylko w Internecie.

Relacja Mariana Banasia

Na moje życiowe postawy ogromny wpływ miało wychowanie w duchu religijnym i pod tym kątem konfrontowałem otaczającą nas rzeczywistość z wyznawanymi wartościami. Od razu dostrzegłem ogromną sprzeczność moich wartości z tym, co oferowały władze PRL i czego uczono nas w szkole. Obserwowałem również dyskryminację, jakiej poddawani byli ludzie wierzący w ówczesnej Polsce. Dlatego powoli narastał we mnie wewnętrzny bunt.

Mój ojciec miał bardzo trzeźwe podejście do ówczesnej rzeczywistości, ale dopiero kilka lat po jego śmierci odkryłem, że współpracował – jako kurier – z Józefem Kurasiem ps. Ogień. Wynikało to zapewne z tego, że tato miał dobre rozeznanie granicy i możliwości jej nielegalnego przekraczania oraz kontakty na Słowacji. Nigdy mi niestety o tym okresie swego życia nie opowiadał, mimo że wiedział, jakie mam poglądy na te sprawy. Był po prostu człowiekiem, który potrafi trzymać język za zębami, i być może obawiał się mojego większego zaangażowania w politykę.

Dziadek natomiast służył w armii austriackiej i podczas pierwszej wojny światowej dostał się do niewoli rosyjskiej. Wrócił do Polski, kiedy ta była już niepodległa. Sporo opowiadał o Rosji bolszewickiej i samej rewolucji oraz o zbrodniach mających tam miejsce i niszczeniu Kościoła. Dlatego ostrzegał nas przed bolszewizmem, nawet tym pod łagodniejszą postacią, który zapanował w Polsce po 1945 roku, a który stanowił zagrożenie dla polskości.

Kiedy zacząłem uczęszczać do szkoły średniej, moja siostra była już wówczas studentką Pomaturalnego Studium Nauczycielskiego w Krakowie, gdzie poznała Adama Macedońskiego, znanego działacza niepodległościowego i społecznika. Brała także udział w jego Studiu Folk Songu. Było to propagowanie pieśni ludowych różnych narodów, w ramach czego Macedoński przybliżał świat Zachodu ludziom w Polsce. Także dzięki temu, że brali w tym udział studenci z zagranicy studiujący na polskich uczelniach i mogący porównywać oba te światy. Był to jakiś sposób na demaskowanie fałszu komunistycznego, który panował w Polsce. Któregoś roku miałem okazję poznać osobiście Adama Macedońskiego, gdyż siostra zaprosiła go do naszego rodzinnego domu w Piekielniku, gdzie spędzałem swą młodość.

Sporo czytałem w tamtym okresie i zachwycałem się polskimi klasykami literatury m.in. Adamem Mickiewiczem, Juliuszem Słowackim, Zygmuntem Krasińskim, Józefem Kraszewskim, Karolem Bunschem. Podobnie zresztą, jak spora część młodzieży, która miała poczucie patriotyzmu. Chłonąłem te książki, co pozwalało mi wyrabiać w sobie coraz większe poczucie polskości. Równocześnie obraz Polski wyniesiony z tejże literatury zupełnie nie zgadzał się z tym, co widziałem na co dzień. Dlatego kiedy w naszym domu pojawił się Adam Macedoński, podjąłem z nim dyskusję na tematy dotyczące historii Polski. Tej dalszej i współczesnej. Sporo wiedziałem o Katyniu i Armii Krajowej, o partyzantce po 1945 roku. Oczywiście bez takich szczegółów, do jakich możemy dotrzeć dziś. Adam udostępnił mi też kilka książek, w tym m.in. Raporty katyńskie ambasadora O’Malley’a i o zbrodniach na Wołyniu.

Będąc młodym człowiekiem, starałem się jednak myśleć o swej przyszłości, którą chciałem związać z wojskiem i jako oficer próbować zmieniać rzeczywistość, tworzyć układ mogący coś zdziałać dla Polski. Miałem nadzieję, że wcześniej czy później musimy się uwolnić od Związku Sowieckiego. Dlatego zapisałem się na kurs szybowcowy i spadochronowy w Nowym Targu, licząc, że po skończeniu liceum dostanę się do szkoły oficerskiej w Dęblinie, gdzie uda mi się zostać pilotem. Oczywiście było to wszystko ogromnie naiwne i okazało się, że droga nie tędy wiedzie do wolnej Polski. Zwłaszcza że moje poglądy były władzom już trochę znane.

W szkole średniej poznałem o dwa lata starszych kolegów: jeden pochodził z Czerwiennego i miał matkę w USA, a drugi z Jabłonki. Z tym pierwszym zaprzyjaźniłem się i wspólnie założyliśmy kółko samokształceniowe, omawiając często sytuację międzynarodową Polski i czytając niezależne wydawnictwa, które dostarczałem. W którymś momencie poinformował mnie o planach ucieczki do Austrii, proponując jednocześnie przystąpienie do tego przedsięwzięcia. Odmówiłem jednak, informując, że swoją przyszłość widzę w Polsce. Koledze bardzo zależało także na dokładnej mapie pogranicza czechosłowacko-austriackiego, którą zaoferowałem się załatwić od znajomego jeżdżącego do pracy w Czechach. Tyle mogłem jedynie dla nich zrobić. Ich ucieczka okazała się sukcesem, o czym poinformowała rozgłośnia Radia Wolnej Europy, a u mnie w domu zjawili się dyrektor szkoły wraz z pogranicznikami z WOP-u. Z pokoju wyproszono moją mamę i musiałem sam się z nimi zmierzyć. Na pytanie dyrektora, gdzie się wybieram, odpowiedziałem, że jedynie do wojska i dlatego robię kurs spadochronowy. Udawałem oczywiście niezorientowanego, mimo że było inaczej. Taka taktyka okazała się skuteczna i wprawiła w zakłopotanie pytających. Potwierdziłem jedynie, że byli moimi kolegami, ale na temat samej ucieczki nic nie wiedziałem. Oczywiście wszystko zostało odnotowane w moich papierach i władze miały pojęcie kim jestem.

Kolejny raz podobną rozmowę odbyłem przed maturą, kiedy – jako poborowy – zgłosiłem się na wezwanie do Wojskowej Komendy Uzupełnień w Nowym Targu. Po dopełnieniu formalności zostałem poinformowany, że muszę odbyć jeszcze jedną rozmowę z panem ubranym po cywilnemu. W czasie indagowania przez wspomnianego cywila przekonywano mnie, że mój światopogląd kłóci się z tym, czego oczekuje się w szkołach wojskowych, gdzie nie uznaje się wiary w Boga. Odparłem mu, że tak zostałem wychowany i nic tego nie zmieni. Padła także propozycja pomocy w zrobieniu matury, na co odpowiedziałem, że nie miałbym wówczas satysfakcji w jej zdaniu. Zaczęło do mnie docierać, że zapewne był to jakiś przedstawiciel służb, zwłaszcza kiedy zaproponował, bym najpierw poszedł do seminarium i przez rok przekazywał im informacje. Wtedy zareagowałem dosyć ostro i odpowiedziałem, że nie życzę sobie tego typu rozmów w przyszłości i na szpicla się nie nadaję. Od tej pory nie składano mi już żadnych tego rodzaju propozycji, ale jakieś konsekwencje tej rozmowy chyba dla mnie były.

W 1974 roku udało mi się wstępnie zakwalifikować do szkoły w Dęblinie, ale nie na pilotaż samolotowy (ze względu na małe nadciśnienie), tylko na śmigłowce z możliwością przeniesienia po roku na samoloty. Jednak spotkane osoby, mające za sobą kilka lat edukacji we wspomnianej szkole, uświadomiły mi, że z moimi poglądami nie mam tam czego szukać i lepiej gdybym poszedł na uczelnię cywilną. Dlatego szybko się stamtąd zmyłem i złożyłem dokumenty na Uniwersytet Jagielloński w Krakowie, gdzie dostałem się na Wydział Prawa. Po jakimś czasie dostałem jednak wezwanie na WKU i podczas rozmowy dowiedziałem się, że chcą, bym pokrył koszty szkolenia i pobytu w Dęblinie. Uświadomiłem im jednak, że lepiej się stało, iż decyzję o zmianie szkoły podjąłem już teraz, a nie po drugim czy trzecim roku, kiedy koszty nauki mogły być rzeczywiście spore. Ostatecznie rozeszło się to jakoś po kościach. Na UJ miałem jeszcze przygodę ze zmianą kierunku, gdzie nieopatrznie dałem się namówić na jakąś administrację. Po roku udało mi się jednak przenieść na prawo z koniecznością nadrobienia materiału wynikającego z różnic programowych.

Podczas studiów szybko poznałem kolegów mających poglądy podobne do moich, m.in. Piotra Boronia i Włodka Steckiewicza, z którymi postanowiliśmy założyć konspiracyjną komórkę propagującą wśród studentów myśl niepodległościową. Nasza działalność przejawiała się np. obchodzeniem rocznicy 11 Listopada i uczestniczenia w tym dniu we mszy na Wawelu. Także dzięki Piotrowi mogłem poznać żyjących wówczas jeszcze legionistów, w tym gen. Borutę-Spiechowicza. Stopniowo krąg osób działających wraz z nami się powiększał, ale zbytnio się z tym nie afiszowaliśmy. Staraliśmy się jednak naszą aktywność nieco sformalizować.

Grono moich znajomych nie ograniczało się jedynie do środowiska uczelnianego, ale było także związane z klubem, gdzie ćwiczyłem karate. Tam poznałem Mariana Apostoła, który miał poglądy zbliżone do moich. I dlatego po jakimś czasie wraz z kilkoma innymi kolegami założyliśmy organizację o nazwie Polska Odrodzona. Kontakt nawiązaliśmy także z braćmi Kulisiami w Nowym Sączu, Zofią Stoch z Zakopanego i jej narzeczonym Bobikiem, a także z Warywodą, z którym latałem na szybowcach w Nowym Targu, Skalniakiem ze Starego Sącza i innymi. Wspólnie pojechaliśmy do Częstochowy i na Jasnej Górze złożyliśmy uroczyste ślubowanie, że będziemy działać na rzecz odfałszowania historii, poszerzania świadomości wśród naszych rówieśników, odzyskania niepodległości i umacniania wartości katolickich. Takie mieliśmy generalne założenia. Jadąc do Częstochowy, wykonaliśmy także okolicznościowy medal z wizerunkiem Matki Boskiej i napisem: Polska Odrodzona. Wiele spotkań odbywało się też w Zakopanem i Nowym Targu, gdzie wspomniane osoby zapraszały swoich znajomych. Przekazywaliśmy im także niezależne wydawnictwa, które otrzymywałem w Krakowie od Adama Macedońskiego i Piotra Boronia. Kilkukrotnie uczestniczyliśmy w spotkaniach organizowanych przez PAX, gdzie jednym z działaczy był Stanisław Pażucha, i dyskutowaliśmy, czy Polska jest rzeczywiście wolnym państwem.

Na początku moich studiów zaangażowałem się także w działalność duszpasterską w kościele na Salwatorze i w ramach tego środowiska zaczęliśmy organizować różnego rodzaju spotkania, m.in. z Józefem Ruszarem, późniejszym działaczem SKS, czy Bydyniem. W którymś momencie, wraz z księdzem Cieślikiem i proboszczem Bryłą, postanowiliśmy urządzać uroczystości patriotyczne związane z ważnymi rocznicami. Byłem także zaprzyjaźniony z działaczem polonijnym Josefem Losiakiem z Chicago, który na studia przyjechał do Krakowa. Dlatego zaproponowałem mu, by wystąpił do władz o zgodę na zorganizowanie uroczystości związanych z Tadeuszem Kościuszką. Uzgodniliśmy także z księdzem, że z tej okazji wygłosi homilię, a my przebierzemy się w stroje kosynierów. Tak też się stało i przy moim akompaniamencie na akordeonie przeszliśmy z kościoła na Kopiec Kościuszki śpiewając patriotyczne pieśni. Wokół nas zgromadziło się ok. 200 osób, a na kopcu dołączyli kolejni. Ksiądz wygłosił bardzo patriotyczne kazanie, natomiast Losiak grał na gitarze amerykańskie piosenki wolnościowe. W okresie późniejszym na bazie tych doświadczeń wystawialiśmy Wesele Wyspiańskiego oraz prezentację ważnych polskich postaci historycznych: od Bolesława Chrobrego do Józefa Piłsudskiego. Z czasem zaczęło przychodzić na nasze spektakle coraz więcej osób, zwłaszcza że zaczęliśmy współpracować z którymś z krakowskich teatrów. Oprawę muzyczną zapewniała nam szkoła muzyczna i członkowie Filharmonii Krakowskiej.

Zaczęło być o nas na tyle głośno, że dostawaliśmy zaproszenia nawet z innych parafii, ale zaczął też robić się wokół nas szum i zainteresowanie esbecji. W końcu doszło do tego, że SB zjawiła się u księdza proboszcza i „poprosiła”, by zrezygnował z tej formy aktywności, gdyż będzie mieć kłopoty. Dlatego nasza działalność została przerwana i musieliśmy odwołać zaplanowane występy, m.in. w Zakopanem.

Działalność w ramach Polski Odrodzonej prowadziliśmy do roku 1976, kiedy doszło do wydarzeń w Radomiu i Ursusie, czego konsekwencją były represje wobec protestujących robotników. Był to dla nas impuls, by połączyć dwa środowiska, w których działałem do tej pory. Efektem było powstanie organizacji o nazwie Akcja na rzecz Niepodległości. Wraz z Piotrem Boroniem i Włodzimierzem Steckiewiczem opracowaliśmy deklarację ideową naszej formacji. Szybko też nawiązaliśmy kontakt z powstałymi w 1976 i 1977 roku Komitetem Obrony Robotników i Ruchem Obrony Praw Człowieka i Obywatela. Do sformalizowania współpracy doszło podczas wizyty Józefa Śreniowskiego w Krakowie, podczas której postanowiliśmy, że będziemy od KOR-u odbierać wydawnictwa i kolportować je wśród studentów i robotników. Natomiast do społeczności wiejskiej adresowana była „Placówka”, której organizatorem został Józef Baran. Jemu też przekazywałem materiały do druku.

We współpracy z KOR-em powstawała także tzw. Księga bezprawia. Zbierając materiały do niej, udałem się wraz ze Śreniowskim do małej wioski koło Żywca, skąd pochodziła późniejsza żona Adama Macedońskiego. Ona to właśnie opowiedziała o przypadku, kiedy to pewna osoba mocno zaangażowana w budowę tamtejszego kościoła poniosła śmierć w niewyjaśnionych okolicznościach. Matka zmarłego mężczyzny była mocno przestraszona i nie chciała z nikim o tym rozmawiać. Ostatecznie udostępniła nam jednak zdjęcia pokazujące, jak wyglądał jej syn po śmierci w wyniku pobicia. Wszystkie okoliczności wskazywały, że został zamordowany przez SB lub innych funkcjonariuszy. Innego zdania był oczywiście Zdzisław Marek, biegły sądowy z Krakowskiej Katedry Medycyny Sądowej, który podtrzymywał tezę jakoby ofiara sama pobiła się śmiertelnie w celi. Ten przypadek pokazywał także, jak ówczesna tzw. elita naukowa – jeśli można ją w ogóle nazwać elitą – współpracowała z reżimem komunistycznym i była na jego usługach. Potrafili podpisać się pod najgorszą nawet zbrodnią. Wspólnie ze Śreniowskim opisaliśmy powyższy przypadek i zamieściliśmy wraz ze zdjęciami w Księdze bezprawia. Dodam jeszcze, że podczas kolejnego pobytu w Żywcu próbowała zatrzymać nas SB, ale szczęśliwie udało nam się uciec.

Korowski „Biuletyn Informacyjny” i inne pisma kolportowaliśmy głównie w akademikach wśród studentów oraz na terenie Nowej Huty, w Nowym Targu, Zakopanem i Nowym Sączu. Wychodziliśmy z założenia, że każdy z nas miał jakichś znajomych i to właśnie im w pierwszej kolejności dostarczaliśmy prasę. Oni przekazywali to innym. Czyli robiła się z tego taka pantoflowa poczta. Istotnym ogniwem byli także księża, jak chociażby mój znajomy z Nowego Sącza, ks. Stanisław Czachor, który zawsze brał każdą ilość pism. Wiedział także doskonale, komu je można przekazać w parafii, by służyły właściwemu celowi. Podobnie było w Piekielniku, gdzie poszedłem do księdza i po przedstawieniu się wyłuszczyłem mu całą sprawę. Okazało się, że wszyscy mieli podobne spojrzenie na rzeczywistość jak my. Byli także zachwyceni, że młodzi ludzie podejmują się tego rodzaju działalności i robią to bez strachu. Niejednokrotnie ludzie przekazywali nam jakieś pieniądze, by zrekompensować nam np. koszty podróży.

Dziś mam świadomość – po zapoznaniu się z archiwami w IPN – że nasza ówczesna działalność była rozpracowywana przez Służbę Bezpieczeństwa. Z opisu jednej sprawy wynika bowiem, że funkcjonariusze czekali na mnie w jakiejś miejscowości – ja jednak z jakiegoś powodu udałem się z bibułą do innej i tym sposobem uniknąłem zatrzymania. SB miało także swoich donosicieli, np. w mojej rodzinnej wsi było ich dwóch. Dlatego służby były dobrze poinformowane o każdym moim przyjeździe oraz o tym, jakie nielegalne materiały rozdawałem. Korzystne dla mnie było to, że SB dowiadywało się wszystkiego z pewnym opóźnieniem, zwykle kiedy już wyjechałem z Piekielnika. Esbecy wiedzieli o mojej działalności, ale nie mieli jednak pojęcia o nazwie organizacji, do której należałem. Wyszło to dopiero na jaw w stanie wojennym, kiedy zostaliśmy aresztowani.

W ramach naszej struktury spotykaliśmy się dość regularnie raz lub dwa w tygodniu. W międzyczasie przygotowywaliśmy materiały do druku czy planowaliśmy jakieś wydarzenia. Oprócz tego mieliśmy mnóstwo swoich prywatnych spraw i oczywiście naukę. Ale jakoś udawało nam się to wszystko pogodzić. W sumie w Akcji na rzecz Niepodległości uczestniczyło ok. 30-35 osób zarówno w Krakowie, jak i poza nim. W stolicy Małopolski byli to głównie studenci, natomiast w Nowym Targu, Zakopanem, czy Nowym Sączu młodzi robotnicy.

Oprócz działalności wydawniczej i kolporterskiej podejmowaliśmy także akcje innego rodzaju. W 1979 roku, kiedy Rosjanie najechali na Afganistan, zorganizowaliśmy akcję malowania na murach. Trzyosobowe grupy w Katowicach i Kielcach oraz w samym Krakowie wykonały napisy kredą na murach: „Sowieci precz z Afganistanu”, „Naród polski solidaryzuje się z Afganistanem”. Podobne hasła pojawiły się w Nowym Sączu w okolicach dworców PKP i PKS wykonane przez tamtejszych członków Akcji na rzecz Niepodległości. Akcja była przeprowadzona w nocy o jednej porze, a nad ranem wszyscy byli już w swoich domach. Niestety, nie mogliśmy się przekonać o rezultatach naszych działań w Kielcach czy Katowicach, ponieważ nie mieliśmy nikogo tam na miejscu, by mógł obserwować zachowanie służb. Wydaje mi się, że trochę szumu musiało jednak być, wiedząc jak władze podchodziły do tych spraw.

Kolejna nasza akcja miała miejsce w Krakowie tuż przed jakimiś wyborami. Na dzisiejszym Placu Inwalidów ustawiona była plansza z napisem: „Front Jedności Narodu popierają wszyscy patrioci”. Gdy przechodziłem koło niej, wpadł mi do głowy pomysł zmodyfikowania tego hasła na: „Front Jedności Narodu popierają wszyscy idioci”. O pomoc poprosiłem kolegę Sułka, z którym byłem na jednym roku, wykazującego pewne uzdolnienia plastyczne. W akcję zaangażował się także Ludwik Stasik, mój bliski przyjaciel, z którym przeprowadziłem większość akcji. Po zrobieniu obmiarów – w środku dnia – wykonany został fragment napisu, który odpowiednio modyfikował całe hasło wg naszego zamiaru. Natomiast samo naklejenie nastąpiło w nocy. Z samego rana wsiedliśmy do tramwajów i jeździliśmy o obie strony obok owego hasła zwracając uwagę pasażerom, by zechcieli spojrzeć na efekty naszej pracy. Oczywiście nie informowaliśmy o autorstwie. Po godzinie takiej „zabawy” na placu pojawiło się kilka radiowozów na sygnale i nasza modyfikacja została usunięta.

Początkowo obchody Święta Niepodległości 11 Listopada w Krakowie obchodzone były przez garstkę osób. Wyglądało to tak, że małą grupą szliśmy z Wawelu na Plac Matejki i tam składaliśmy wieniec. Nie było przy tej okazji żadnych uroczystych przemów. Wcześniej odwiedzaliśmy kryptę na wzgórzu wawelskim z trumną Józefa Piłsudskiego. Cały czas towarzyszyła nam też Służba Bezpieczeństwa, która wszystko obfotografowywała. Wywierano tym sposobem na nas presję, co powodowało, że z grupy 50 osób na Plac Matejki docierało ok. 20. Pozostali zostali skutecznie wystraszeni.

Naszą najbardziej spektakularną akcję przeprowadziliśmy w czerwcu 1979 roku podczas pierwszej pielgrzymki Jana Pawła II do Polski. Postanowiliśmy przywitać Ojca św. w Krakowie flagami z orłem w koronie. Udało nam się znaleźć plastyków i sfinansować wykonanie 5 takich flag. Po raz pierwszy użyliśmy ich 6 VI podczas wieczornego powitania papieża na krakowskich Błoniach. Dokonałem tego wraz z Piotrem Boroniem. Zapewne już wówczas esbecja to odnotowała, zwłaszcza że zrobiliśmy tę akcję niemal przed wysiadającym ze śmigłowca Janem Pawłem II, który również musiał to dostrzec. By uniknąć jakichś reperkusji, po uroczystości zawinęliśmy nasze flagi we flagi papieskie i szybko się oddaliliśmy. Kolejny raz flagi z orłem w koronie rozwinęliśmy dwa dni później podczas spotkania Ojca św. z młodzieżą na Skałce. Tam użyliśmy już wszystkich 5 flag. Poinstruowaliśmy uczestników akcji, by po skończeniu uroczystości postąpić jak poprzednim razem, czyli owinąć wszystko flagami papieskimi i szybko się oddalić. Udało nam się to z jednym wyjątkiem. W tym czasie do Polski przyjechał z Francji Marian Apostoł, który ogromnie chciał dzierżyć flagę z orłem w koronie. Po uroczystościach na Skałce wspólnie przeszliśmy na ulicę Franciszkańską, pod papieskie okno. i w momencie, kiedy ludzie zaczęli się rozchodzić, poprosiłem go o szybkie zwinięcie flagi, obawiając się namierzenia przez esbecję. Marian zrobił to dość niechętnie, będąc ogromnie podekscytowany całą sytuacją i uważając, że jesteśmy już prawie w wolnej Polsce. W końcu udało mi się zawinąć obie flagi i chcąc zmylić esbeków, poszliśmy do akademika Żaczek inną ulicą niż zwykle, przez Smoleńsk. Z nami był jeszcze kolega z Zakopanego Warywoda. Gdy dochodziliśmy do ul. Retoryka, spostrzegłem za nami 8-9 osobników i od razu pomyślałem, że są zapewne z SB. Nie omyliłem się, gdyż za moment doskoczyli do nas i próbowali odebrać mi flagi, które cały czas niosłem. W sumie mocowało się ze mną 4 esbeków, a pozostali z dwoma moimi kolegami. W jakimś momencie Warywodzie udało się nieco oswobodzić i zaczął krzyczeć wzywając pomocy przeciwko SB. Mnie w dalszym ciągu tarmosiło kilku funkcjonariuszy, ale robili to dosyć nieumiejętnie i będąc pośrodku nich, byłem przeciągany w jednym lub drugim kierunku, nie wypuszczając dzierżonych w dłoniach flag. Kiedy padła komenda, by wciągnąć mnie do jakiejś bramy, zdałem sobie sprawę, że mogę już z niej cały nie wyjść. Wiązało się to też z ujawnieniem mojej tożsamości i ew. relegowaniem ze studiów. Dlatego pociągnąłem mocniej za flagi i jednocześnie pchnąłem jednego z esbeków. Zdezorientowany przewrócił się i uderzył głową o asfalt. Widząc to, zrobiłem przysiad i pozostałych uderzyłem swym łokciem w kolana. Spowodowało to, że esbecy stracili równowagę, co pozwoliło mi się wyzwolić i uciec. Marianowi również udało się oddalić, z tym że wcześniej został solidnie uderzony w nerkę jednym z drążków od flag, które odebrali mu esbecy. W Żaczku z powodu odczuwanego bólu musiałem go niemal wnieść na V piętro. Kiedy w nocy zgłosiliśmy się na badanie do szpitala, okazało się na szczęście, że było to jedynie ostre stłuczenie. Oczywiście lekarzy nie poinformowaliśmy o prawdziwych przyczynach całej sytuacji. Marian nie był już w stanie uczestniczyć w dalszych akcjach i z tego też powodu narzekał, że Polacy przed wiekami obronili pod Grunwaldem swoje sztandary, a nam się to nie udało. Uświadomiłem mu, że dalsza walka na ul. Retoryka i tak nie miała szans na powodzenie, a my bylibyśmy całkowicie wyeliminowani, nie licząc dodatkowych konsekwencji.

Cały czas rozmyślałem jednak, jak się zrewanżować esbekom, i w nocy wpadłem na pomysł, by zdobyć balony i nasze orły w koronie unieść w powietrze. Był to dobry pomysł, ale wydawał się mało wykonalny. Jednak podczas treningu karate spotkałem kolegę Peczkę z Politechniki Krakowskiej, któremu zadałem pytanie o możliwość zdobycia balonów celem godnego przywitania papieża na niedzielnej mszy na Błoniach 10 VI. Oczywiście o żadnych szczegółach go nie informowałem. Odparł, że nie będzie problemu, gdyż jego krewny pracuje na lotnisku w Balicach. Poprosił mnie jedynie, bym określił ciężar jaki będą musiały unieść. Szacowaliśmy z kolegami, że płótno i aluminiowy stelaż będą ważyć ok. 5 kg i taką wartość podałem koledze z PK. Odparł, że w takim przypadku będzie potrzebne 5 balonów. Gdy zdobycie balonów okazało się możliwe, udałem się do znajomego, Bogusława Rostworowskiego, który był odpowiedzialny za zorganizowanie służb porządkowych na Błoniach. Znałem się z nim z konspiracyjnych spotkań u Adama Macedońskiego. Okazało się, że sam był w potrzebie by pozyskać zaufanych chłopaków do swojej służby. Dlatego poleciłem mu swoich znajomych z treningów. Od niego natomiast dostałem 30 wejściówek do pierwszego sektora – pod sam ołtarz – gdzie następnie, pod osłoną nocy, przenieśliśmy partiami wszystkie nasze rzeczy. Wcześniej, do akademika przyjechała narzeczona kolegi Bartyzela, która posiadała uzdolnienia plastyczne, i wraz z moją żoną, wzorując się na zwykłym orzełku z monety, namalowały na zszytych prześcieradłach orła w koronie, a na odwrocie symbol Polski Walczącej. Wszystko było w odcieniu biało-czerwonym i pięknie wyglądało.

Poza kilkoma osobami nikt nie miał pojęcia o całej akcji, co było związane z zachowaniem podstawowych zasad konspiracji. W tym czasie współpracowałem już z Krzysztofem Gąsiorowskim, który – jak okazało się po latach – był tajnym donosicielem SB. Miał świadomość, co planujemy, gdyż niektóre elementy naszej akcji były omawiane w jego pokoju. Dostał także ode mnie wejściówkę do pierwszego sektora. Przypuszczam, że akurat tej akcji nie zadenuncjował, co by znajdowało potwierdzenie w archiwach IPN.

Prawie całą noc nie zmrużyłem oka, gdyż musiałem dopilnować, by poszczególne trzyosobowe grupy wniosły wszystko na swoje miejsce. Rano nasze dziewczyny utworzyły coś w rodzaju zamkniętego kręgu, do którego nikt poza nami nie miał dostępu. Cały czas odgrywaliśmy rolę porządkowych, a ja dodatkowo wcieliłem się w fotoreportera z aparatem na szyi. Kolega, który przywiózł rano balony z Balic, był zaopatrzony w wejściówkę i bez większych problemów przeszedł przez wszystkie sektory aż pod sam ołtarz, dla niepoznaki niosąc także flagę papieską. Kiedy do nas dotarł, podpiąłem dyskretnie do balonów właściwą flagę z orłem w koronie.

W momencie wjazdu papieża na Błonia ojciec Leon powitał Jana Pawła II i zapowiedział wypuszczenie balonów, które wcześniej widział. W tym momencie poprosiłem Gąsiorowskiego, by trzymał balony do momentu wypuszczenia, na co przystał. Początkowo balony nie chciały się niestety unieść i przez kilka minut jedynie falowały na niewielkiej wysokości. To i tak wystarczyło, by wszyscy zgromadzeni fotoreporterzy zaczęli z uwagą robić zdjęcia. Dopiero po pewnym czasie nasze balony zaczęły powoli i majestatycznie się wznosić oraz przemieszczać na wschód, w kierunki Hotelu Cracovia. Całe wydarzenie zostało dobrze udokumentowane w filmie Pielgrzym Andrzeja Trzosa-Rastawieckiego. Po latach Gąsiorowski przypisał sobie zasługi związane z tą akcją i dopiero po mojej interwencji przeprosił za zaistniałą sytuację.

Wydaje mi się, że na owe czasy zorganizowanie takiej akcji w naszych warunkach było dużym wyczynem. Pokazywanie publicznie tego typu symboliki – wolnej i niepodległej Polski – godziło w ówczesną władzę i panujący system oraz rodziło w nich obawy.

Od lat 70. datuje się moja przyjaźń się z Adamem Macedońskim, u którego bywałem kilka razy w tygodniu. Z kolei on często odwiedzał mnie w akademiku. Stąd też od roku 1978 zaangażowałem się w działalność Instytutu Katyńskiego. Dzięki temu, że miałem pokój jednoosobowy i byłem szefem Komisji Porządkowej w Żaczku, mieliśmy ułatwione możliwości spotykania się i konspiracji. U mnie w pokoju były także drukowane ulotki związane z bojkotem juwenaliów w 1977 roku po śmierci Stanisława Pyjasa. Następnie odbywały się tu szkolenia dla członków Studenckiego Komitetu Solidarności związanych z Andrzejem Mietkowskim i Bronisławem Wildsteinem. Podpisałem też deklarację założycielską SKS i początkowo byłem mocno zaangażowany w tym nowym ruchu, blisko współpracując z Józefem Ruszarem.

Do formalnego podpisania owej deklaracji doszło koło góry Luboń i oprócz mnie uczestniczyli w tym m.in. Józef Ruszar, Ewa Kulik, Wojciech Oracz. Podpisana przez uczestników deklaracja została schowana do butelki i zakopana do ziemi. Dziś już nie pamiętam, w którym dokładnie miejscu może się znajdować. Spędziliśmy kilka dni w jakiejś bacówce, a w trakcie pobytu dołączył do nas Józef Śreniowski, który poinformował o działalności prowadzonej przez KOR.

Gdy zrobiło się głośno o SKS, do Krakowa zaczęli przyjeżdżać także inni działacze ówczesnej opozycji jak Adam Michnik czy Jacek Kuroń. Na jednym ze spotkań z Michnikiem, przy ul. Floriańskiej, zadałem mu pytanie, jak wyobraża sobie odzyskanie przez Polskę niepodległości. W odpowiedzi usłyszałem, byśmy wybili sobie z głowy niepodległość i myśleli ew. o finlandyzacji i naprawie socjalizmu, gdyż jest to dobry ustrój wymagający jedynie reformy. Wraz moimi bliskimi znajomymi spojrzeliśmy wówczas po sobie i od tej pory kontakty mojej grupy z KOR-em uległy rozluźnieniu. Środowisko Michnika niezbyt nam odpowiadało, ale w dalszym ciągu kolportowaliśmy ich wydawnictwa, ponieważ uważaliśmy, że należy przełamać strach w społeczeństwie i podnieść świadomość. Chcieli pełnej niepodległości i wierzyliśmy w nią. Dlatego skoncentrowałem się na współpracy w KOR-ze głównie z Józkiem Śreniowskim, który myślał podobnie jak my.

W tym samym roku powstał Ruch Obrony Praw Człowieka i Obywatela. Jego działaczami byli m.in. Leszek Moczulski, Romuald Szeremietiew i Tadeusz Stański, których miałem okazję poznać. Po zapoznaniu się z ich deklaracją ideową postanowiliśmy bliżej z nimi współpracować. Mieliśmy świadomość, że jako środowisko studenckie jesteśmy za słabi, by móc szerzej oddziaływać na całe społeczeństwo. Natomiast działacze ROPCiO posiadali m.in. dostęp do zagranicznych rozgłośni. U nas istniała również obawa o możliwość ukończenia studiów w przypadku ujawnienia swych nazwisk. Nie posiadaliśmy takiej pozycji jak oni, którzy byli już często zaprawionymi działaczami politycznymi, również w organizacjach komunistycznych. Wykazując się zdrowym rozsądkiem chcieliśmy uniknąć sytuacji ekstremalnych, licząc się jednocześnie z możliwością większych restrykcji.

Zmieniło się to w moim przypadku w chwili tworzenia KPN-u jesienią 1979 roku, kiedy byłem już po obronie pracy magisterskiej. Wówczas oficjalnie zdeklarowałem się jako działacz opozycyjny. Miesiąc wcześniej, w sierpniu, wraz z Piotrem Boroniem i Januszem Pierzchałą pojechaliśmy do Warszawy do Leszka Moczulskiego. Gdy dotarliśmy na miejsce, usłyszeliśmy od jego żony, że: „Wodza jeszcze nie ma!”. Byliśmy nieco skonsternowali tym „wodzem”, ale przyjęliśmy to do wiadomości. Gdy Moczulski się w końcu pojawił, wspólnie pojechaliśmy jego samochodem nad Zalew Zegrzyński, gdzie spotkaliśmy Szeremietiewa i Stańskiego; był tam chyba także Tadeusz Jandziszak. Miało się tam odbyć dla nas szkolenie na temat powstającego KPN. W którymś momencie zapytałem Moczulskiego, czy byli już może przedstawiciele Ruchu Młodej Polski. Usłyszałem odpowiedź twierdzącą, że grupa 50 osób zadeklarowała chęć przystąpienia RMP w całości do KPN. Byliśmy tym uradowani zwłaszcza, że Janusz Pierzchała był przedstawicielem Akcji na rzecz Niepodległości w RMP. Kiedy Moczulski pojechał po jedzenie, postanowiłem dopytać jego pasierbicę o szczegóły wizyty ludzi z RMP. Potwierdziła, że był tu Aleksander Hall z kolegą, ale się pokłócił z Moczulskim i wyjechał, odmawiając przystąpienia do KPN. To co usłyszałem, było dla mnie ogromnie szokujące, gdyż złapałem pretendenta do bycia „wodzem” narodu na kłamstwie. Strasznie mnie to zabolało, zwłaszcza że byłem wychowany na pewnych ideałach. Poinformowałem też o wszystkim moich kolegów, którzy tam ze mną byli. Wówczas też zawiadomiliśmy organizatorów nowej formacji, że musimy się jeszcze zastanowić i w tej chwili niczego nie podpiszemy.

Kiedy Szeremietiew ze Stańskim przyjechali do Krakowa, opowiedziałem im, jak złapałem Moczulskiego na kłamstwie, i zadeklarowałem, że póki on będzie szefem, to ja do KPN nigdy nie wstąpię, chociaż oboma rękoma podpisuję się pod ideami i deklaracją tego ugrupowania. Nadal będę też z nimi współpracował z całą moją organizacją. Kiedy w połowie lat 80. Stański i Szeremietiew opuścili więzienie, przyjechali do mnie i poinformowali, że rozstali się z Moczulskim i KPN i tworzą nową organizację pod nazwą Polska Partia Niepodległościowa. Przyznali, że to ja miałem przed laty rację, i złożyli mi propozycję współtworzenia nowej formacji. I tak w 22 stycznia 1985 roku – w rocznicę Powstania Styczniowego – utworzyliśmy PPN.

Zapewne na naszą rzeczywistość w latach 70. i 80. w dużej mierze oddziaływały czynniki międzynarodowe, jak chociażby wybór Karola Wojtyły na papieża. Wydaje mi się, że bez tego wydarzenia zmiany, które później nastąpiły, nie byłyby możliwe. Nie byłoby też możliwe uaktywnienie się społeczeństwa na taką skalę. Uważam jednocześnie, że również nasza działalność w latach 70. miała pewne znaczenie, zwłaszcza że nastąpiła po długiej przerwie spowodowanej pacyfikacją podziemia niepodległościowego po II wojnie światowej. Nie było nas tysiące jak po 1980 roku, jedynie kilka setek. Wielu z tych działaczy znałem osobiście i miałem możliwość gościć ich przy różnych okazjach. Widziałem, jak przez różnego rodzaju działalność mieliśmy możliwość oddziaływania na społeczeństwo, również na postawę księży, którzy robili się coraz aktywniejsi i odważniejsi. Często byli przekaźnikami naszych inicjatyw do różnych parafii. Zapewne też niektórym zjawiskom w skali kraju nadaliśmy odpowiednią dynamikę, co przyczyniło się do wyartykułowania przez naród swych potrzeb i dania możnym tego świata argumentów do ujmowania się za nami. Obecnie mamy w kraju sytuację odwrotną – naród, można powiedzieć, śpi mimo różnorakich możliwości.

Opracowanie: Sławomir Chmura