L00134 Janusz Baster

Z Encyklopedia Solidarności

Tylko w Internecie.

Relacja Janusza Bastera

Od najmłodszych lat wiedziałem, że obydwoje moi rodzice byli mocno zaangażowani w konspirację podczas niemieckiej okupacji. Ojciec był szefem łączności Kedywu AK Okręgu Krakowskiego. Matka natomiast była w wywiadzie i kontrwywiadzie Armii Krajowej i stąd ich znajomość. Wiedziałem to, miało to dla mnie znaczenie, ale za ich życia nie interesowałem się ich działalnością. Jako cel życia ojciec postawił sobie po wojnie pracę na rzecz kombatantów. Był społecznikiem, o którym myśleliśmy, że głównie zajmuje się staruszkami i to dla nich założył pierwszy w Krakowie Klub Seniora, ale w latach 80. już po jego śmierci okazało się, że przede wszystkim opiekował się akowskimi kombatantami i ich rodzinami.

W końcu lat 50. oraz w 60. wraz z matką i czwórką rodzeństwa działaliśmy w harcerstwie, które w Krakowie miało jeszcze elitarny charakter. Chociaż nie mówiło się wprost o jakiejś działalności konspiracyjnej i występowaniu przeciwko systemowi, to szaroszeregowa tradycja instruktorów oddziaływała w sposób jednoznaczny. Byłem w drużynie Czarna Trzynastka Krakowska i na obozach na początku lat 60. chodziliśmy niekiedy do kościoła czwórkami. Kiedy miałem 12 lat, zostałem z całym zastępem wysłany na Międzynarodowy Obóz Przyjaźni Młodzieży w Cieplicach Śląskich i tam po raz pierwszy w życiu zostałem przesłuchany. Powodem było niezjedzenie przez nas w piątek kiełbasy, co dla nas było oczywiste, a co zostało uznane za manifestację. W Cieplicach był pałac, a nim duża sala, w której byłem przesłuchiwany. Przebywał w niej osobnik w skórzanym płaszczu, a obok niego komendant ośrodka dopytujący się mnie, kto wymyślił, by nie jeść tej kiełbasy. Podobny obraz został nakreślony w filmie Dreszcze Wojciecha Marczewskiego z 1981 roku, który pokazywał zetesempowski obóz w latach 50. Natomiast do Krakowa dotarła informacja, że zażądaliśmy wspólnych modlitw.

Wiosną 1965 roku odbywały się wybory do Sejmu i postanowiliśmy z dwoma kolegami z Liceum Sobieskiego podpalać plakaty związane z tym wydarzeniem. Wynikła z tego afera, która ostatecznie rozeszła się po kościach bez konsekwencji dla jej uczestników. Ciekawa jest jednak dalsza droga owych kolegów: jeden został I sekretarzem PZPR w ważnym wydawnictwie, a drugi oficerem SB, dobrze znanym krakowskiej opozycji.

Ani w domu, ani w harcerstwie nie byłem jakoś nastawiany do walki z komunizmem, ale pewne sprawy były oczywiste. Np. to, że nie należy się do Partii. Wiadomo było, że trzeba być porządnym, że pewne zachowania są właściwe, a inne już nie. Oczywiste było jakieś angażowanie się w wydarzenia milenijne, a także 1968 i 1970 roku, ale do połowy lat 70. wydawało nam się, że nic nie może się już zmienić i trudno było myśleć o otwartej walce z systemem.

Na początku lat 70. zacząłem działać – chociaż byłem matematykiem – w studenckim teatrze. Był to okres nazywany Ruchem Teatru Otwartego. Utrzymywaliśmy też międzynarodowe kontakty. Nasz teatr nazywał się Pleonazmus i był traktowany jako polonistyczny. Teksty, poza pierwszym, zostały napisane przez nas i starały się być opisem rzeczywistości. Przez niektórych traktowane były jako bełkot, a więc cenzura nas nadmiernie nie pilnowała. Jednak już nasze najgłośniejsze przedstawienie z 1972 roku, zatytułowane Szłość samojedna i oparte na wariantach semantyczno-słowotwórczych czasownika „iść”, było traktowane jako metafora rzeczywistości i przychodziły na nie tłumy, wyrażając aplauz w zaskakujących momentach. Kiedy w 1974 roku przygotowaliśmy Wybrane sceny z najnowszej naszej dekadencji, na jedno z przedstawień zawitał przedstawiciel młodzieży radzieckiej z Nowosybirska. Pił z nami później wódkę przez dwa dni, by zrozumieć, jak to w państwie socjalistycznym ktoś w ogóle może mówić o dekadencji. Było dla niego zupełnie niepojęte, jak można patrzeć w ten sposób na rzeczywistość. Kiedy wrócił do tego swojego Nowosybirska, zaczął nas zachwalać z myślą o zaproszeniu tam teatru z Krakowa. Został jednak bardzo szybko „dobrowolnie” wysłany do budowy jakiegoś odcinka magistrali Bajkalsko-Amurskiej w tym czasie powstającego. Brzmi to anegdotycznie, ale podobno rzeczywiście tak było.

Jako teatr funkcjonowaliśmy oficjalnie i dlatego mogliśmy na wyjazdy otrzymywać pieniądze najpierw od ZSP, a później SZSP. Z drugiej strony dla wielu osób byliśmy społecznością, dla której przychodziło się na spektakle dla dyskusji światopoglądowych, w tym okresie już mocno opozycyjnych. W tym samym czasie działał Teatr Ósmego Dnia. Zdarzało się, że na naszych spektaklach ludzie reagowali żywiołowo i wynikały z tego dla organizatorów problemy. Dlatego w niektórych miastach, jak w Gdańsku czy Poznaniu, cenzura nie pozwalała nam występować. Bez problemów natomiast mogliśmy wystawiać nasze spektakle we Wrocławiu i Krakowie. Tak wówczas działała cenzura.

Mogliśmy także wyjeżdżać za granicę, m.in. ze spektaklem Straż pożarna by nie zmogła, jedna, druga, trzecia..., po którym polski ksiądz w Londynie podczas kazania mówił, jak to niesiemy ogień nadziei przez komunistyczny świat. Z kolei w Bernie w Szwajcarii przyszło na nasze przedstawienie sporo Czechów, którzy znaleźli się tam po roku 1968. Po spektaklu oświadczyli, że gdyby to u nich w Czechosłowacji pokazano, to byłaby „rozpierducha”.

W piwnicy Domu Studenckiego Żaczek w Krakowie mieliśmy swoją siedzibę, gdzie przygotowywaliśmy spektakle. Zawsze kłębiło się tam wiele osób, również tych, które zakładały Studencki Komitet Solidarności po śmierci Stanisława Pyjasa. Studiowałem matematykę, ale równolegle zacząłem także filozofię na Uniwersytecie Jagiellońskim. W czasie kiedy rozpocząłem studia na filozofii, znaleźli się tam również Bronek Wildstein i Staszek Pyjas wyrzuceni z polonistyki. Było to w roku akademickim 1976/1977. Poznałem się też dosyć przypadkowo z Wojtkiem Onyszkiewiczem, członkiem KOR-u, wcześniej komendantem szczepu Czarna Jedynka w Warszawie. Wiele znajomości zawierało się np. w górach, kiedy się po nich chodziło. Dobrym miejscem na poznawanie nowych ludzi były duszpasterstwa akademickie, gdzie również wymienialiśmy się niezależną literaturą. Pamiętam Krzysztofa Gurbę u nas w domu z plecakiem pełnym publikacji. W mieszkaniu rodzeństwa Honowskich przy Karmelickiej, których znałem z harcerstwa, odbyły się koncerty Jacka Kaczmarskiego, a milicyjna „suka” stała przed domem. Wszystkie te kręgi były ze sobą powiązane, ja jednak osobiście zajmowałem się działalnością teatralną i tym, co działo się wokół tego środowiska, które powiązane było najbardziej z Akademią Sztuk Pięknych i polonistyką na Uniwersytecie Jagiellońskim. Uczestniczyła w tym także moja siostra Maria, która w stanie wojennym z drugą siostrą Martą i Krzyśkiem Gurbą tworzyli jeden z podziemnych teatrów, których spektakle odbywały się po prywatnych domach.

W roku 1979 skończyłem studia. Miałem propozycję pójścia na studia doktoranckie z logiki, co było związane ze studiowaniem filozofii, ale ze względów rodzinnych podjąłem pracę w Wyższej Szkole Pedagogicznej w Instytucie Matematyki, gdzie zastał mnie wybuch Solidarności. Była to dosyć specyficzna uczelnia, na której uważano, że przyszłych nauczycieli należy indoktrynować. Nie było to chyba łatwe, ponieważ większość studentów, studentek pochodziło z małych miejscowości i trwało chociażby przy swej wierze. Natomiast ci spośród nich, którzy zostawali na uczelni dla kariery naukowej, zwłaszcza na kierunkach uważanych za społeczne, byli odpowiednio dobierani, by gwarantować właściwą linię wychowawczą w kształtowaniu tzw. człowieka socjalizmu. W Instytucie Matematyki miało to mniejsze znaczenie, chociaż jego dyrekcja też musiała wykazywać się odpowiednią postawą.

Kiedy we wrześniu 1980 roku zaczęło się tworzenie Solidarności, byłem młodym asystentem, świeżo po stażu. W momencie mego zaangażowania było to traktowane jeszcze jako coś ryzykownego, gdyż nie było wiadomo, co z tego wyniknie. Już wcześniej podchodzono do mnie z pewną nieufnością, ze względu chociażby na działalność w niezależnym teatrze, ale i to, że w lutym 1980 roku zbojkotowałem wybory do Sejmu PRL i nie poszedłem głosować. Kiedy kończyłem staż, sekretarz Komitetu Uczelnianego PZPR poinformował mnie, że nie brałem udziału w wyborach. Oczywiście wybory były tajne. Chronił mnie mój promotor, Józef Tabor, człowiek mocno osadzony w partii, ale jednocześnie bardzo życzliwy i otwarty, późniejszy prorektor. Od początku włączyłem się w tworzenie Solidarności, ale nigdy też nie przejawiałem tendencji do sprawowania funkcji w jakichś strukturach. Zostałem jedynie reprezentantem młodszych pracowników do Rady Wydziału z ramienia nowego związku. Zająłem się natomiast bardziej swoimi zainteresowaniami związanymi z górami. W związku z tym, kiedy pojawiła się propozycja reaktywowania Polskiego Towarzystwa Tatrzańskiego czy tworzenia Klubu Ekologicznego, od razu się w to włączyłem, co trwało przez cały 1981 rok. Należy zwrócić uwagę, że wówczas w całej Polsce podobnie się działo. Oprócz tego, co było związkową i młodzieżową działalnością nastawioną na walkę z systemem, to w bardzo wielu miejscach sporo osób próbowało odtwarzać organizacje, które kiedyś istniały i zostały zniszczone. Aktywizowały się wtedy np. środowiska akowskie. W tamtym czasie w dużej mierze był to ruch nie tylko związkowy. Oczywiście bez struktur Solidarności byłoby to niezmiernie trudne.

By reaktywować PTT, rozpoczęliśmy formalne procedury i powołaliśmy w tym celu Obywatelski Komitet Reaktywowania Polskiego Towarzystwa Tatrzańskiego. Naszym przeciwnikiem okazał się Tadek Syryjczyk z Polskiego Towarzystwa Turystyczno-Krajoznawczego, które w jakiś sposób zamierzaliśmy zwalczać w tamtym momencie. Tadek był także ważną osobą w Solidarności. Natomiast po naszej stronie stanął sekretarz Komitetu Miejskiego PZPR w Zakopanem i współdziałał w próbie reaktywowania PTT. Cała sytuacja pokazuje, że czasy były mocno skomplikowane.

Stan wojenny zastał mnie w Kościelisku, gdzie mieliśmy zebranie ogólnopolskiego – już w tym czasie – OKRPTT. Wieczorem sypał cicho śnieg i udaliśmy się na spacer. Natomiast ranek powitał nas włączonym na pełen regulator radiem, z którego dobywał się głos lektora, informującego o zaistniałej sytuacji. Reakcją Stefana Maciejewskiego, który prowadził nasze spotkanie i później opisał te chwile w książce Wojna polsko-polska. Dziennik 1980-1983, były wypowiedziane słowa, że wojny mają to do siebie iż się zaczynają i kończą, a Towarzystwo Tatrzańskie ma trwać. W związku z tym obrady – w zasadzie – zakończyliśmy i wieczorem wróciliśmy do Krakowa. Przez całą drogę towarzyszyło mi pytanie, jak ludzie na to zareagowali. Pociąg kończył trasę na stacji Kraków Płaszów i do centrum trzeba było dotrzeć pieszo, ponieważ tramwaje nie jeździły. Maszerował dosyć duży tłum i miałem poczucie, że Polacy właściwie zareagowali.

Już w nocy pojawiły się pierwsze informacje do ręcznego przepisywania i kolportowania, chociaż niektórzy posiadali jakieś urządzenia do powielania. Natomiast w poniedziałek na uczelni przyszedł do mnie wiceprzewodniczący Komisji Zakładowej Solidarności, Krzysiek Błoński, z propozycją bym został przewodniczącym Komitetu Strajkowego. Poinformował mnie, że nie będzie to jawny komitet, a na WSP nie jest planowany strajk okupacyjny. Natomiast należało nawiązać kontakt z CeBeA (Ośrodek Badawczo-Rozwojowy Przemysłu Budowy Urządzeń Chemicznych), który był jednostką nadrzędną w strukturze związkowej. Nasz Komitet Strajkowy miało tworzyć pięć osób. Okazało się także, że jest już kolejna piątka osób, którą miał kierować Roman Malarz, późniejszy prorektor. W KS, na czele którego stałem, była także moja siostra Maria Baster, Erwin Turdza, Roman Mazurkiewicz i osoba z administracji, której nazwiska nie mogę sobie już przypomnieć. Kiedy dotarłem do CeBeA, zaczęliśmy się zastanawiać, co należy robić. Na początek wywieszaliśmy informacje o rozwoju wypadków i było z tym trochę zabawy, gdyż nasz lokal na uczelni został zapieczętowany, ale na korytarzach wisiały gabloty, do których posiadaliśmy klucze. W końcu i one zostały zdjęte. Podjęliśmy także działania związane z organizacją mieszkań dla potencjalnie zagrożonych działaczy z wcześniejszego okresu. Dotyczyło to głównie studentów, gdyż to oni najczęściej pojawiali się na listach internowanych. Natomiast jeśli chodzi o pracowników naukowych, to od razu chyba były sygnały ze strony naszych partyjnych kolegów, że oni sami mają sobie z nami poradzić. W końcu został też ogłoszony strajk absencyjny, ale było to bez większego znaczenia, gdyż wkrótce zaczęły się Święta Bożego Narodzenia.

Patrząc na to z perspektywy czasu i nieco z dystansem, to nasze działania wydają mi się nieco śmieszne i bez większego ryzyka. Niemniej kiedy podejmowałem decyzję, by zostać szefem Komitetu Strajkowego, ukazujące się wówczas komunikaty władz nie wydawały się zabawne. Mówiły one, że za kierowanie strajkiem – i to niezależnie od formy – przewidziano drakońskie kary. Przed podjęciem decyzji poprosiłem także Krzyśka Błońskiego o możliwość skontaktowania się z żoną i porozmawiania z nią. Chciałbym też nawiązać do tego, o czym wspominałem wcześniej, czyli do pewnej oczywistości, która wynikała z wychowania, że pewne rzeczy, kiedy przyjdzie na to czas, należy podjąć mimo iż nie pasowało to do mojego temperamentu.

Działalność naszego Komitetu Strajkowego po jakimś czasie zamarła, natomiast już w konspiracji odtworzyły się niektóre formy działalności Komisji Zakładowej. Dalej byłem przedstawicielem młodszych pracowników. Nadal staraliśmy się podejmować działania, które towarzyszyły nam w legalnej działalności związkowej, jak chociażby zbieranie składek. Natomiast 10 listopada 1982 roku wyszliśmy przed uczelnię i zorganizowaliśmy wiec w ramach protestów przeciwko delegalizacji NSZZ Solidarność. Później niektórzy z nas dostali za to naganę. Tego dnia dzięki współpracy z podziemnym NZS-em udało się wywiesić z okna łazienki na którymś piętrze transparent z napisem „Strajk”. Drzwi do tego pomieszczenia w jakiś sposób zablokowano i nie można się było tam łatwo dostać, by usunąć napis. Na uczelni głównie jednak uczestniczyliśmy w gremiach dyskusyjnych, co było spowodowane pewną przychylnością władz wybranych jeszcze w okresie legalnej działalności związku. W ten sposób próbowaliśmy także oddziaływać na studentów. Jako opiekun roku miałem możliwość uczestniczyć z nimi w dodatkowych zajęciach, jak chociażby wycieczkach. Także w ramach Towarzystwa Asystentów zaczęliśmy tworzyć jakąś platformę współpracy. Cały czas był organizowany kolportaż wydawnictw podziemnych. W tamtym czasie były to zupełnie „normalne” rzeczy.

W XII 1982 roku pojawiła się propozycja, bym włączył się w redagowanie „Serwisu Informacyjnego Regionalnej Komisji Wykonawczej «Solidarność» Małopolska”. Trudno mi jednak określić, przez jaki czas się tym zajmowałem. Wspólnie z Romanem Mazurkiewiczem, pracownikiem polonistyki na WSP, przygotowywaliśmy różnego rodzaju materiały. Część z nich przynosił nam we wtorki Tadeusz Isakowicz-Zaleski, którego wtedy poznałem, a który był jeszcze wówczas klerykiem. Pamiętam, że poprosiłem kiedyś o opinię prawną sędziego Bidzińskiego na temat zawieszenia stanu, co miało wówczas miejsce. Ponieważ była to chłodna prawnicza opinia, to spotkała się z dezaprobatą czytelników, gdyż wszyscy oczekiwali ostrego tekstu dowalającego rządzącym. Redagowanie biuletynu polegało na pisaniu tekstów, przycinaniu dostarczonych nam wiadomości i nadawaniu ostatecznego kształtu, który miał być wydrukowany. Robiliśmy to w nocy, a w środę przychodziła pewna studentka i zabierała tekst to przepisania na matrycę do jakiejś starszej pani.

Nieco później spotkałem Stanisława Prószyńskiego, twórcę Ruchu Społecznego Ku Cywilizacji Miłości, które było odpowiedzią głównie dawnych środowisk ziemiańskich na wezwanie Ojca św. Jana Pawła II podczas pielgrzymki w czerwcu 1983 roku. Była to forma tworzenia gruntu pod debatę i przygotowywała ludzi dla cywilizacji Miłości, czyli także dla lepszej Polski. Wymyślono formułę, że praca będzie się toczyć wokół sympozjów, które miały się odbywać raz do roku w Częstochowie. Panował wówczas powszechny nastrój beznadziejności i dlatego rozpoczęto także tworzenie Wspólnot Nadziei, a w tym pracy nad konkretnymi zagadnieniami. Praca na sympozjach tematycznych miała się odbywać w taki sposób, by próbować pokazywać prymaty cywilizacji Miłości, a które zostały sformułowane przez Ojca św., i szukać dróg ich realizacji. Prószyński posiadał ogromną charyzmę i potrafił łączyć ludzi, czego efektem były liczne wizyty różnych osób w jego domu, gdzie wspólnie dyskutowano i inicjowano działania. Bywali tam także niektórzy działacze podziemia o znanych nazwiskach. Stanisław Prószyński polubił mnie i uznał, że jestem odpowiednią osobą, by rozwijać jego koncepcję, zwłaszcza gdy zaczął się czuć coraz gorzej. Do najbardziej spektakularnego spotkania w Częstochowie doszło w 1984 roku, kiedy obecni byli na nim ks. Jerzy Popiełuszko i Lech Wałęsa. Ruch Społeczny Ku Cywilizacji Miłości stanowił inspirację dla innych wspólnot, jak chociażby Zespół Apostolstwa Świeckich Kamieniołom przy parafii św. Józefa w Krakowie-Podgórzu czy środowiska na Szklanych Domach, kierowanego przez Zbyszka Ferczyka. Powstała z tego Międzyparafialna Wspólnota Wspólnot, która odegrała istotną rolę w działaniach Małopolskiego Komitetu Obywatelskiego w 1989 roku. Należała do niej także Krakowska Wspólnota Akademicka na Miasteczku Studenckim u księży misjonarzy, w której byłem reprezentantem WSP. Liderował jej Zygmunt Kolenda, ale działali w niej m.in. Jurek Szmid, Jarek Potasz i Artur Dmochowski. Celem tych inicjatyw było współdziałanie, by budować program na przyszłość, a nie tylko się buntować. Chcieliśmy poprzez wykłady i spotkania oddziaływać na innych. Była to też próba powiązania wspólnych działań zarówno pracowników naukowych, jak i studentów, oraz ich wzajemnego uzgadniania. Stanisław Prószyński zmarł 14 grudnia 1988 roku i na jego pogrzebie było sporo osób, które w tym czasie tworzyły Komitet Obywatelski przy Przewodniczącym NSZZ „Solidarność” Lechu Wałęsie.

Moja działalność przy tej inicjatywie była – można powiedzieć – półlegalna, ale była to cecha dużej jej części. Już podczas jednego z pierwszych większych spotkań ludzi Solidarności w 1980 roku prof. Kleiner stwierdził, że oczywiste jest, iż agenci wśród nas muszą być i nie można dyskusji sprowadzać do zastanawiania się nad tym faktem, gdyż my mamy zajmować się swoimi rzeczami pomimo to. W moim przekonaniu było charakterystyczne i istotne dla tamtych czasów, że dużą część działalności – nawet tej, która częściowo miała być konspiracyjna – wykonywało się w miarę otwarcie. Oczywiście istniały grupy, które prawdziwą konspirację prowadziły. Byliśmy raczej nastawieni na to, że za nami stoi moralna siła i wyższość, która uzasadnia nasze działania.

Nie ukrywam, że z mojego punktu widzenia zrobienie kroku z nadzieją, iż będzie lepiej, było sukcesem. Oczywiście z dzisiejszej perspektywy można było w latach 1988-1989 żądać i osiągnąć znacznie więcej. Wtedy wychodziłem z założenia, że należy budować świadomość, gdyż ludzie coraz więcej powinni wiedzieć, a wówczas dojrzejemy, by coś więcej osiągnąć. Uważałem, że potrzebne jest nam włączenie się w rządzenie, po to również, by dowiedzieć się, na czym ono polega. Dlatego należało posiadać znaczącą grupę swoich ludzi, którzy będą się przyglądać mechanizmom władzy. Później natomiast zbudujemy prawdziwy program. Oczywiście nie wiedziałem wtedy tego wszystkiego co obecnie i za co można być trochę wściekłym na siebie. Nie chodzi już o samo dogadywanie się, ale o jego elementy i co z tego wynikło.

Zainteresowałem się od początku sprawami dotyczącymi zwłaszcza kwestii lokalnych, które w ogóle miały nie być podnoszone przy Okrągłym Stole. Stało się jednak inaczej za sprawą Jerzego Regulskiego, który wymusił na Geremku zmianę tego stanu rzeczy. Geremek także nie widział początkowo konieczności zajmowania się tego rodzaju sprawami i dopiero, kiedy zauważył, że komuniści bardzo oponują, zaczęło go to zastanawiać i zmienił zdanie. Moje zainteresowanie tymi kwestiami wzięło się ze znajomości ze Stefanem Jurczakiem, Jerzym Zdradą i Jerzym Stępniem, którzy zasiadali w podstoliku ds. społecznych i organizacji, a do którego nikt specjalnie się nie garnął. Moja późniejsza droga częściowo wynikała właśnie z tego.

Bardzo mocno zaangażowałem się podczas kampanii wyborczej przed 4 czerwca 1989 roku. Mogłem temu poświęcić więcej energii niż inne osoby, gdyż wiosną 1988 roku złamałem kręgosłup i sporo czasu byłem na zwolnieniu lekarskim. Znalazłem się w Małopolskim Komitecie Obywatelskim Solidarności, gdzie odpowiadałem za zbieranie wyników z komisji obwodowych 4 VI. To było dla mnie ważne, bo podczas referendum w 1946 roku mój ojciec, działając z ramienia Stronnictwa Pracy, zebrał kopie protokołów i ukrył je, wymuszając ogłoszenie w Krakowie prawdziwych wyników. Kiedy w nocy, kilka godzin po zamknięciu urn wyborczych, mieliśmy już prawie zsumowane wyniki, dotarło do nas, że nie wiadomo, co będzie się dziać rano. Że nasz sukces musi się spotkać z reakcją władz komunistycznych. Nikt z nas nie spodziewał się takiego wyniku. Chwilę wcześniej doszło zresztą do masakry na placu Tianʼanmen w Chinach.

Generalnie byłem nastawiony pozytywistycznie w tamtym czasie, może dlatego, że dobiegałem już czterdziestki i nie należałem do tego pokolenia, które wychodziło wówczas na ulice i demonstrowało swe niezadowolenie. W różnym wieku różne zachowania uznaje się za właściwe. Nie miałem do nich o to specjalnych pretensji, za wyjątkiem zajść w maju 1989 roku, kiedy uważałem, że my tu coś budujemy, a oni biegają po ulicach. Ogromnie byłem też skoncentrowany na tym co robiłem, gdyż myślałem, że teraz osiągniemy 35% i będzie to tylko na cztery lata, po czym będziemy gotowi. Było to też wielokrotnie powtarzane na wiecach. Jednak kiedy dowiedzieliśmy się o wysunięciu kandydatury Tadeusza Mazowieckiego na premiera, od razu zapomnieliśmy o wcześniejszych koncepcjach. Wszystkim zaczęło się także wydawać, że skoro wygraliśmy w ten sposób w wyborach, to już wszystko wiemy o rządzeniu i nikt nam nie namiesza.

W latach 80. spotkałem się z szeregiem wspaniałych ludzi właśnie dzięki Ruchowi Społecznemu Ku Cywilizacji Miłości. Przykładem chociażby prof. Zbigniew Chłap. W naszym środowisku byli także Andrzej Stelmachowski, Jerzy Stępień i Zofia Kuratowska, czyli osoby reprezentujące często zupełnie różne światopoglądy. Po 1989 roku wiele z tych osób znalazło się w Sejmie i Senacie. Prymaty, które próbowaliśmy zrealizować w ramach tego ruchu, to tak naprawdę zacząłem realizować w latach 90., oczywiście bez jakichś spektakularnych sukcesów. Zająłem się bowiem kształceniem kadr dla państwa obywatelskiego i założyłem Małopolski Instytut Samorządu Terytorialnego i Administracji, który funkcjonował w sieci Fundacji Rozwoju Demokracji Lokalnej i pod koniec lat dziewięćdziesiątych był traktowany jako najważniejsza tego typu instytucja w nowych niepodległych państwach.

Opracowanie: Sławomir Chmura