L00135 Adam Borysławski

Z Encyklopedia Solidarności

Tylko w Internecie.

Relacja Adama Borysławskiego

W 1981 roku, w końcówce tzw. karnawału Solidarności, uczęszczałem do ósmej klasy Szkoły Podstawowej w Gorzowie Wielkopolskim. Miałem to szczęście, że moja ciotka – siostra bliźniaczka mamy – była mocno zaangażowana w działalność zakładowych struktur Solidarności w gorzowskim Stilonie. Był to dosyć spory zakład, jak na tamtejsze warunki – ok. 10 tys. pracowników; jak na polskie zapewne również. Będąc członkiem Komisji Zakładowej, dzieliła się z nami różnego rodzaju informacjami oraz wydawnictwami niezależnymi, które wówczas były dostępne. Ogromnie mnie to interesowało. Wówczas także się okazało, że mój dziadek zginął w tajemniczych okolicznościach w 1947 roku w Centralnym Obozie Pracy w Jaworznie. Aresztowany został w Łodzi dwa lata wcześniej, tuż po przejściu frontu. Dodatkowo wszystko okryte jest tajemnicą rodzinną i nie jestem w stanie zapoznać się ze szczegółami. Jedynie w latach 90. przejrzałem dokumenty PCK, z których wynikało, że zmarł tam na tyfus. Nie jest natomiast pewne, dlaczego znalazł się w tym obozie. To wszystko miało na mnie ogromny wpływ i popychało mnie w stronę opozycji.

Pierwszym moim odruchem sprzeciwu po wprowadzeniu stanu wojennego w grudniu 1981 roku było robienie samizdatu, co polegało na przepisywaniu na maszynie do pisania – pożyczonej od koleżanki – tekstów piosenek antykomunistycznych. Wrzucaliśmy je następnie do skrzynek pocztowych. Była to pewna forma ulotkowania – bardzo archaiczna, ale podyktowana odruchem serca młodego człowieka.

31 sierpnia 1982 roku, w rocznicę porozumień sierpniowych, doszło w Gorzowie Wielkopolskim do dużej demonstracji – jedynej takiej w tamtym czasie. Brałem w niej udział, ale nie czułem się jakimś wielkim zadymiarzem i raczej biegałem tam gdzie wszyscy. Byłem ogromnie tym wszystkim przejęty i pobudzony i nie pamiętam za bardzo, bym dużo rzucał kamieniami Raczej były to okrzyki. Następnego dnia było rozpoczęcie roku szkolnego i jednocześnie był to mój pierwszy dzień w I Liceum Ogólnokształcącym. Zapamiętałem ogromnie przejęte nauczycielki, gdyż kilku uczniów zostało nieźle pobitych podczas wspomnianej demonstracji, czego skutki były widoczne na ich plecach, całych sinych. Jacyś uczniowie zostali także zatrzymani w szkole w związku z tymi wydarzeniami.

Gdy trafiłem do wspomnianego liceum, jakoś sobie nie wyobrażałem istnienia młodzieżowej opozycji. Wówczas jeszcze nie myślałem tymi kategoriami. Natomiast bardzo szybko zapisałem się do harcerstwa. Działała tam dosyć prężnie 230 Gorzowska Drużyna Harcerzy, do której wciągnął mnie kolega. Wówczas harcerstwo dzieliło się na mocno antykomunistyczne i na uległe wobec tamtego systemu. Dopiero co, w 1981 roku, rozwiązano Harcerską Służbę Polsce Socjalistycznej. W mojej ocenie 230 GDH wyglądała bardzo przyzwoicie i patriotycznie i dlatego się do niej zapisałem, szukając – jak gdyby – wspólnego mianownika z osobami tam będącymi. Z ludźmi, którzy myśleli podobnie jak ja.

Wiosną 1983 roku nawiązałem kontakt z pewną siecią kolportażu. Wcześniej dochodziły mnie słuchy, że jacyś chłopcy działają i m.in. wykonują napisy na murach. Pojawiała się także nazwa Młodzieżowy Ruch Oporu. Była to organizacja, w której jednak nie uczestniczyłem z braku kontaktu. Moja ciotka, którą internowano po wprowadzeniu stanu wojennego, w końcu została uwolniona i to ona była dla mnie ogniwem łączącym ze środowiskami podziemnymi. Nie próbowała mnie jednak w nic angażować z racji mojego wieku. Mimo to na terenie szkoły intensywnie się rozglądałem i sprawiałem wrażenie wyrobionego ideologicznie, dlatego w końcu ktoś podjął próbę pozyskania mnie. Była to wspomniana wyżej sieć kolportażu rozprowadzająca podziemne pismo „Szaniec” wydawane przez Ruch Młodzieży Niezależnej.

Tuż po wprowadzeniu stanu wojennego zawiązał się w Gorzowie Młodzieżowy Ruch Oporu, który miał jednak straszną wpadkę wraz z wydaniem w X 1982 roku pierwszego numeru pisma „Iskra”. Sporo osób wylądowało wówczas w areszcie i Izbie Dziecka w przypadku nieletnich mających 16 czy 17 lat. Cała sprawa zakończyła się po kilku miesiącach wyrokami w zawieszeniu lub warunkowym umorzeniem postępowań. Ludzie, którzy opuścili areszty, na bazie rozbitego MRO stworzyli w IV 1983 roku Ruch Młodzieży Niezależnej, do którego i ja się zaangażowałem przy kolportażu ich pisma. Z czasem doszły do tego także akcje ulotkowe. W końcu odkryłem, że jestem jedną z dwóch, trzech osób w moim liceum najbardziej zaangażowanych. Udało nam się stworzyć struktury kolportażu, zarówno pionowe, jak i poziome. Dlatego dosyć dużo „Szańca” było rozprowadzanych w naszej szkole. Nie pamiętam dokładnych liczb, ale do LO uczęszczało 500-600 uczniów, a gazetki rozchodziło się około 200 sztuk. Oczywiście nie jestem pewien do końca, jak było z czytaniem tego, czy ludzie nie wyrzucali bibuły do kosza. Ale generalnie nastroje były raczej podkręcone.

W czasie strajków szkolnych o krzyże w Miętnem (1983) i Włoszczowie (1984) rozmyślaliśmy, jak w naszej szkole wygenerować jakiś protest. Początkowo przyjęliśmy dosyć makiaweliczną koncepcję, by władze kogoś zamknęły w areszcie, a my wówczas zorganizujemy strajk w jego obronie. Chcieliśmy wytworzyć odpowiednią atmosferę w mieście i naszej szkole, by poruszyć ludzi do takich działań. Marzyło nam się dołączenie do tych szkół, których nazwy były wymieniane przez Radio Wolna Europa czy BBC. Później pojawił się kolejny pomysł związany z gdańskim III LO, tzw. Topolówką. Owo liceum cieszyło się sławą jednego z najbardziej opozycyjnych w kraju – uczęszczał tam m.in. Piotr Semka – i które to liceum wydawało własne pismo. Dlatego stwierdziliśmy, skoro rozprowadzamy u nas taką ilość „Szańca”, to powinniśmy wydawać własną szkolną gazetę. Chcieliśmy tym sposobem dołączyć do ścisłego grona szkół aktywnych w tego rodzaju działalności. W końcu zaczęliśmy wydawać pismo o tytule „Sokół” w formacie A4, dwustronnie zadrukowane. Niestety, nie byliśmy na tyle sprawni organizacyjnie, by sami drukować, i robił to nam RMN. Ludzie z Ruchu także byli z tego zadowoleni, gdyż uważali, że w naszej szkole coś się dzieje. Generalnie nasze liceum wykazywało największą inwencję w Gorzowie i regionie. Z kolei nasze miasto – jak na swoje rozmiary – było stosunkowo najaktywniejsze w porównaniu z innymi w tej części Polski. Widzieliśmy bowiem, co się działo w Szczecinie, Zielonej Górze czy Poznaniu. W Gorzowie dosyć silna była pamięć zadymy z 31 VIII 1982 i dlatego ludzie zbierali się w tym samym miejscu i o tej samej porze, ale było to do czasu i w końcu tłumy zaczęły topnieć. W którymś momencie okazało się, że chyba ubeków było więcej niż demonstrantów.

Wszyscy w szkole wiedzieli, że samorząd szkolny jest fikcją i atrapą, i nikt się nim nie przejmował. Dlatego w którymś momencie doszliśmy do wniosku, że należy go przejąć, by móc oddziaływać na ludzi także tą drogą. Udało to się nam poprzez przeprowadzenie normalnych, demokratycznych wyborów, które wygraliśmy. Inni zresztą nie chcieli w nich brać udziału. Chociaż osobiście nie startowałem, to jednak współorganizowałem całą inicjatywę. Dyrektorem szkoły była wówczas kobieta o dosyć silnym kręgosłupie ideologicznym – oczywiście lewicowym. Działała w harcerstwie, ale tym związanym z HSPS. Dzięki temu podróżowała po świecie i bywała m.in. na obozie pionierów sowieckich w Arteku na Krymie oraz na Festiwalu Młodzieży na Kubie, o czym nam opowiadała. Co prawda uczyła języka polskiego, ale raczej była słaba intelektualnie. Zmuszała nas też do czytania „Życia Literackiego” pod redakcją niejakiego Władysława Machejka, ale z drugiej strony pozwalała na rozmaite „odjazdy”, jak czytanie lektur spoza kanonu. Kiedy pochwaliłem się, że przeczytałem Rok 1984 George’a Orwella, podjęła nawet dyskusję. O ile w niektórych szkołach pewne aspekty polityczne związane z obchodzeniem różnych świąt były niekiedy zarzucane, to u nas nadal je podtrzymywano. Czyli rewolucja październikowa była czczona jakąś akademią, a 1 maja czerwonymi szturmówkami. Staraliśmy się jednak wyciągać z tego jakieś korzyści, gdyż wkrótce po rocznicy rewolucji bolszewickiej (7 XI) następował 11 Listopada.

Jesienią 1984 roku już wydawaliśmy swoją gazetkę „Sokół”, o czym doskonale wiedziała ubecja, a tym samym dyrekcja naszej szkoły. Dlatego samorząd szkolny został zaproszony przez nią na rozmowę i poinformowany, że w szkole dzieją się takie straszne rzeczy i należy temu przeciwdziałać, gdyż taka sytuacja jest niedopuszczalna. W tym samym czasie sytuacja w naszej szkole zaczęła rozwijać się dosyć dynamicznie. Zorganizowano akademię w związku z obchodami rocznicy rewolucji październikowej, co dla mojej klasy stało się upokarzające i podgrzało atmosferę. Było to wszystko niejako w kontrze do tego, co działo się w kraju, gdzie zaczęła się pewna martwica opozycyjna. Przynajmniej myśmy tak to odbierali na podstawie docierających do nas sygnałów. Zwykle podziemna Solidarność ograniczała się do wydawania odezw i apeli, których nikt nie słuchał, a gazety opozycyjne wychodziły same dla siebie. „Drukujemy ulotki o tym, że jeszcze żyjemy”, jak śpiewał Przemysław Gintrowski. Wyjątkiem oczywiście była śmierć ks. Jerzego Popiełuszki i jego pogrzeb. Podczas wspomnianej akademii w listopadzie 1984 roku doszło do sytuacji, kiedy osoby występujące na niej doznały obciachu i spotkały się z gwizdami zebranych uczniów. Ich występ zakończył się kompromitacją i szybko zeszli ze sceny, a publiczność była szczęśliwa. Nikt z nas tej akcji nie organizował, ale dowodzi to panującej wtedy atmosfery. Gdy dyrektorka wyszła i zaczęła coś mówić, to w tym momencie uczniowie ją wyklaskali. Było mi jej wtedy nawet trochę żal, ale – jak się okazało – niesłusznie, gdyż okazała się ubecką gnidą.

Kiedy 11 listopada weszliśmy na tę samą salę, zaczęliśmy śpiewać Żeby Polska była Polską Jana Pietrzaka, co było wówczas uważane za hymn Solidarności, a w rozgłośni Radio Wolna Europa co jakiś czas emitowano trzy akordy z tego utworu. Nasz śpiew kojarzył się jednoznacznie i dlatego dyrektorka zaczęła krzyczeć, żeby to przerwać. Akademia miała bowiem przebiegać według scenariusza nakreślonego przez dyrekcję i nie mogło być żadnych odstępstw. A stało się jednak inaczej.

W dalszym ciągu byłem mocno zaangażowany w harcerstwo i bardzo poważnie odnosiliśmy się do hasła: Bóg, Honor, Ojczyzna. Do tego absolutna abstynencja, a druhny traktowaliśmy z odpowiednim dystansem. Również obozy budowaliśmy własnymi siłami podczas wyjazdów. Staraliśmy się utrzymać w nurcie Kręgów Instruktorów Harcerskich im. Andrzeja Małkowskiego (KIHAM) powstałych na początku lat 80. Nie było to jednak proste, gdyż nie istniały wzorce ani formalne więzi. Odnosiliśmy się jednak do harcerstwa przedwojennego. Staraliśmy się uczestniczyć we wszelkiego rodzaju uroczystościach patriotycznych, które często organizowane były w ramach działalności Kościoła. Wtedy zazwyczaj tego rodzaju inicjatywy były podejmowane blisko tej instytucji. Można powiedzieć, że kultura niezależna funkcjonowała jedynie dzięki Kościołowi, nawet jeśli dziś ktoś twierdzi, że było inaczej. Wówczas nie istniała inna możliwość. Harcerze regularnie zbierali się w kościołach chyba w środę na tzw. mszach harcerskich. Przy okazji tworzyły się różnego rodzaju koła samokształceniowe, na spotkania których zapraszani byli prelegenci, jak np. prof. Władysław Klimek. Z tego co pamiętam, to po wojnie był działaczem Stronnictwa Pracy, a później działał w gorzowskim KIK-u. Był to człowiek wysokiej kultury i można z nim było prowadzić bardzo interesujące dyskusje. Do Gorzowa przyjeżdżali także inni, jak Stefan Bratkowski. Nasze miasto było jednak nie najlepiej położone i kiepsko skomunikowane z resztą kraju. Ciężko było tam dojechać z Warszawy, a Kraków był prawie poza zasięgiem.

W naszej szkole nauczyciele byli wobec nas w porządku za wyjątkiem dyrektorki, która jednak niewiele mogła zrobić, ponieważ była odcięta od informacji. Wiedziała, że coś się dzieje, ale nie wiedziała co. Widziała efekty końcowe, jak chociażby napisy na murach. Jeden z nich wykonaliśmy po śmierci ks. Jerzego Popiełuszki. Hasło „SB mordercy” oraz znak Polski Walczącej zostały namalowane na sali gimnastycznej. Bardzo mi to utkwiło w pamięci, a zwłaszcza działania podejmowane przez konserwatora, by to usunąć. Już od samego rana szorował szczotką, na co patrzyła cała szkoła. Później próbowano nawet wypalić te napisy, ale na niewiele się to zdało i przez długi czas były widoczne.

Z początkiem roku 1985 doszło w Polsce do akcji milicyjnych i zatrzymań w związku z planowanymi strajkami przeciwko podwyżkom cen. W tym czasie aresztowano m.in. Frasyniuka i Michnika. Także w naszej szkole służby dokonały zatrzymań pięciu uczniów, m.in. Jacka Pieczyńskiego, jednego z najbardziej zaangażowanych. Jakimś dziwnym trafem nie zostałem wówczas aresztowany, co wydawało mi się mocno podejrzane. Jak już wcześniej wspominałem, planowaliśmy, że jeśli ktoś trafi do aresztu, to wtedy zorganizujemy strajk w naszym liceum wzorem kilku innych szkół w Polsce. Nie okazało się to jednak takie proste mimo podgrzanej atmosfery w związku z zatrzymaniem naszych kolegów. Liczni uczniowie ze szkół byli wzywani na przesłuchania, z czym wiązały się niekiedy anegdoty. Jeden z nich najadł się wcześniej czosnku i został wyrzucony przez funkcjonariuszy. Inny skarżył się, że dostał w twarz od jakiegoś ubeka. Te historie sprawiły, że cała szkoła tym żyła. Podjęliśmy oczywiste – w takiej sytuacji – działania, jak znalezienie adwokata i ew. opłacenie go. Zwykle prawnicy, którzy sprzyjali opozycji, nie brali wówczas wynagrodzenia. W Gorzowie było takich kilku. Zainicjowaliśmy także inne oficjalne działania, jak zbieranie podpisów pod prośbą o zwolnienia zatrzymanych z aresztu, pod czym podpisywali się uczniowie oraz nauczyciele. Z drugiej strony rozważaliśmy przeprowadzenie strajku w obronie uwięzionych. O tym, że atmosfera w szkole jest napięta, świadczyło także to, że w gabinecie dyrektorki przesiadywali ubecy i wraz z nią przeglądali dzienniki szkolne przynoszone im przez nauczycieli. Nie wiem, co z tego miałoby wynikać, ale w każdym razie to robili. Mimo że byłem jednym z głównych działaczy opozycyjnych w szkole, to jednak nie zostałem wezwany na przesłuchanie. Było to dla mnie dziwne i domniemywałem, że jakaś grubsza sprawa jednak na mnie gdzieś tam czeka.

Z okazji pierwszego dnia wiosny w szkolnej auli miała się odbyć jakaś impreza zaplanowana przez dyrekcję i nauczycieli. Jakiś spektakl z odgrywaniem scenek, ale szczegółów już nie pamiętam. Przypuszczaliśmy, że będzie tam sporo osób i w związku z tym pojawi się możliwość przeprowadzenia jakiejś akcji. Może nawet strajk zainicjować, do którego zaczęliśmy się przymierzać organizacyjnie. W pewnym momencie dyrekcja zorientowała się w naszych zamiarach i cała impreza została odwołana, a aula – będąca centralnym miejscem szkoły, gdzie wszyscy mogli się spotkać – zamknięta. Ktoś jednak pożyczył klucz od woźnej i udało nam się dostać do środka bez wiedzy i zgody nauczycieli. Przeprowadziliśmy w auli wiec, z którego jednak nic nie wyszło, gdyż uczestnikom zabrakło odwagi. Czuję się winny, że nie udało mi się wówczas – jako liderowi – zrealizować naszego zamiaru. Od tego momentu emocje zaczęły opadać, a po jakimś czasie zatrzymani koledzy opuścili areszt. Nie zostali jednak powtórnie przyjęci do naszego liceum, ale relegowano ich do innych szkół na terenie województwa i często musieli zamieszkać w internacie. Mimo takich restrykcji jakoś sobie poukładali życie i nawet dostali się na studia. Strajku nie udało się zrobić być może dlatego, że nie wyczuliśmy nastrojów, a także obawialiśmy się sytuacji, iż w pewnym momencie zostaniemy sami, np. w sześć osób.

W czerwcu 1985 roku, w okresie rozdawania świadectw, w kilku mieszkaniach pojawiła się ubecja, m.in. w moim. I tym sposobem znalazłem się w areszcie, gdzie spędziłem trzy miesiące. W moim mieszkaniu znaleziono jakieś ulotki, które kolportowałem. Sam nie wiem, po co je tam trzymałem, gdyż było raczej pewne, że wcześniej czy później jakieś służby się pojawią. Była to z mojej strony zupełna głupota. W związku z prowadzonym śledztwem stawiano mi zarzuty z ówczesnego artykułu 282a kodeksu karnego: „Kto podejmuje działanie w celu wywołania niepokoju publicznego lub rozruchów, podlega karze pozbawienia wolności do lat 3. Tej samej karze podlega, kto organizuje lub kieruje akcją protestacyjną prowadzoną wbrew przepisom prawa”. Prowadzący sprawę funkcjonariusze coś wiedzieli, a innych rzeczy jedynie się domyślali. W tym czasie w areszcie przebywali jeszcze od wpadki lutowej bracia Marek i Waldek Rusakiewiczowie, którzy stanowili trzon gorzowskiego Ruchu Młodzieży Niezależnej. Siedzieliśmy jednak oddzielnie i w innych sprawach. Moją prowadził prokurator Józef Nenycz, który zajmował się wszystkimi sprawami politycznymi w Gorzowie Wielkopolskim. Nasze miasto nie było wielkie, ale trochę się tam działo, mimo to ten jeden prokurator wystarczał na wszystkich politycznych. Nenycz później był prokuratorem w Prokuraturze Wojewódzkiej i latach 90. przeszedł na emeryturę. Jakoś cała ta jego przeszłość mu nie zaszkodziła. W czasie mego zatrzymania wspomniany prokurator był na urlopie i sankcję wystawił w jego zastępstwie inny o nazwisku Wojtaniszak, który był mężem dyrektorki mojej szkoły. Zastąpiła ona poprzednią, która zupełnie sobie nie radziła na tym stanowisku. Z prokuratorem Wojtaniszakiem związana jest przedziwna historia, kiedy podczas mego przesłuchania wyszedł z pokoju, zostawiając mnie z sekretarką i aktami, z którymi na tym etapie śledztwa nie mogłem się zapoznawać. Kiedy prokurator – nie będąc wzywany – opuścił pomieszczenie i zamknął za sobą drzwi, odwróciłem akta i zacząłem je czytać. Stało się to możliwe, gdyż sekretarka siedziała za moimi plecami i pisała coś na maszynie. Dlatego spokojnie przeczytałem stronę po stronie z tych akt. Podejrzewam, że Wojtaniszak zdawał sobie sprawę, że tak się stanie, i dał mi szansę, z której skorzystałem. Wynikało z nich, że Wojewódzki Urząd Spraw Wewnętrznych w Gorzowie Wielkopolskim powziął informację, że na mieście są rozrzucane ulotki i prawdopodobnie robię to ja albo Grzegorz Sychla lub dwie inne osoby. Bardzo mnie zainteresowało, skąd „powzięto” tę informację, ale nie udało mi się nigdy tego dowiedzieć. Nawet gdy powstał IPN, i jako jeden z pierwszych zgłosiłem się tam po informacje, nie można było tego ustalić. W archiwum udostępniono mi dokładnie te same akta, z którymi zapoznałem się wiele lat wcześniej.

W czasie mojej odsiadki nic przykrego mnie nie spotkało, chociaż pobyt tam nie należał do przyjemnych. Ubecy nie przekroczyli jednak pewnych granic i nie zastosowali przemocy fizycznej, mimo że kilka razy pewnie mieli na to ochotę. Kiedyś przywieziono mnie z przesłuchania do aresztu, który znajdował się pałacyku przy parku, i w momencie wyprowadzania w kajdankach z samochodu usłyszałem okrzyki: Adam!, Adam! Gdy na schodach się odwróciłem, spostrzegłem kolegę, któremu palcami pokazałem znak victorii, podnosząc skute ręce. Wtedy on mi pomachał. Była to ogromnie wzruszająca chwila. Wówczas ubecy ogromnie się wkurzyli i pomyślałem, że pewnie mnie zatłuką. Ale na tym się tylko skończyło.

W latach 80. dwie siostry mojej mamy były bardzo zaangażowane w podziemne struktury Solidarności. Jedna nich została aresztowana za uczestnictwo w nadawaniu nielegalnych audycji radiowych – w swoim mieszkaniu przechowywała nadajnik. Druga, bliźniaczka mamy, wcześniej internowana, później wielokrotnie lądowała w aresztach. Tak się nawet złożyło, że siedzieliśmy w areszcie – w którymś momencie – jednocześnie. W tym okresie w całym kraju więźniów politycznych było ok. 300.

Kiedy opuściłem areszt po trzech miesiącach (blady i w nienajlepszym stanie), okazało się, że nie mogłem być powtórnie przyjęty do tego samego liceum. Wcześniej nie dostałem jednak żadnej informacji i swe pierwsze kroki skierowałem do dotychczasowej klasy. Podczas wyczytywania obecności na lekcji matematyki okazało się, że nie ma mojego nazwiska na liście. W połowie lekcji weszły wychowawczyni klasy wraz z dyrektorką Wojtaniszak, która poprosiła mnie do swego gabinetu, gdzie wytłumaczono mi, że będzie dla mnie lepiej, jeśli będę uczęszczać do wieczorówki. Miało to też swoje dobre strony, gdyż edukacją nigdy się specjalnie nie przejmowałem. Nowe liceum było jednak w tym samym budynku i uczyli mnie w większości ci sami nauczyciele. Nie miałem również później problemów, by zadać maturę i dostać się na studia.

W takim trybie nauczania – trzy razy w tygodniu, wieczorem – miałem więcej czasu na działalność opozycyjną. Między innymi redagowałem podziemną gazetkę „Szaniec”, która nieprzerwanie ukazywała się od 1983 roku. W międzyczasie z aresztu wyszli także Marek i Waldek Rusakiewiczowie i nasze ścieżki zaczęły się coraz bardziej zbliżać. Moją wyobraźnię poruszył także Ruch Wolność i Pokój, chociaż początkowo myślałem, że jest to kolejna inicjatywa Solidarności, do której podchodziłem z dużym sceptycyzmem i niekiedy brałem udział w jej działaniach tylko z desperacji. Powstające różnego rodzaju komitety pomocowe, na ogół przy kościołach, miały jak na moje oczekiwania zbyt nikłe możliwości działania. Ja dążyłem do obalenia komuny, tu i teraz. Dlatego podobnie traktowałem WiP, który zaczął się od głodówki przy kościele. Zaimponowało mi natomiast to, że Marek Adamkiewicz odmówił złożenia przysięgi wojskowej. Za chwilę ja mogłem znaleźć się w podobnej sytuacji, gdyby mnie usunięto z tego liceum lub gdybym nie dostał się na studia. Stanąłbym wówczas przed takim samym dylematem. Dlatego było to dla mnie ogromnie inspirujące. Podobnie jak dla innych w RMN. Marek Rusakiewicz, który był najzdolniejszym z całej ekipy, akurat radził sobie doskonale na studiach. Natomiast cała reszta, która na studia się nie wybierała lub po drodze się „potknęła”, stawała przed tym problem. Pierwszymi byli Krzysiek Sobolewski, Jarek Wojewódzki i Kazik Sokołowski, którzy pod koniec 1985 lub na początku 1986 roku odmówili złożenia przysięgi, za co trafili do aresztu. Wówczas w naszym podziemnym piśmie „Szaniec”, opublikowaliśmy oświadczenie podpisane naszymi nazwiskami. Było to równoznaczne z przyznaniem się do działalności w opozycyjnych strukturach. Był to też dla mnie przełomowy moment, ponieważ przestałem myśleć w kategoriach konspiracyjnych, np. rzucania ulotek i szybkiej ucieczki. Zacząłem wychodzić z założenia, że służby i tak wiedzą o mojej działalności i pewnie zakładają, iż nie zamierzam tego zakończyć mimo kilkumiesięcznego pobytu w areszcie. Ujawnienie nazwiska było istotne przede wszystkim dla mnie samego, co wiązało się publicznym zadeklarowaniem, że ten system mi się nie podoba i będę dążyć do jego obalenia. Tak, w moim przypadku, wyglądało związanie się z WiP-em.

Na studia dostałem się do Poznania, z których po roku jednak wyleciałem. Stolica Wielkopolski była dosyć specyficznym miastem, gdzie opozycja była stosunkowo słaba. Poznałem tam kilka osób, m.in. Olę Bessert z Solidarności Walczącej oraz Janusza Pałubickiego, u którego kilka razy byłem w mieszkaniu i zawsze widziałem rozwieszone pranie na balkonie. by nie można go było dostrzec z zewnątrz. Informacje często wymieniało się na karteczkach, które następnie były palone, co dla mnie, wchodzącego w WiP, było jakimś innym światem i cofnięciem się w rozwoju. I dlatego Poznań uważałem za jakiś „cofnięty”. Przykładem mogły być podobno pochowane przez Poznaniaków powielacze, przez co musieliśmy drukować na ramkach białkowych. Z takich powodów zapewne działo się tam niewiele. Podobnie uważali inni ludzie z Gorzowa, mimo że był on miastem prowincjonalnym w stosunku do Poznania. Z tego powodu podczas mego tam pobytu niewiele robiłem, natomiast skupiłem się na wyjazdach do innych miast, jak chociażby do Wrocławia czy Trójmiasta, gdzie Wojtek Jankowski organizował w pewnym momencie jakąś zadymę przeciwko przetrzymywaniu Świadków Jehowy za odmowę służby wojskowej.

W roku 1987 uwięziono Oskara Kasperka z Poznania za odmowę służby wojskowej. Na akcję w jego obronie przyjechali ludzie głównie z Gdańska i Gorzowa Wielkopolskiego. Do tego kilkoro z Poznania. Punk zborny – ściśle tajny – dla uczestników został wyznaczony przy ul. Bonin u Baśki Hrybacz, gorzowianki zresztą. Wcześniej poszedłem do mojej mamy, która w tym czasie leżała w poznańskim szpitalu, niedaleko od miejsca spotkania wipowców. Kiedy szedłem już do Baśki, spostrzegłem czterech facetów siedzących w dużym Fiacie. Kiedy dotarłem do wspomnianego mieszkania, powiedziałem, że należy zrewidować plany, gdyż na dole są jacyś ubecy i mogą nas zwinąć, gdy będziemy wychodzić. Ktoś nawet postanowił przejść z ulotkami górą, jakimś łącznikiem, do innej klatki, ale piętro wyżej także stali esbecy. Było to swoiste oblężenie ubeckie. Ale jakoś nas w końcu wypuścili i dotarliśmy do centrum Poznania, gdzie rozłożyliśmy nasze transparenty. Wokół jednak – w bramach – stali zomowcy. Generalnie służby wszystko o nas wiedziały: w którym miejscu się zbieramy, gdzie mamy zamiar demonstrować. Wówczas nikogo nie zatrzymano – jedynie zabrano nam transparenty. Wróciłem do Gorzowa, ale inni przemieszczali się od baru do baru w asyście ubecji, która ich pilnowała. Ostatni uczestnicy protestu byli odprowadzani nawet na stopa do granic miasta, gdzie pilnowała ich milicyjna „suka”.

Organizacja, jaką był WiP, była dosyć zintegrowana, a ludzie z różnych ośrodków nawzajem się znali. W dużej mierze dzięki jawności działań. Przykładem liczne głodówki, m.in. w bydgoskim kościele w obronie Sławka Dutkiewicza, w której udział wzięło sporo osób, m.in. z Krakowa i Gorzowa. Kiedy moja dziewczyna miała problem ze znalezieniem lokum do mieszkania po decyzji o przeprowadzce do Krakowa, to dostała namiary na Jasia Rojka, który wówczas mieszkał w akademiku Żaczek z Janem Płonką. Jasiu na kilka nocy, dżentelmeńsko, odstąpił jej nawet swoje łóżko. Otarła się ona o WiP gorzowski, ale specjalnie nie była zaangażowana. Oczywiście brała udział w akcjach w Krakowie, jednak cały czas podchodziła do tego z dystansem. Na przełomie kwietnia i maja 1988 roku miałem za jej namową przyjechać do Krakowa, by zaangażować się strajk, który miał miejsce w Hucie im. Lenina, jednak przed 1 maja zostałem zgarnięty w Gorzowie o 6 rano przez ubeków. Chciano mi tym sposobem uniemożliwić udział w ew. akcjach pierwszomajowych. Było to trochę zabawne, gdyż wszystkie miejsca w gorzowskim areszcie milicyjnym, jakieś kilkadziesiąt, zostało zajęte przez opozycjonistów, których tam prewencyjnie zgromadzono. Niektórzy nawet byli zmuszeni słuchać odgłosów oficjalnego pochodu pierwszomajowego, który przechodził dwie ulice dalej. A jako że 1 maja miała urodziny moja ciotka, siedząca dwie cele dalej, nie obyło się bez gromkiego „sto lat”.

W końcu, jesienią 1988 roku, wylądowałem w Krakowie, dokąd podążyłem za dziewczyną, która przeniosła się tam na studia. W Gorzowie dobrze się czułem w okresie licealnym i zaangażowania w RMN. Później już mnie to mniej pociągało, gdyż zafascynowałem się otwartą rozgrywką z komuną prowadzoną przez WiP. Po przyjeździe do Małopolski od razu włączałem się w bojkot studium wojskowego. Wraz z Baśką Hrybacz, która przyjechała do Krakowa na studia podyplomowe, stworzyliśmy redakcję biuletynu, który ukazywał się podczas wspomnianego bojkotu. Zwykle drukiem na sicie zajmował się Mieciu Pyzio, ale wystąpiły jakieś problemy z naświetlaniem kliszy, dlatego Baśka wklepywała teksty na matrycę białkową, a ja je drukowałem na ramce. W zadymach lutowych 1989 roku akurat nie brałem udziału, gdyż wraz z narzeczoną wyjechałem w Tatry. Natomiast w maju spaliłem publicznie książeczkę wojskową, a następnie uczestniczyłem w zadymach pod konsulatem sowieckim, gdzie zostałem zatrzymany i moje nazwisko wydrukowano w „Dzienniku Polskim”, w artykule poświęconym tym wydarzeniom. Brałem także udział w licznych akcjach ekologicznych organizowanych przez WiP.

W momencie upadku komuny powołaliśmy w Krakowie Stowarzyszenie Przyjaciół Ruchu Wolność i Pokój, które miało w jakiś sposób integrować nasze środowisko, w co także się zaangażowałem. Na początku lat 90. uczestniczyłem w akcji Tama Tamie wymierzonej w budowę zapory w Czorsztynie, gdzie samochód z budowy podczas naszej blokady przejechał mi po nodze i przez rok chodziłem o kulach. W takim stanie wziąłem udział w ostatnich działaniach w ramach WiP, które miały miejsce w 1993 roku, kiedy za odmowę służby wojskowej ponownie zaczęto ludzi wsadzać do więzień. Wówczas to weszliśmy na stadion Wojskowego Klubu Sportowego Wawel podczas parady orkiestr wojskowych i zablokowaliśmy ją naszymi transparentami.

W 1989 roku moja ciotka została senatorem RP, a Marek Rusakiewicz posłem, dlatego byłem pozytywnie nastawiony do dokonujących się w Polsce zmian. Po prostu miałem zaufanie do tych ludzi. Wszystkich posłów i senatorów Komitetu Obywatelskiego wybranych w 1989 roku w Gorzowie Wielkopolskim znałem osobiście i byłem z nimi po imieniu, może poza Włodzimierzem Mokrym, który został „przywieziony” z Krakowa. Towarzyszyło mi także przeczucie, że to wszystko podąża w dobrym kierunku. Kiedy uznałem, że pewne rzeczy w Polsce są już możliwe, gdyż jest to mój kraj, poszedłem do prokuratury i spotkałem tego samego prokuratora Nenycza, z którym musiałem załatwiać sprawę zabranych mi przez ubecję książek w latach 80. Oprócz książek chciałem odzyskać także zdjęcia. Moje życie, utrwalone na fotografiach, kończy się na I Komunii św. i zaczyna ponownie od ślubu. Brakujące zdjęcia zabrano podczas licznych rewizji w domu. O ile mogłem jakoś pogodzić się z utratą książek, to ze zdjęciami już nie. Zostałem jednak zbyty niczym przez buńczucznego funkcjonariusza. Z czasem nabrałem dystansu do tego wszystkiego i specjalnie nie angażowałem się w żadne działania polityczne.

Opracowanie: Sławomir Chmura