L00139 Mirosław Chojecki 2

Z Encyklopedia Solidarności

Tylko w Internecie.
Mirosław Chojecki

Moja działalność w Komitecie Obrony Robotników i KSS KOR

Warszawa, 23 października 2014 roku

Komitet Obrony Robotników powstał po to, żeby pomóc robotnikom, ofiarom systemu, po ich wystąpieniach w czerwcu 1976 roku w Ursusie, a potem w Radomiu i Płocku. W pewnym momencie wyłoniła się z niego Komisja Interwencji. Komisję Interwencji stworzyli i prowadzili Zbigniew i Zofia Romaszewscy. To ona zajęła się sprawami pomocowymi. Przede wszystkim dlatego tak się stało, że do członków Komitetu Obrony Robotników, którzy podawali swoje nazwiska, adresy i telefony, zaczęły wpływać z całej Polski informacje o różnych innych naruszeniach prawa. Chodziło więc już nie tylko o Ursus i Radom, ale i różne inne miejsca w całym kraju. Ludzie, którzy czuli się poszkodowani, pokrzywdzeni, zgłaszali się do nas, bo w tamtych czasach nie mieli gdzie się zgłosić.

Członkowie KOR ujawnili swoje adresy i telefony zarówno w wydawanej przez siebie nielegalnej prasie, jak i przekazali je do Radia Wolna Europa i tam były odczytywane. Poza tym członkowie KOR zaczęli się zajmować również innymi rodzajami działalności. Choćby tym wspomnianym drukowaniem własnych pism. Dlatego niezbędne się stało rozdzielenie tych dwóch różnych sfer.

Gdy Zosia i Zbyszek Romaszewscy zajęli się tymi wszystkimi sprawami pomocowymi, zorganizowali sobie własny zespół współpracowników. Jednym z tych współpracowników, takim dość istotnym, był Leszek Kaczyński, wtedy młody prawnik. Poza tym współpracował z nimi ten... teraz z PiS... nie pamiętam nazwiska, on pochodzi gdzieś z Rzeszowa..., to chyba Marek Kuchciński. On działał właśnie tam, na swoim terenie. Dołączył do nich Józek Śreniowski z Łodzi. A także inni. Romaszewscy zaczęli budować strukturę w całej Polsce.

W oparciu o jakich ludzi? To po prostu było tak, że przy okazji załatwiania spraw ludzi poszkodowanych w różnych miejscach kraju zaczęli wyrastać nowi liderzy i to oni stawali się współpracownikami Komisji Interwencji KOR/KSS KOR. Albo dołączali ludzie, którzy doświadczyli tej pomocy i chcieli się jakoś odwdzięczyć.

Trzeba by było też przypomnieć, że sam Komitet Obrony Robotników zawiązał się do pomocy robotnikom poszkodowanym na skutek protestów w 1976 roku, a potem przekształcił się w Komitet Samoobrony Społecznej KOR i to była trochę inna inicjatywa.

KSS KOR działał na bardzo różnych obszarach. Jedną z inicjatyw, która pojawiła się przy KSS KOR, było na przykład Towarzystwo Kursów Naukowych. KSS KOR jej nie organizował, ale dawał oparcie. Poza tym sekretarzem TKN był Andrzej Celiński, członek KOR.

Innym obszarem aktywności członków KSS KOR były choćby wydawnictwa. Przede wszystkim chodziło o wydawanie dwóch istotnych pism politycznych „Głosu” i „Krytyki”.

Jakby w kręgu KSS KOR wychodził „Zapis”. To oczywiste, że „Zapis” to nie był pismem KSS KOR, ale „Zapisu” by nie było, gdyby go KSS KOR nie drukował. Skąd tak ścisły związek? To było proste. To było możliwe w związku z tym, że Witek Woroszylski był właściwie moim sąsiadem. Woroszylski mieszkał przy Placu Wilsona, a ja mieszkałem niedaleko, przy obecnej ulicy Popiełuszki róg Krasińskiego, a poza tym znaliśmy się. Muszę też powiedzieć, że mój teść, Jacek Bocheński, też był krótko w redakcji „Zapisu”.

Jakby pod patronatem KSS KOR powstały Studenckie Komitety Solidarności, z którymi potem współpracowaliśmy.

KSS KOR miał też kontakty z Wolnymi Związkami Zawodowymi w Gdańsku i Katowicach, którym pomagał.

Myślę, że to było tak. KSS KOR nie był instytucją, tym bardziej instytucją, która by cokolwiek nadzorowała, czy czymś kierowała. Nie nadzorowała też żadnej z wymienionych inicjatyw. Ale te inicjatywy lgnęły do KSS KOR. Myślę, że między innymi – co by tu ukrywać – „Spotkań” nie byłoby, gdyby nie KSS KOR.

Po pierwsze, zadecydowały o tym pieniądze Janusza Krupskiego, które on zdobył w ten sposób, że wypłacił je z własnej książeczki mieszkaniowej, ale pieniądze na tego typu aktywność, również na ich działalność, też szły z KSS „KOR”. Jeżeli się teraz zanalizuje sprawozdania korowskie mówiące o tym, jaka instytucja i ile pieniędzy dostała, można wyciągnąć wnioski dotyczące zakresu wpływów KSS KOR. Te sprawozdania już wtedy były jawne, były wtedy na bieżąco publikowane w „Komunikatach” i niedawno też zostały opublikowane w postaci książki zawierającej dokumenty KOR/KSS KOR.

Można w nich przeczytać, że również Ruch Obrony Praw Człowieka i Obywatela dostawał pieniądze na swoją działalność.

No właśnie. Można też przeczytać, że KSS KOR dawał pieniądze na Studenckie Komitety Solidarności. Czy to znaczy, że KOR kontrolował SKS? Nie. One powstawały w Krakowie, Poznaniu, Łodzi, Gdańsku. Same powstawały. Tyle, że jakaś tam współpraca była.

Wspominam to, żeby pamiętać, pamiętać również, że pomoc otrzymywał cały ruch chłopski, który Wiesiek Kęcik organizował.

Obrona środowiska robotników nie kończyła się na zajmowaniu się konkretnymi przypadkami łamania prawa. Przecież w kręgu KSS KOR rodziły się szersze idee. Na przykład te różne listy podpisywane i wysyłane w sprawach robotniczych, jak na przykład Karta Praw Robotniczych, którą Henryk Wujec, Janek Lityński i już nie pamiętam kto, członkowie KOR, przygotowywali.

To było tak, że Komitet Obrony Robotników nie był organizacją, tylko był komitetem, składał się z tych trzydziestu osób, z czego część to byli starsi państwo, którzy dbali o to, żebyśmy jakichś głupot nie robili. Średnio co miesiąc, a może rzadziej odbywały się w mieszkaniu Edwarda Lipińskiego spotkania całego KOR. Na szczęście to było mieszkanie na podsłuchu Służy Bezpieczeństwa, bo ocalały stenogramy i teraz wszystkiego można się dowiedzieć. A przecież nikt z nas nie prowadził wówczas żadnych notatek.

Od czasu do czasu odbywały się spotkania tego młodego KOR, czyli aktywistów. One się odbywały głównie u Romaszewskich, którzy posiadali największe mieszkanie, na Ochocie przy ul. Kopińskiej.

Co więc robił Komitet Obrony Robotników? Właściwie niczego nie robił. Wydawał „Komunikaty”, czasami oświadczenia, na przykład wtedy, gdy Czechów i Słowaków posadzili, to trzeba było ich bronić. Jak zbliżała się dziesiąta rocznica interwencji w Czechosłowacji, to z inicjatywy tych ludzi korowskich oraz Waszki Havla odbyło się to spotkanie na granicy polsko-czechosłowackiej, czy to że Romaszewski w pewnym momencie wyrwał się i pojechał do Moskwy, gdzie z Andriejem Sacharowem zostało podpisane wspólne takie porozumienie opozycyjnych grup rosyjskich oraz naszego KOR.

Skąd KOR brał pieniądze? Zwykle nie dawał różnym inicjatywom pieniędzy, tylko udzielał pożyczek. Po to żeby coś uruchomić, rozruszać. To, że myśmy w Niezależnej Oficynie Wydawniczej wpadli na pomysł, że nie ma wydawnictw bezpłatnych, że za to trzeba płacić, żebyśmy mogli płacić drukarzom, kupować papier, myśmy też nie wystartowali bez pożyczki, jaką mogliśmy zaciągnąć w KOR. Pożyczyliśmy 150-160 tysięcy złotych.

Skąd Komitet Obrony Robotników miał pieniądze? W dalszym ciągu ze zbiórek ludzi. Tyle że miał już takie zaufanie, że pieniądze dla KOR zbierali też ludzie obcy. W Wielkiej Brytanii, w Londynie powstał też fundusz założony przez Leszka Kołakowskiego i kogoś jeszcze. Potem też Rząd Londyński dał nam jakieś pieniądze, Kongres Polonii Amerykańskiej dał nam też jakieś pieniądze. Różne organizacje polonijne się w to włączyły. A to w Szwecji, a to we Francji. Te pieniądze z różnych źródeł przychodziły. Nie jestem w stanie podać szczegółów, bo tym zajmowała się ta Rada Finansowa czy jakoś tak, tym się zajmował Jan Józef Lipski. Ale w skład tej komisji wchodził też na przykład Stefan Kisielewski, który nie był członkiem KOR. W komisji był też dr Józef Rybicki, były akowiec i członek WiN.

Po pewnym czasie zaczęły nam dawać pieniądze także zachodnie związki zawodowe. Pieniądze wpływały też do Giedroycia i było to odnotowywane w paryskiej „Kulturze”.

Po okresie zaangażowania w pomoc dla robotników zająłem się drukiem, a następnie założyłem Niezależną Oficynę Wydawniczą. W ramach wydawnictwa NOWa w pewnym momencie stworzyliśmy taki fundusz, nie pamiętam jak się nazywał, ale służył samopomocy. To działało tylko w naszym gronie. Nie służyło innym, którzy z NOWą nie byli związani. Chodziło o to, że gdy na przykład zamkną nam drukarzy, to żebyśmy mieli pieniądze na pomoc dla ich rodzin. Ten fundusz dawał nam poczucie bezpieczeństwa.

Fundusz powstał w ten sposób, że wszyscy, którzy u nas zarabiali jakiekolwiek pieniądze, jakiś procent z tego odkładali na ten fundusz pomocy. No i zdarzało się oczywiście, że nasi ludzie trafiali do więzienia, i zdarzało się, że z tych pieniędzy rodzina tych osób dostawała pomoc.

Fundusz był uruchamiany w takich przypadkach, kiedy ktoś z nas dostał kolegium czy miał sankcję miesięczną czy dłuższą. Czyli gdy nie miał możliwości zarabiania pieniędzy.

Jeszcze jednym sposobem pomocy udzielanej osobom represjonowanym było coś, z czym miałem do czynienia, czyli organizowanie pomocy w sferze propagandy.

Robiliśmy dużo rzeczy w obronie różnych osób, czy w NOWej, czy w KOR, rozpowszechniając informacje o ich sytuacji. U Jacka Kuronia było coś, co można nazwać biurem prasowym lub agencją prasową. Jeżeli ktoś był represjonowany, wyrzucony z pracy, posadzony w więzieniu, miał rewizję, to najpierw trzeba było dać znać na telefon warszawski 39-39-64, to był telefon Jacka, a on dzwonił albo do Gienka Smolara w Londynie, albo do Alika Smolara w Paryżu i opowiadał im o tym. Na skutek tego zaraz potem ukazywała się wiadomość w Radiu Wolna Europa, w BBC. I to działało wówczas skutecznie.

Taka działalność była w jakiś sposób ochroną dla osób represjonowanych. Przede wszystkim dlatego, że to był czas, kiedy władze komunistyczne chciały mieć na świecie taki swój obraz, że tutaj nie ma więźniów politycznych. Było to związane i z sytuacją polityczną, i gospodarczą – Polska za Edwarda Gierka była bardzo zadłużona na Zachodzie i coraz bardziej potrzebowała pieniędzy. Dlatego w Polsce nie było więźniów politycznych. Jak mnie wsadzali, to zawsze jako złodzieja, za kradzież czegoś. Jak mnie zatrzymywali, nawet na 48 godzin, to dlatego, że gdzieś obok był napad na kiosk albo rabunek, a ja miałem być rzekomo podobny do sprawcy. Nigdy to nie były powody polityczne, zawsze kryminalne.

Zdarzały się momenty, gdy wsadzano mnie z artykułu chyba 136 kodeksu karnego, „kto siłą próbuje zmienić ustrój Polski”, lub inny artykuł, „kto rozpowszechnia fałszywe informacje mogące uczynić istotne szkody interesom...”, ale wtedy dostawałem sankcję na trzy miesiące i po dziesięciu dniach mnie wypuszczali. Bo się robiła afera i Gierek jako dobry wujek, któremu zależało na tym, żeby nie było więźniów politycznych, zwalniał mnie. To mi się zdarzało kilkakrotnie.

A jak miałem zarzut kryminalny o kradzież powielacza to siedziałem trzy miesiące. A jak miałem zarzut o rozpowszechnianie fałszywych informacji, które mogły wyrządzić istotne szkody, to, jak mówiłem, dziesięć dni.

Poza tym zawsze gdy kogoś zatrzymywano, podziemne drukarnie drukowały ulotki w obronie uwięzionych. Organizowano też głodówki w obronie uwięzionych. Zdarzało się, że znani ludzie wybierali się w tej sprawie z wizytą np. do Prokuratora Generalnego. Brał w tym udział Edward Lipiński, nestor polskich socjalistów, czy Alina Steinsbergowa, która już przed wojną broniła robotników represjonowanych przez sanacyjne władze, i ona się domagała, żeby zwolnić jakichś ludzi z więzienia. Jednym słowem w różny sposób wywierano presję na system.

Działania w obronie represjonowanych były więc bardzo różne. Ja jednak najczęściej zajmowałem się drukiem i rozrzucaniem ulotek w różnych miastach.

Opracowanie: Anna Grażyna Kister