Relacja:Adolf Kaczkowski

Z Encyklopedia Solidarności

Tylko w Internecie.

Relacja Adolfa Kaczkowskiego

Jastrzębie-Zdrój, 22 VIII 2007

W 1944 bolszewicy wyparli Niemców z okolic Wilna. Jak na „wyzwolicieli” przystało, wzięli pod opiekę całą ludność. Młodym chłopcom i dziewczynom zaproponowali wyjazd do „szkoły” na Uralu. Oferta zawierała: 3 dni nauki, 4 dni pracy po 12 godzin plus wyżywienie. Odmowa nie wchodziła w grę. W październiku zapakowali nas do bydlęcych wagonów. Przez pół drogi żywiliśmy się tylko tym, co zabraliśmy z domu. Najlepiej sprawdzały się suchary, po nich przynajmniej nie było biegunki. Dopiero w Kazaniu rozdali nam po małym bochenku chleba, który musieliśmy podzielić pomiędzy 10 osób. Nadchodziła zima, a my na postojach wymienialiśmy odzież na jedzenie. Po przejechaniu 4 tyś. km dotarliśmy w końcu do Pierwouralska. Śnieg sięgał do pasa. Od stacji gnali nas piechotą do obozu. Oczywiście nie była to żadna szkoła, tylko obóz pracy w zakładach zbrojeniowych, ale tego nikt nigdy nie podał do oficjalnej informacji. Zanim tam dotarliśmy, wielu z nas nabawiło się odmrożeń. Baraki, w których nas ulokowali nie były ogrzewane. Oszczędzali na wszystkim. Dopiero później zdobyliśmy trochę opału. Karmili podle. Kiedy przyjechał chłop z wozem pełnym zamarzniętej brukwi rozkradliśmy ją w mgnieniu oka. Zaraz potem do baraków wpadła milicja i zabrała wszystko z powrotem. Moja brukiew leżała dobrze schowana za portretem Stalina. Podzieliliśmy potem jedną główkę pomiędzy sześciu. Jedzenie było na kartki. Dziennie przysługiwało nam 300 dkg chleba i zupa „udająca” kapuśniak, gotowana na oleju. Po roku zdecydowałem się na ucieczkę. Wybrałem dzień wolny od pracy, 7 listopada, święto rewolucji październikowej. Wziąłem trochę kartek żywnościowych (niestety, zupełnie bezużytecznych poza terenem obozu). Zakutany w dwie pary spodni, kożuch, czapkę i syberyjskie walonki poszedłem piechotą wzdłuż torów. Postanowiłem nie wsiadać na pierwszej stacji. Droga do następnej zajęła mi cały dzień. Kiedy chciałem odpocząć zakopywałem się w śniegu, naprawdę było cieplej. Żeby kupić bilet trzeba było okazać dowód osobisty i kartę urlopową z obozu. Została mi więc tylko podróż na gapę. Znalazłem pociąg jadący do Krasno. Wlazłem na platformę przewożącą wielkie zwoje z kablami i schowałem się między nimi. Mróz chwycił w nocy jak diabli, a jeszcze jak na złość na mojej platformie zaczęło się iskrzyć. Pociąg stanął. Przyszedł maszynista z pomocnikami. Nacierali śniegiem zatartą oś. Ze strachu prawie nie oddychałem. Przyjechaliśmy do Krasno. Zeskoczyłem za peron żeby poszukać czegoś do jedzenia. Miałem przy sobie 200 rubli. Kupiłem gorącą herbatę i „lepioszkę” (rodzaj placka ziemniaczanego) za 10 rubli. Zapowiadali odjazd pociągu osobowego do Moskwy. Kombinowałem jak się zabrać, cały był załadowany wojskiem. Ukryłem się w przejściu między wagonami, było tam już więcej takich, jak ja. Na stacjach kupowaliśmy placki ziemniaczane. Potem dosiedli się młodzi Tatarzy. Poczęstowali mnie suszoną koniną. Nagle zjawiło się 4 kontrolerów. Kazali mi wysiąść, ale odeszli, zanim zdążyłem zareagować. Chwilę potem wpadłem na radzieckiego oficera. Przyjrzał mi się uważnie, i zapytał czy jest mi zimno. Zabrał mnie do swojego przedziału. Byłem brudny i nie umyty. Jego współpasażerowie nie chcieli się zgodzić, bym jechał z nimi. Dostałem tylko ciastko na pożegnanie. Kiedy dojeżdżaliśmy do Moskwy, nie miałem już żadnych pieniędzy, a na sobie dwie pary spodni, drelichy i waciaki. Zrobiło się cieplej, waciaki nie były mi potrzebne. Na jakiejś stacji zaczepiłem staruszkę z „lepioszkami”. Kupiła ode mnie spodnie za 40 rubli i 2 placki. W Moskwie musiałem odnaleźć Dworzec Białoruski, stamtąd odjeżdżały pociągi do Mińska. Po drodze jakaś kobieta poprosiła mnie, żebym pomógł jej wnieść kartofle do mieszkania. Dostałem miskę ciepłej zupy i 10 rubli. Na Dworcu Białoruskim wszystkie przejścia na perony były pozamykane. Przeskoczyłem przez bramkę. Jakiś stary mężczyzna wytłumaczył mi, że pociąg do Mińska odjedzie dopiero wieczorem. Kiedy podstawili go na tor, niewiadomo skąd runął do niego tłum ludzi. Ci, którzy nie zmieścili się do środka, włazili na dach, czepiali się barierek. Wraz z jakimś młodym żołnierzem siedziałem na dachu lokomotywy. Pociąg był tak przeładowany, że nie mógł ruszyć. Milicja zaczęła wyrzucać nadliczbowych pasażerów. Kiedy chcieli ściągnąć i nas, maszynista kazał im zostawić nas w spokoju. Myślał, że jestem „wojennym”, jak ten zdemobilizowany żołnierz. Pociąg nadal był tak napchany, że ledwo ruszył. Okropnie marzłem, po drodze wymieniłem na jedzenie nawet kożuch. Zszedłem do maszynisty. Zaoferowałem mu pomoc przy węglu, w zamian za możliwość jechania w lokomotywie. W Mińsku, strasznie wygłodniały, znalazłem pociąg do Mołodeczna. Wszedłem do pustego wagonu i skuliłem się jakimś kącie. Późnym wieczorem znalazła mnie starsza kobieta, kontrolerka biletów. Kiedy spytała się o bilet, przyznałem się, że wracam z Uralu. Zabroniła mi mówić o tym komukolwiek, bo takich jak ja od razy łapali. Dała mi kromkę chleba i obiecała, że w razie czego ukryje mnie. Do Mołodeczna dojechałem spokojnie. Stąd, do domu, do Ilji, miałem jakieś 30 km. Postanowiłem pójść pieszo, ale zapadał zmrok. Po drodze minął mnie wóz z kartoflami. Pozbierałem te, które spadły. Poszedłem do pierwszego napotkanego gospodarstwa. Pozwolili mi przenocować i ugotować moje ziemniaki. Grudzień był bezśnieżny. Kiedy wieczorem dotarłem do Ilji, w domu był tylko młodszy brat. Matka przybiegła od sąsiadki. Ale w domu nie było radości. Wiedzieliśmy, co mnie czeka. Kilka dni później, 17 grudnia przyszli po mnie agenci NKWD. Zabrali mnie na komisariat. Dokładnie w dniu moich 16 urodzin… Przesłuchujący mnie oficer pytał, dlaczego nie pracuję. Próbowałem się wyłgać, że nie mogę chwilowo podjąć pracy, bo ktoś ukradł mi dowód. On odparł krótko, że podobno uciekłem z Uralu. Kazał mi zaczekać na korytarzu. Jakaś młoda funkcjonariuszka zaprowadziła mnie do pokoju obok, kazała się rozebrać do naga i przeszukała mnie. Kazała się ubrać i wyprowadziła na zewnątrz. Po drugiej stronie podwórka był areszt. Po drodze spotkałem moja mamę, ale już nic nie dało się zrobić. Siedziałem tam tydzień, aż cela się zapełniła. Potem wszystkich nas zagnali pieszo do więzienia w Wilejce. Strażnik wsadził nas do betonowej piwnicy- musieliśmy przejść kwarantannę. Było nas około 20, dzięki temu było cieplej. Po 3 dniach przenieśli nas do cel. Nie było tam nic. Tylko słoma na podłogach i pchły. Spaliśmy na zmianę.

Romana Bożko internowano kilka dni po wprowadzeniu stanu wojennego. Nie znałem go osobiście, ale słyszałem, że jego żona i dzieci znaleźli się w bardzo trudnej sytuacji materialnej. Najpierw zbierałem dla nich kartki żywnościowe, potem pieniądze. Krótko po jego zwolnieniu w lutym 1982 spotkałem całą rodzinę w kościele. Jego żona przedstawiła nas, a Roman chcąc odwdzięczyć się za okazaną im pomoc, zaprosił mnie na obiad. Ponieważ po godzinach zajmowałem się stolarką, zapytał czy nie zrobiłbym mu okiennych framug. Zgodziłem się, więc przyszedł do mnie po kilku dniach. W rzeczywistości nie chodziło mu o okna, tylko o zrobienie ramek do drukarki. Wtajemniczył mnie w szczegóły drukarskiej działalności. Zgodziłem się od razu, ten „partyzancki” klimat bardzo mi odpowiadał. Moje mieszkanie zamieniło się w tajna drukarnię. Na początki robiliśmy ulotki na zwykłym powielaczu. Załatwił go Wiktor Krywulko. Wydruki zalewał tusz i wychodziły fatalnie. Potem zrobiłem ramkę, ale brakowało wałka. Wałek z wyżymaczki jak się okazało, nadawał się doskonale. Stanisławie Krauz udało się załatwić matryce. Mogliśmy zacząć druk gazety. Na jednej matrycy dało się wydrukować około 500 egzemplarzy. To wiele. Dopiero kiedy Stasia trafiła na matryce produkcji chińskiej, powiększyliśmy nakład nawet do 4tyś. Ponieważ przez cały czas „OŚĆ” drukowana była w moim mieszkaniu, wymyśliliśmy specjalne zabezpieczenie. Jeżeli dzwonek przy drzwiach działał, to znaczyło, że lepiej nie wchodzić. Jeśli był wyłączony, było bezpiecznie. Roman skontaktował się z drukarzami z Gliwic. Mieli nas przeszkolić. Przyjechali we 3, przywieźli własny sprzęt i pokazali nam jak poprawić jakość druku. Niestety, szkolenie nie przyniosło spodziewanych efektów. Pojechałem ze Stasią na szkolenie do Warszawy. Przez kilka dni siedzieliśmy zamknięci w małym mieszkaniu, ale opłacało się. Udało mi się potem udoskonalić zmywacz do drukarki. Po dodaniu wybielacza do prania, czyścił nieporównywalnie lepiej. Oprócz „OŚCI” i ulotek, drukowaliśmy chusty na pielgrzymki do Częstochowy, świąteczne kartki, pocztówki, znaczki i koperty. Pewnego razu byłem jak zwykle umówiony w mieszkaniu ze Stasią Krauz. W międzyczasie odwiedził mnie dzielnicowy. Chcąc nie chcąc poczęstowałem go kawą. Jego czapkę położyłem przy drzwiach. Kiedy zadzwoniła Stasia, pobiegłem do drzwi tłumacząc, że to pewnie klientka. Zacząłem jej głośno tłumaczyć, że zamówienie nie jest jeszcze gotowe, pokazując ukradkiem na milicyjną czapkę. Stasia odeszła nie wzbudzając niczyich podejrzeń.

Wraz z moim brygadzistą mieszkaliśmy w strefie wolnego dostępu do miejsca pracy. Jednak wszystko było rejestrowane na portierni: czas wyjścia i przyjścia powrotem. Gdybym nie wrócił na czas na pewno byłoby to zarejestrowane. Nie mieliśmy numerów, zawsze mówiono do nas po nazwisku. Ja miałem wyrok 5 lat, z paragrafu „ukaz”, czyli z ustawy. Dezerterzy, którzy uciekli z miejsca pracy lub porzucili je chociaż na chwilę dostawali ten sam wyrok – 5 lat. Każdego wieczora po kolacji byliśmy sprawdzani. W każdym bloku wszyscy wychodzili z sali, przychodził człowiek z NKWD z kartotekami, siadał i wywoływał wszystkich po kolei. Były przypadki, że kogoś brakowało. Nie było może aż tak źle, jak w Oświęcimiu, ale jeżeli ktoś zwiał, to wszyscy mieli kary. Byli z nami kryminaliści. Przebywałem w obozie od 1946 do 1948 roku, w tym czasie zdarzyła się jedna ucieczka – było dwóch zabitych. Na bramie, koło portierni ułożono zwłoki, żeby każdy wiedział, że ucieczka się nie opłaca. Ale kilku i tak uciekło. W obozie była zbieranina wszystkich narodowości, nawet Niemców można było spotkać.

Przynależałem do brygady nr 10. W 1947 roku byłem już pełnoletni i musiałem pracować tak, jak inni mężczyźni. Moja brygada była dość wyjątkowa, ponieważ byli w niej sami fachowcy: elektrycy, radiomonterzy, telegrafiści. Dzięki temu przyuczyłem się jako elektromonter. Mogliśmy korzystać z maszyny do toczenia w drzewie. Nikt się nie chciał podjąć tej pracy, a ja się odważyłem. Wykonywałem wówczas normę i w zamian dostawałem większe porcje chleba – prawie kilogram. Oczywiście nie było to białe pieczywo, tylko czarne. Ale to był „ciężki chleb”. W obozie, oprócz chleba ratowało mnie to, że trzy razy dziennie otrzymywaliśmy porcję zupy. Dla nieletnich kolacja była złożona z dwóch dań: zupy i kaszy jaglanej czy kukurydzy. O mięsie nie było mowy. Rarytasem był olej w zupie lub polany na kaszę. Na terenie fabrycznym był wyodrębniony szpital. Tam wyżywienie było lepsze: mleko, makaron i czasem kawałek drobiowego mięsa. Chętnie się szło do szpitala na fuchy. Liczyłem na to, że chociaż żarówka się tam przypali i załapię się na porządną zupę lub dostanę jakiś rarytas, jak makaron na mleku czy rosołek.

Na terenie obozu i fabryki pilnowali nas wyznaczeni więźniowie. Cały teren był ogrodzony, w regularnych odstępach stały wieżyczki kontrolne, z których terenu pilnował uzbrojony strażnik. Na noc wokół obozu rozciągane były druty kolczaste. Życie tam było różne, zbieranina ludzi była rozmaita: kryminaliści, więźniowie polityczni, złodzieje, oszuści, przypadkowi. Najgorzej było z kryminalistami, którzy nie liczyli się z nikim. Potrafili wyrywać chleb z rąk, kraść jedzenie. Zawsze trzeba było pilnować żywności. Dostawaliśmy wynagrodzenie, każdy więzień miał swoją książeczkę, w której notowano dniówki. Za te „pieniądze” można było na terenie obozu wykupić w małym kiosku lemoniadę i papierosy. W tym czasie ja nie paliłem, więc od czasu do czasu napiłem się tego „morsu”, czyli wody farbowanej. Przez dwa lata pracy w obozie zarobiłem 75 rubli. Nic nie mogłem za te pieniądze kupić w czasie pracy, ale przywiozłem je ze sobą do Polski.

Pewnego razu po śniadaniu dyżurny ogłosił, że będą odczytane nazwiska, a wyczytane osoby do pracy nie pójdą. Zdarzały się takie incydenty, ale wtedy takich więźniów wywozili na Sybir, więc bałem się strasznie. To było już w marcu 1948 roku i niewiele mi zostało do końca, wciąż zastanawiałem się, czy przeżyję transport, czy później przeżyję… Współwięźniowie poszli do pracy, a ja czekałem w swojej sali. Przyszedł w końcu Misza, mój brygadzista i zapytał, czemu nie jestem w pracy. Kiedy mu powiedziałem, to powiedział mi, że nikt mnie nie wywiezie. Miał już znajomości, był w końcu miejscowym. Poszedł do kogo trzeba, nachwalił mnie i chciał załatwić, żeby nikt mnie nigdzie nie wywiózł. Ale, jak się okazało ja wreszcie otrzymałem ułaskawienie i zostałem zwolniony do domu - do Polski! Nigdzie już mnie nie wypuszczano do wieczora, a po zmierzchu wyszedłem za pierwszą bramę. Stali tam strażnicy z psami i bagnetami na ramieniu. Później już tylko na rampę, wypłacenie tych pamiątkowych 75 rubli i bilet do domu. Najpierw wpakowali nas do pociągu więziennego, znów siedzieliśmy za kratami. Nie do końca byłem pewien, czy aby na pewno jadę do Polski, nie odczułem tej wolności. Całą noc jechałem z Mińska do Brześcia. Nad ranem wyrzucili nas z przedziałów, gdzie za oknem zauważyłem polskich oficerów. Już po dwóch godzinach kazano nam wyjść, byli strażnicy, ale bez broni. Inwalidów, słabszych i nieletnich ustawiono z przodu, a silniejszych na tyle rzędu. Prowadzono kobiety i mężczyzn do kolejnego obozu, tylko nie tak obszernego, jak w Mińsku i ze strażnikami bez broni. Po otwarciu bramy okazało się, że to obóz jeniecki. Porozprowadzali nas po salach, w których nie było dla nas łóżek. Niemcy mieli łóżka. Wszystko obsługiwali Niemcy. Od czasu do czasu przychodził tylko porucznik Polak. Każdego dnia zwozili tam masę ludzi.

Niemcy mogli coś sobie kupować, ale my nie. Wyżywienie nie było najlepsze, ale chleb już nie był tak ciemny. Dostawaliśmy zupę wreszcie podobną do zupy, ale tylko dwa razy dziennie. Były jakieś rozrywki, czasem organizowali teatr, niestety tylko po niemiecku. Nawet ksiądz był i kaplica. Podporucznik przynosił komunikanty księdzu i wino do mszy. Wyspowiadać się można było. Ten ksiądz w łachmanach, mizerny strasznie, chodził ledwo i nie wyglądał najlepiej, ale posługę pełnił. Dla mnie była to już zupełna odmiana, jeszcze za kratami, ale już inne życie.

Kiedy zebrało się już więcej ludzi z tych transportów to przyjechała straż przygraniczna i sprawdzali nas, jak celnicy: trzeba było rozebrać się do naga, oddać wszelkie swoje rzeczy. Potem zostałem zabrany w kordonie, razem z 10 000. więźniów na stację kolejową. Ludzie bardzo ładnie się zachowywali: dawali nam do rąk chleb, podawali wodę, dzieci podbiegały do nas. Znów zapakowano wszystkich do wagonów bydlęcych. Nie wiedziałem, gdzie jadę, ale już czułem pewien komfort, bo nie było psów, krzyków i broni. Nadal jednak byłem więźniem.

Po jakimś czasie przejechaliśmy przez most na Bugu i znalazłem się na Polskiej stronie – byłem wolny! Chciało mi się płakać… w Terespolu wypuścili nas na pół godziny, żeby rozprostować kości. Wszyscy mówili po polsku, nie ma już krzyków, bicia, bestialskiego traktowania… Wróciłem z piekła… Dojechaliśmy do Białej Podlaskiej, gdzie czekały na nas wojskowe samochody. Trafiłem do obozu przyjęć. Warunki były tam typowo wojskowe: pełno namiotów i kuchnie polowe. To było moje największe szczęście wtedy, gdy mogłem zjeść tyle białego chleba, ile chciałem. Po 5 latach najadłem się naprawdę. Chociaż trzeba było uważać, bo żołądki były nieprzyzwyczajone do takiej ilości jedzenia. Kolejnego dnia, po nocy spokojnie przespanej na łóżku polowym, nastąpiły już formalności. Powiedziałem zapytany, że wcześniej byłem na Uralu, gdzie są tylko fabryki broni, a potem już trafiłem do więzienia. Jednak w ankiecie napisano, że wyrabiałem instrumenty muzyczne. W magazynie przydzielono mi ubranie: angielski płaszcz wojskowy, spodnie, pantofle i bieliznę oraz dwie paczki z konserwami, słodyczami, papierosami i 2 tys. zł . Otrzymałem też zaświadczenie, że na każdej stacji otrzymywałem bezpłatny bilet dokądkolwiek nie chciałbym jechać. To było zakończenie mojego życia więziennego.

Zatrzymałem się w Szczecinie – wybrałem to miasto, ponieważ agitatorzy zachęcili mnie do osiedlenia się na ziemiach odzyskanych. Jeszcze tego nie rozumiałem, ale pokierowało mną to, że tam było dość pracy. Dopóki się nie zameldowałem przez tydzień używałem wolności bawiąc się trochę za pieniądze z zapomogi. Później, także za sugestią, poszedłem do PGR-u. Znałem się na gospodarce i w końcu dotarłem do Nielepu. Pracowałem tam przez rok, zająłem wolne mieszkanie po Niemcach. Potem poszedłem do SP na 3 miesiące. Przed końcem turnusu przyjechali agenci i brali chętnych do kopalni. Zdecydowałem się spróbować.

Znów wyjechałem, tym razem na Śląsk. Wtedy myślałem, że to miasto, nie wiedziałem, że to rejon. Dotarłem do Katowic, gdzie rozdzielano wszystkich chętnych do kopalń. Przypadła mi KWK „Jadwiga” („Ostrowski”) w Zabrzu. Bardzo szybko się zniechęciłem i poszedłem do budowlanki. Zrobiłem kurs murarza. W 1951 roku ożeniłem się z dziewczyną z okolic Krakowa. Wtedy pieniędzy z budowlanki było mało i znów przyjąłem się na kopalnię, ale początkowo miałem problem z dostaniem się do lepszej pracy. Później zostałem górnikiem strzałowym, dostałem nawet mieszkanie, ale nie powiodło mi się tam. Zrezygnowałem z pracy na KWK „Janina” i w 1964 roku podjąłem prace na KWK „Moszczenica”. Przyjechałem sam, akurat minął rok po wybuchu w tej kopalni. Wtedy jeszcze w Jastrzębiu czynne były wszystkie sanatoria.

Bardzo solidnie pracowałem aż do strajków w 1980 roku. Wtedy wreszcie mogłem rzucić kamieniem w znienawidzonych bolszewików. Bardzo dotknął mnie stan wojenny, bo w mojej zupełnie osobistej walce chodziło przede wszystkim o to, żeby uderzyć w bolszewika i walczyć o wolność, mniej interesowały mnie związki zawodowe. W czasie stanu wojennego starałem się o pomoc dla internowanych. Spotkałem Romka Bożko, który zaproponował mi partyzantkę i tak zaczęło się drukowanie „OŚC-i”.

W stanie wojennym znalazłem niezależną książkę z podziemia, pt. „Widziałem piekło”. Zainteresował mnie tytuł i zacząłem ją czytać. Zauważyłem tam zdjęcie człowieka, który kogoś mi przypominał. Był to ojciec Remigiusz Kranz z Wilna. Pisał o sobie: w 1946 roku został aresztowany jako czynny działacz AK. Powodem jego aresztowania było tylko to, że był duchownym. Moje skojarzenia zaczęły się zbiegać z jego losami, został zesłany do Magadanu – dla mnie na sam koniec świata. Będąc w obozie słyszałem, że mało kto stamtąd wraca, tam lądowali ci z najcięższymi wyrokami. W ostateczności wylądował w obozie w Brześciu, gdzie odprawiał msze. Od razu skojarzyłem księdza w łachmanach, którego tam spotkałem. Potwierdziły to jego relacje, bardzo realnie opisywał wszystko, co ja sam tam spotkałem. Okazało się, że zatrzymał się w Krakowie, zaledwie miesiąc po mnie opuścił ten obóz! Zaraz zacząłem myśleć, jakby się z nim spotkać. To był franciszkanin, więc zacząłem go szukać. Okazało się, że zmarł, zanim go odnalazłem. Szkoda - kiedy o nim czytałem bardzo zapragnąłem wymienić się z nim moimi spostrzeżeniami, doświadczeniami. Był wiele ode mnie starszy, ale nie mogłem odżałować, że nie mogłem go spotkać.

Nikogo z rodziny nie pamiętałem i znałem tylko brata. Siostrę z pierwszego małżeństwa ojca odnalazłem dopiero (chyba) w 1954 roku, po wielu latach szukania w różny sposób swoich korzeni rodzinnych. Pojechałem do niej, ale okazała się być wiele starsza i nie nawiązaliśmy większego kontaktu. Nie utrzymała się ta znajomość. To byli zagorzali komuniści, poszli inną drogą niż ja.

Opracowanie: Andrzej Kamiński