Relacja:Andrzej Kamiński

Z Encyklopedia Solidarności

Tylko w Internecie.

Relacja Andrzeja Kamińskiego z 2008 r.

Chociaż komunistycznym władzom udało się skutecznie zmęczyć i zniechęcić społeczeństwo do podejmowania jakichkolwiek działań zmierzających do zmiany istniejącego systemu, pojawiały się przesłanki świadczące o przezwyciężaniu marazmu i radykalizacji nastrojów.

26 kwietnia 1988 stanęła Huta im. Lenina. Na czele Komitetu Strajkowego stanął Andrzej Szewczuwaniec, który zaledwie parę miesięcy wcześniej rozpoczął pracę w tym zakładzie. To dość charakterystyczne zjawisko dla strajków w 1988 roku, w których do głosu dochodzi młode pokolenie robotników. Podobna sytuacja ma miejsce również w wielu jastrzębskich kopalniach, gdzie organizatorami i przywódcami są ludzie mało dotychczas znani. Sam zaliczam się do tego grona. Oczywiście ocierałem się wcześniej o działalność opozycyjną, nigdy jednak nie byłem sztandarową postacią. Mimo to w 1988 roku byłem jednym z organizatorów akcji strajkowej w KWK Jastrzębie.

2 maja stanęła Stocznia Gdańska. Mimo obietnic polubownego zakończenia sporu władza decyduje się na rozwiązania siłowe. 5 maja dochodzi do brutalnego ataku ZOMO. Złamano strajk w Nowej Hucie. 10 maja upada strajk na Stoczni Gdańskiej. Mimo iż strajki te miały ograniczony zasięg i dość szybko zostały rozbite, to rozpoczęły jednak proces odbudowy struktur związkowych w różnych regionach kraju.

W tym czasie radykalizuje się środowisko jastrzębskie. W 1987 r. powstaje NOS (Niezależna Organizacja Samoobrony), której szefem zostaje Marek Bartosiak (Bartek), a jawnym przedstawicielem Lech Osiak. Przeprowadzają na terenie miasta szereg spektakularnych akcji ulotkowych. 3 maja po Mszy za Ojczyznę w Kościele NMP MK w Jastrzębiu ma miejsce manifestacja, która została rozbita przez oddziały ZOMO. Również w maju Bartek zostaje przewodniczącym MK (Miejska Komisja) „S” w Jastrzębiu, do którego wprowadza również członków NOS-a, m.in. rodzinę Daneckich, Wojtka Szczęsnego, Jarka Rożaka. Przystępują do planowania strajku na kopalniach. Przygotowania te biegną trójtorowo. Z jednej strony Marek Bartosiak oraz MK „S” i NOS. Z drugiej TKZ (Tajna Komisja Zakładowa) „S” przy KWK „Manifest Lipcowy”, która 15 maja podejmuje nieudaną próbę strajku na tej kopalni. Wreszcie tor trzeci to Solidarność Walcząca, z którą Osiak i Bartosiak mają od dawna kontakty.

W poniedziałek 15 sierpnia rozpoczyna się strajk na KWK Manifest Lipcowy. Dołączamy do nich 18 sierpnia na drugiej zmianie. Wraz z Jankiem Warsiewiczem biegaliśmy po lampowni i nadszybiu. Zatrzymywaliśmy ludzi, czasem nawet trochę agresywnie, nakazując im wracać. Mimo to nikogo to nie oburza. Nikt się nie sprzeciwia. Widać ludzie byli na to przygotowani, czekali tylko, aby ktoś odpalił tę iskrę. Nie wiem, jak to się stało, że przemówiłem do zgromadzonej załogi. W innych okolicznościach pewnie bym się na to nie odważył. Emocje były tak duże, że nie było czasu na zastanawianie. Nie pamiętam, co mówiłem, ale udało się, kopalnia stanęła. Byliśmy młodzi i nie mieliśmy pojęcia, jak organizuje się strajk. Początkowo działaliśmy spontanicznie, w trakcie akcji nabieraliśmy doświadczenia. Przewodniczącym KS został najpierw Henryk Skrzyszowski, który nie wytrzymał napięcia i zrezygnował. Potem na funkcję przewodniczącego powołany został Wiesław Oziembłowski. Zostałem odpowiedzialny za łączność i kontakty na zewnątrz.

Utkwiła mi w pamięci garść wrażeń z tamtych dni, które dziś mogą wydawać się mało istotne, ale wówczas robiły na mnie wrażenie. Otaczające kopalnię kordony ZOMO i milicji, krążący nieustannie helikopter silnie działały na psychikę strajkujących. Wielu nie wytrzymywało tego napięcia. Stąd liczba uczestników strajku z dnia na dzień topniała. Rozpoczynało go ok. 2-3 tys. osób, kończyła garstka. Żyliśmy pod ciągłą presją, że możemy zostać zaatakowani. Dokuczliwy był również brak informacji, nie wiedzieliśmy dokładnie, co dzieje się na innych kopalniach. Docierały do nas sprzeczne informacje. Czuliśmy się odcięci od świata i osamotnieni. Staraliśmy się podnieść morale załogi. Wraz z Jankiem Warsiewiczem zrobiłem mapę Polski, na której zaznaczaliśmy ogniska strajku, by pokazać, że nie jesteśmy sami, że mamy poparcie.

Dużym wsparciem były dla nas również wizyty takich osób jak: Lech Osiak, Teresa Brodzka, Michał Luty, Anita Gargas, Bazyli Tyszkiewicz, których zawsze, gdy tylko mogłem, przyprowadzałem do nas „z górki”. Odwiedzali nas studenci, wśród nich Grzegorz Mioduszewski, który sformułował końcową odezwę. Bazyli Tyszkiewicz i jeszcze ktoś z „zewnątrz”, nazwiska nie pamiętam, pomagali nam przy redagowaniu postulatów końcowych. Wspólnie omawialiśmy stronę techniczną rozmów z dyrekcją. Za każdym razem wychodząc na zewnątrz przynosiłem „Gazetę Codzienną”, którą robił Bartek w Kościele „na górce”. Kopalnia „Jastrzębie” była najlepiej przygotowana do odparcia ewentualnego ataku. Byliśmy uzbrojeni tak, że gdyby doszło do starcia, z pewnością polałaby się krew. Nie zamierzaliśmy tanio sprzedać skóry. Wiele osób pamiętało poniżenie, jakie stało się ich udziałem podczas pacyfikacji kopalni w 1981 roku, nikt nie chciał ponownie tego doświadczyć.

Któregoś dnia podczas jednej z moich wypraw „na górkę”, przechodziłem obok kiosku przy ulicy 1 Maja. Zaczepiła mnie pracująca tam dziewczyna, z którą wcześniej kończyłem kurs prawa jazdy i prosiła, abym nie wracał na kopalnię, bo nas zmasakrują. Innym razem przeprowadzałem z kopalni „na górkę” Teresę Brodzką, Michała Lutego, Anitę Gargas, Lecha Osiaka, a wracając miałem zabrać ze sobą jakąś bibułę. Ubrany byłem w skórzany płaszcz i wyglądałem jak zawodowy rewolucjonista. Zatrzymała nas lekarka i powiedziała, że nie możemy zostawić strajkujących samych. Tłumaczyłem, że muszę odprowadzić tych ludzi i na pewno tu wrócę. Nie chciała mi uwierzyć, krzyczała, że chcemy zrobić kariery kosztem innych, a w krytycznym momencie uciekamy.

Przedzierając się jednego razu na KWK Manifest Lipcowy, udawałem jednego z mieszkańców pobliskiego osiedla. Uśpiłem czujność otaczających kopalnię ZOMOwców wygadując rozmaite bzdury. Kiedy doszli do wniosku, że nie mogę być niebezpieczny, oddalili się na chwilę, aby zapalić papierosa, a ja w tym czasie przeskoczyłem przez mur i znalazłem się na terenie zakładu. Miałem sprowadzić kogoś, kto mógłby nas wspomóc, gdyż nie mieliśmy żadnego doradcy. Zgodził się jeden chłopak, którego nazwiska dziś nie pamiętam. Wracając z nim na KWK Jastrzębie udało nam się dotrzeć do pobliskich ogródków działkowych i lasu. Kiedy myśleliśmy, że jesteśmy już bezpieczni, wdepnęliśmy (dosłownie) na leżących w trawie dwóch zomowców. Byliśmy zupełnie zaskoczeni , ale kiedy oceniliśmy, że i oni są w tarapatach, bo mieli odpięte pasy z bronią, które leżały poza ich zasięgiem, poczuliśmy się nieco pewniej. Trzeba pamiętać, że byliśmy młodzi i wysportowani tak, że powstał swoisty pat. Oni zaczęli zadawać głupie pytania, na które my udzielaliśmy równie głupich odpowiedzi. Po czym spokojnie udaliśmy się w dalszą drogę.

24 sierpnia przyszedł do nas Witek Oziembłowski, który opowiedział o pacyfikacji kopalni Borynia. Mimo że zostało ich niewielu, zrobili wszystko, co mogli i wyszli z tego z honorem. Takie opowieści podnosiły nas na duchu. Ważnym wydarzeniem było również przybycie grupy 15-20 osób ze spacyfikowanej kopalni „Morcinek”.

Mimo ogromnego zmęczenia, byliśmy w stanie kontynuować akcję. Nie było jednak sensu jej przedłużać. Wiedzieliśmy już, że na „Manifest Lipcowy” ma przyjechać Wałęsa z zamiarem zakończenia protestu. Nasz przewodniczący dostał wytyczne od Henryka Sienkiewicza, że mamy wytrzymać do 28 sierpnia. Udało nam się wynegocjować gwarancję, że nikt nie zostanie zwolniony z pracy, a ci, którzy zostali w tym czasie powołani do wojska, wrócą do domu. Wzięliśmy udział w Mszy, podczas której Oziembłowski przeczytał końcową odezwę. Natychmiast wraz z Oziembłowskim, Stepeckim, Światowcem (oczywiście mocno wspierani przez kolegów) przystąpiliśmy do tworzenia Związku. Zbieraliśmy statutowe, rozdawaliśmy deklaracje członkowskie i zaczęliśmy wydawać „Wolność”. Najpierw była to ulotka, która była zajawką wydawanej później gazety pod tym samym tytułem. Zostałem jej redaktorem naczelnym. Naszą działalność wspierał Marek Bartosiak, z którym zaraz po strajkach redaguję „SpiS”.

Na przełomie 1988 i 1989 roku korzystając ze swoich kontaktów z Mariuszem Żelaznym i Sławkiem Bugajskim zakładamy jastrzębską grupę Solidarności Walczącej. Pod deklaracją podpisuje się Bogdan Krauze, pseudonim Krab. Naszym silnym atutem był Bartek, który zawsze był blisko „Walczącej”, a teraz staje się jej członkiem, a później niepisanym szefem w Jastrzębiu. Jawnym przedstawicielem zostaje Lech Osiak. W naszej działalności akcentujemy przede wszystkim to, że tzw. kompromis, do którego doszło w Magdalence, a zatwierdzony przy okrągłym stole (widowisko dla gawiedzi) nie jest dobrym rozwiązaniem i my się z nim nie zgadzamy. Utrzymuję stałe kontakty ze środowiskiem uniwersyteckim. Uczestniczę niemal w każdej katowickiej manifestacji, efektem czego są moje stałe wizyty przy Mikołowskiej i na Lompy.

Jestem również założycielem Towarzystwa im. Marszałka Piłsudskiego. Prawdopodobnie jest to pierwsze towarzystwo (założone w Polsce przed przemianami zapoczątkowanymi czerwcowymi wyborami 1989 r.) rejestrowane jeszcze na prawach z 1935 roku podpisanych przez prezydenta Mościckiego. Strajk w KWK Jastrzębie wpisuje się w wydarzenia tzw. Drugiej Fali protestów, które wybuchły w 1988 r. Byliśmy młodzi, wychowani w micie Solidarności, nie podaliśmy się wszechobecnej rezygnacji i zniechęceniu. Mieliśmy wolę walki. Po latach mam dużą satysfakcję, że dzięki temu, co wydarzyło się w Jastrzębiu komunizm został odesłany do skansenu historii. Nie pozwoliliśmy przedstawicielom władzy na manewr rumuński i przepoczwarzenie się bez udziału opozycji. Protest jastrzębski zmusił komunistów do podjęcia rozmów z opozycją. Nie takich efektów jednak się spodziewaliśmy. Ten „zgniły kompromis”, jak mówił Kornel Morawiecki, raczej należałoby nazwać kompromitacją.