Relacja:Antoni Jurkiewicz

Z Encyklopedia Solidarności

Tylko w Internecie.

Relacja Antoniego Jurkiewicza

Bochnia, 21 VIII 2007

Urodziłem się w małej miejscowości pod Brzeskiem. W domu rodzinnym dominował ojciec, który dbał o wychowanie swoich dzieci zgodne z tradycją. Chciał zaszczepić w nas uczucia patriotyczne i niepodległościowe, dlatego nigdy u nas nie lubiło się „czerwonych” - tak właśnie określaliśmy komunistów. Ojciec był aresztowany za walkę o naszą ziemię, gdy przeciwstawiał się zakładaniu spółdzielni produkcyjnych. Tak było zresztą w całym naszym województwie. Słuchaliśmy oczywiście Radia Wolna Europa, ludzie gromadzili się w domu właściciela odbiornika, a z pokoju wyganiano dzieci. Po audycji prowadzono długie dyskusje, których my jako dzieci nie mieliśmy prawa słuchać. To we mnie zostało. Pamiętam wybory na sołtysa, kiedy zadziałało „czerwone” zafałszowanie rzeczywistości. Na mojego ojca głosowała cała wioska. Wiem, bo mówili mi o tym sąsiedzi. A mimo tego wygrał jakiś człowiek przywieziony z komitetu z Brzeska. Widziałem zachowanie ojca, który zresztą zmarł stosunkowo młodo, bo już w wieku 55 lat. To wszystko we mnie zostało i ukształtowało mój charakter. Poszedłem do szkoły podstawowej, a następnie ukończyłem liceum. Wysłał mnie tam ojciec, który zawsze uważał, że najważniejsza dla dziecka jest nauka. Sam bardzo ciężko pracował na roli, ale uważał, że dziecko powinno się uczyć i to było dla nego najważniejsze. Pamiętam, gdy brat i siostra mieszkali w Tarnowie na stancji, to ojciec koniem dowoził im jedzenie. To były bardzo trudne czasy.

Powstaje pytanie, w jaki sposób wobec tego znalazłem się na Śląsku. Po szkole musiałem wrócić do domu, bo o brata upomniało się wojsko. Ojciec już nie żył, więc należało zaopiekować się matką i najmłodszą siostrą. Gdy brat wrócił ze służby, to z kolei mnie wezwano. Po odbyciu służby zasadniczej zaproponowano mi wstąpienie do milicji. W Krakowie ukończyłem szkołę podoficerską i bardzo mocno dostałem tam „w kość”. Muszę powiedzieć, że wówczas wielu absolwentom proponowano kontynuowanie służby w armii, ale propozycja pracy w milicji należała do rzadkości. Mimo to nie zgodziłem się. Do partii też namawiano, ale już mówiłem, jaki miałem stosunek do „czerwonych”. Gdy mieszkałem już w Jastrzębiu, to koledzy też namawiali do wstąpienia do PZPR. Pamiętam takiego mężczyznę, Ryszard miał na imię, który pytał mnie o „czerwone światło”. Odparowałem mu, żeby otworzył pysk, to będzie miał czerwono. Po co mu wtedy światło?

Z rodzinnej wsi wyjechałem do Jaworzna aby podjąć pracę. Po wojsku człowiek zawsze potrzebuje pieniędzy. Pracowałem tam dwa lata. Dowiedziałem się o budowie nowego miasta, Jastrzębia Zdroju, w którym stawiano kopalnie metanowe. Można było szybko dostać mieszkanie, a i płace były o wiele lepsze. Jastrzębie miało być taką swoistą wizytówką PRL. Tu na świat przyszła dwójka moich dzieci. Syn urodził się w 1969, a córka w 1971 roku. Z uwagi na brak szpitala w Jastrzębiu, oboje przyszli na świat w Wodzisławiu Śląskim. Przyjąłem się do pracy w KWK „Jastrzębie”. Tam też pracowałem do końca, czyli do 1982 roku. Od początku byłem człowiekiem niewygodnym politycznie. Nie zwolniono mnie wtedy chyba tylko dlatego, że po prostu byłem dobrym pracownikiem.

Pod koniec lat siedemdziesiątych zaczęła się gospodarcza tragedia na Śląsku. W sklepach były pustki. Pamiętam sytuację, gdy wstyd mi było przed własnym synkiem. Miał kilka lat i bardzo szybko rosła mu stopa. Często płakał z bólu, gdy musiał nosić zbyt ciasne buty. Potrzebne były większe, ale nie można było ich nigdzie dostać. Myślałem wówczas, w jakim kraju my żyjemy? Człowiek pracuje, a nie może dostać nawet butów dla dziecka. Do tego dochodziły kolejne planowe niedziele i traktowanie robotników jak bydło. Byliśmy nikim w rzekomym państwie robotników i chłopów.

W 1979 roku do Polski przyjechał papież Jan Paweł II. Czy to zainicjowało wybuch? Sądzę, że był to jeden z czynników, choć ja już wcześniej uważałem, że ten system musi się zmienić. Muszę się pochwalić, że zdarzało mi się mieć dobre wyczucie czasu i sytuacji. Przyjazd papieża spowodował, że ludzie się policzyli. Wszyscy poszli witać Ojca Świętego, także partyjni. Wcześniej krzywo patrzono, jeśli członek PZPR chrzcił dziecko czy chodził do kościoła. Po wizycie Jana Pawła II przestało to być problemem. Zresztą komu to przeszkadzało, że ludzie uczęszczali na mszę? W Stanach Zjednoczonych jest tyle religii i nikt nikomu niczego nie zabrania. Każdy idzie tam, gdzie chce. Dlatego uważam, że system niszczący wartości religijne nie mógł mieć polskich korzeni. To było narzucone z Rosji. Takie mam zdanie na ten temat.

W lipcu 1980 roku stanął Ursus i stocznie na Wybrzeżu. Z małego strajku o ceny w krótkim czasie powstał wielki ruch społeczny. Uważałem, że my w KWK „Jastrzębie” powinniśmy im pomóc. To była właśnie ta chwila. Ludzie to poparli. Widzieli, jak wygląda sytuacja. Siedem dni w tygodniu do pracy. Ciągle głowy spuszczone w dół, jeśli ktoś z kierownictwa podniósł głos. Nawet niektórzy „czerwoni” byli za, ale byli zastraszani, więc się wahali. Stwierdzali, że inni powinni załatwić sprawę za nas. Moja siostra zresztą mówiła podobnie. Zdecydowałem, że musimy pomóc Gdańskowi.

W dzień wybuchu strajku poszedłem do sygnalistów. Poprosiłem jednego z nich o nazwisku Marcinkiewicz, aby nie wpuszczał ludzi na dół do pracy. Następnie udałem się na cechownię, gdzie stanąłem przed zgromadzonymi robotnikami. Mówiłem, że musimy przerwać wydobycie i pomóc strajkującym na Wybrzeżu, bo to też nasza sprawa. Nie możemy nadal być traktowani jak przedmioty. Walczymy o godność ludzką. Załoga przystąpiła do strajku, mimo że na cechownię przyszedł dyrektor Małyjurek. Oczywiście nie tylko ja byłem organizatorem strajku. To tylko Wałęsa sobie teraz wszystko przypisuje, że sam wygrał strajk w Gdańsku. Bardzo dużo pomógł Henryk Nejman. Należy to podkreślić, bo był w partii. Z tego powodu do końca mu nie ufałem, ale wówczas miał naprawdę duże zasługi. Wszystko to działo się między pierwszą a drugą zmianą 28 sierpnia. To był pierwszy strajk na Górnym Śląsku. Zofiówka rozpoczęła protest dopiero w nocy, a później dołączyły pozostałe jastrzębskie kopalnie. Jako ostatnie stanęły zakłady w Katowicach. KWK „Jastrzębie” było zapalnikiem strajków w regionie.

Nie od razu utworzyliśmy swój komitet strajkowy. Gdy następnego dnia rano zawiązał się Międzyzakładowy Komitet Strajkowy na KWK „Manifest Lipcowy”, z naszego zakładu wysłano tam dwóch delegatów. Pojechałem ja i Józef Sadłakowski. Natomiast na kopalni jako dowodzący zostali Nejman i Auksztulewicz. Zanim przybyliśmy, na „Manifest” przywieziono Jarosława Sienkiewicza. Podkreślam – przywieziono! Od początku nie podobały mi się jego przemówienia. Chciał przekonać ludzi, że strajki są niepotrzebne. Miał ze mną duże problemy, bo ludzie popierali to, co mówiłem. Gdy kolejnego dnia przyjechał do nas ze Zjednoczenia jakiś gruby dyrektor z Katowic, to Sienkiewicz z nim pertraktował nad głowami strajkujących. Tymczasem zdecydowanie więcej osób chciało rozmawiać tylko z delegacją rządową. Mieliśmy różnego rodzaju postulaty, przede wszystkim branżowe. Spisywaliśmy je całą noc. Nie mieliśmy żadnego prawnika czy doradców, jak strajkujący w Gdańsku. Mimo to uważam, że nasze 13 postulatów wysuniętych w imieniu całego Śląska było lepsze od tych słynnych 21 z Wybrzeża. Zawarcie Porozumień Jastrzębskich załoga przyjęła z entuzjazmem. Osobiście odczytywałem tekst górnikom z KWK „Jastrzębie”, choć wcześniej cały strajk przebywałem na „Manifeście”. Zostałem wybrany przewodniczącym NSZZ „Solidarność” na mojej kopalni. Mieliśmy 122 delegatów wybranych spośród 8,5 tys. załogi. Na tych 122 głosujących tylko dwóch było przeciw mojej kandydaturze. Mogę się tym pochwalić, bo wygrałem bardzo wysoko. Następnie z poszczególnych oddziałów wybrano członków komitetu. Poza mną do gremium weszli Nejman, Auksztulewicz, Sadłakowski, Dąbrowski, Winiarczyk i Chorążyczewska. Opracowaliśmy status wewnętrzny. Wszystko odbyło się według procedur demokratycznych. Nie było więc tak, że sam sobie dobrałem współpracowników. Jedynie Dąbrowskiego, którego nazywaliśmy „Chytrus”, wyznaczyłem na mojego zastępcę. Dużą część naszej struktury związkowej przejęliśmy ze starych związków, m. in. sposób wyłaniania delegatów. Należy się pochwalić tym, że w starych związkach pozostało jedynie niecałe sto osób. To była jedyna kopalnia na całym Śląsku z takim rozkładem sił. Rekord województwa. Jeśli ktoś ma inne dane, to może mi je pokazać. Mimo to uważam, że popełniliśmy błąd biorąc do „Solidarności” wszystkich chętnych. Mieliśmy ponad 8 tys członków, ale to powodowało niepotrzebne tarcia. Mała liczba osób w starych związkach spowodowała, że żaden z nich nie mógł być oddelegowany do pracy związkowej. Musieli iść normalnie do pracy. Jeden z nich był oddźwiernym sekretarza partii. Jedyne, co robił, to otwieranie drzwi przed przewodniczącym. To obrazowało tę równość w komunie. Powiedziałem dyrektorowi, że żądam usunięcia tego człowieka, a jeśli chce pracować jako oddźwierny, to może robić to poza normalną pracą. Dyrektor przychylił się do mojego żądania. Z sekretarzem miałem zresztą różne nieprzyjemne przejścia. Facet miał gabinet piętro wyżej, a dzwonił do mnie i mówi lekceważąco: „Kolegoooo, może byście przyszli do mnie na górę?”. To ja mu odparowałem: „Kolegoooo, a może byście do mnie na dół przyszli?”. Chciał mnie ustawić, ale nie pozwoliłem mu na to.

Sam „karnawał” Solidarności wspominam bardzo dobrze. Ludzie się zmienili. Przychodzili do pracy z uśmiechem, byli prawdziwie solidarni. Jeśli w słusznej sprawie stawała jedna kopalnia, to inne natychmiast ją wspierały. Wywalczyliśmy wolne soboty i wreszcie mogliśmy mówić to, za co wcześniej można było stracić pracę. Ale były też inne sytuacje. Po samych porozumieniach na „Manifeście” przyszła do nas - nie wiem skąd - pewna pani. Do dziś nie mam pojęcia kim była i o co jej chodziło. Weszła do pokoju i powiedziała, że nasz czas już minął, zrobiliśmy swoje i możemy odejść. Oniemieliśmy. Ktoś odparł, że o tym zadecydują wolne wybory. Ale do dziś nie rozumiem tej sprawy. Niektórzy natomiast próbowali używać „Solidarności” do załatwienia własnych spraw. Na jednym z oddziałów ludzie nie chcieli oddać sztygara, którego dyrektor wysyłał na poranną zmianę. Z tego powodu nie chcieli zjechać na dół, bo nowy sztygar im nie pasował. Powiedziałem im, że jeśli chcą strajkować, to mogą, ale nie dostaną wypłaty. Wydobycie było przecież na głowie dyrektora, a nie związku. On nie zwalniał tamtego sztygara, a jedynie potrzebował do innych spraw. Niestety żyjemy w takim państwie, że każdemu, kto umie mówić wydaje się, że ma rację. Wiele tego typu sytuacji nie było potrzebnych, ale jeździłem na kopalnię i załatwiałem. Ta praca była moim dzieckiem. Bardzo się w to zaangażowałem i wiele dzięki temu przeżyłem.

Na cechownię powróciła figura Św. Barbary. Wbrew temu, co niektórzy twierdzą, odprawiano normalnie msze w KWK Jastrzębie. Ten, kto twierdzi inaczej jest bezczelny i kłamie. Nawet zdjęcia mam z tych nabożeństw, więc jak mogło ich nie być? Pamiętam masówki w Katowicach, na które zapraszał mnie Śliwa. Mówiąc o karnawale „Solidarności” nie można nie wspomnieć o Sienkiewiczu. W Rydułtowach była pewna kobieta. Bardzo żałuję, ale nie potrafię sobieprzypomnieć jej nazwiska. To była bardzo odważna osoba. Dzięki niej miałem poparcie dla wyrzucenia Sienkiewicza. Wówczas zarzucano nam, że rozbijamy związek. Okazało się, że mieliśmy rację. Jestem pewien, że Sienkiewicza przywieziono pod kopalnię, tak samo jak Wałęsę - od początku o tym wiedzieliśmy. On przeskoczył przez płot, ale nie chce powiedzieć, kto go pod ten płot przywiózł. Dlaczego nikt nie zada mu tego pytania? Dziś uważa się, że to on obalił komunizm. Wszechmocny Wałęsa... Jest legendą Solidarności, ale tych legend jest naprawdę dużo więcej.

Inną kwestią były tarcia w związku, o których już wspominałem. Czasami napięcie rosło. Na przykład faktem jest, że nie odesłałem do regionu ani złotówki ze składek. Oni tam sobie ustalili wysokość swoich zarobków. Nie akceptowałem tego. Z jednej strony walka o idee, a z drugiej taki Sienkiewicz chciał zarabiać cztery razy więcej niż dotychczas. Gdy w stanie wojennym księgowy w stopniu kapitana nasłany przez władze sprawdzał nasze finanse, nie znalazł nawet grosza, który nie był prawidłowo zaksięgowany i wydany zgodnie z prawem.O kwestie pieniężne buntowali się moi koledzy, którzy pracowali na powierzchni. Chcieli zarabiać tyle, co dołowi, albo chociaż otrzymać podwyżki na takim samym poziomie. W tym drugim przypadku mieli rację, ale ustalenia były takie, a nie inne. Niektórym musiałem ostro powiedzieć, że jeśli chcą mieć więcej, to niech przyjmą się do pracy pod ziemię. W czasie strajku każdy dostawał normalnie dniówkę. Wielu chciało brać udział w strajku, bo wiedzieli, że będą mieli płacone.

Na początku 1981 roku powstał list popierający apel Jaruzelskiego o „90 dni spokoju”. Inicjatorem był Nejman. Byłem temu bardzo przeciwny, ale w demokratycznym głosowaniu wniosek przeszedł. Cóż, Nejman był partyjny. A ja - jak już mówiłem - nigdy takim do końca nie ufałem. Po sierpniu nie zachowywał się porządnie. Przychodził pijany do pracy albo pił wódkę z dyrektorem Głąbem. Gdy zwracałem mu na to uwagę, to wrzeszczał, że mam go wyrzucić, jeśli mi się to nie podoba. Uważam, że wszystko jest dla ludzi, ale nie w pracy. Nikt nie może powiedzieć, że kiedykolwiek widział mnie przy pracy pod wpływem alkoholu. List wspierający Jaruzelskiego został fatalnie przyjęty przez załogę. Nejman mógł zostać zlinczowany, ale postanowiłem go bronić. Przeprosiłem wszystkich za ten błąd, wziąłem to także na siebie. Stało się, trudno. Następnego dnia na kopalnię przyjechali dziennikarze, bo władze chciały rozdmuchać sprawę. Zabroniłem Nejmanowi udzielania jakichkolwiek wywiadów. Później wypierał się tego listu, ale nie można przecież zamazać czegoś, co miało miejsce. Można naprawić, ale nie udawać, że nic się nie stało.

Jeśli chodzi o wprowadzenie stanu wojennego, to coś wisiało w powietrzu. Jak już wspominałem, czasami przeczucia mnie nie zawodzą. Ale tym razem sądziłem, że władze będą miały na tyle honoru i ambicji, by dać ludziom spokój na Boże Narodzenie. Pomyliłem się, mimo to byliśmy przygotowani na taką ewentualność. W przypadku aresztowania władz związku wyznaczeni byli następcy. Z tego co dziś wiem, to z kopalni wysłano osoby, które miały mnie ostrzec przed tym, co miało się stać. Wówczas zapewne uciekłbym na zakład i rozpoczęlibyśmy strajk pod ziemią. Ale nie wiem, jak wyglądałoby to wszystko. Milicja była bardzo brutalna. Ludzie wysłani z kopalni spóźnili się kilkanaście minut... Trzy kwadranse po północy z 12 na 13 grudnia ktoś zapukał do drzwi. Powiedział, że na kopalni był wypadek. Ja na tym punkcie byłem szczególnie wyczulony. Ale gdy otwarłem drzwi, to wiedziałem, w jakim celu przyszli. Trzech milicjantów weszło do środka. Był z nimi esbek, ale pozostał na zewnątrz. Powiedzieli mi, że komendant chce ze mną rozmawiać. Cały czas byli bardzo grzeczni. Nie było żadnego bicia, krzyków czy poszturchiwań. Być może dlatego, że ja ich wszystkich nagrałem na magnetofon. Imię, nazwisko, miejsce pracy. Wszystko miałem. Poza tym powiedziałem im, żeby nie próbowali brać mnie siłą. Bo jeśli ja zginę, to któryś z nich też. Poinformowałem, że zdaję sobie sprawę, że chcą mnie aresztować. Pozwolili mi się ubrać i pożegnać z żoną, ale do dzieci nie wpuścili. Wziąłem ciepłe ubrania, bo koniec roku 1981 był wyjątkowo mroźny. Po wyjściu z mieszkania usłyszałem słowa esbeka: „Coś długo to trwało”. Przed klatką stał Fiat 125p. Nie było żadnego milicyjnego samochodu, tylko prywatny pojazd. Kazali wsiąść do auta i pojechaliśmy. Zauważyłem, że wieźli mnie w kierunku Szerokiej, ale nie zdawałem sobie sprawy, gdzie dokładnie. Za oknami rozciągało się pustkowie. Jakiś piasek i same nieużytki. Byłem na 99% pewien, że to koniec. Rozstrzelają na miejscu i zostawią. Jeden z nich włączył radio, rozległ się tylko szum. Powiedział wtedy: „No, o to chodziło” i kazał mi dać dowód osobisty. Pokazałem, ale nie dałem mu do ręki. Powiedziałem, że to moja własność. Szczerze mówiąc chciałem go zatrzymać na wypadek, gdyby ktoś mnie tu znalazł. Chciałem, żeby znaleziono człowieka, który miał imię i nazwisko. Ale nie zabili... Esbek wyciągnął kartkę, na której była jakaś decyzja. Usłyszałem, że podważam autorytet partii. Spytali, czy byłem przewodniczącym „Solidarności” i czy Nejman ze mną współpracował. Ruszyliśmy dalej i dojechaliśmy do szpaleru suk milicyjnych. Tam nas wszystkich zwozili. Wpakowali mnie do jednej, w której siedział już Nejman. Gdy mnie zobaczył, to stwierdził tylko: „No, to teraz już wszystko wiem”. Cała sytuacja miała miejsce w środku nocy, ale tymi sukami wozili nas po całym regionie do godziny 11. Podobno byliśmy w Rybniku, pojawiały się też domysły, że chcą nas wywieźć do Czechosłowacji. W końcu wylądowaliśmy w Zakładzie Karnym w Szerokiej. Tam było wielu ludzi z opozycji z całego województwa. Przez długi czas nasze rodziny nie wiedziały, gdzie nas szukać. Moja żona była nawet u dyrektora Krzyszkowskiego, ale ten tylko rozłożył ręce w geście bezradności. Nic nie wiedział.

Weszliśmy do środka, a tam klawisze zaczynają na nas krzyczeć, że mamy ustawić się w dwójki. Odparowaliśmy im, że nie mają prawa czuć się lepsi od nas. Nie jesteśmy przecież bandytami. To ich zaskoczyło, więc dali nam spokój. Pozamykali nas do cel, a tam sople lodu zwisające z sufitu. Żadnego ogrzewania, a do spania na pryczach jakieś stare koce, na których warstwa kurzu była grubsza niż sam materiał. Żadnego posiłku. Dziesięć minut dziennie zimna woda. Ze mną siedziało jeszcze trzech chłopaków. Dwóch z „Manifestu” i jeden, bardzo młody, z „Boryni”. Ten ostatni był najbardziej załamany i płakał. Byliśmy odizolowani od kolegów z innych cel. Nocą wokół budynku jeździły czołgi okropnie hałasując. Nie dało się spać. Ludzie najsłabsi psychicznie szybko się wykańczali. A potem Urban powiedział w wywiadzie, że internowani wcale nie siedzą w więzieniach, ale w domach wczasowych. Nas to tak rozwścieczyło, że zaczął się bunt. Jedne drzwi nie wytrzymały. Od tego czasu cele były otwarte i można było normalnie chodzić po korytarzu. Dla zabicia czasu graliśmy w brydża. Powiesiliśmy też krzyż, przy którym można było się pomodlić. Wśród nas był zresztą chłopak, który uczył się na księdza. Poza tym na Szeroką przyjeżdżał pewien kapłan, o którym do dziś nie mogę powiedzieć złego słowa. To był jeden z najporządniejszych ludzi, jakich znałem. Nazywał się Damian Zimoń i dziś jest arcybiskupem w Katowicach. Mieliśmy możliwość pisania listów do rodzin, ale jeśli ktoś zbyt mocno narzekał na warunki w więzieniu, to przesyłka nie trafiała do adresatów. Ja starałem się pisać jak najmniej, ograniczając treść do najważniejszych rzeczy. Posiłki otrzymywaliśmy o wiele gorsze niż więźniowie kryminalni. Wyjaśniono nam, że skoro nie pracujemy, to nie potrzebujemy takiego zasobu kalorii. Najgorzej mieli jednak palacze. Nie potrafili sobie poradzić z brakiem papierosów, więc skrobali nożem sęki i je palili. Gdy było Boże Narodzenie, to nawet nikt z nas o tym nie wiedział. Dziś więźniowie narzekają, że mają źle w zakładach karnych. To jest śmieszne. Po tym proteście trochę się polepszyło. W końcu powiedzieli żonie, gdzie jestem. Pozwolili na odwiedziny. Nie mogłem pracować, więc mojej rodzinie pomagali ludzie dobrej woli. Wtedy niczego nie było w sklepach. Za nędznymi ochłapami trzeba było stać godzinami w kolejkach. A ludzie mimo to dzielili się.

Na Szerokiej byliśmy do wczesnej wiosny. Miał tam miejsce pewien incydent, gdy poproszono nas o odciski palców. Brali po jednym z celi i przekonywali, że taka jest sytuacja i tak trzeba. Nie zgodziłem się. Spytałem, czy coś ukradłem, że mnie tak traktują. Nie jestem przestępcą. Powiedziałem esbekowi, że uważam się za porządniejszego człowieka od niego. Prawdopodobnie dlatego później wywieziono mnie do Uherców w Bieszczadach. Podobnie rzecz miała się ze wspomnianym Śliwą z Katowic. On też nie dał odcisków palców. Poza tym w czasie całego pobytu przesłuchiwali mnie tylko raz. Esbek zaprosił mnie do pokoju. Powiedział, abym usiadł. Spytał o dane osobowe. Odparłem, że jestem pewien, iż zna moje imię i nazwisko. Natomiast ja chciałbym wiedzieć, z kim mam do czynienia. On odpowiedział, że jest tu służbowo, a nie prywatnie. Powiedziałem „Ja też nie jestem tu służbowo”. Na tym rozmowa się zakończyła.

W marcu wywieziono mnie do wspomnianych Uherców. Znajdował się tam ośrodek dla internowanych. Był tam Śliwa, a także działacze z Podkarpacia. Byliśmy o wiele lepiej traktowani. Mogliśmy normalnie spacerować i przyjmować gości. Słuchaliśmy nawet piosenek Jacka Kaczmarskiego. Dostawaliśmy paczki, ale każdy się dzielił. Był wspólny stół i nikt nie chował jakichś rarytasów do szafek. To była prawdziwa solidarność. Z tamtego okresu miałem kilka pamiątek, ale niestety zostawiłem je w Los Angeles. Organizowano tam wystawę dotyczącą naszego związku. W Uhercach poznałem pana Krakowskiego, profesora Uniwersytetu Śląskiego, bardzo uczciwego i zaangażowanego w sprawę człowieka. Odbyłem z nim wiele rozmów. W lipcu 1982 roku przyszedł funkcjonariusz, kazał mi się spakować i wracać do domu. Oczywiście na własny koszt dojechałem do Jastrzębia pociągiem.

Niemal natychmiast po powrocie zgłosiłem się do Szpitala Górniczego. Lekarze bardzo nam pomagali. Po pierwszej kąpieli po wyjściu z internowania ze zdziwieniem zauważyłem, że w wannie jest pełno włosów. W szpitalu wyjaśniono mi, że to z powodu złego odżywiania i stresów, którym byłem poddany. Do dziś nie mam brwi. Leżałem tam jakiś czas. Potem pojechałem na KWK „Jastrzębie”. Przyjął mnie dyrektor Krzyszkowski. Chciał mi pomóc dając jakąś funkcję, ale już po dwóch dniach pracy aresztowano mnie na 48 godzin. Podobno sam sekretarz partii interweniował, że ktoś taki jak ja nie powinien mieć prawa do pracy. Milicja przyszła do domu zastając mnie przy obiedzie. Spytałem, na jakiej podstawie jestem zatrzymany. Jeden z nich bez słowa pokazał mi wniosek, na którym było napisane, kto i kiedy podpisał ten papier. To był zastępca komendanta jastrzębskiej milicji. Tyle wiem, choć do dziś nie mam pojęcia, kto na mnie donosił. Pouczono mnie, że mam milczeć. W przypadku zaobserwowania mnie w towarzystwie więcej niż trzech osób, można było mnie ponownie aresztować. Ponadto nie podobał im się znaczek „Solidarności”, który nadal nosiłem.

Po kilku tygodniach zachorowałem już na poważnie. Dostałem zapalenia trzustki. Leczył mnie doktor Joszko, bardzo porządny człowiek. Na trzustkę nie ma tabletki czy syropu. Leżałem całe dnie z czyszczącą wnętrzności sondą w ustach, a karmiony byłem jedynie za pomocą kroplówki. Lekarze wiedzieli kim jestem i co robiłem. W końcu zlitowali się nade mną i wypuścili do domu. Okazało się, że za wcześnie. Po kilku dniach poczułem potworny ból i tym razem dr Joszko powiedział, że będę musiał wyleczyć się do końca. Na kolejne kilkanaście dni trafiłem pod tą nieszczęsną sondę. Ale esbecja nawet wtedy nie dawała mi spokoju. Przysłali człowieka, przed którym ostrzegł mnie lekarz. Powiedział, abym uważał, co mówię, bo ten szpicel będzie mnie obserwował. Przywieźli jakiegoś faceta i położyli na łóżku obok. Dostawał nawet tabletki od pielęgniarki. Na początku nie odzywał się, ale długo nie wytrzymał. Akurat zapowiadano drugą pielgrzymkę Jana Pawła II do Polski, która miała mieć miejsce w 1983 roku. I ten szpicel się pyta, czy wybieram się na spotkanie z papieżem. Odpowiedziałem mu pytaniem na pytanie „A pan?”. I dodałem, że jeżeli będę zdrowy, to na pewno pojadę. Następnego dnia już go nie było w szpitalu.

Do wyjazdu z Polski namówił mnie Sławomir Czesiek. Widział, co ze mną wyprawiają. Mówił, że mnie tu zniszczą. Gdy miał już wszystko załatwione w Warszawie nakłonił mnie, abym z nim pojechał. Miałem złożyć podanie o wizę do Stanów Zjednoczonych. Dostałem ją w rekordowym tempie, bo już po dwóch tygodniach. Nawet na paszport czekałem dłużej. Reagan był bardzo pozytywnie nastawiony do polskich opozycjonistów. Konsul w ambasadzie powiedział, że mam się o nic nie martwić. Oni zresztą wiedzieli o mnie więcej, niż ja sam o sobie. Najpierw polecieliśmy do Niemiec na własny koszt. Tam przypadkowo spotkałem Auksztulewicza i Cześka z rodzinami. Razem jeździliśmy po Republice Federalnej, bo widocznie chciano nam pokazać standard życia na Zachodzie. Dostaliśmy nawet jakieś drobne pieniądze na papierosy i słodycze dla dzieci.

Do USA dostaliśmy się kolejnym samolotem. Bilet do Ameryki spłacałem potem po 20 dolarów miesięcznie. Trochę mnie to dziwiło, że internowani musieli spłacać transport. Tymczasem ci, którzy dostali się do obozów dla uchodźców, otrzymali bilety w prezencie. Wylądowaliśmy w Nowym Jorku. Dalej każdy z nas jechał tam, gdzie zgłosili się sponsorzy chętni przyjąć uchodźców politycznych z Polski. Wraz z Auksztulewicz trafiliśmy w ten sposób do Kalifornii, natomiast Czesiek zakotwiczył w Connecticut. Zamieszkałem w Los Angeles. Zaopiekował się nami Welfare Catholic Church rozciągający swą pomoc na imigrantów z różnych krajów. Nie tylko z Polski, ale też z Kambodży czy Wietnamu. Dostałem mieszkanie w apartamentowcu, gdzie czynsz był opłacony za pierwszy miesiąc. Za następne płaciłem już sam. Naprzeciw apartamentowca mieszkali Meksykanie, a obok nich Murzyni. Po wejściu na teren budynku automatycznie zamykała się za mną bramka. Za pierwszym razem miałem wrażenie, że znów mnie aresztowano. Bardzo nieprzyjemne uczucie. Była tam taka menadżerka, która bardzo przejęła się naszym losem. Poza tym pomocną dłoń podał mi też Radosław Tarnowski z Łodzi, który później pracował w Radiu Wolna Europa Na początku miałem ogromne problemy z językiem angielskim i dopiero po roku potrafiłem się za swobodnie porozumieć. Znalazłem zatrudnienie jako mechanik i przepracowałem na tym stanowisku 18 lat. Harowałem po 14 godzin dziennie. Wstawałem o 3.30, a wracałem do domu późnym popołudniem lub wieczorem. Oczywiście mogłem mieć weekendy wolne. Ale stawki za soboty i niedziele same zachęcały do pracy. Taki to kraj. Jeśli chodzi o strukturę pracy, to nie możemy się do Amerykanów równać pod żadnym względem. U nas nie do pomyślenia jest, że mówisz do dyrektora na „ty”. A tam nie uznaje się słów „panie dyrektorze”.

Pamiętam taką sytuację, gdy w zakładzie wybuchł strajk. W Stanach Zjednoczonych są związki zawodowe, ale bardzo słabe. Nie może być tak, że załoga okupuje zakład. Przecież to własność prywatna. Jeśli chcą protestować to proszę bardzo, ale na chodniku przed budynkiem. Nawet na ulicę wejść nie można. Po siedmiu tygodniach zadzwonił szef czy chcę wrócić do pracy, na co przystałem. Ten ich strajk trwał jeszcze kilkanaście dni. Namawiali mnie zresztą do wstąpienia do tych ich związków. Nigdy się na to nie zgodziłem. Mówiłem im, że przyjechałem do Ameryki, aby pracować, a nie pouczać, jak organizować protest. Tam robi się strajk w taki sposób, żeby nie dowiedział się o nim rząd centralny. Protest w moim zakładzie trwał dziewięć tygodni. Oczywiście nic nie wywalczono. Polonia w Kalifornii była dobrze zorganizowana. Odbywały się różnego rodzaju spotkania. Pojawiłem się na jednym z nich. Chodziło o pomoc dla Polski. Wchodzę na salę, a tam za stołem człowiek, o którym wiedziałem, że dary z Zachodu dla więźniów komuny sprzedawał do peweksów. Spytałem go publicznie, jakim prawem on tu teraz organizuje jakieś paczki. Nic nie odpowiedział. Opuściłem to zgromadzenie. To była bardzo nieprzyjemna sytuacja. Ale w Jastrzębiu było to samo, nawet niektórzy księża tak robili. Ja nie boję się mówić nawet trudnej prawdy.

Wróciłem do Polski w roku 2001. Wiem, że większość z emigrantów chce zostać pochowana w ojczyźnie. Dziś oceniam sytuację w Polsce źle, a nawet tragicznie. Nie twierdzę, że Kaczyńscy nie popełniają błędów, ale stosują za mało dyplomacji. Mają rację, ale powinni inaczej mówić do ludzi. Osobiście niczego nie żałuję. Przeszedłem w życiu wiele. Ktoś mi jednak w życiu powiedział, że jestem jak kot. Zawsze szczęśliwie spadam na cztery łapy. Jestem uczciwy i zasadniczy, ale nie mściwy. Uważam, że zawsze opłaca się być uczciwym człowiekiem.

Opracowanie: Andrzej Kamiński