Relacja:Eugeniusz Grzegoszczyk

Z Encyklopedia Solidarności

Tylko w Internecie.

Relacja Eugeniusza Grzegoszczyka z KWK XXX-lecia PRL

Wodzisław, 29 III 2008

Urodziłem się w Radlinie, a pochodzę z czysto śląskiej, górniczej rodziny. Po wojnie na Śląsk jedni wracali z Wermachtu, inni od Andersa, ale wszyscy bez wyjątku czuli się Ślązakami. Gdy zapanował pokój ucichły wszystkie animozje i rozpoczęła się codzienna ciężka praca. Mieszkałem w „familoku” i to środowisko znam na wylot. Kolegowałem się wtedy z Ewaldem Kudlą, mieszkaliśmy blisko siebie. Później pracowaliśmy razem na kopalni XXX– lecia. Wracając do rodziny - jeden z moich dziadków brał udział we wszystkich trzech powstaniach śląskich. Mimo, iż miał ośmioro dzieci i pięćdziesiąt lat przepracowanych na dole w kopalni Ignacy, to gdy przyszli Ruscy nas „oswobodzić”, jako pierwszego „zwinęli” go na rok do Oświęcimia. Koniec Oświęcimia wszystkim kojarzy się z 16 stycznia 1945 roku, po wyzwoleniu przez armię radziecką. Trzeba jednak wiedzieć, że Ruscy spakowali Ślązaków do wagonów i wywieźli do obozu, w którym potem siedzieli oni na takich samych warunkach jak poprzedni więźniowie. Niemcy dali dziadkowi spokój, a Ruscy go prześladowali. Po roku wypuścili go schorowanego i wychudzonego tak, że go własne dzieci na dworcu w Niewiadomi nie poznały. Do 1954 na Śląsku strasznie panoszyło się UB. Dziadek o lasce, musiał z nami chodzić aż do Niewiadomia na kopalnię Ignacy, bo z babcią mieszkali w Latoszowicach, już mieli tam dom wybudowany i pilnował nas, bo co chwila była jakaś strzelanina, co rusz kogoś zamordowali. Jedna wielka gonitwa. Później szkoła podstawowa w Radlinie. Następnie zawodówka, a potem technikum dla pracujących.

W Radlinie były wielkie postacie: ks. arcybiskup Kominek, czy ks. bp Bednorz, z którym byłem w bardzo dobrych relacjach. Zawsze bywałem u niego na urodzinach, a jego asystent Walerek pilnował, żeby owczarek ks. Biskupa nie zrobił mi krzywdy. Mój tata w rodzinie był trochę wyjątkiem, bo wszyscy jego bracia pracowali na kopalni, a on był kierowcą. W czasie wojny był więźniem i pracował przymusowo w Zakładach Chemicznych Blachownia–Kędzierzyn. Pracował tam do czasu zbombardowania zakładu przez Amerykanów. Po wojnie jeździł w bazach budowlanych, a potem był kierowcą pierwszego autobusu jaki dostało Zjednoczenie Rybnickie.

Cała nasza rodzina uwielbiała grać w piłkę nożną. Jeden z moich wujków w 1951 roku razem z drużyną piłkarską Górnika Radlin zdobył wicemistrzostwo Polski. Znałem osobiście Jana Ciszewskiego, który przyjeżdżał do nas transmitować mecze taką budą, którą za Solidarności nazywaliśmy „suką”. Na tej „suce” miał na dachu taki specjalny podest, bo jedną nogę miał krótszą. Mój ojciec podłączał mu nagłośnienie i pan Jan komentował. Radlin to mała miejscowość, ale miała dobrych zawodników, takich jak Oślizło Stasiek. Rozjechali się wszyscy po Polsce. Mieliśmy tu także dobrą szermierkę. Dyrekcja i związki zawodowe kopalni Marcel kładły duży nacisk na rozwój sportu. W zimie przyjeżdżała straż pożarna, robili wały wokół boiska, zalewali to wodą i było lodowisko, a latem graliśmy w piłkę i to dobrze graliśmy!

Po szkole poszedłem do pracy na kopalnię Marcel. Dyrekcja posłała mnie do Technikum Mechanicznego. Uczyłem się tam na kierunku hydraulicznym. Potrzebowali specjalistów od obudów zmechanizowanych. Miałem ten zaszczyt, ze z ramienia Zjednoczenia wprowadzałem pierwsze obudowy zmechanizowane na rybnickie kopalnie. Instalowałem kombajny ścianowe i chodnikowe. Pierwszy PK9R instalowałem na XXX-leciu PRL (ob. Pniówek), a drugi na Manifeście Lipcowym (ob. Zofiówka) na drugim oddziale. W dziedzinie kombajnów Alpinie byłem jednym z najlepszych specjalistów. Zajmowałem się tym aż do czasów „Solidarności”. Należę do nielicznych, którzy za unowocześnienie kopalń popierają Gierka i dzisiaj bym mu za to pomnik wystawił.

W sierpniu 1980 roku pracowałem na kopalni XXX – lecia. Niezadowolenie z sytuacji w kraju czuło się już wcześniej. Wszyscy wiedzieliśmy, że w 1970 roku wojsko i milicja strzelały nie do urzędników tylko do stoczniowców. Górnik to jest takie stworzenie, że na powierzchni gada o robocie, a na dole o polityce. Jeśli chodzi o sytuację w kraju to byliśmy raczej dobrze zorientowani. Przez cały okres lat siedemdziesiątych władze „dokręcały śrubę” górnikom. W końcu wprowadzono pracujące soboty i niedziele, więc cały miesiąc robiło się „na okrągło”. Dyrektorzy jeździli samochodami osobowymi do Wisły na wypoczynek, a my autobusami do roboty. Nieobecność w pracy w sobotę lub niedzielę wiązała się z poważnymi konsekwencjami, sytuacja była napięta.

Początek strajku 1980 roku. Przyjechałem 28 sierpnia na nocną zmianę, okazało się, że załoga stanęła już po południu, ale akcja nie była jeszcze zbyt dobrze zorganizowana. Na nocnej zmianie wybrali mnie na przywódce strajku. Kiedy przyjechała do pracy pierwsza zmiana następnego dnia to nikt już nie zjechał oprócz tych, którzy musieli utrzymać ruch na kopalni. Zacząłem organizować Komitet Strajkowy. W skład Komitetu weszli oprócz mnie: Z. Czuczman, J. Fluder, E. Kudla, P.Lisowski, S. Łukasik, W. Matusik, J. Nowacki, M. Piotrowski, M. Szczepkowski, A. Szymczyk i A. Kowalczyk. Nawet nieźle nam szła organizacja tego strajku. Adam Kowalczyk przystosował jedno z pomieszczeń na parterze w dyrekcji na stołówkę i pomieszczenie aprowizacyjne. Wnieśliśmy postulaty dotyczące wolnych sobót, poszanowania pracownika oraz wolnych związków zawodowych i wiele innych. Z ramienia Komitetu prowadziłem rozmowy z dyrektorem Twarogowskim.

Budowałem tę kopalnię, ale nie wiedziałem, że Komitet Zakładowy PZPR na naszej kopalni ma taki ciemny, intymny pokój, o istnieniu którego nikt z załogi nie miał zielonego pojęcia. Drugiej nocy strajku, z 29 na 30 sierpnia przyjechali esbecy i mnie, Ewalda Kudlę wzięli tam na przesłuchanie. „Wyczesali” nas dzień po dniu, od dnia urodzin. Pani Tarkowska w „Przekroju” dokładnie to opisała. Esbeków było pięciu. Przesłuchali nas, ale nie mieli nam specjalnie nic do zarzucenia. Skończyło się przesłuchanie; jakoś z tego wyszliśmy, ale zrozumiałem wtedy, że na cuda liczyć nie możemy. My, robotnicy pozostaliśmy po prostu sami. Tak to czułem i naprawdę nie wiedziałem jak to się skończy. Wiedziałem tylko tyle, że musimy wyjść z twarzą i że musimy dać im popalić.

Następnego dnia rano cały dozór siedział u kierownika robót górniczych. Ewald Kudla poszedł do nich z pytaniem, czy poprą nas w strajku. Nikt Ewaldowi nie odpowiedział. Było to jednoznaczne z odwróceniem się od naszej sprawy. Cały biurowiec - siedmiuset ludzi - i nikt za nami nie stanął. Ewald przyszedł do mnie i powiedział krótko: „Gienek, jesteśmy sami”. Powiadomiłem o tym resztę załogi. Byliśmy wzburzeni ich postawą. Zdecydowałem iść do nich jeszcze raz i w ostrych słowach dać wyraz swemu niezadowoleniu z ich postawy. Powiedziałem im, że demoralizują załogę nie chcąc jej poprzeć, że zawodzą zaufanie ludzi. Jak dowódca może poprowadzić żołnierzy do ataku, skoro żołnierze mu nie ufają? Tak samo jest przecież w robocie. Wytłumaczyłem im, że jesteśmy przecież z tego samego zakładu i tak naprawdę jedziemy na tym samym wózku. W końcu Szymczyk i Nater z ich strony się przełamali i stanęli za nami. Skoro przeszło tych dwóch, to za chwilę pojawiła się cała reszta. Nie mieli wyjścia. Szymczyka, Natra i Kudlę ustanowiłem odpowiedzialnymi za sprawy górnicze. Musieli zdawać mi raporty. Dyrektora Twardowskiego wyłączyłem z kierowania kopalnią. Pozostał co prawda dyrektorem, ale powiedziałem mu, że nie ma prawa wzywać pomocy z zewnątrz; żadnego wojska, żadnej milicji. Zresztą okazało się, że żołnierze z jednostki wojskowej na Pniówku popierają nas.

Na trzeci dzień wojsko otrzymało rozkaz spacyfikowania kopalni. Oficerowie odmówili wykonania rozkazu. Ponieważ coraz częściej krążyły w okół kopalni suki, więc w pierwszej kolejności trzeba było zabezpieczyć zakład przed próbami sabotażu. Obstawiliśmy wszystkie newralgiczne punkty na kopalni stu pięćdziesięcioma ludźmi. Pełnili oni warty przez trzy zmiany, bez przerwy. W zorganizowaniu ochrony pomógł nam sierżant z jednostki wojskowej w Pniówku. Ewald zorganizował ruch ciągły na dole, bo kombajny i obudowy musiały być stale przeciskane. Dyrektor był odsunięty od produkcji, a kierownik robót górniczych podpisywał wszystkie raporty i brał odpowiedzialność za ruch kopalni. Wszyscy ludzie biorący udział w strajku starali się utrzymywać porządek, a było nas około siedmiu tysięcy. Zaopatrzenie było. Pomagali nam okoliczni rolnicy z Pawłowic i Warszowic. Wszystko grało, ale po czterech dniach dało się już odczuć zmęczenie. Zaczęły puszczać nam nerwy. Były sygnały z jednostki wojskowej, że wywierają na nich nacisk. Mieli za zadanie na naszych oczach zamanifestować swoją gotowość bojową. Milicja też nas straszyła różnymi pozorowanymi działaniami. Na domiar jeszcze permanentny brak snu. To wszystko wykańczało. Poprosiłem więc księdza Dyrdę aby odprawił u nas na zakładzie mszę świętą. Zgodził się i msza została odprawiona Czuło się podniosłą atmosferę. Wtedy nastąpiło jakieś wyswobodzenie ducha. Ludzie płakali. Krótko mówiąc, nastąpiła odnowa. Pamiętam, że miał wtedy miejsce wypadek na kopalni Halemba, więc zrobiliśmy zbiórkę pieniężną dla ofiar wypadku i ich rodzin. Później już spokojnie doczekaliśmy podpisania porozumienia, tu w Jastrzębiu.

Pierwszego dnia po zakończeniu strajku przyjechała do nas jako do najlepszej kopalni telewizja. Chciałem przed kamerami powiedzieć: „Pomożemy, towarzyszu Gierek”. Jestem wariatem na jego punkcie, bo to był prawdziwy Ślązak. Przed kamerami byłem z tego dumny. Kopalnia ruszyła pełną parą i komuniści nie mogli nam nic zarzucić. Strajki były sprawą konieczną, aby zamanifestować swój sprzeciw wobec sytuacji w kraju, ale teraz trzeba było, już dobrze wykonywać swoją robotę. Przez te siedem dni spałem tylko 4 godziny. Ewald zamknął mnie w schronie przeciwatomowym, o istnieniu którego wcześniej nie miałem pojęcia i tam właśnie przespałem tych kilka godzin. Właśnie wtedy dostałem pierwszego zawału serca,z przemęczenia. Później przyjechałem do domu, napuściłem ciepłej wody do wanny i usnąłem w tej wannie na dwa dni. Moja żona jest drobną kobietą i nie umiała mnie ani obudzić, ani z tej wanny wyciągnąć. Jak już się obudziłem i wróciłem na kopalnię, to zaczęliśmy rozmowy z dyrekcją o postulatach zakładowych. Do końca sierpnia mieliśmy już wszystko wynegocjowane i podpisane.

Od razu ukonstytuowaliśmy Tymczasowy Komitet Założycielski Niezależnych Związków Robotniczych. Efektem naszych działań było to, że na 7900 osób załogi w starych związkach zostało 160-ciu członków, a reszta przeszła do nas. Organizacja zakładowa PZPR na naszej kopalni składała się z 2,5 tysiąca członków i nagle zostało ich 200, może 300 osób. Reszta wstąpiła do naszego związku. Współpracowaliśmy jednak ze starymi związkami. Nie chodziło nam o zwalczanie kogokolwiek, przecież to byli nasi koledzy z pracy. Na naradach bywali przedstawiciele starych i nowych związków. Zaczęliśmy starać się o wsparcie kolegów z Manifestu Lipcowego i innych kopalń, bo początkowo mieliśmy z nimi raczej mało kontaktu. Z MKR komunikowaliśmy się tylko przez łączników. Chcieliśmy nawiązać bezpośrednie stosunki i szybko się organizować. Jeżeli dobrze pamiętam, to była nawet taka klauzula sądowa, że wybory do zarządu związku mają odbyć się do końca stycznia 1981 roku. 19 października 1980 roku ks. bp Bednorz poświęcił nasz sztandar związkowy KWK „XXX – lecia PRL”. Tego samego dnia Wałęsa przyjechał do Jastrzębia i pierwszy raz pokłonił się przed tym sztandarem podczas spotkania ze związkowcami w Hali Sportowej w Jastrzębiu. Pamiętam, że miał do nas pretensje, że klaszczemy Gierkowi, a jego przyjmujemy z mniejszym entuzjazmem.

Wcześniej pomagałem organizować MKR. 3 września Jarosław Sienkiewicz zaprosił nas do tymczasowej siedziby MKR w Jastrzębiu na ul. 1 Maja w budynku Sądu. Udostępnili im tam kilka wolnych pomieszczeń na górze. Chodziło o zdeklarowanie się zakładów pracy o przystąpieniu do NSZZ „Solidarność”. Na miejscu były delegacje z wszystkich jastrzębskich kopalń. Wkrótce zaczęły zjeżdżać delegacje z całego regionu. Interesującą kwestią było to, że wielu przewodniczących spoza Jastrzębia było wskazanych i wydelegowanych przez dyrekcje kopalń. Była to manipulacja, której celem miało być kierowanie nastrojami załóg. Na tym zebraniu było nas tak wielu, że w tych trzech pokojach nie mogliśmy się pomieścić. Wystąpiłem więc z propozycją, abyśmy do czasu otrzymania przez MKR właściwej siedziby spotykali się u nas na Pniówku. Mieliśmy tam odpowiednią halę, a dojazd na kopalnię był dla wszystkich dosyć łatwy. Później przez jakieś dwa lub trzy miesiące urządzaliśmy spotkania MKR u nas na XXX – leciu. W późniejszym czasie MKR udostępniono na siedzibę domek przy ul. Średnicowej, obecnie Al. Piłsudskiego, na wysokości ul. Śląskiej. Drugi MKR powstał na ul. Szafranka w Katowicach, bo Czerwiński z Bytomia powiedział, że oni do takiej mieściny jak Jastrzębie jeździć nie będą. Wywalczył to, że tam był Zarząd Regionu. Co jakiś czas odbywały się spotkania na Hali w Jastrzębiu. MKR skupiał 62 kopalnie węgla i 3 kopalnie soli. To była reprezentacja górnictwa. Na nasze spotkania przyjeżdżało ok. 800 osób. Byli tam przewodniczący związków hodowców gołębi, zwierząt futerkowych i innych nietypowych organizacji. Jeśli przewodniczący z bazy transportowej, która skupiała w związku 50 osób miał taką samą siłę głosu, jak moja organizacja licząca 8000 ludzi, to coś było nie tak... Zawsze nas przegłosowywali. W końcu my, przedstawiciele górnictwa zaczęliśmy spotykać się w „białym domku” na Średnicowej. Pamiętam, że bywał tam Stawski, choć niewiele się odzywał. To były zalążki Krajowej Komisji Górnictwa. Najpierw powstała Zjednoczeniowa Komisja Górnictwa, której byłem przewodniczącym. Jednoczyła 14 kopalń Rybnickiego Okręgu Węglowego. Zebranie założycielskie odbyło się w Zjednoczeniu. Przybyło po trzech delegatów z każdej kopalni. Następnym etapem było zjednoczenie górnictwa z całego kraju i tak powstała KKG, której przewodniczącym został Kazimierz Krawczyk, natomiast ja zostałem wiceprzewodniczącym. A działo się to w końcu stycznia 1981 roku.

Wrócę jeszcze na chwilę do 19 października 1980 roku. Na naszej kopalni prócz poświęcenia sztandaru miało wtedy miejsce również odsłonięcie i poświęcenie figury św. Barbary. Postać świętej została wykonana z wosku. Ludzie jakimś cudem zebrali ponad 100 kilo wosku, a wiadomo jak było z zaopatrzeniem w jakiekolwiek towary w tamtych czasach. Zawieźliśmy to tworzywo do Piekar, gdzie artystka, pani Szafran wykonała nam naszą św. Barbarę. Nawiasem mówiąc moja żona pozowała pani Szafran i św. Barbara ma sylwetkę i rysy twarzy mojej żony. Siostry zakonne z Piekar pięknie wyszyły nam sztandar. Szybko ustawiliśmy figurę na placu przed kopalnią, prawie naprzeciw okien dyrektora Twarogowskiego i byliśmy gotowi do poświęcenia. Mszę konsekrował biskup Bednorz i cały MKR pchał się do przodu, ale ludzie ich nie dopuścili i musieli zadowolić się miejscem gdzieś na boku. Ludzie z MKR lubili się fotografować.

Po zarejestrowaniu związku w listopadzie, rozumieliśmy, że związki mają być na zewnątrz zakładów i utrzymywać się ze składek. Spójrzcie na to, co się dzieje teraz… Po 14 związków na kopalni. Żadnej siły przebicia. To „Okrągły Stół”, którego nigdy nie będę szanował. Do końca stycznia miały się odbyć wybory. Ludziom z Manifestu Lipcowego jakoś weszło w krew, że szychtę zawsze zaczynali od postulatów. Dyr. Duda zadzwonił do mnie jako przewodniczącego Komisji Górnictwa, abym coś z tym zrobił. Jeździłem i rozmawiałem z ludźmi. Łagodziłem spory. Przecież związek musiał mieć dobry wizerunek.

5 stycznia 1981 roku, byłem na kopalni Marcel na konferencji sprawozdawczo-wyborczej. W Jastrzębiu wybuchła awantura. Około południa dostałem z Jastrzębia telefon z informacją, że w dzieje się coś złego, próbują rozbicia MKR. Przeprosiłem delegatów z Morcinka i natychmiast pojechałem do Jastrzębia. Udałem się na to spotkanie, a tam już Tadek Jedynak „rozpracowywał” Sienkiewicza. Były tam ostre przepychanki. Jedynak wyzywał Sienkiewicza od komunistów, itd. Stanąłem po stronie Jarka Sienkiewicza, bo chociaż sam go podejrzewałem o współpracę z SB, to uważałem, że załoga Boryni, z której Sienkiewicz został wybrany wiedziała co robi delegując go. Poza tym takich spraw nie powinno załatwiać się na forum. Musiało to być załatwione w węższym gronie. Sienkiewicz poza Jastrzębiem cieszył się wielkim poparciem. Bytom i Zabrze go popierały. Bałem się rozłamu w MKR, trzeba było coś z tą sytuacją zrobić. 14 czy 15 stycznia z panem Adamusem z KKG udałem się w tej sprawie do Gdańska. Wałęsa nas nie przyjął, bo akurat przyjmował zagranicznych gości. Lis bez Wałęsy nie mógł podjąć żadnej decyzji, więc zziębnięci i głodni wróciliśmy z niczym do Jastrzębia.

Pod koniec stycznia odbyły się wybory na przewodniczącego Komisji Zakładowej. W wyborach głosowało 260 delegatów. Wygrałem otrzymując 219 głosów. Drugie miejsce zajął Paweł Lisowski, natomiast Adam Kowalczyk wcale się w tych wyborach nie liczył. Nie dziwię się takiemu wynikowi wyborów. Od samego początku byłem dosyć aktywny. Wszędzie mnie było pełno; załatwiałem mnóstwo spraw. Pamiętam strajk i głodówkę na Manifeście Lipcowym w trakcie zjazdu Związku Zawodowego Górników, opozycyjnego wobec nas. Wraz z Ewaldem Kudlą siedzieliśmy tam z nimi przez tydzień. W końcu zacząłem ich namawiać, żebyśmy spojrzeli na te wszystkie sprawy w sposób trochę bardziej ugodowy. Jakoś przecież musieliśmy współpracować dla wspólnego dobra. Walczyłem o wizerunek związku. Oprócz jastrzębskiego MKR utworzyło się sporo MKZ–tów, a to nas przecież osłabiało. Panował ogromny bałagan, komuniści już nas mieli w garści. Były ośrodki, które trzymały się mocno, ale były i takie, że szkoda gadać. Szukaliśmy poparcia politycznego. Był nawet taki pomysł, żeby związać się ze Stronnictwem Demokratycznym. Teraz może wydaje się to śmieszne, ale w 1980 roku nikomuw najśmielszych myślach nie przychodziło do głowy, że „komuna” upadnie tak szybko.

Wrócę jeszcze do mojej działalności przed wyborami. Opowiem o sprawie domu wczasowego dla naszej kopalni. Kopalnia istniała już ponad 10 lat, a my ciągle nie mieliśmy domu wczasowego. Mieli nam najpierw przydzielić „Drzymałówkę” w Wiśle. Zjednoczenie wybudowało ów dom dla Pniówka, lecz przekazali go nie nam tylko naukowcom z Gliwic i sekretarzom PZPR. Zacząłem załatwiać dla nas ten dom wczasowy. Minister Glanowski uświadomił mi, że w tym temacie nic nie wskóram. Była jeszcze willa prezydenta Mościckiego, która należała do MSW. Zacząłem się tym interesować. Wysłałem do Glanowskiego pismo, w którym uzasadniłem, iż ten budynek należy się górnikom, ponieważ był on darem Ludu Śląskiego dla prezydenta Mościckiego a teraz chcemy go odzyskać jako dom wczasowy dla górników z kop. „XXX – lecia PRL”. Glanowski poinformował mnie, że on nie może podjąć takiej decyzji. W tej sprawie decyzję może podjąć tylko premier, czyli gen. Jaruzelski. Wysłałem do niego pismo. Pamiętam, że była wtedy zima i mieliśmy tego dnia jakieś spotkanie na kopalni „Wujek”. Do domu wróciłem późno wieczorem i dowiedziałem się, że następnego dnia na godz. 10.00 rano mam stawić się w Warszawie na ul. Rakowieckiej w sprawie domu wczasowego. Jeśli nie stawię się na umówiona godzinę willa prezydenta Mościckiego przejdzie na własność Uniwersytetu Warszawskiego, w którym zrobią Dom Zasłużonego Naukowca. Żadnego pociągu do Warszawy nie miałem. Byłem w kropce. Pomógł mi szef Aeroklubu ROW ppłk lotnictwa Dłużyński, do którego zadzwoniłem w nocy. Z wojska wyrzucili go, jak mu te dwa myśliwce uciekły do Szwecji. Bardzo popierał „Solidarność”. Powiedział mi, że jeśli dostanie zgodę na przelot i prognoza pogody będzie dobra, to na rano przygotuje mi samolot. O 5.00 rano żona przygotowała mi kanapki i razem z kolegą Kazikiem Guzikiem, który był sekretarzem POP PZPR pojechaliśmy „maluchem” na lotnisko w Gortatowicach. Samolot czekał. Pilotować miał młody student, który zapewnił nas, że jest dobrym pilotem i żebyśmy się nie martwili. Wylądowaliśmy na lotnisku sanitarnym na Bemowie. Kolega załatwił taksówkę i o godz. 9.50 zameldowaliśmy się na Rakowieckiej. Ochrona nas przeszukała. Zabrali nam dowody osobiste. Na pierwszym piętrze przywitał nas Szef Sztabu Generalnego i w te słowa do nas: „A, to te jastrzębie z Jastrzębia. Demokracji wam się zachciało”. Czekaliśmy na korytarzu. Cały się spociłem ze zdenerwowania. Nie lubię urzędów, a urzędów w Warszawie w szczególności. Po chwili zaprowadzili nas do gabinetu Jaruzelskiego. Jaruzelski zdziwił się, że przybyłem na czas. Bo oczywiście cała ta farsa była obliczona na nasze niepowodzenie w duchu: chcieli nam pomóc, ale myśmy się nie stawili. Jaruzelski próbował mnie zawstydzić pytając, czy w tradycji Ludu Śląskiego leży odbieranie czegoś co się raz komuś podarowało. Odpowiedziałem mu, że willę podarowaliśmy prezydentowi, a aktualnie w Polsce żadnego prezydenta nie ma, więc willa powinna wrócić do Ludu Śląskiego. Jaruzelski przyznał mi rację i zaprosił nas na poczęstunek. Kelner skakał koło nas, a ja na stół wyciągnąłem kanapki, które rano przygotowała mi żona. Spojrzeli na mnie zaskoczeni, więc powiedziałem, że tego co mi żona przygotowała jestem pewien, ale tego czym oni mogli mnie uraczyć pewien być nie mogę. Podczas rozmowy Jaruzelski powiedział, że nas poprze, ale ostateczna decyzja leży w gestii MSW i ministra Glanowskiego. Na Wielkanoc dostałem w tej sprawie wezwanie. Byłem wówczas z całą rodziną w „Ondraszku”. Ledwie tam przyjechaliśmy, a tu wezwanie. Musiałem jechać do Glanowskiego. Tam wręczyli mi akt nadania willi prezydenta Mościckiego na dom wczasowy dla naszej kopalni. Od razu mogliśmy sobie tą piękną posiadłość obejrzeć.

Należę do ludzi, którzy od życia żadnych łatwych korzyści nie oczekują i innym też tego nie ułatwiałem. Przy kopalni był sklepik spożywczy, no i pracownicy biurowi w czasie pracy pozwalali sobie na opuszczanie miejsc pracy, aby zaopatrzyć się w jakieś produkty. Moja żona również pracowała na Pniówku i kiedyś przyłapałem ją w tym sklepiku w godzinach pracy. Pierwszy podpisałem jej zwolnienie. Uratował ją dyrektor Twarogowski. Ewald Kudla odszedł z ZKR, bo nie dawałem im zarobić. Dzisiejsi działacze mają stawki dołowe, ale wówczas ja się na to nie zgadzałem, a już na pewno nie na żadne dodatki. Ewald miał na utrzymaniu czwórkę dzieci, dlatego ja go rozumiem, że musiał iść na dół do roboty. Zresztą na odchodnym powiedział mi, że w dalszym ciągu będzie mnie popierał. Jakaś taka moda się wtedy w związkach wytworzyła, żeby niszczyć wszystko to co wcześniej kopalnie wspierały, między innymi sport. To był istny szał rewolucyjnej destrukcji.

Dogadałem się z załogą. Pojawiła się u nas cała żużlowa drużyna ROW Rybnik. Między innymi, legenda żużla Jan Tkocz. Chłop miał nogę połamaną w kilku miejscach i ja się zastanawiałem, jak miałbym go wysłać na ścianę? Załoga zgodziła się na finansowanie żużla. Podobnie było z aeroklubem rybnickim. Wspomniany już przeze mnie ppłk Dłużyński zwrócił się do mnie z pytaniem, czy nie można by zorganizować pokazów lotów i skoków spadochronowych dla górników. Zorganizowaliśmy je i wszystkim się bardzo podobały. Aeroklub też wspieraliśmy, bo jak to mówią: „muzyki i sportu ludziom nie żałuj”. Weźmy dzisiaj taki stadion chorzowski. Najlepszy, stojący obiekt tego typu w Polsce, ale nie znalazł się na liście do Euro 2012. Są na niej za to stadiony, które stoją, ale tylko na makietach.

Staraliśmy się załatwiać sprawy, które wiązały nas w środku. Przecież wiele trudnych socjalnych spraw też załatwialiśmy. W sklepach panował wtedy katastrofalny brak mięsa, a przecież górnik musi zjeść, bo inaczej nie będzie miał siły. Jeździły delegacje od nas z Boryni do Kociołka; Ewald też tam jeździł i nic nie można było załatwić. Zrobiliśmy więc pewien numer. Rolnicy twierdzili, że mają cielęta i świnie, ale nie maja traktorów. Dogadałem się z ZKR w Ursusie i oni zobowiązali się w kilka wolnych sobót wykonać jakąś ilość nadprogramowych traktorów. U nas pogadałem z Felkiem Szwedą z NSZZ RI z Pawłowic i przyjechali do nas ich delegaci. Ponegocjowaliśmy trochę; tyle i tyle traktorów po takiej i takiej cenie, za taką to, a taką ilość mięsa. Wszystkim pasowało. Dogadaliśmy się, no i ludzie na Wielkanoc mieli co do ust włożyć. Na komunistów nie było co liczyć, bo by nas wszystkich utopili. W zeszłym roku byłem w Gdańsku na Jarmarku Dominikańskim. Stocznia wygląda jak wspomnienie, jak Manhattan po 11 września. Nikt nie pracuje, pustka, a przecież pracowało tam 15 tyś. Ludzi. Teraz kompletna destrukcja. Ze Śląska jeszcze możemy być dumni; z tego, że przynajmniej część kopalń tu jeszcze została, że Steinhoff i spółka wszystkiego nie rozwalili. Pozamykali nowe kopalnie z nowoczesnymi rozwiązaniami technologicznymi. Zostawili takie jak Pszów, Anna, Rydułtowy - kopalnie, które mają po 130 lat! Zakłady o takiej strukturze nie mogą składać się z pięciu prezesów, a jeden od drugiego wynajmuje sprzęt czy torowiska - oczywiście za grube pieniądze - bo inaczej górnicy fedrowaliby łopatami jak w XIX wieku. Kiedyś kopalnie miały majątek i mogły się liczyć na rynku, a teraz nie znaczą nic.

Wróćmy jednak do czasów pierwszej „Solidarności”. Z Zabrza wyszła idea, aby związać się politycznie ze Stronnictwem Demokratycznym, no bo związek sam z siebie polityki nie powinien był uprawiać, co najwyżej nadać jej jakiś kierunek. Chcieliśmy złamać potęgę PZPR, a by tego dokonać trzeba było podjąć polityczną grę. Cóż, nie wyszło. Komuniści okazali się wtedy zbyt silni, zbyt jeszcze dobrze zorganizowani. Wprowadzenie stanu wojennego przyszło im łatwo, bo mieli w naszych szeregach pełno agentów. Jeszcze wiele lat IPN będzie musiał badać akta, które posiada, zanim dojdzie całej prawdy.

Była wiosna 1981 roku. Ja już sam nie wiedziałem komu mogę zaufać. Czułem się samotny, jakbym sam walczył z całym żywiołem. Esbecy inwigilowali mnie od listopada 1980 roku, na okrągło. W związku z tym nasi ludzie pilnowali mojej rodziny, żeby nic im się nie stało. Śledzili mnie w pracy i w domu. Czasami mi nerwy puszczały, schodziłem do nich, przed blok i mówiłem: „człowieku, nie marznij, wejdź do środka”. Gdziekolwiek się ruszyłem, tam miałem towarzystwo. Niektórzy moi koledzy bali się ze mną jeździć. Zaufanie załogi miałem, ale jak patrzyłem na rozsypkę MKR, jak słuchałem tych bezsensownych sporów, widziałem tę słabość wewnątrz związku, to włos się człowiekowi na głowie jeżył. Gdańsk nie interesował się nami w ogóle. Przewidywałem, że głowę za to damy i to się później sprawdziło. Działałem prawie bez przerwy, rodzina mi się zaczęła rozsypywać i do tego wszystkiego jeszcze ta nasza anarchia... Spodziewałem się jakiegoś drastycznego ruchu ze strony władz już latem 1981 roku. Wyjechaliśmy na wycieczkę do Włoch 2 maja 1981 roku, a 3 maja o 4.00 nad ranem SB włamało mi się do mieszkania. Koleżanka, która opiekowała się wtedy naszą córką w kraju, opowiadała, że gdy to zobaczyła, to myślała, że się „lewą nogą przeżegna”! Dobrze, że zostawiliśmy dziecko pod opieką koleżanki, a nie rodziny, bo inaczej byśmy jej długo nie zobaczyli... Nie miałem już do czego wracać. We Włoszech dostałem jakąś robotę na czarno i mogliśmy do Polski przysyłać paczki i pieniądze, bo tutaj nawet kartki żywnościowe dziecku odebrali. Kiedy wróciliśmy do Polski w 1990 roku, to okazało się że w Żorach, gdzie przecież wcześniej mieszkaliśmy nie pozostał po nas żaden ślad. Wszystkie kartoteki, wszystkie dokumenty zostały zniszczone. Na Pniówku nie było nawet śladu po tym, że tam pracowałem. Później odnawiali wszystkie dokumenty.

Długo we Włoszech nie byliśmy, dostaliśmy wizy do Australii i tam pojechaliśmy. Mogliśmy pojechać do Niemiec, ale wybraliśmy Australię dlatego, że żona ma tam rodzinę. Z Włoch wyjechaliśmy w sierpniu. Do tego czasu przebywaliśmy w obozie dla uchodźców, gdzie panowały straszne warunki. Przebywała tam zbieranina ludzi z całej Europy. Często zdarzały się tam bójki, a nawet morderstwa. Po przybyciu na Antypody i krótkim pobycie u rodziny podjąłem prace w ocynkowni w Perth. Wynajęliśmy umeblowane mieszkanie i zaczęliśmy urządzać się „od zera”. Kupiłem sobie przechodzony samochód, bo czymś musiałem dojeżdżać do pracy. Nie będę ukrywał, że jestem dosyć ambitny. Nie chciałem siedzieć na garnuszku ani rodziny, ani na garnuszku rządu. Ze swoja działalnością solidarnościową też nie zamierzałem się obnosić. Mam zdrowe ręce i nogi, więc wziąłem się do roboty. Byli tacy jak, na przykład T. Jedynak, który przybył tam do Australii i próbował przy pomocy prasy i telewizji australijskiej ugrać coś tam dla siebie, ale zainteresowanie mediów jego osobą było krótkie, co jest zresztą rzeczą zupełnie naturalną. Szybko zdecydował się na powrót do kraju.

Ze ściągnięciem córki z Polski do Australii była długa historia, ciągle oszczędzaliśmy na ten cel pieniądze. Zwróciłem się o pomoc do Międzynarodowego Czerwonego Krzyża, a nawet mój dobry kolega ze starej emigracji zaplanował porwanie naszego dziecka z Polski i przewiezienie jej przez Moskwę na Antypody. W końcu wszystko jednak odbyło się normalnie. W kraju Weroniką przez cały czas opiekowała się pani Jadzia i to ona odwiozła małą do Warszawy i wsadziła ją na pokład jednego z ostatnich samolotów do Szwecji. Władze potem wstrzymały odloty do Szwecji. Pamiętajmy, że to był okres stanu wojennego. Muszę wspomnieć, że Weronika jako czteroletni, wówczas dziecko nie mogła samotnie podróżować, dlatego musiałem dopłacić holenderskim liniom lotniczym KLM, którymi mała podróżowała 1200 dolarów za opiekunkę dla dziecka. W Szwecji córka spędziła jedną noc i przewieźli ją do Amsterdamu, gdzie też przenocowała. Potem zawiesili jej na szyi kartkę z imieniem i nazwiskiem i wsadzili do samolotu do Melbourne, skąd przyleciała do nas do Perth 2 kwietnia 1982 roku. Radość była ogromna. Aby przywitać Weronikę przybyli wszyscy nasi przyjaciele. Przyszedł nawet dyrektor mojego banku „Western Bank” z córką. Byliśmy bardzo za nią bardzo wytęsknieni, ona za nami zresztą też. Ale teraz rodzina był już w komplecie. Dostałem ogromnej motywacji do pracy. Przed świętami Bożego Narodzenia w 1982 roku kupiłem sobie swój pierwszy w życiu dom, na raty oczywiście. Przebywając na emigracji dbaliśmy oczywiście o kultywowanie tradycji polskich i w takim duchu wychowaliśmy naszą córkę.

Emigracja lat 80–tych, była drugą wielką falą emigracji z Polski. Pierwsza miała miejsce w latach 40–tych. Ta stara Polonia zachowywała się w stosunku do nas dosyć dziwnie. Uważali nas trochę za niecywilizowanych dzikusów. Pokazywali nam pralki, lodówki czy telewizory kolorowe jakbyśmy nigdy tego w życiu nie widzieli. To było poniżające. Kiedy chodziliśmy do kościoła i widzieliśmy ludzi, którzy żyjąc z zasiłków usiłowali nosić się jak jacyś Państwo, to zrozumiałem jakie to wszystko jest żałosne. Ci ludzie nie potrafili, albo nie chcieli znaleźć się w nowej sytuacji. Później te przebieranki w solidarnościowe koszulki. Jak długo można jechać na kombatanctwie? Według mnie to był taki powierzchowny patriotyzm. Nie chciałem się z tym identyfikować. Zamknęliśmy się bardziej w kręgu rodzinnym. Żona poszła na kurs językowy. Okazało się, że ma ku temu zdolności.

Australia przeżywała w tamtych latach boom gospodarczy, więc można było pracować bez ograniczeń i dobrze zarabiać. Żyło się całkiem nieźle. Na dodatek w styczniu 1985 roku podpisałem kontrakt na budowę zakładów mojej firmy (firma produkowała osprzęt medyczny) na Papui Nowej Gwinei. Jedyną niedogodnością było to, że nie mogliśmy tam zabrać naszych żon. Białym kobietom nie wolno tam było przyjeżdżać. Podpisałem jednak ten kontrakt i pojechałem do Mount Hagen. Zarobki były znakomite, żyliśmy tam w komforcie. Było nas 11 białych i mieliśmy stworzyć zakład dla 4 tys. osób. Byłem kierownikiem działu mechanicznego i kierowałem 160 osobowym zespołem składającym się z miejscowych. Każdy z nich miał średnie wykształcenie. Mogło tam być dosyć niebezpiecznie, bo miejscowe szczepy często ze sobą walczyły. Każdy z nas miał krótką broń palną, ale rozwiązaliśmy sprawę w ten sposób, że jako ochraniarzy zatrudniliśmy przedstawicieli wszystkich szczepów. W ten sposób mieliśmy spokój. Ryzyko mogło być duże, ale przygoda była niesamowita. Zrobiliśmy tam kawał dobrej roboty. Zaprzyjaźniłem się nawet z premierem Papui Nowej Gwinei. Za tę robotę otrzymałem obywatelstwo australijskie. Z tego kontraktu wróciłem po dwóch latach. Pospłacałem wszystkie kredyty i wszystkie raty. Byliśmy na czysto. Ledwie trzy tygodnie byłem w domu, jak mój kierownik powiedział mi, że jest nowy kontrakt, na budowę hydrotunelu koło Sydney. Gdzie Sydney, a gdzie Perth? Powiedziałem mu, żeby porozmawiał z moją żoną. Żonie najpierw ten pomysł się nie podobał, bo już zadomowiła się w Perth, ale jednak całą rodziną pojechaliśmy obejrzeć to nowe miejsce. Miejscowość nazywa się Gosford. Żona rozejrzała się dokładnie i upatrzyła sobie całkiem ładny dom. Wróciła do Perth, pozałatwiała wszystkie sprawy związane ze sprzedażą starego domu i przyjechała do Gosford. To był nasz kolejny przystanek w Australii. Żona nawet nie rozważała możliwości powrotu do Polski, ale ja jestem Ślązakiem i bardzo tęskniłem za tą ziemią, za tymi ludźmi i po prostu chciałem wrócić, więc często o tym myślałem. Pamiętam jak pierwszego dnia pobytu na Antypodach powiedziałem ciotce, że jak tylko w Polsce zawieją „inne wiatry”, to wrócę.

W końcu zawiały. Okrągły stół, częściowo wolne wybory. Zdecydowałem się od razu. Załatwiliśmy swoje sprawy, spakowaliśmy się i przez Frankfurt wróciliśmy do kraju 2 maja 1990 roku. Równo 9 lat wcześniej opuściliśmy Ojczyznę poszukując lepszego życia. Tutaj było jeszcze bardzo ciężko. Pamiętam kolejki za paliwem do samochodu, ale rozglądaliśmy się za kupnem domu. Odezwała się wtedy moja australijska firma i zaproponowała mi kontrakt w Bahrajnie. No, cóż zabrałem rodzinę i pojechałem. Nie będę powtarzał, że komfort, że dobre zarobki i uznanie. W końcu kontrakt się skończył i wróciliśmy na dobre do kraju. Zaczęliśmy się tutaj urządzać. Jednak miło jest żyć w kraju urodzenia i miło jest na co dzień spotykać ludzi, których zna się od zawsze. To jest to miejsce.

Jeśli idzie o czasy współczesne i o Polskę, to powiem tak: jeśli w jakimś kraju jest 70% ludzi bogatych, a 30% biednych to naprawdę nie jest źle, ale w Polsce niestety jest na odwrót. W Polsce ciągle zarobki mamy wschodnie, a ceny zachodnie. Jakimś cudem w Polsce nigdy nie opłacało się być aktywnym i przedsiębiorczym. Nie wiem skąd bierze się ten bezwład. Od „okrągłego” gadania jeszcze nikomu nic nie przybyło. Nie powinniśmy porównywać się do najgorszych, ale zawsze do najlepszych i mamy pchać się do przodu własnym przemysłem. Przecież jeżeli ja potrafiłem tak dobrze dać sobie radę na zachodzie, to i większość Polaków dałaby sobie radę. Chodzi o właściwe warunki, a te muszą stworzyć politycy. Tutaj to wygląda tak, jakby nikomu nie zależało na stworzeniu takich warunków.

Jeśli mam oceniać czasy lat 80–tych i współczesne to powiem tak: komuna jest złem samym w sobie, bo jest kompletnie zakłamana, ale nie ma się co łudzić, idealny ustrój nie istnieje. Trzeba się dogadywać. Rządzący muszą się dogadywać z Narodem i musi im zależeć na jego dobru. Polska musi być silna. Jeśli będziemy słabi, to nikt nam nie pomoże. W 1939 mieliśmy potężnych sojuszników - Wielką Brytanię i Francję - a nawet palcem nie kiwnęli w naszej sprawie. Dzisiaj szukamy sojuszników w Stanach Zjednoczonych, ale czy widział ktoś, żeby jakiś kraj, który wobec Amerykanów występuje jako klient dobrze na tym wyszedł? Szukajmy partnerów w Europie. My z wszystkimi się kłócimy, a przecież dobry sąsiad, jak to mówią, lepszy jest od psa. Co nasi chłopcy robią w Iraku czy w Afganistanie? Przecież tam nas postrzegają jako agresorów. Czy Polska jest jakimś mocarstwem? Przecież to jakaś brednia. Jeśli nasze rządy nie zaczną prowadzić polityki, która bezwzględnie służyć będzie tylko Polsce, to kiedyś skończymy tak jak w 1939 roku.

Opracowanie: Andrzej Kamiński