Relacja:Ewald Kudla

Z Encyklopedia Solidarności

Tylko w Internecie.

Relacja Ewalda Kudli ze strajku w KWK XXX-lecia PRL, 1980

Ustroń, 27 XI 2007

Urodziłem się w 1944 roku w Radlinie, w tradycyjnej śląskiej rodzinie. Mieszkaliśmy niedaleko kopalni „Marcel”, w typowych górniczych „familokach”. Na wspomnianej kopalni pracowałem od 18 roku życia. W 1975 roku przeniosłem się na kopalnię „XXX-lecia PRL” (dziś KWK „Pniówek” – przyp. redakcja), a półtora roku później dostałem w Jastrzębiu mieszkanie. To był zresztą jeden z powodów mojej przeprowadzki, bo poprzedni lokal miał niewielki metraż jak na cztery osoby. Kolejną przyczyną była choroba córki (oskrzela), a przecież mieszkaliśmy w sąsiedztwie koksowni. Lekarz doradził nam zmianę otoczenia i tak znaleźliśmy się w Jastrzębiu.

Nadchodzi sierpień 1980 roku. Wybuchają strajki w Stoczni Gdańskiej. Wówczas atmosfera była już gorąca. Wiele osób wracało z urlopów nad morzem i tą drogą docierały do nas informacje o tym, co dzieje się na Wybrzeżu. Protest rozpoczyna się na kopalni „Manifest Lipcowy”. Jadąc do pracy na drugą zmianę 29 sierpnia nie byłem pewien sytuacji. Jedni ludzie mówili, że to „Manifest” strajkuje, inni, że „XXX-lecia”. Gdy przyjechałem na kopalnie, dostrzegłem przed bramą zakładu grupkę ludzi. Pomiędzy nimi stał Zbigniew Czuczman i przemawiał do zgromadzonych. Wokół niego gromadziło się coraz więcej osób, my również podeszliśmy bliżej. Oczywiście byli też i tacy, którzy chcieli iść pracować. Do nich Czuczman powiedział: „Jasne, idźcie pracować, a inni za was będą strajkować. ”Manifest” strajkuje, a wy się do roboty pchacie”. On był zawsze spokojnym człowiekiem, ale tego dnia przemawiał jak natchniony. A co najważniejsze, ludzie chcieli go słuchać. Pamiętam pewną humorystyczną sytuacje, przy bramie były już tłumy. Do Czuczmana podszedł poważany działacz „starych związków”, który nazywał się Wuwer. Zapytał co się dzieje, po czym wyciągnął rękę, aby się przywitać. Czuczman uścisnął mu dłoń i powiedział, że „takiego g...a to już dawno w ręce nie trzymał”. Proszę sobie wyobrazić ten wybuch śmiechu!

Wśród tłumu zgromadzonego przed bramą mówiono coraz głośniej, że „Manifest Lipcowy” strajkuje. Do pracy szli tylko ci, którzy bali się naprawdę wszystkiego. Zdecydowano, że idziemy na hale zborną. Tam pojawiła się także dyrekcja. Pamiętam te nazwiska: Twarogowski, Solik i Cofalik. Wówczas to jeszcze nie wyglądało na strajk, bo nie było żadnych postulatów. Oczywiście pojawiały się okrzyki, że nikt nie zjedzie na dół, że za dużo pracujemy. Obowiązkowe nadgodziny i 2 lub 3 niedziele w miesiącu. Jeszcze nie było oficjalnych żądań. Słuchając tego zdenerwowałem się. Wszyscy krzyczą, wyzywają, a nie ma żadnych konkretów. Powiedziałem do Zdzisława Chwalińskiego, mojego sąsiada z bloku, że idę, ale nie wiem czy wrócę, bo mogą mnie zamknąć. W domu miałem czwórkę dzieci… Miałem pustkę w głowie, nie wiedziałem, co będę mówił. Chciałem jedynie, żeby to wszystko wyglądało inaczej. Wziąłem mikrofon i powiedziałem: „Żądamy poprawy stosunków międzyludzkich”, bo górnicy byli fatalnie traktowani. Otrzymałem ogromne brawa, ludziom się to spodobało. Drugim, czego zażądałem, a co z dzisiejszej perspektywy oceniam jako lekkomyślne, było „zmniejszenie biurokracji o 50%”. Cóż, człowiek nie myślał, szedł na żywioł. Ostatnie, o czym mówiłem to pięciodniowy tydzień pracy. Nawiązując do tego, w późniejszym czasie działacze Międzyzakładowego Komitetu Strajkowego zwrócili mi uwagę, że trzeba starać się o wolne soboty. Pięciodniowy tydzień pracy nie wyklucza przecież konieczności pracy w sobotę. Ale wracając do mojego wystąpienia, to muszę powiedzieć, że dostałem takie brawa, że wręcz wstyd mi o tym mówić. W każdym razie atmosfera była zapalna. Podszedł do mnie wówczas jeden z kierowców, Staszek, ale nazwiska niestety nie pamiętam. Poprosił, abym przemówił do załogi. Pomimo strajku, osoby ze służb wentylacyjnych muszą zjechać na dół. Stwierdził, że mam posłuch wśród ludzi, ale ja nie chciałem się tego podjąć. Po tamtym wystąpieniu byłem zbyt zdenerwowany. Przemówił ktoś inny, ale górnicy zrozumieli, że nie można wszystkiego rzucić nawet w sytuacji strajku.

Ostatecznie powstał komitet strajkowy. Z każdego oddziału delegowano po 1-2 osoby. Wszystko działo się na hali zbornej w obecności dyrekcji. Wtedy jeszcze nie było żadnej koordynacji z innymi kopalniami. Zebraliśmy postulaty załogi i odrzuciliśmy te, które się powtarzały. Ktoś to wszystko zapisał, po czym ja wręczyłem postulaty sekretarzowi partii Wawrasowi. Zaproponowano nam, abyśmy jako komitet strajkowy przenieśli się do gabinetu dyrekcji, na co przystaliśmy. Sytuacja, która tam miała miejsce wszystkich nas zaskoczyła. Dyrektor czytał kolejne zdania i stwierdzał, że... wszystko jest do zrobienia! Proszę sobie wyobrazić nasze zdziwienie. Przez tyle lat byliśmy gnębieni, a tu nagle „wszystko jest do zrobienia”. Wykluczono jedynie sprawy, które nie były gestii władz kopalni, ale rządu. Przypuszczam dziś, że były to kwestie dotyczące spraw związkowych i wolnych sobót. W każdym razie wzbudziło to naszą podejrzliwość. Jeden z nich, naczelny inżynier Juras, przeczytał nam oświadczenie, które mieliśmy podpisać. W tym oświadczeniu padały między innymi słowa, że „komitet strajkowy bierze odpowiedzialność za kopalnie”. Muszę przyznać, że przeszły mnie ciarki. Jeśli ktoś coś podpali lub stanie się cokolwiek innego, to będą nas mogli natychmiast aresztować. Myślę, że była to rozmyślna prowokacja. Doszliśmy do wniosku, że nie należy nic podpisywać dopóki nie skontaktujemy się z „Manifestem Lipcowym”. Zadzwonił tam Andrzej Bednarski. Poradzono nam, że mamy absolutnie niczego nie podpisywać i oczekiwać na ludzi, którzy stamtąd przyjadą. Po jakimś czasie przyjechał mężczyzna, nie pamiętam jego nazwiska, ale wyróżniały go sumiaste wąsy. Powiedział nam, że mamy nic nie podpisywać i od tej chwili należymy do Międzyzakładowego Komitetu Strajkowego. Jeśli chodzi o mnie, to największe napięcie związane z odpowiedzialnością ustąpiło. Obawialiśmy się, że nas, prostych ludzi dyrekcja będzie chciała „wpuścić w maliny”. Od chwili wejścia w skład MKS-u takiego ryzyka nie było.

Do Międzyzakładowego Komitetu Strajkowego wysłaliśmy dwóch delegatów: Zbigniewa Czuczmana i Mariana Peszyńskiego, który również bardzo przyczynił się do powodzenia strajku. Czasami dzwoniono do niego, aby ratował strajk, bo jedni chcieli uciekać, inni znów „wieszać dyrekcję”. Tak więc wysłaliśmy obu i od tego momentu nie mieliśmy już o czym rozmawiać z władzami kopalni. Mały pokój naprzeciw cechowni zrobiliśmy siedzibą komitetu strajkowego. Kilkanaście osób na tak niewielkiej przestrzeni, ale jakoś się pomieściliśmy. Chciałbym jeszcze wspomnieć, że dyrekcja zatrzymała na dwie godziny wyjazd górników z dołu.

Po południu nie mieliśmy jeszcze przewodniczącego. Wieczorem dojechała kolejna zmiana. Wciąż przybywało strajkujących. Wtedy też podszedł do mnie pewien człowiek i zaproponował, aby na przewodniczącego wybrać Grzegoszczyka. Mnie to bardzo ucieszyło bo znałem go od dziecka i wiedziałem że jest dobrym organizatorem. Grzegoszczyk przyjechał na trzecią zmianę, więc zdałem mu relację z wszystkiego, co się dotychczas działo. Wówczas jeszcze był to strajk rotacyjny, więc późnym wieczorem pojechałem do domu. Po powrocie natychmiast włączyłem radio „Wolna Europa”, ale nie było nic słychać. Za bardzo zagłuszali. Podobnie zresztą w czasie strajku pomiędzy kopalniami nie było komunikacji, bo telefony nie działały. Rozmawialiśmy za pośrednictwem straży pożarnej i taksówkarzy. Peszyński też bardzo dużo jeździł. Muszę powiedzieć, że nerwy były wówczas straszne, przez całą noc nie zmrużyłem oka.

Rano pojechałem na kopalnię po pieniądze. W tym dniu akurat była zaliczka. Z tego też powodu bardzo podziwiam Grzegoszczyka i cały komitet. Z jednej strony strajk, z drugiej strony przywożą pieniądze dla górników. Wszystkiego trzeba dopilnować. Do dzisiaj widzę Grzegoszczyka, gdy woła do mnie, abym się pośpieszył i przyszedł mu pomóc. Na nocnej zmianie została podjęta decyzja o zmianie charakteru strajku na okupacyjny. Po odebraniu zaliczki pojechałem do domu, po czym wróciłem na kopalnię. Żona bała się o mnie, ale nie sprzeciwiała się. Zresztą od początku byliśmy tak umówieni, że ja pracuję, a ona zajmuje się domem. Typowa górnicza rodzina. Pamiętam taką sytuacje, gdy odbieraliśmy paszporty w Szwecji. Niektóre kobiety brały konsularne, tymczasem moja żona stanęła murem za mną. Wzięła taki, jak ja. Bardzo ją za to szanowałem.

Na kopalni strajkowało ok. 10 tys. ludzi. W różnych źródłach pojawiały się niższe liczby, ale obejmowały one najprawdopodobniej tylko „dołowców”. Ogłoszenie strajku okupacyjnego ludzie przyjęli z entuzjazmem. Wiesław Matusiak i ja, po decyzji Grzegoszczyka byliśmy odpowiedzialni za sprawy dołu, chodziliśmy na odprawy do dozoru. Z nimi mieliśmy największe problemy, bo oni nie strajkowali. Jednocześnie bez przerwy próbowali nam przeszkodzić, chcąc posyłać na dół jak największą liczbę ludzi. Chodziło o to, żeby nas osłabiać. Dlatego o sprawy dołu i zapotrzebowanie do zabezpieczenia zawsze pytałem górnika z danego oddziału. To jego zdanie było dla mnie najważniejsze, a nie osób z dozoru. Rozumieliśmy potrzebę opieki nad kopalnią. Przecież po strajku będziemy musieli tam wrócić. Mieliśmy satysfakcję, że po strajkach kopalnia zaczęła fedrować bez problemów.

Mówiąc o tych, którzy nie strajkowali, trzeba powiedzieć też o naszych „partyjniakach”. Wielu z nich wyprowadziliśmy poza teren zakładu. Sam kilku wyrzuciłem. I tu pamiętam sytuacje, kiedy popełniłbym wielki błąd. Pewne osoby przyszły do mnie, że należy usunąć z kopalni człowieka, który pracował w administracji. A ja nie pytałem o nic. Później okazało się, że to byli jego wrogowie, a ten człowiek uczestniczył w powstaniu na Węgrzech w 1956 roku. Wówczas tylko opanowanie Grzegoszczyka uratowało sytuację, bo zadecydował, że trzeba się przyjrzeć tej sprawie. Szczerze powiedziawszy, to wielu z nas miało nerwy w strzępach. Dlatego opanowanie przewodniczącego było tak ważne. Nie było czasu na sen i odpoczynek. W ciągu całego strajku spałem ok. 8 godzin. W końcu koledzy przegonili mnie do jednego z biur, żebym przespał się w spokoju. Gdy po kilku godzinach obudzili mnie, nie wiedziałem, gdzie jestem i co robię. Chciałem uciec przez okno i musieli mnie trzymać, aż się uspokoiłem. Takie były nerwy. Okazało się, że moja córka Iwonka przyjechała na kopalnię. Dlatego chcieli mnie obudzić. Dziecko stało przed bramą i płakało, że chce zobaczyć tatusia. Początkowo nie chcieli jej wpuścić. Wiadomo jaka była sytuacja. Zostawili mnie z Iwonką samego. Córka zapytała, dlaczego strajkujemy. Zacząłem jej mówić o godności ludzkiej, prawach człowieka i walce przeciw zakłamaniu. Dopiero wtedy się zorientowałem, że przecież rozmawiam z dzieckiem, ona prawie nic z tego nie rozumie. Do dziś wzrusza mnie tamta sytuacja.

Wspomniałem o konflikcie z dozorem, ale ostatecznie oni też zastrajkowali. Był taki nadsztygar o nazwisku Niemiec, który w czasie rozmów z nami wręcz kłamał w żywe oczy. Wtedy coś we mnie pękło. Uderzyłem pięścią w stół i zacząłem dosłownie wrzeszczeć po nich wszystkich, że nas oszukują i mają za nic. Tylko mnie było słychać. Naczelny inżynier Juras powiedział potem, że „w tym biurze to jeszcze nikt tak nie zareagował”. Zdawaliśmy sobie jednak sprawę, że nawet wśród dozoru są podziały. Jedni chcieli strajkować, inni nie. W końcu zacząłem ich przekonywać, że nasze postulaty dotyczą w równej mierze nas, jak i ich. Powiedziałem: „Jak nam spojrzycie w oczy po tym strajku? Wy tu w karty gracie, śmiejecie się, a my za was strajkujemy”. Potem poszliśmy na odprawę do głównego elektryka, Robaka. To był bardzo porządny człowiek, później należał do „Solidarności”. Ale wtedy często się kłóciliśmy o liczbę osób potrzebnych do pracy. Lista tego dotycząca miała być czytana w obecności wszystkich. W końcu wypracowaliśmy kompromis, ale nie było łatwo. Po strajkach mi powiedział: „Kudla, ty mnie chciałeś ustawiać, ale nie zawsze ci się udawało”. W momencie wyczytywania tej listy przyszło trzech ludzi z dozoru: Szymczyk, Nather i jeszcze jeden, którego nazwiska dziś już nie pamiętam. Ogłosili, że przystępują do strajku. Dokooptowaliśmy ich do komitetu strajkowego.

To wszystko miało miejsce prawdopodobnie 1 września. Trzeba pamiętać, że sytuacja była niezwykle dynamiczna, więc po tylu latach dokładne umiejscowienie w czasie niektórych wydarzeń może sprawiać problem. Jeśli chodzi o tą datę, wszyscy wiemy, co ona oznacza. Był taki człowiek, nazywał się Lisowski (ale nie Paweł) pracujący w PRG. Z okazji rocznicy napaści Niemiec na Polskę przemówił do załogi w taki sposób, że gdyby ktoś wówczas krzyknął: „Wieszamy dyrektora”, to proszę mi wierzyć, że tak by się stało. Mówił o Poznaniu, o wszystkich zrywach... Być może mówił też o Gdańsku i Szczecinie. Nie jestem pewien, czy wiedzieliśmy o podpisanych porozumieniach, ale przypuszczam, że tak. Była taka sytuacja, że do naszych zadań dołączamy postulaty z Wybrzeża.

Mówiąc o bardziej przyziemnych sprawach trzeba wspomnieć o organizacji. Jeśli chodzi o zabezpieczenie, to różnie bywało, ale daliśmy sobie radę. Znałem takiego człowieka o nazwisku Korbel z Żor, który co chwilę przyprowadzał kogoś, kto „majstrował” przy samochodach na parkingu. Byli i tacy którzy uciekali. Za służby porządkowe odpowiadał taki młody chłopak, którego nazwiska również nie pamiętam. On to wszystko bardzo sprawnie zorganizował, więc na teren zakładu nikt niepowołany praktycznie nie miał wstępu. Inna sprawa, że agenci SB i tak byli dobrze zakonspirowani, ale kto wówczas o tym wiedział. Jeśli chodzi o kwestie posiłków, to zajmowali się tym Adam Kowalczyk i Paweł Lisowski. Poza tym ludzie sami przynosili jedzenie i dzielili się, więc nie było problemów. Trzeba też wspomnieć o nabożeństwach z udziałem księdza Dyrdy. Do dziś pamiętam, jak ludzie mieli łzy w oczach w czasie śpiewania „Boże, coś Polskę”... Peszyński i Czuczman byli delegatami do MKS-u. Przyjeżdżali często, więc dzięki nim mieliśmy najnowsze wieści. W ostatnim dniu strajku, nad ranem, przyjechał Peszyński z informacją, że wszystko się udało. Koniec strajku! Euforia była niewyobrażalna. Następnie do załogi przemówił Grzegoszczyk.

Po zakończeniu strajku trzeba było wybrać Zakładową Komisję Robotniczą (ZKR). To znaczy, że z ponad 20 osób z komitetu strajkowego należało wybrać sześć osób. Postanowiliśmy, że przewodniczącym zostanie Eugeniusz Grzegoszczyk, który sam dobierze sobie pięciu współpracowników. Ostatecznie do ZKR-u weszli Marian Peszyński i ja jako wiceprzewodniczący oraz Andrzej Bednarski, Zbigniew Czuczman i Andrzej Szymczyk. Ciekawostką jest, że w czasie wyborów jeden z członków ZKS zaczął nas pouczać, jak ma wyglądać organizacja i działanie ZKR-u. O ile dobrze pamiętam to Grzegoszczyk go wyprosił – poźniej okazało się, że to był członek ORMO. Prawdopodobnie esbecy dali mu zadanie wniknięcia w struktury komisji. Po jakimś czasie Grzegoszczyk zrezygnował z Peszyńskiego, bo musiało nas być tylko pięciu – liczba ta wynikała z liczebności załogi. W komisji pracowaliśmy więcej niż osiem godzin. Było dużo wyjazdów poza teren kopalni. Podczas jednego ze spotkań z władzami wojewódzkimi w Jastrzębiu Zdroju wojewoda i miejskie kacyki wmawiali nam, że w kraju jest dobrze, a w sklepach jest wszystko. Wtedy wyciągnąłem 100 złotych i powiedziałem. żeby ktoś z jego ludzi wyszedł do sklepu i zrobił podstawowe zakupy. Była to odpowiedź na twierdzenie wojewody, że w naszym mieście wszystkiego jest pod dostatkiem. Wojewoda początkowo mnie zignorował, ale kiedy nie dałem za wygraną, dwie osoby z MKR-u i dwie osoby od wojewody poszły do sklepów. Oczywiście niczego nie kupiły.

W kopalni walczyliśmy o prawa górników. Jeździliśmy też do Zjednoczenia do Katowic. Były to wyjazdy interwencyjne. (Należałem do komisji trójstronnej). Podczas różnych kontroli – dla przykładu w cieszyńskiej „Olzie” – chcieli nas oszukiwać, bo pokazywali puste hale, a ukrywali rzeczywisty stan magazynów. Ważnym wydarzeniem było postawienie figury św. Barbary, ktora stoi do dziś i będzie tam stała na wieki. Również bardzo ważnym wydarzeniem jest „Sztandar Solidarności”. Jest to pierwszy sztandar solidarności w Polsce, przed którym w październiku 1980 r. w Jastrzębiu kłaniał się Wałęsa. Jeżeli już wspomniałem o Wałęsie to muszę powiedzieć, że sytuacja między Śląskiem a Gdańskiem nie była najlepsza. Dla przykładu: 16.12.1980 r. pojechaliśmy aby oddać hołd poległym stoczniowcom. Nasze autobusy zostały zatrzymane przez służby porządkowe ze Stoczni Gdańskiej i nie chcieli nas dopuścić do pomnika. Strasznie się wtedy zdenerwowałem, bo nie mogłem zrozumieć jak mogą nie dopuścić do złożenia wieńca. W końcu nie wytrzymałem nerwowo i do tych porządkowych puściłem taką wiązankę słów, że chyba pamiętają do dzisiaj. Do orkiestry, bo byliśmy z całą orkiestrą górniczą, powiedziałem – ustawiać się i grać jak najlepiej! Idziemy i nie reagujemy na żadne zatrzymania. Ludność Gdańska była wspaniała. Ze wszystkich stron bili brawa, słyszało się okrzyki “Śląsk z Wybrzeżem brawo, brawo”, tak było aż do samego pomnika. Ciekawy jest fakt, iż Gdańszczanie witali nas serdecznie, a ci co powinni nas witać, a przynajmniej wskazać nam drogę nie chcieli nas przepuścić… Następnego dnia pojechaliśmy do Gdyni, złożyliśmy wieniec i pojechaliśmy do Szczecina. Przez całą drogę myślałem jak nas przyjmie Szczecin. Byliśmy trochę spóźnieni, msza już się rozpoczęła. Tym bardziej obawiałem się jak to będzie. Okazało się, że obawy moje były niepotrzebne. Byliśmy wszyscy zaszokowani postawą szczecinian, jak również ZKR-em. Gdy dochodziliśmy do miejsca, gdzie była msza ludzie rozsuwali się, słychać było: „górnicy idą, górnicy idą, przepuście”. Doszliśmy do samego ołtarza i tam przy tablicy poległych stoczniowców złożyliśmy wieniec. Po mszy zaraz przyszli chyba członkowie ZKR-u zapraszając nas na spotkanie. Tam też otrzymaliśmy od Jurczyka i Wądołowskiego gazety w których opisywano co działo się na wybrzeżu w 1970 roku. Do tej pory nikt na Śląsku nie wiedział dokładnie co tam się działo. Rozmowa ze szczecińskimi działaczami dała owoce, bo byliśmy później w dobrych stosunkach.

20 grudnia 1980 odbyły się wybory do komisji “Solidarność”. Wówczas ZKR dokonał samorozwiązania. Do komisji zakładowej wybrano: Grzegoszczyka, Bednarskiego, Czuczmana, Szymczyka i Kowalczyka. Ja w wyborach do ZKZ nie startowałem. Po wyborach zostałem przewodniczącym oddziałowej komisji związkowej mojego oddziału G-2.

Nadszedł pamiętny grudzień 1981 roku. Trzeba powiedzieć, że przed samym 13 grudnia władze kopalni przestały zupełnie liczyć się ze związkiem. Lekceważyły jego znaczenie. Oni musieli wiedzieć, co ma się zdarzyć. To była niedziela. Obudził mnie dzwonek do drzwi. Przyjechali po mnie autobusem kopalnianym ludzie wysłani przez Józefa Fludra. Mówią: „Ewald, ubieraj się i na kopalnię, wojna jest”. Początkowo nie chciałem wierzyć. Nie wiedziałem, co się dzieje. Pokazali mi krótki list od Fludra. Ubrałem się natychmiast i poszliśmy po Wiesława Matusiaka, który mieszkał w tej samej klatce. Uważałem, że był to nasz społeczny obowiązek jako związkowców. Po drodze dołączył do nas jeszcze ktoś inny - nazwiska nie pamiętam. Ok. 8 rano byliśmy na terenie kopalni. Wszyscy. Nikogo z władz związku nie internowano. To zresztą również jest powszechnie powielany błąd, choć mówi się, że Czuczman był zatrzymany. 13 grudnia nic takiego nie miało miejsca. Podobnie zresztą jak to, że był on przewodniczącym. Odpowiedź na pytanie dlaczego nikogo nie aresztowano była tematem mojej niedawnej rozmowy z Józefem Fludrem. On mi powiedział, że Śliwowski był u prokuratora i obiecał, że na „XXX-lecia” żadnych strajków nie będzie! Bez względu na wszystko. Był wezwany w pewnej (nikt nie wie w jakiej) sprawie i tak powiedział. Śliwowskiego zresztą zawsze i wszędzie było pełno. Czy to do zdjęcia, czy też w czasie wizyt. Ale 13 grudnia, gdy wszyscy przygotowywali się do strajków, rozmawiali z oficerami i władzami kopalni, prowadzili negocjacje, wtedy siedział na bramie...

Gdy przyjechałem na kopalnię, zobaczyłem tam ok. stu osób. Przede wszystkim z nocnej zmiany, choć też nie wszyscy. Ludzie byli zdezorientowani. Nie wszyscy wiedzieli, co się stało. Mimo tego, że była niedziela i sytuacja była ciężka, na kopalnie zjeżdżały kolejne autobusy. W poniedziałek wybraliśmy komitet strajkowy w składzie: przewodniczący Andrzej Szymczyk, dwóch wiceprzewodniczących, czyli Józef Fluder i ja, a poza tym Szczepkowski, Nowacki i Tomków, Matusiak, Lisowski, Kowalczyk, Piotrowski, Łukasik, Borowiec, Rybak, Śliwowski więcej nazwisk nie pamiętam. Podobnie, jak w 1980 dozór nie zastrajkował. Tym razem rozmawiać z nimi próbował Szymczyk, a także pewien młody sztygar, Łoboda. Ten z kolei nie wytrzymał nerwowo i na widok czołgów zaczął na kolanach prosić ludzi, aby się rozeszli. Po strajkach został aresztowany, ale szybko go wypuścili.

Wracając do pierwszego dnia stanu wojennego... Dochodzili pojedynczy ludzie, ale też dojeżdżały następne zmiany. W nocy z niedzieli na poniedziałek na kopalni było kilkaset osób. Potem doszła poranna zmiana i wówczas już oficjalnie można mówić o strajku. Przemawiał Szymczyk, który przestawił załodze sytuację i kandydatów do komitetu strajkowego. Ludzie to zaakceptowali. Pamiętam też pewnego pułkownika z niedalekiej jednostki wojskowej, który prosił nas ze łzami w oczach, abyśmy nie strajkowali. On wiedział, co się może stać, rozumiał sytuacje. To był człowiek, który nam bardzo pomógł, bo nie mieliśmy wtedy nic do jedzenia. Zorganizował nam kosze chleba. Niestety nie wiem, jak się nazywał. Za pierwszym razem pułkownik przyszedł z innym oficerem. Ale na szczęście na kopalni pracował człowiek, który wcześniej był sierżantem w wojsku i służył u niego. Dzięki temu spełniał rolę mediatora. Podczas pierwszej wizyty było tak, jak już mówiłem. Pułkownik miał łzy w oczach i prosił o zakończenie strajku. Tymczasem my nie mieliśmy pojęcia, jak to wszystko będzie wyglądać. Przecież wojsko nie będzie z nami walczyć! Milicja katowała, z tym każdy się liczył. Ale wojsko? To było nie do pomyślenia. Nikt nie rozumiał dekretu, w którym były wypisane kary za strajkowanie od 3 lat więzienia do kary śmierci włącznie! Potem ten pułkownik przyszedł jeszcze raz, tym razem na halę zborną, tam były prowadzone negocjacje ale nie mogliśmy spełnić jego warunków. Musieliśmy strajkować. Dodatkowo zdarzały się osoby, które podpuszczały i straszyły ludzi. Przyszli z zewnątrz, więc pewnie to byli esbecy. To był prawdziwy kocioł emocji. Wśród ludzi, których znaliśmy nie było osób podważających sens strajku. Jeśli chodzi o naszych „partyjnych”, to siedzieli w pomieszczeniu komitetu partyjnego i bali się pokazywać ludziom. Strajkujący byli rozsierdzeni, więc wystarczyło jedno słowo i wolę nie myśleć, co mogłoby się stać. Kiedy rozwiązywaliśmy strajk, to obawialiśmy się o reakcje tłumu wobec nas. Jeśli chodzi o milicje i wojsko, to pokazywali się, ale nie otoczyli kopalni. Jeździli wokół zakładu, aby wystraszyć ludzi. Poza tym my byliśmy o wiele lepiej zorganizowani niż w 1980 roku. Tomków, o którym już mówiłem, załatwił krótkofalówki, dzięki czemu poszczególne „posterunki” mogły się ze sobą porozumiewać. Paradoksalnie działało to na naszą niekorzyść, bo jeśli ktoś był wystraszony i zobaczył czołg, to natychmiast informował pozostałych. To stawiało na nogi całą kopalnię. Prawdziwa wojna nerwów. Byliśmy zebrani na hali zbornej, w której było dużo szyb. Gdyby wtedy weszła milicja i zaczęło się pałowanie, to mogłoby dojść do masakry.

Z czasem zaczęły się pojawiać głosy, że na innych kopalniach były pacyfikacje. Ale nikt w to nie wierzył. To był 15 grudnia. Przyjeżdżało jednak coraz więcej osób, które relacjonowały, co się dzieje. Gdy już wszystko było pewne, zaczęliśmy się przygotowywać do kapitulacji... Wszyscy członkowie komitetu strajkowego zostali zwołani do gabinetu dyrektora. Był tam też ksiądz. I jeden esbek w cywilu, który zaczął nam grozić i wymachiwać pistoletem. Przy księdzu, bez żadnych zahamowań. Ten esbek nazywał się Wielgus. „Negocjacje” trwały ok. dwóch godzin, od 13 do 15. To była pyskówka, a nie dyskusja. Wymachiwanie pistoletem i groźby ze strony tego esbeka: „Choćby krew się strumieniami po ścianach lała, to ja i tak zrobię tu porządek”. On tak powiedział do księdza! Potem wyczytano 10 nazwisk, ludzi z komitetu strajkowego i Pawła Lisowskiego. Tak na marginesie, to z nim sprawa wyglądała dziwnie, bo rzekomo ukrywał się w czasie procesu, ale jednocześnie... chodził do pracy na nocną zmianę. A milicja nie potrafiła go złapać. Cóż, wolę nie komentować. Wracając do tych wyczytanych osób, to miały one pozostać na miejscu, natomiast pozostali mogli się rozejść. I wtedy Wiesław Matusiak, do którego mam ogromny szacunek za to, co wówczas robił, powiedział mi, że chyba tak będzie trzeba zrobić. Lepsza jest sytuacja, w której dziesięć osób będzie aresztowanych, niż cała załoga zostanie ukarana. Jak moglibyśmy spojrzeć w oczy kobiecie, której mąż zostałby aresztowany lub zamordowany? Ja wówczas byłem jednym z radykałów i nie chciałem kapitulować. Myślałem wręcz o tym, żeby zjechać na dół i tam kontynuować protest. Matusiak mnie przekonał, że to nie ma sensu. I taki był koniec rozmów w gabinecie dyrektora. Tyle, że prawdziwe piekło rozpoczynało się na hali zbornej... Były nawet okrzyki o zdradzie, chociaż nieliczne. Przede wszystkim ze strony młodych chłopaków, najbardziej radykalnych. Baliśmy się reakcji załogi na kapitulację, ale ostatecznie chyba większość zrozumiała, że za dużo ryzykujemy. Poddaliśmy się i rozwiązaliśmy strajk. Wróciliśmy do domu razem z załogą. Wtedy jeszcze nas nie aresztowano. Po kilku dniach zabrali Szymczyka, przed samymi Świętami Bożego Narodzenia. Potem aresztowano Fludra, który mieszkał w tej samej klatce, co ja. Była taka sytuacja, że ktoś dzwoni do moich drzwi i pyta, czy tu mieszka Józef Fluder. A tymczasem jego prowadzą! Więc kwestią czasu pozostawało, kiedy przyjdą po mnie. Miałem zawsze przygotowane ubrania, żeby się szybko ubrać i wyjść z nimi. Nie chciałem aby dzieci widziały jak mnie aresztują. No i w końcu przyszli. To był wieczór, 5 stycznia 1982 roku. Byłem wtedy na zwolnieniu chorobowym, bo miałem wypadek na kopalni. Siedziałem w fotelu przed telewizorem, akurat rozpoczynał się kolejny odcinek serialu „Noce i dnie”. W pewnym momencie dzwonek do drzwi. Już wiedziałem. Do pokoju weszło dwóch mężczyzn w cywilu, a dwóch czekało w samochodzie milicyjnym (suka), szybko się ubrałem. Założyli kajdanki i wyprowadzili.

Zabrali mnie na jastrzębską komendę milicji. Najpierw zostałem przesłuchany przez niejakiego Króla. Łachudra to jedyne słowo, które do niego pasowało. Znałem go, bo prowadził sprawę afery wykrytej przez Bednarskiego na naszej kopalni. Z tego też powodu rozmawiałem z nim kilka razy. Król wszedł do pokoju i zapytał mnie, czy go znam. „Oczywiście, znam pana”. Po czym usłyszałem: „To siadaj s.....synu, zaraz będziemy rozmawiać”. Wtedy już wiedziałem, jak to będzie wyglądać... Określenie „s.....syn” było tam na porządku dziennym w Jastrzębiu i w Katowicach. Inaczej się do nas nie zwracali. Rano po wyjściu z celi, chciałem skorzystać z ubikacji. Nie było papieru toaletowego, więc spytałem jednego z milicjantów, czy mógłbym dostać. Odpowiedź była taka: „S.....synie, palców nie masz?”. Kiedy mówiłem, że jestem na zwolnieniu lekarskim (wypadek w pracy) z powodu kontuzji nogi usłyszałem: “My się już tobą zaopiekujemy”. Wśród nich nie byłem człowiekiem. Na Komendę Wojewódzką do Katowic zawieźli mnie w kajdankach. Kazali rozebrać się do naga i ustawili pod ścianą. Było nas tam kilkunastu. Jeden z milicjantów kazał nam zrobić 20 przysiadów. Kontuzjowana i spuchnięta noga oczywiście bolała, ale cóż było robić. Wykonałem ćwiczenie i stoje. On mnie pyta, czemu skończyłem. Odpowiedziałem, że zrobiłem 20, tak jak mi kazał. Jak on się wtedy wściekł! Krzyknął: „Ja cię ty s.....synu nauczę liczyć” wyciągnął pałkę. Chwycił ją i ruszył w moim kierunku, a ja zacząłem szybko robić te przysiady. Zauważył, że w dziwny sposób stawiam nogę przy ćwiczeniu, zatrzymał się i zapytał o to, więc mu wyjaśniłem, że jestem na zwolnieniu lekarskim. I chyba to mnie uratowało. Powiedział do innego milicjanta: „Wpisz, że ten s.....syn już przyjechał potrzaskany”.

Na szczęście nie zostałem pobity. Ale przez 56 godzin nie dostałem wody, żeby się napić, ani nic do jedzenia. Ponad dwie doby. Dopiero później w Bytomiu, gdzie skierował mnie prokurator z Katowic. Tak się dziwnie składało, że kiedy były posiłki, to ja byłem zawsze przenoszony do innej celi albo wzywany przez prokuratora. Nie wiem, czy robili to specjalnie, ale tak właśnie było. Na dodatek wieczorem zorientowałem się, że z nogi ustąpiła opuchlizna. Rano miałem być przewieziony do Bytomia, gdzie znajdował się szpital więzienny. Jeśli tam zobaczyliby, że noga wygląda normalnie, to na pewno zostałbym uznany za symulanta. Wolę nie myśleć, co czekałoby mnie po powrocie do Katowic. Przez całą noc drugą nogą kopałem się w tą kontuzjowaną nogę. Bolało strasznie, ale nie miałem wyboru. Podobnie robiłem rano, kiedy wieźli mnie suką. Miałem „szczęście”, bo noga spuchła tak, że już w Bytomiu nie mogłem ściągnąć buta. Wrzucili mnie do jakiejś obskurnej celi. Tam była woda, więc natychmiast rzuciłem się do picia. Ugasiłem pragnienie i zacząłem myć głowę. Górnik bowiem jest przyzwyczajony do codziennego kąpania się, a ja nie miałem tej możliwości przez ponad dwa dni. Zaraz potem przyszedł strażnik i przyniósł mi posiłek. Ale nie mogłem jeść. Po tylu godzinach bez jedzenia zjadłem kawałek ziemniaka. To było wszystko. Chwilę potem zabrano mnie do innej celi, w której byli sami recydywiści... W kilkunastu siedzieli na jednej z prycz i grali w karty. Popatrzyłem na te twarze. Bałem się niesamowicie. Wiedziałem, że nie należy się witać, ale obawiałem się, że za najmniejszy błąd pobiją mnie na miejscu. Podszedłem, wyciągnąłem ręke, ale jeden z nich, 20-letni młokos, kazał mi „spier..... do kąta i czekać”. Oni mieli czas. Pokazali mi łóżko na górze, przy rozbitym oknie, w najzimniejszej części celi. Gdy skończyli grać i porozmawiali ze sobą, zawołali mnie. To, co się wtedy działo w mojej głowie, trudno dziś opisywać. Bałem się niesamowicie. Jeden z nich zapytał, za co się tu znalazłem. Odparłem: „Z Solidarności jestem”. Gdy to powiedziałem, oni wszyscy zerwali się z łóżka i o mało co by nie stali na baczność! Od tej chwili zupełna zmiana nastroju, absolutnie zero agresji. Prosili, żeby opowiadać, co się dzieje. Jeden z nich, który siedział za morderstwo, położył mi rękę na ramieniu. Aż mnie ciarki przeszły. A on mówi, że największe pretensje ma do „Solidarności”, że ich nie powypuszczaliśmy z wiezień. Bo oni by tych komunistów „powyrzynali”! Natychmiast przenieśli moje rzeczy do najcieplejszego miejsca w pomieszczeniu. Byłem z nimi dwa dni, ale od czasu tej rozmowy byłem traktowany bardzo dobrze. Potem przeniesiono mnie do oddziału dla więźniów politycznych i tam mieliśmy już tylko jeden temat. Bytom był bardzo dobrze zorganizowany. Zbierano pieniądze dla więźniów, więc kiedy wychodziłem, miałem 1000 zł na koncie, o których nawet nie wiedziałem. Przez tę niewiedzę o mało nie dostałem pałką przy samym wyjściu. Rozprawa odbyła się w Katowicach. Mieliśmy adwokata, bo dla Fludra, Łukasika i mnie żony wynajęły panią Mazurkiewicz. Prokurator zażądał dla Szymczyka 7 lat więzienia, a mnie i Józefa Fludra po 6 lat. W przypadku Kowalczyka, Matusiaka, Nowackiego sąd odstąpił od wymierzenia kary. Ostatecznie dostałem 2 lata więzienia w zawieszeniu na 5 lat, 2 lata pozbawienia praw publicznych i obywatelskich, 3000 zł grzywny oraz konieczność pokrycia 1/6 kosztów procesu. Piotrowski 1,5 roku w zawieszeniu na 4 lata, Szczepkowski 1 rok w zawieszeniu na 4 lata, Łukasik 1,3 w zawieszeniu na 4 lata. Muszę powiedzieć, że kiedy byłem w więzieniu, to najgorsze co mogło być to strach o rodzinę. Strasznie się bałem, że przyjdzie taki czas, że dzieciom zabraknie chleba. Znałem to uczucie bo w dziecinstwie często brakowało chleba. Mój strach był niepotrzebny, bo koledzy z mojego oddziału fantastycznie zaopiekowali się rodziną. Zbierali pieniądze i jej zanosili. Trzynastą i czternastą pensje przynieśli mi do domu, ale nie chciałem przyjąć. Przecież oni mieli swoje rodziny. Wtedy Stanisław Szafraniec powiedział: „Trudno Ewaldku, tak nas wychowałeś, więc takich nas masz”. Gdy z kolei jego aresztowali, to podobna akcje zorganizowaliśmy względem jego rodziny. Odział G-2 na którym miałem zaszczyt być przewodniczącym, był najbardziej zorganizowany i solidarny na kopalni.

Areszt trwał od 5 stycznia do 23 lutego, czyli od dnia aresztowania do dnia procesu. Siedzieli ze mną ludzie z Bytomia. Pamiętam człowieka - Waldek mu było na imię - który sam rozpoczął i sam zakończył strajk na jednej z miejscowych kopalni. Ten protest trwał zaledwie 2,5 godziny. Poza tym protokołował zebranie na parafii. Za oba „przestępstwa” dostał 6 lat więzienia! Nie w zawieszeniu! Ja czułem się wobec niego strasznie, bo właściwie nic nie zrobił wedle tego, co my zorganizowaliśmy w Jastrzębiu. Naprawdę było mi żal tego człowieka. Wyszedłem dopiero następnego dnia. Rozdałem paczki, żeby koledzy mieli coś lepszego do zjedzenia. Taksówką pojechałem do domu. Sam przyjazd do domu był dla mnie bardzo wzruszający. Moje dzieci zrobiły transparent “WITAMY TATUSIA W DOMU”, takiej chwili się nie zapomina. Przez pewien czas nie mogłem ponownie podjąć pracy. Dopiero później dostaliśmy wszyscy wezwanie, że mamy stawić się na kopalnię. Tam odbył się dosłownie sąd kapturowy. Między nimi byli również esbecy, którzy nas przesłuchiwali, zadawano nam dziwne pytania, poniżano nas. Ostatecznie przyjęto z powrotem mnie i Wiesława Matusiaka oraz Łukasika o ile dobrze pamiętam. Ale to nie była normalna praca tylko gehenna. Czasami zazdrościłem tym, którzy nie pracowali. Poza tym przez jakiś czas musiałem zgłaszać się na Milicji, a najgorsze w tym było to, że moja żona też parę razy musiała się zgłaszać. To było strasznie upokarzające wobec tych, co pracowali. Każdego dnia przydzielali mnie do roboty w innym miejscu. Aby mnie dodatkowo poniżyć, kazali mi pracować z ormowcami, partyjnym albo - co było najgorsze - świadkiem, który zeznawał na procesie przeciw mnie. Pewien sztygar pozwolił mi przepracować ponad tydzień na jednym z chodników. Potem musiał się z tego tłumaczyć. To nie była praca, tylko szykany, musiałem emigrować, bo nie wiadomo co by się mogło stać ze mną i moją rodziną. Powiem, że to nie była emigracja, lecz najzwyklejsza banicja. Otrzymałem paszport z prawem jednokrotnego przekroczenia granicy bez prawa powrotu. Wybrałem Szwecję, bo to blisko i dawało nadzieję, że kiedyś wrócę. W Konsulacie polskim w Szwecji odmawiano mi wizy! Argumentowano, że nie mam uregulowanych spraw w Polsce, a dokładniej że nie zrzekłem się obywatelstwa polskiego. Byłem zmuszony zrzec się obywatelstwa polskiego. Po siedmiu latach spędzonych w Szwecji właśnie tak zrobiłem. Chcieliśmy z żoną zobaczyć rodzinne strony. Mimo wszystko to był błąd, mogłem jeszcze trochę poczekać bo w tym samym roku Mazowiecki był już premierem. Dziś mam tylko obywatelstwo szwedzkie.

Wyjechaliśmy do Skandynawii dokładnie 8 listopada 1982 roku. Razem z Fludrem i Matusiakiem. Nie znaliśmy języka, ale gospodarze fantastycznie się nami zajęli. Trzeba przyznać, że jeśli chodzi o stronę socjalną, to naprawdę nie mieliśmy żadnego powodu do narzekań. Dostaliśmy się do obozu dla uchodźców w Oxelosund ale tam były normalne, zresztą bardzo ładne mieszkania. W środku pełna lodówka, do tego otrzymaliśmy trochę pieniędzy i 240 godzin obowiązkowej nauki języka szwedzkiego. Później mieliśmy prawo wyboru miejsca zamieszkania. Wraz z Józefem Fludrem pojechaliśmy do Kalmaru, a Matusiak do Kavlinge. Utrzymywaliśmy się tam z zasiłku socjalnego i mieliśmy kolejne obowiązkowe godziny nauki języka. Żyło się nam bardzo dobrze. Szwedzi zajęli się nami naprawdę troskliwie.

Na koniec chciałbym jeszcze coś opowiedzieć. Przypomina mi się taka sytuacja z obozu w Oxelosund. Przebywali tam nie tylko Polacy, ale też uchodźcy z Ameryki Południowej, którzy z kolei byli prześladowanymi w swoich ojczyznach komunistami. Paradoks polegał na tym, że oni nam nie wierzyli, że w ich wymarzonym komunizmie są puste sklepy. Oni tego nie potrafili zrozumieć! Innym paradoksem było to, że im nikt nie cenzurował listów, a nam owszem. Jednemu z najbardziej zacietrzewionych komunistów argentyńskich przykleiliśmy na czapkę czerwoną gwiazdę. Nosił ją potem dumnie. Ale biletu do Polski nie chciał. Komunistów nie ciągnęło do komunizmu. Być może dzięki nam i naszym opowieściom...

Opracowanie: Andrzej Kamiński