Relacja:Franciszek Cichoń

Z Encyklopedia Solidarności

Tylko w Internecie.

Relacja Franciszka Cichonia

Jastrzębie-Zdrój, 15 IX 2007

W sierpniu 1980 roku byłem pracownikiem kopalni Borynia. Przystąpiłem do strajku od razu, tak jak większość moich kolegów. Byłem jednym z wielu. Byłem szeregowym uczestnikiem strajku, ale bez szeregowców nie istnieje żadna armia świata. Wygraliśmy wtedy wszystko, co było do wygrania, a powiedzmy sobie szczerze, że wiele wygrać nie było można.

Okres karnawału „Solidarności” był dla mnie, tak jak chyba dla wszystkich Polaków – patriotów, czasem wolnościowego uniesienia, ale to się szybko skończyło. Potem, ta przeklęta data 13 grudnia 1981 roku, stan wojenny. Strajk rozpoczął się 14 grudnia na porannej zmianie. Od razu do niego przystąpiłem. Strajk bardzo się rwał. W pewnym sensie działo się tak ponieważ na naszej kopalni nie było formalnego przywództwa. Nie zawiązał się oficjalny komitet strajkowy. Nie chcieliśmy esbecji ułatwiać zadania w wyłuskiwaniu przywódców całej akcji.

15 grudnia dotarł do nas ktoś z Manifestu Lipcowego. Poinformował nas o zajściach na innych jastrzębskich kopalniach, o pałowaniu, o strzałach na Manifeście; na dowód przyniósł nawet łuskę po naboju. I właśnie wtedy podjęliśmy decyzję o konieczności uzbrojenia się. Nie było oficjalnych przywódców, ale pamiętam Krzyśka Zaniewskiego i Aleksandra Sobeczka, którzy nami kierowali. Zresztą byli i inni. Oni potem mieli straszne kłopoty. Krzysiek Zaniewski został aresztowany i skazany. Wiedzieliśmy, że teraz sprawy stanęły już na „ostrzu noża”. Będziemy się musieli bronić. Pomieszczenia straży przemysłowej wypełniliśmy butlami tlenowymi. Zza cechowni przepchnęliśmy, wielki dźwig, który miał zablokowane hamulce. Dobrze, że było ślisko. Zaparła się gromada chłopów i daliśmy radę. Ustawiliśmy go pod bramą, która już i tak była zabarykadowana. Spodziewaliśmy się bezpośredniej konfrontacji sił i przygotowaliśmy się na nią. Ja byłem odpowiedzialny za produkcję „koktajli Mołotowa”. Później roznosiliśmy te koktajle po dachu cechowni. Przygotowywaliśmy stanowiska do obrony.

W pewnym momencie strajku przyjechał do nas ks. Płonka z Szerokiej. Wyspowiadał nas i odprawił mszę świętą. Pamiętam jak powiedział do nas, że jak będziemy trzymać się razem, to nas nikt nie ruszy, bo wszystkich nie da się za mocno skrzywdzić, ale jeśli zaczniemy się rozchodzić, to nas pojedynczo wyłapią i zrobią z nami co im się będzie podobało.

Zbrojenia trwały. Kuliśmy jakieś dzidy, miecze; cały arsenał broni białej.

Sama akcja ZOMO wyglądała mniej więcej tak: Podjechali pod zakład i go otoczyli. Myśmy wszyscy byli już na stanowiskach. Dowódca zomowców zorientował się, że z nami nie pójdzie im tak gładko jak z wcześniej atakowanymi załogami, więc rozpoczęli z nami pertraktacje. Wiedzieliśmy, że prędzej, czy później będziemy się musieli poddać. Podjęto więc decyzję o przerwaniu strajku. Pomimo rozmów i jakby się mogło wydawać jakiegoś porozumienia, w chwili kiedy załoga opuszczała kopalnię zomowcy ustawili się w szpaler i zrobili nam „ścieżkę zdrowia”. To było bardzo upokarzające. Spakowali nas w autobusy i wywieźli do Jastrzębia. Już w okresie stanu wojennego działałem jako drukarz. Mieliśmy powielacz i na nim drukowaliśmy bibułę. Nie bardzo pamiętam nazwiska ludzi, z którymi to robiłem; na pewno z Ryśkiem Młynarczykiem. Pamiętam taką akcję; ktoś nas poinformował, że nasza drukarnia jest spalona, więc ja i Rysiek spakowaliśmy powielacz i materiały do wersalki i zrobiliśmy „przeprowadzkę” tego powielacza w biały dzień, przez kawał miasta na ulicę Kurpiowską. Oprócz druku zajmowaliśmy się również kolportażem.

W tym czasie nawiązałem kontakt z Heńkiem Sienkiewiczem i organizacją ROPCiO (Ruch Obrony Praw Człowieka i Obywatela), ale tą organizacje, u nas w Jastrzębiu SB szybko rozbiła.

Jeśli idzie o działalność KPN – owską, to pierwszy kontakt z tą partią miałem przez Ryśka Bociana z Krakowa.

W 1987 roku zostałem służbowo przeniesiony do pracy na KWK Morcinek. 17 sierpnia 1988 roku, wieczorem rozpoczął się strajk na naszej kopalni. Początkowo się to wszystko szarpało, ale szybko okiełznaliśmy sytuację. Kto chciał strajkować, został na kopalni, a kto nie, poszedł do domu. Na kopalni w pierwszym dniu strajku było niespełna 4 tyś ludzi. Przewodniczącym KS został Andrzej Andrzejczak. Kopalnia Morcinek położona jest na odludziu, więc praktycznie byliśmy odcięci od świata. Nie mieliśmy żadnego kontaktu z innymi zakładami, z zaopatrzeniem w jedzenie były duże kłopoty i ludzie zaczęli się załamywać. Na koniec, przed pacyfikacją zostało nas około 150 osób. Pierwszym z nas, który przebił się na Manifest Lipcowy był Leszek Zubik z PRG (Przedsiębiorstwo Robót Górniczych). Była w czasie strajku taka bardzo nieprzyjemna sytuacja. Górnicy z Manifestu zebrali dla nas pieniądze na żywność i te pieniądze zaginęły. Do dziś nie ma pewności kto je ukradł, ale padło bardzo silne podejrzenie na jednego z kurierów, bo on zbyt pewnie zachowywał się w obecności milicji; przechodził między nimi jak swój. No, ale stu procentowej pewności nie mieliśmy ani wtedy i do dzisiaj nie wiadomo, czy to był on, dlatego nie podam jego nazwiska. Ponieważ jednak straciliśmy zaufanie do kurierów, więc Andrzej Andrzejczak tą funkcję powierzył mnie. Różnie bywało z tymi rajdami, raz udawało się przejść, raz nie. Za każdym razem udawałem się na Manifest i do kościoła „na górce”. Tam mnie zaopatrywali w bibułę i jakiś prowiant, po czym umówiony taryfiarz odwoził mnie do Pogwizdowa. Przewoziłem na Morcinek również studentów, którzy nas wspierali, między innymi Anitę Gargas. Pacyfikacja wyglądała w ten sposób; kolega siedział na skipie z lornetką i obserwował jak rozwija się sytuacja. Naliczył 110 pojazdów, zszedł na dół i nam ta informację przekazał. Samochody milicyjne wjechały na plac przed kopalnią. Tam oczywiście zrobili pokaz siły i przez głośniki wezwali nas do opuszczenia zakładu. Zebraliśmy wszystkich ludzi na cechowni. Powiedzieliśmy im jak wygląda sytuacja. Załoga podjęła decyzję, że okupujemy kopalnię w dalszym ciągu. Po jakimś czasie usłyszeliśmy dźwięk pękających szyb. Okazało się, że w forpoczcie ataku była grupa ludzi z dozoru, z naszej kopalni. Byli uzbrojeni w style od kilofów i to oni wytłukli szyby w drzwiach na cechownię. Za nimi weszły już siły milicyjne. W grupie dozoru rozpoznałem Jerzego Lipkę Głównego Mechanika i Gruszkę mojego późniejszego kierownika. Ci z dozoru byli bardzo agresywni wobec nas. Wszystkie te siły zaczęły nas otaczać. Ludzie zaczęli się rozpraszać i musieliśmy z Andrzejczakiem ostro interweniować żeby z powrotem zeszli się do kupy. Część ludzi z Adamem Wasilewskim uciekła na Olzę, ale Olza od czeskiej strony była obstawiona wojskiem, więc tam drogę mieli zamkniętą. Jakimś cudem udało im się uciec na Pogwizdów. A nam ilu ludzi udało się utrzymać, tylu utrzymaliśmy.

Wcześniej dowiedziałem się w kościele „na górce”, że 10 piętro szpitala górniczego zostało opróżnione. Szykowali się na nas już wcześniej i przygotowywali logistykę. Musieliśmy się liczyć z najgorszym, ale załodze nie mogliśmy o tym powiedzieć. Rano, w dniu ataku policzyliśmy ludzi przy śniadaniu, po wydanych bułkach. Okazało się, że było nas 150 kilku. No, więc zostaliśmy otoczeni przez dozór i siły milicyjne. Cofnęliśmy się pod figurę św. Barbary. Mieliśmy taki wielki krzyż i trzymaliśmy go przed sobą. Zaczęliśmy śpiewać jakieś pieśni strajkowe. Wśród atakującego dozoru był również dyr. Andrzej Ciołek. Powiedzieli nam, że musimy wyjść z cechowni i decydująca rozmowa odbędzie się przed bramą. Opuściliśmy cechownię wyjściem, które prowadziło do stacji ratunkowej. Po opuszczeniu budynku znaleźliśmy się w okolicach bramy towarowej. Zomowcy z drugiej strony bramy chcieli porozcinać siatkę, nożycami do blachy. Nie chcieliśmy do tego dopuścić, więc usiłowaliśmy im przeszkadzać trzepiąc tą bramą z całej siły. Podjechał jakiś pojazd opancerzony, który oświetlił teren i zaczął wykonywać dziwne manewry; to podjeżdżał do bramy, to się cofał. Zomowcy tłukli pałami w tarcze; pełna manifestacja siły. W końcu wycofaliśmy się, a zomowcy sforsowali bramę. Otoczyli nas. My zbiliśmy się w gromadę, a Andrzeja Andrzejczaka schowaliśmy do środka, bo byliśmy świadomi, że jego pierwszego będą szukać. Zomowcy rozrywali ten nasz łańcuch i kogo udało im się oderwać to pakowali go do „suki”. Potem kiedy byliśmy już dostatecznie rozproszeni, utworzyli szpaler i pałami pognali nas w kierunku autobusu. Nikomu z nas nie udało się uciec, bo „skot” i krążący nad nami helikopter dokładnie oświetlały teren. Wchodziłem do autobusu jako ostatni, więc tak mnie „pobłogosławili” pałami, że do autobusu wszedłem „na czworaka”. Zomowcy zaczęli szukać w autobusie Andrzejczaka. On był w autobusie, ale myśmy zaprzeczali jakoby on się znajdował w środku. Tutaj wykazał się dyr. Ciołek, który przez szybę wskazał zomowcom Andrzeja. Wyciągnęli go przez tylne wyjście i wpakowali go do „suki”. Andrzejczak został aresztowany.

Dowódca zomowców skierował autobus do Cieszyna, więc przy pierwszej nadarzającej się okazji, ja i jeszcze kilku kolegów wyskoczyliśmy z niego, bo gdzie Jastrzębie, a gdzie Cieszyn. Trochę deptaliśmy na piechotę, a potem zatrzymaliśmy małego fiata, którym jechała kobieta, jak się okazało celniczka, ale przyzwoita kobieta, bo zgodziła się nas jednak podwieźć. Ostatecznie wieczorem 24 sierpnia znaleźliśmy się w kościele „na górce”. Było tam już więcej chłopaków od nas. I tam przenocowaliśmy. Rankiem następnego dnia przyjechała telewizja BBC i udzieliliśmy jej wywiadu na temat wypadków na naszej kopalni. Tego samego dnia dobił do nas Andrzej Andrzejczak, którego wypuścili z aresztu. Zaczęliśmy zastanawiać się; co dalej robić? A że było nas około 40 osób, więc postanowiliśmy wspomóc załogę z Manifestu Lipcowego. Wiedzieliśmy, jak ciężko na końcu było u nas. Jednak kopalnia była tak mocno obstawiona, że tak wielką grupą nie mieliśmy szans, aby się przebić, więc następnego dnia przebiliśmy się na kop. Jastrzębie. Sytuacja na Jastrzębiu była już jednak bardzo ciężka i trzeba było strajk poddać. Kiedy oddziały ZOMO wycofały się na bezpieczną odległość, górnicy z Jastrzębia całą grupą udali się do pobliskiego kościoła, gdzie w ich intencji została odprawiona msza święta. My, czyli cała grupa z Morcinka postanowiliśmy podjąć próbę ponownego przebicia się na Manifest. Pierwszego dnia się nie udało. Znowu „na górkę”, tam przenocowaliśmy. Następnego dnia rozpętała się straszna burza. „Na górce” zaopatrzyli nas w jakieś materiały poligraficzne i tym razem z całym tym majdanem udało nam się dostać na teren kopalni Manifest Lipcowy, gdzie pozostaliśmy już do końca strajku.

2 września Mercedesem, na Manifest przyjechali Wałęsa z ks. Jankowskim. Odbywały się jakieś narady. Był, w ogóle wielki szum. Okazało się, że Wałęsa przyjechał aby rozwiązać strajk, bo już wcześniej w tej sprawie zaczął dogadywać się z Kiszczakiem. Zresztą oni tam uzgodnili, że Jastrzębie Zdrój będzie reprezentowane w dalszych rozmowach z władzą przez Alojzego Pietrzyka.

Około godz.1.00 w nocy ks. Jankowski i Wałęsa poinformowali nas, tam wszystkich zebranych, iż uzgodnili z Kiszczakiem, że załoga ma natychmiast opuścić teren zakładu. Na to Andrzej Andrzejczak odebrał mu mikrofon i wobec wszystkich oskarżył Wałęsę, że chce nas wszystkich zgubić każąc nam w nocy wychodzić pomiędzy tych zomowców. Andrzej bardzo się zdenerwował i krzyknął do mnie abym przywiózł taczkę. Akurat jakaś się napatoczyła, więc złapałem ją i podjechałem do zgromadzonych. Na to Wałęsa i ks. Jankowski uciekli na cechownię. Potem były jeszcze kolejne narady. Wałęsa dzwonił do Kiszczaka. W końcu uzgodnili, że możemy wyjść z kopalni jak się rozwidni. Na takie rozwiązanie przystaliśmy. Rankiem zebraliśmy się na cechowni, gdzie każdemu ze strajkujących został wręczony glejt, z podpisem Wałęsy, gwarantujący nam bezpieczeństwo osobiste, podczas powrotu do domu. Po wyjściu za bramę ustawiliśmy się w kolumnę. Pod pomnikiem upamiętniającym Porozumienie Jastrzębskie byli już A. Pietrzyk z T. Jedynakiem. W imieniu całej strajkującej załogi złożyli kwiaty, po czym ul. Rybnicką chcieliśmy udać się do kościoła „na górce”, ale zomowcy zablokowali nam drogę. Wobec tego udaliśmy się do pobliskiego kościoła na Dubielu. Po krótkiej modlitwie skrótami zeszliśmy na ul. Pszczyńską, gdzie znowu utworzyliśmy kolumnę marszową i ulicami Katowicką, Zieloną i A. Bożka i doszliśmy do kościoła „na górce”. Po mszy świętej ks. prałat Czernecki zaprosił przedstawicieli wszystkich zakładów pracy obecnych na mszy, do siebie na probostwo, na rozmowy. Kopalnię Morcinek reprezentowaliśmy A. Andrzejczak i ja. Otrzymaliśmy tam dokumenty, które uprawniały nas do otrzymania biura na kopalni i rozpoczęcia tworzenia struktur związkowych.

Ale nie było, ani tak gładko, ani wesoło. Po przybyciu na kopalnię dowiedzieliśmy się, że cała komisja, czyli również my, zostaliśmy zwolnieni. W okresie zwolnienia, który trwał przez około trzy miesiące jeździliśmy po całym Śląsku i uczestniczyliśmy w różnego typu manifestacjach. Kiedy przyjęli nas z powrotem na kopalnię wzięliśmy się ostro do normalnej roboty związkowej.

Opracowanie: Andrzej Kamiński