Relacja:Józef Fluder

Z Encyklopedia Solidarności

Tylko w Internecie.

Relacja Józefa Fludera

Jastrzębie-Zdrój, 1 III 2008

Postawa antykomunistyczna w mojej rodzinie wzięła się z faktu, iż mój dziadek Józef był oficerem w stopniu pułkownika (zginął w kampanii wrześniowej w obronie Częstochowy). Jego dwóch synów było oficerami tzw. dwójki - kontrwywiadu wojskowego (po wojnie emigrowali do USA). Kiedy moi rodzice wrócili z obozu koncentracyjnego Dachau, ojciec za kampanię wrześniową w 39 (został zadenuncjowany do gestapo), a matka za działalność w Wici. Osiedliliśmy się na tzw. ziemiach odzyskanych, w powiecie Bystrzyca Kłodzka. Najpierw zamieszkaliśmy w Boboszowie i tam tata został w 50 roku aresztowany za otwarty sprzeciw wobec kołchozom na zebraniu w Międzylesiu k. Bystrzycy. Na drugi dzień przyjechali z po niego z KBW i UB. W 51 zwolniono go z więzienia tylko dzięki protekcji: bratanek był komandosem w armii Berlinga, a w późniejszych latach przeszedł do pracy w MSW i był ochroniarzem Bieruta. Dzięki temu mógł zorganizować spotkanie mojej matki z Bierutem. Po tej rozmowie ojciec natychmiast został zwolniony.

Pasjonowało mnie dążenie do prawdy. Już za czasów szkolnych często sprzeciwiałem się głoszeniu zafałszowanej historii Polski. Wiedziałem m.in. o Katyniu, prawdę znałem z opowieści rodzinnych. Pomimo, że mieszkaliśmy na wsi, ludzie interesowali się sytuacją polityczną naszego kraju. Bardzo dobrze było zorganizowane niezależne czytelnictwo. Z rąk do rąk, przekazywano sobie broszurki i książki antykomunistyczne wydawane na zachodzie. Nie mogliśmy znieść obłudy propagandy komunistycznej, to ona doprowadziła do wydarzeń w latach 56, 68 czy 70.

Mój upór w dążeniu do mówienia prawdy i odrzucania komunistycznej obłudy nie raz przysporzył mi kłopoty. Pewnego razu, jeszcze przed wydarzeniami 80 roku pracowałem w kopalni XXX-lecia PRL i powiedziałem kierownikowi - „przyjdzie czas, gdy padniecie i wszystko się zmieni, a takich jak wy osądzimy”. Wezwał mnie do siebie i powiedział: „Józek, to co mi powiedziałeś to trudno, ale tam był sekretarz partii i wszystko słyszał”. Wtedy nie poniosłem jednak żadnych konsekwencji. Chodziłem na zebrania załogi z sekretarzem miejskim Malikiem. Prowokowałem pytaniami - gdzie idą pieniądze i węgiel z naszej kopalni? Nie bałem się trudnych tematów. Później zabroniono mi udziału w tych spotkaniach. W 1980 byłem zwykłym uczestnikiem strajku. W maju 80 po powtórnych wyborach wszedłem do prezydium NSZZ „S” w kopalni XXX-lecia PRL, obecnie Pniówek.

Wprowadzenie stanu wojennego wspominam następująco: w sobotę na kopalni rozdawano odznaczenia. Przyznawano Sztandar Pracy, Krzyże Zasługi... Uczestniczyłem w tym jako członek prezydium. Poszedłem do dyspozytora, aby zorganizował na godz. 21.00 przewóz do Jastrzębia. Dziwnie się zachowywał, kręcił głową, nie chciał rozmawiać. Na drugi dzień ok. 6.00 rano przyszedł do mnie członek „S” Tadeusz Leśniewski z dwoma kolegami i mówi „zbieraj, się bo jest wojna”. Byłem kompletnie zaskoczony. Zawieźli mnie na kopalnię, której aż do końca strajku nie opuściłem. Zostałem wiceprzewodniczącym KS i byłem na liście 10-ciu z KS przeznaczonych do aresztowania. Pozostali strajkujący mieli wynegocjowane bezpieczeństwo. Na kopalni było wtedy ok. 100 – 200 ludzi z nocnej zmiany, ale z KZ byłem tylko ja. Ponieważ było tam ok. 200 ludzi, postanowiłem ściągnąć innych. Napisałem kartkę do Ewalda, żeby natychmiast przyjechał na kopalnie, i wysłałem po niego samochód. Przyjechał z Wiesławem Matusiakiem. Ponieważ nie pracowaliśmy na kopalni i przebywaliśmy tam nielegalnie, to ustaliliśmy w rozmowie z dyr. Cofalikiem, że jesteśmy jako tzw. wzmożona ochrona zakładu (ze względu na stan wojenny). Od tego zaczął się strajk. Doszli kolejni strajkujący. Pod wieczór było nas może z 500-600 osób. W godzinach popołudniowych Adam Bazam straszył strajkujących konsekwencjami, wezwałem go i powiedziałem, że albo skończy tę prowokacje albo opuści zakład pracy. Chciał mieć to na piśmie, więc wypisałem mu odpowiedni kwit i wyprowadziliśmy go. Później zeznawał przeciwko nam w sądzie. W poniedziałek przyjechał Andrzej Szymczyk, który został wybrany na przewodniczącego KS oraz inni przedstawiciele KZ. Ewald Kudla zostaje drugim wiceprzewodniczącym. W poniedziałek ukonstytuował się KS i rozpoczął się strajk. Jak wspomniałem, w skład KS wchodziło 10 osób. Poza Pawłem Lisowskim wszyscy dostaliśmy wyroki. Udało mu się tak skutecznie „oszukać” SB, że mimo iż był poszukiwany listem gończym to chodził do pracy i nie udało im się go aresztować. Pierwsze dni strajku były niezorganizowane. Nie wiedzieliśmy co to takiego ten stan wojenny i czego mamy się spodziewać. Organizowaliśmy warty i wyżywienie. Mój telefon nie był na podsłuchu, a powiedział mi o tym telefonista. Raz zadzwonił major czy pułkownik Majda, zaczął ubliżać i grozić mi przez telefon. Odpowiedziałem mu żeby nie wygrażał przez telefon tylko tu przyjechał. Faktycznie za pół godziny dostałem na mojej UKF-ce wiadomość, że ktoś do mnie przyszedł. To był on, wraz z kapralem i szeregowcem. Podszedłem i przywitałem się. Zapewniwszy go o bezpieczeństwie na terenie zakładu poprosiłem, żeby zostawił broń przy wejściu i poszliśmy na Hale Zborną. Okazało się, że jest to bardzo miły człowiek i najprawdopodobniej podczas naszej nieprzyjemnej rozmowy telefonicznej ktoś stał przy nim i kazał mu ubliżać mi. Zaproponował poddanie strajku, na co my wysunęliśmy podstawowe żądania – zniesienia stanu wojennego, wypuszczenia internowanych i przywrócenie działalności Związku. Odpowiedział, że to jest niemożliwe do zrealizowania. Poszliśmy wszyscy razem na Halę. Tam zaczął wszystkim tłumaczyć, czym jest stan wojenny. Widać było, że jest bardzo poruszony, miałem wrażenie, że chce zdjąć mundur i przyłączyć się do nas. Nadmieniliśmy mu, że nie mamy żywności. Powiedział, że chociaż nie obiecuje, to spróbuje coś załatwić. Wiedząc, że na Sali byli agenci SB i podsłuch, w późniejszej rozmowie w cztery oczy powiedział, że przyśle żołnierzy z żywnością. Dwie godziny później pod bramę towarową podjechał samochód z zupą i chlebem. W tym czasie było już kilka tysięcy strajkujących. Mimo, że w prowiant zaopatrywały nas rodziny strajkujących, a stołówka szykowała jedzenie to nie wystarczało dla wszystkich. Ok. 21.00 podjechały czołgi, wozy opancerzone, suki. Pod bramę podjechał jeden z czołgów, myśleliśmy że będzie ją taranował. Okazało się, że podjechali prosić nas o jedzenie, bo byli bardzo głodni. Powiedzieliśmy, że skoro im tak źle, to niech przyłączą do strajku. Odpowiedzieli, że by ich za to rozstrzelali.

W pierwszych dniach nastawienie było bojowe. Nikt nie myślał o poddaniu strajku, załoga była dość agresywna. W KS tylko dwóch było nas z KZ - ja i A. Szymczyk. Przewodniczący nie wiedzieć czemu Śliwowski siedział wtedy na bramie. Wydałem polecenie, aby wydać koce i ciepłe ubrania dla ludzi pełniących wartę. Wzięliśmy to z zasobów Działu Wczasów. Po strajku byłem o to oskarżony jako odpowiedzialny za zdefraudowanie zaginionych rzeczy na wartość ok. 60 tys. Noc przeszła spokojnie. Piętnastego grudnia w godzinnych porannych na korytarzu minąłem faceta, który wydał mi się całkiem obcy. Po 15 latach pracy znałem całą załogę przynajmniej z widzenia, dlatego zatrzymałem go, przedstawiłem się i poprosiłem o pokazanie przepustki. Na to on odpiął kurtkę, pokazał mi kałasznikow i powiedział, że to jest jego przepustka. Poszedł prosto do dyrektora Cofalika. Zadzwoniłem zaraz do dyrektora - co się dzieje, kim jest ten uzbrojony mężczyzna chodzący po korytarzu? Cofalik zaproponował spotkanie z członkami KS. Przygotowaliśmy więc scenariusz rozmowy. Na tym spotkaniu doszło do następującego incydentu: ów mężczyzna z bronią, porucznik SB Wielgusz zażądał kategorycznie natychmiastowego zaprzestania strajku. Groził, że w przeciwnym razie „krew poleje się rynnami”, tu spojrzał na mnie i doda „a ty będziesz za to odpowiedzialny”. Byłem zmęczony i rozdrażniony, więc na takie oskarżenie dość ostro zareagowałem. Zapytałem go, czy uważa się za Polaka? Na to on odpowiedział słowami generała Jaruzelskiego, że historia nas oceni… Wtedy nie wytrzymałem i wykrzyczałem, że zanim historia ich oceni, to najpierw muszą odpowiedzieć przed narodem za krzywdy wyrządzone Polsce. Na te słowa chwycił za broń i wymierzył we mnie. Koledzy z ochrony również odpięli swoje kabury. Cofalik wraz z księdzem rzucili się na niego, aby go powstrzymać. Chwilę trwała szamotanina, lecz po paru minutach wszystko się uspokoiło i powróciliśmy do konkretnych rozmów. Powiedział nam, że kopalnia musi się poddać, bo prędzej czy później wjedzie tu wojsko i spacyfikuje strajk. Podał nam 10 nazwisk z KS, którzy są przeznaczeni do aresztowania. Za poparciem Cofalika zasugerowaliśmy mu, że jeśli wyprowadzi nas teraz w kajdankach, to załoga może się zbuntować i wybuchną zamieszki. Po tej rozmowie poszliśmy do siebie, aby omówić między sobą warunki zakończenia strajku. Rozważaliśmy przez moment rozpoczęcie strajku na dole, ale nie mieliśmy doświadczenia i nie byliśmy przygotowani na taką ewentualność, wiec pomysł szybko upadł. Stanęło na tym, że zażądamy autobusów dla całej załogi, by mogła bezpiecznie wrócić do domów. Wiedząc o pacyfikacji na innych kopalniach (Manifest i Jastrzębie) zebraliśmy załogę i przedstawiliśmy całą sytuację. Bardziej radykalni w swych poglądach koledzy wyzwali nas od zdrajców. Było to dla mnie bardzo przykre doświadczenie, bo zdawałem sobie sprawę z powagi sytuacji (grożono mi przecież bronią). Wraz z Ewaldem wpadliśmy na głupi pomysł, aby zrobić przysięgę na sztandar, że nie opuścimy kopalni w żadnym wypadku. Niestety nasz sztandar się gdzieś zapodział. Później okazało się, że ktoś, kto nie chciał do takiej przysięgi dopuścić dał ów sztandar księdzu, a ten wyniósł go pod sutanną.

Strajk rozwiązano. Górnicy rozeszli się do domów, a ci bardziej radykalni przyłączyli się do strajku na Boryni. Nasza dziesiątka (przeznaczona do aresztowania) została na kopalni. Wieczorem przyszło po nas SB i odwieźli nas do domu. Na drugi dzień 16 grudnia pojechałem na kopalnię, gdzie podjęto próbę strajku na dole. Niestety próba nie powiodła się i w nocy górnicy wyjechali na powierzchnie. Po tym incydencie znów SB puściło nas do domu i kazano nam czekać na wezwania, których nigdy nie dostaliśmy. Aresztowano nas w nocy i po cichu. Do mnie przyszli 20 grudnia. Na Śląskiej bito mnie i wyzywano. Na pierwsze przesłuchanie przyszedł szef Jastrzębskiego SB kapitan Czechowski i powiedział do swych podwładnych, żeby „dali mi popalić”, bo mam wyjątkowo twardą skórę. Rozebrali mnie do naga i rozłożyli na stole. Bili od głowy do połowy żeby mi „głupotę wybić” i od nóg do połowy, żebym „nie uciekał”. Byłem cały siny. W pewnym momencie przyszedł jakiś człowiek ubrany po cywilnemu. Zapytał mnie, czy jestem z XXX-lecia, odpowiedziałem mu, że tak. Na to on pyta, czy wiem kto chciał ten komitet partii podpalić? Odpowiedziałem mu, że był to niejaki Fluder. Zapisał to nazwisko i wybiegł. Za chwile wrócił i pyta mnie o moje nazwisko… odpowiadam – Fluder. Wtedy kopnął mnie w twarz. Potem jeszcze brano mnie w środku nocy, bito mnie i wyzywano. To nie były żadne przesłuchania, po prostu chcieli się nade mną znęcać. Przeniesiono mnie do celi w piwnicy, gdzie zostawili otworzone okienko (na dworze było 25 stopni mrozu). Powiedzieli, że po to, by „wywiało mi głupotę z głowy”. Mocno się przeziębiłem, na sprawie sądowej, która odbyła się w lutym tak kaszlałem, że sędzia dwa razy musiał przerywać rozprawę. Opiekę medyczną zapewniono mi taką, że lekarz kazał mi łykać wapno, aby mi się te dziury w płucach pozaklejały…

Trafiłem do aresztu na Mikołowskiej i byłem przesłuchiwany 24 grudnia. Byłem tak chory, że nie pamiętam nawet o czym rozmawialiśmy. Przewieźli mnie do Obozu Internowania w Zabrzu Zaborzu. Spotkałem tam wielu ludzi z różnych kopalni. W Sylwestra przewieziono mnie na Lompy, wieczór wzięli na przesłuchanie. Oficer, który mnie przesłuchiwał wyciągnął nabitą broń i położył na biurko. Wyrecytował mi nakaz aresztowania za działalność przeciwko państwu z dekretu o stanie wojennym. Na drugi dzień przewieźli mnie do aresztu śledczego na Mikołowską i tam przebywałem do rozprawy.

Po zwolnieniu z więzienia poszedłem na kopalnię, gdzie stanąłem przed sąd kapturowy. Brali w nim udział dyrektor, komisarz wojskowy, bezpieka. Ubliżano mi i pytano, czy uważam się za właściciela kopalni. Odesłali mnie do domu, a gdy skończyło się moje zwolnienie chorobowe przysłali mi wypowiedzenie z pracy. Zostałem bez środków do życia i z wilczym biletem. Wciąż mnie nękano w domu. Żonie dzielnicowy opowiadał, że mam kochankę. Mówili mi, że prędzej czy później ktoś mnie zabije. Podpowiadano mi, żebym wyjechał z kraju. Mówili – „tu i tak jesteś stracony, wyjedź i ułóż sobie życie gdzie indziej”. Jestem patriotą i było mi bardzo przykro, że muszę opuszczać Ojczyznę, którą kocham i o którą walczył mój ojciec. Wyemigrowałem do Szwecji, gdzie bardzo ciepło mnie przyjęli. Najpierw byłem w półrocznym obozie przejściowym, a później szkoła języka i nareszcie normalna praca (m.in. w Volvo). W 85 r. staraliśmy się o powrót do Polski, niestety bez rezultatu. Jak byliśmy jeszcze w obozie zostaliśmy zaproszeni (ja, Ewald Kudla i Wiesław Matusiak) do Sztokholmu na Kongres Polonii w Szwecji. Byliśmy pierwszymi skazani z „S” przebywającymi w tym kraju. Postanowiłem założyć organizację polonijną w Kalmar. Dostałem pomoc z gminy (napisałem statut). Podlegaliśmy bezpośrednio Kongresowi Polonii w Szwecji w Sztokholmie. Gdy wyjeżdżaliśmy, dzieci moje były małe. Teraz przyjeżdżają do Polski – chcą przyjeżdżać. Jak jechałem do Polski na ten wywiad córka mnie pytała czy to będzie dobrze. Myślę, że będzie dobrze, że warto było być w solidarności i zachować twarz.

Opracowanie: Andrzej Kamiński