Relacja:Jerzy Ajzychart

Z Encyklopedia Solidarności

Tylko w Internecie.

Relacja Jerzego Ajzycharta

Zebrzydowice, 28 IX 2007

Od roku 1982 pracowałem w Kopalni Węgla Kamiennego „Manifest Lipcowy”. Chcąc zarobić jak najwięcej aby utrzymać rodzinę, często podejmowałem się pracy w godzinach nadliczbowych. Miałem nadzieję, że moje starania zostaną docenione i wedle obietnic wynagrodzone. Niestety stało się inaczej. Naszą nadprodukcję zarządzeniem odgórnym „ofiarowano ojczyźnie”. Mimo iż jestem patriotą odczułem żal, że za moją ciężką i niejednokrotnie ryzykowną pracę dostałem bardzo niskie wynagrodzenie. Poczucie krzywdy i niesprawiedliwości zrodziło we mnie chęć przeciwstawienia się władzy, a w efekcie doprowadziło do zwolnienia się. 28 sierpnia stanęła praca na KWK „Manifest Lipcowy”. Mimo, iż zawodzi mnie pamięć to jestem sobie w stanie odtworzyć ten pierwszy dzień. Tego dnia pracowałem na powierzchni. W małej salce zorganizowano wiec. Grupa ludzi otwarcie mówiła o złej sytuacji w kraju. Po pierwszej zmianie górnicy wyszli na plac kopalniany i zażądali rozmowy z dyrektorem. Pojawił się dyrektor kopalni, ale jego spojrzenie wyrażało pogardę. Było to zauważalne, ludzie obsypali go obelgami. „Szowinisto, faszysto” – krzyczeli w jego stronę. Nie bez przyczyny, bo rzeczywiście był bardzo nieprzyjemnym typem człowieka. Wykorzystywał górników do swoich prywatnych przedsięwzięć: budowali mu dom, przeprowadzali remonty. Był ponadto ulubieńcem współczesnej partii, miał od niej bardzo dobrą rekomendację. Zawiązał się komitet strajkowy w skład którego wchodzili: Stefan Pałka, Jan Bożek, Jerzy Mnich. Przeprowadzono tajne wybory wewnątrz struktur kopalnianych i zostałem wybrany na przewodniczącego oddziału budowlanego „Solidarności”. Dużą rolę odegrała przychylność kierownictwa, bo choć nie mogli przyłączyć się do protestu to odczuwaliśmy ich życzliwość.

W całym kraju czuło się niezadowolenie, zmęczenie ustrojem. Jaruzelski został sekretarzem, premierem i ministrem obrony. W rękach jednej osoby skupiła się ogromna władza. Przedłużono kres służby w wojsku, a braki materialne spowodowały ogromne poruszenie. Coś zaczęło „wisieć w powietrzu”. Jako młody człowiek miałem silne poczucie niesprawiedliwości. Nie zgadzałem się z wieloma decyzjami ówczesnych władz, nie widziałem zmian demokratycznych, które dałyby swobodę życia w naszym kraju.

Strajk na kopalni był bardzo dobrze zorganizowany, każdy miał w nim swoje miejsce i zadanie, byłem wtedy daleko od centrum wydarzeń. Wybuch Stanu Wojennego doskonale pamięta moja żona. Odprowadzając dziecko do przedszkola zobaczyła na ulicy jadące czołgi. Był to psychologiczny sposób spacyfikowania niezadowolonego społeczeństwa. W tym samym czasie, gdy czołgi jechały ulicami miast ja byłem na kopalni wśród współpracowników. Sto metrów ode mnie odbywało się główne starcie między pracownikami kopalni a wojskiem. Przy bramie strzelano do górników. Potem część strajkujących - głównie zakładowa organizacja związkowa - została internowana. Ci, co przyszli na drugi dzień do pracy rozpoczęli działalność opozycyjną. Władze kopalni szybko usuwały warunki do działalności podziemnej: likwidowały związkowe pomieszczenia służbowe, w których znajdowały się między innymi materiały do tworzenia ulotek. Zlikwidowano również związkowe fundusze. Każdy starał się na własną rękę dofinansować naszą tajną działalność. Grupę konspiracyjną podziemnej „Solidarności” zakładał Jerzy Zarębski. Dwa razy spotkaliśmy się na ul. Arki Bożka. Na tych tajnych spotkaniach rozmawialiśmy o pomocy internowanym i rozszerzeniu związkowej działalności podziemnej. W pewnym momencie postanowiliśmy likwidować symbole PZPR, powstał też projekt przewrócenia cokołu PZPR z blachy, aby dać władzom sygnał, że jesteśmy i działamy. Akcja nie udała się, ale na cokole została wisząca lina, niczym sznur wisielca. To był nasz znak – nie poddamy się! Kilka osób zajmowało się drukowaniem ulotek. Ja chciałem zająć się rozpowszechnianiem na dużą skalę materiałów informacyjnych, ale nie wiedziałem jak się mam do tego zabrać. Kolportaż nasilił się dopiero po propozycji mojego współpracownika Władysława Kowalczyka. Dyskretnie dał znać, że jest w stanie udostępnić urządzenia do powielenia materiałów, co przekazałem Zarębskiemu. Wtedy też dowiedziałem się jak przebiegało strzelanie do górników na KWK „Manifest Lipcowy”. Dostałem zdjęcia i nazwiska osób, które podjęły decyzję o pacyfikacji. Ta informacja pochodziła od Jarosława Kolka, który skorzystał ze swoich znajomości w milicji aby nam pomóc.Wówczas nie wiedziałem jeszcze o jego prężnie działającej grupie konspiracyjnej. Skorzystałem z oferty Kowalczyka, który okazał się niezastąpionym człowiekiem. Miał bardzo wysokiej jakości maszyny do powielania. Wraz z pracownikiem z grupy Zarębskiego pojechaliśmy do Ustronia z materiałami do kolportażu. To był wyjazd w pełni zaplanowany, musieliśmy bardzo uważać na patrole milicji. Od pana Władka otrzymaliśmy nowy powielacz, który na szczęście zmieścił się na tylnym siedzeniu mojego malucha. Dał nam jeszcze farby, które miał zakopane w ogródku. Przywieźliśmy to wszystko w umówione miejsce w Jastrzębiu Zdroju. Następnie powielacz został przekazany w ręce obcych mi ludzi, którzy przetransportowali go do KPN-u w Żorach. Kolportaż trwał jakieś dwa miesiące. W tym okresie bardzo się bałem. Nie chciałem, żeby podczas ewentualnej dekonspiracji ucierpiała moja rodzina. Piotr Blaut dał mi sygnał, że możemy wkrótce wpaść. SB skonfiskowało powielacz. Był to czytelny znak, że ktoś nas wydał. Szybko doszli do mnie i Zarębskiego, rozpoczęły się aresztowania. Oprócz nas zatrzymano też Blauta. Po dwóch tygodniach na komendę trafił też Władysław Kowalczyk, który już wcześniej był pod obserwacją. Po przesłuchaniach do udzielania informacji SB przyznał się Klaudiusz Baumgart.

Dla mnie represje rozpoczęły się bardzo nieprzyjemnie: zabrano żonę z zakładu pracy, zawieziono ją do domu w celu dokonania rewizji. Mnie zawieziono na komendę do Katowic i od razu wsadzono do celi. Siedziałem ze zwykłymi kryminalistami, ponieważ całą grupę naszej podziemnej działalności rozdzielono tak, abyśmy w żaden sposób nie mogli się kontaktować. Na cztery koje było dziewięciu więźniów, panujące warunki były paskudne. Podawali nam do jedzenia tylko kawałek chleba, ale można było przeżyć. Inni więźniowie traktowali mnie na szczęście dobrze. Poznałem wtedy Stanisława Mazura, który się do mnie dosłownie „przykleił”. Odsiadywał wyrok 15 lat za pobicie milicjanta. Wywarł na mnie wrażenie człowieka honorowego. Później się okazało, że był agentem, który miał wyciągnąć ze mnie wszelkie informacje. System zdobywania informacji i represjonowania więźniów był perfekcyjny. Działano w pełnej konspiracji. Moje zaprzyjaźnienie się z Mazurem składam na karb osłabionej kondycji psychicznej, potrzebny był w więzieniu przyjaciel. Pamiętam, że kiedyś powiedziałem: „po co mi taka ojczyzna, która tak mnie traktuje”. Wzruszył się bardzo, widziałem wtedy, jak mu jest ciężko w tej „przyjaźni” ze mną. Nie mogłem utrzymywać żadnych kontaktów, ale raz w miesiącu otrzymywałem paczki. Z nudów nauczyłem się grypsować. Oceniając sposób zapakowania paczki wiedziałem, że żona jest w domu. Tylko w ten sposób mogłem się domyśleć, że z żoną jest wszystko porządku. Przesłuchiwano mnie w dzień i w nocy. Budzono mnie o pierwszej w nocy i siłą przyprowadzano na przesłuchanie. Niejednokrotnie bito mnie pałką i kijem. Raz rzuciłem się na milicjanta, który mnie okładał ale nie miałem szans. Była grupa, która planowała ucieczkę z wiezienia ze spacerniaka.

Po jednej z rozmów w celi z moim „ogonem” Mazurem zostałem zabrany przez kapitana Cesarczyka na przesłuchanie do biurowca komendy w Katowicach. Zostawiono mnie na korytarzu, przy wyjściu z komendy. Przez 15 minut stałem na korytarzu i obserwowałem cmentarz przez okno – ewidentnie byłem sprawdzany, czy nie chcę uciec. Miałem możliwość wyjścia niezauważonym - przecież każdy więzień miał cywilne ubranie - jednak moja ucieczka dałaby im dodatkowy powód do dłuższego zatrzymania. Bałem się też, że zatrzymają moją żonę. Powodem mogło być przepisywanie Zarębskiemu pisma do rzecznika praw obywatelskich. SB miało nasze zdjęcia zrobione przy kolportażu. W końcu ją też przesłuchano aby skonfrontować nasze zeznania. Na szczęście nie była bardzo zaangażowana w działalność podziemną. Przeniesiono mnie do więzienia na ul. Mikołowskiej w Katowicach. Siedziałem w celi z mordercą. Na szczęście warunki w celi nie były złe i dało się jakoś przetrwać. Bardzo pilnowano, abym się nie kontaktował z innymi więźniami politycznymi. Dopiero Ludwik Drapała załatwił z klawiszami spotkanie w swojej celi. Widziałem przez kraty w celi Władka Kowalczyka, który spacerował po spacerniaku. Blauta ani Zarębskiego w więzieniu nie widziałem. Na Mikołowskiej odwiedziła mnie raz żona z bratem. Mogła także do mnie pisać, ale ja bałem się tych listów. Spora część korespondencji była zatrzymana. Nie bardzo mogłem kłamać na przesłuchaniach, ponieważ ktoś doskonale zrelacjonował cały przebieg wydarzeń z wyprawy po maszynę do kolportażu. Informacje SB były tak dokładne, że zastanawiałem się nawet, czy nie zamontowano podsłuchu w bocznej szybce samochodu. Na przesłuchaniach słyszałem wręcz relacje moich rozmów prowadzonych w aucie. Pytano mnie wielokrotnie, skąd mieliśmy powielacz. Zawsze odpowiadałem, że nie wiem. Zastanawiałem się, jak Władek będzie się bronił. Podawano nam wzajemnie mylne informacje co do naszych zeznań. Władek utrzymywał, że kupił ten powielacz dla swojego syna od kierowcy tira, który sam zaproponował mu zakup tego urządzenia. Syn był pastorem i Władek umotywował to tak, że przyda mu się maszyna do produkcji kościelnych gazetek. Przez cały czas podtrzymywał tą wersję. Ostatecznie SB nie doszło do grupy, która przekazała mu powielacz. Mimo, iż nie był młody i był brutalnie przesłuchiwany, to nikogo nie wydał.

Jeszcze jedno wspomnienie z więzienia, które utkwiło mi w pamięci. Chyba raz napisałem list do żony i w zamian odesłała mi zdjęcie jej i moich dwóch córek. Powiesiłem je nad kojcem, jednak pewnej nocy spadło mi w szczelinę w ścianie. Człowiek w więzieniu często reaguje inaczej, niż w normalnych warunkach. W mojej samotności to zdarzenie nabrało wymiaru tragedii. Powiedziałem do mojego „celnika”, tego Stasia Mazura, że nie zostawię zdjęcia mojej rodziny nigdzie i nie chcę go stracić. Zaczęliśmy zastanawiać się, jak je można wydobyć. Ostatecznie pozwijał gazetę, mielił chleb, który stał się jak klej i tak pomalutku tworzył cienką listwę, która po dwóch dniach całkiem stwardniała. Do tych starań zmotywowałem go obietnicą dziesięciu paczek papierosów marki „Sport” w zamian za wydostanie ze szpary mojego skarbu. Nie wiem, czy to motywacja, czy chęć działania spowodowały, że zdjęcie udało nam się wydobyć. Byłem szczęśliwy - nie miałem co palić, ale miałem zdjęcie. Więźniowie byli bardzo pomysłowi, wymyślali gry planszowe lub karty z pudełka zapałek. Nasze zdolności manualne rozwijają się wtedy, kiedy pozostajemy tylko z prostymi przedmiotami. Na wolności czułbym się ograniczony swoją fizycznością, a w więzieniu nagle okazuje się, że potrafię więcej, niż mogłem uprzednio przypuszczać. Tak działa wyobraźnia i chęć przełamania doskwierającej bezczynności. Bardzo ciężko znosiłem rozłąkę z rodziną. Nie wiedziałem jaki dostanę wyrok i kiedy zobaczę znów żonę i córeczki.

Do więzienia zaczęły przedostawać się informacje o Stanie Wojennym. Grypsujący potrafili porozumiewać się ze światem zewnętrznym za pomocą sygnałów świetlnych lub znaków dawanych z okna. Spodziewałem się wszystkiego. Miałem tylko garstkę informacji jak zaczynają i jak kończą się takie działania. Inni internowani siedzieli razem i mogli się wspierać. Ja byłem w odosobnieniu. Mimo tych informacji w późniejszym czasie internowani załamywali się psychicznie. Sam musiałem się bardzo pilnować żeby nikogo nie wydać, nie podkolorować faktów, nie stworzyć fałszywych dowodów. Byliśmy traktowani na równi z kryminalistami. Każdy formalnie był chroniony przez przedwojennych prawników, którzy dokładali wszelkich starań aby nas wybronić. Ja współdziałałem z profesorem Wilgusem, którego o zajęcie się moją sprawę błagała moja żona. W więzieniu rozmawiał ze mną prokurator. Szczerze opowiedziałem mu o swoim losie, wyznałem, że mnie bito na nocnych przesłuchania. Dwa dni później przysłano innego prokuratora. Na rozprawy doprowadzano mnie skutego w kajdany. Byłem nawet na rozprawie Kolka i Baumgarta, mimo iż nie miałem w ich sprawach nic do powiedzenia. W końcu otrzymałem wyrok w zawieszeniu oraz nałożono na mnie grzywnę, w wysokości 40 tysięcy złotych. Po 3 miesiącach pobytu w więzieniu otrzymałem wypowiedzenie z pracy. Żona dobrze gospodarując odłożyła trochę pieniędzy. Po czteromiesięcznej przerwie w zawodzie i z moimi „referencjami” nie miałem szans na znalezienie pracy. Starałem się o zapomogę finansową. Wówczas ksiądz wspomógł nas finansowo i dzięki temu udało nam się przetrwać ten trudny okres.

Klaudiusz Baumgart zdradził, to było jasne. Zarębski, miał ochotę go zabić. Namawialiśmy go jednak do wyrozumiałości, tłumacząc jak skomplikowana i słaba jest ludzka psychika. Kiedy wychodziliśmy z więzienia Zarębski początkowo nie chciał podać ręki „zdrajcy”. Nakłoniliśmy go jednak, aby nie upokarzał winnego ponad to, czym sam się upokorzył. Dzięki temu gestowi podania ręki Baumgart nie został zdeptany przez swoich. Był wcześniej aktywny, dziarski, ale więzienie go złamało. Później byłem u niego raz jeszcze, aby przekazać ważną informację. Gdy wszedłem do jego mieszkania zobaczyłem tam mojego byłego, więziennego „celnika”. Być może Baumgart poddał się całkowicie, w wieku 47 lat wyjechał do Niemiec i zerwał z nami kontakty. W 1988 roku już nie pracowałem w kopalni, choć miałem do niej sentyment. Stałem pewnego razu pod bramą i obserwowałem moich kolegów, którzy dalej angażowali się w działania opozycyjne. Podziwiałem ich zapał, odwagę, zazdrościłem tej możliwości walki o wolną Polskę. Górnicy byli bardzo zorganizowani, ale działali z rozwagą. Wtedy wierzyłem, że jeżeli na Śląsku uda nam się stawić opór, to Polska weźmie z nas przykład.

Uważam, że od tamtego czasu nastąpił w naszym kraju ogromny postęp. Mimo tego nadal nie jest dobrze, wzrasta bezrobocie. Zakłady pracy ciągle wykorzystują swoich pracowników. Nie przestrzega się kodeksu pracy, nie pilnuje podpisywania pełnoetatowych umów. Związki zawodowe są bierne, zasłaniają się gierkami polityków. Mam rozeznanie, jak wygląda system „kapitalistyczny” w naszym kraju, ponieważ przez 20 lat prowadziłem działalność gospodarczą. Jest ciężko, ale ludzie żyją godniej. W przeszłości, aby upokorzyć społeczeństwo, władza posuwała się nawet do zabierania żywności. Pomimo tego, że i dziś wielu ludzi żyje w trudnych warunkach to nie ma takich problemów. Znacznie poprawiła się jakość życia Polaków. Kiedyś marzenia można było schować do kieszeni, dziś marzenia można realizować. Oczywiście, w międzyczasie władza wykonała wiele nieprawidłowych ruchów, chociażby likwidację PGR-ów. Naciskać na edukację, likwidując szkoły zawodowe i górnicze, które były wtedy na bardzo wysokim poziomie. Tym samym stracono możliwość kształcenia dobrych, fizycznych pracowników. Nie wszyscy mogą być wykwalifikowanymi inżynierami i magistrami, ktoś musi piec chleb i budować domy z cegieł. Likwidacja szkół technicznych to ślepy zaułek, ponieważ pracownicy nie są tak gotowi do wykonywania swojego zawodu. Uczą się dopiero w praktyce, a przez to często spotykamy się z niekompetencją i zagrożeniem zdrowia. Cofając się pamięcią do czasów naszych rodziców, widzę tę zasadniczą różnicę pomiędzy komunizmem a demokracją. Pamiętam zapach zachodnich frykasów - kojarzył mi się z marzeniami, których wtedy nie można było zrealizować. A dziś? Proszę się rozejrzeć, jak łatwo jest dorobić się tego, o co my wtedy walczyliśmy swoimi cierpieniami.