Relacja:Jerzy Geresz

Z Encyklopedia Solidarności

Tylko w Internecie.

Relacja Jerzego Geresza

Kobylany, 18 VI 2009

Kiedy pierwszy raz poczucie wolności dociera do Pana, studiuje Pan od 1965 r.?

Pojęcie wolności do mnie wtedy jeszcze nie dociera, nie podlegało wtedy jeszcze mojej percepcji. Studiowałem, od 1965 r. do 1968 r. mieszkałem w akademiku przy Zamenhofa, dotarły do mnie wtedy wiadomości, jakie tu tragiczne wydarzenia miały miejsce. Wśród studentów działali tacy ludzie jak Jacek Kuroń, Karol Modzelewski, bardzo ideowi, którzy za to, że tacy byli zostali aresztowani. Był taki czas w moim życiu, że nosiłem się nawet z zamiarem przystąpienia do ZMS. Chodziło mi o to, żeby czegoś się dowiedzieć i dlatego sadziłem, że to będzie dobre rozwiązanie. Zdarzyło się nawet, że trafiłem na jakieś szkolenie wyjazdowe, organizował to Bonawentura Chojnacki (ostatni przewodniczący Związku Młodzieży Polskiej), dowiedziałem się wtedy o takich osobach jak Krzysztof Pomian, Leszek Kołakowski. Dowiedziałem się, że po tych dramatycznych aresztowaniach Kuronia, Modzelewskiego na uczelniach zaczęto organizować spotkania, studenckie ośrodki dyskusyjne (SOD-y). Na tych spotkaniach organizowanych przez Chojnackiego, „starego zetempichę” dowiedziałem się też o komandosach, dowiedziałem się o ich zachowaniu w czasie spotkań, gdy ktoś miał za bardzo proreżimowe wypowiedzi, to wytupali go, Kuroń i Modzelewski to odbywają staż więzienny na własne życzenie, pierwszy raz wtedy usłyszałem o Michniku.. Na jedno takie właśnie spotkanie jesienią 1967 r., zaproszono L. Kołakowskiego i K. Pomiana. Moja egzystencja to nauki ścisłe. Pierwsze wydarzenia, które bardzo mocno mnie poruszyły to były wydarzenia 8 marca 1968 r. Dociera do mnie informacja, że relegowani będą Adam Michnik i Henryk Szlaifer. Fizyka była dla mnie bardzo ważną dziedzina życia. Wtedy, kiedy miały miejsce te wydarzenia, manifestacja ja szedłem do budynku dziekanatu Wydziału Fizyki w Pałacu Kazimierzowskim, który znajdował się przy Krakowskim Przedmieściu tuż obok Rektoratu ( w którym notabene mieściła Szkoła Rycerska, którą ukończył Tadeusz Kościuszko). Wtedy usłyszałem głosy „...dziady, dziady...”. Wtedy sobie właśnie pomyślałem coś się dzieje, jakaś heca będzie! Wtedy bardzo mi zaimponował prof. .. Bobrowski, powiedział wtedy do nas, studentów, że każdy z nas ponosi cząstkę odpowiedzialności za to co teraz się dzieje. Poza tym zauważyłem wtedy pełno panów w czarnych kapeluszach i płaszczach. Tłum bał bardzo przemieszany, ci smutni panowie i studenci. Ktoś z tłumu nagle rzucił pomysł - siadamy. No i wtedy manifestanci przykucnęli i ci panowie w kapeluszach stali pośród tłumu i nie wiedzieli, co robić. Zaczęli się głupio czuć i w pewnym momencie zaczęli się wycofywać. Tą metodą zyskaliśmy to, że przynajmniej część studentów była wolna od panów w kapeluszach. Był taki moment, że część tych esbeków zajęła się jednym ze studentów, jeden z nich zaczął zaciskać mu okulary. Koledzy go jednak wyratowali, chwycili go za ręce i przeciągnęli w swoją stronę. Pamiętam ten drapieżny ruch ręki chwytającej za okulary i dopiero wtedy zrozumiałem, co to za siła. Dopiero po wszystkich wydarzeniach dowiedziałem się, że walono i bito studentów, o aktywie robotniczym. O tym, że kolega Grabski był trzymany w Pałacu Mostowskich. W szkole pamiętam uczono nas, że okres stalinizmu był rozliczony, był okres błędów i wypaczeń. Pierwsze manto dostałem pod gmachem Wydziału Elektroniki Politechniki Warszawskiej (to był drugi dzień strajków), który znajdował się w okolicy Placu Jedności Robotniczej, ja tam często zaglądałem bo tam był gmach biblioteki matematycznej. Tłum zebrał się tam ,był pomysł żeby iść w stronę akademików „Riwiera”, żeby dołączyli do nas ich mieszkańcy. W drodze do tego akademika zagrodził nam drogę szpaler „golendziniowców”. Tłum się rozproszył, zaczęliśmy małymi grupkami wracać w stronę Pl. Jedności Robotniczej. Jeden z tych golendziniaków dopadł mnie pod gmachem Elektroniki i zaczął walić po plecach. I w tym momencie myślę, co tu zrobić, w tym momencie padłem na ziemię. Myśl była taka, że jak będę leżał to da mi spokój. I tak też się stało. Dodatkowo ktoś z przyległego budynku otworzył okno i podał mi rękę, ja tam wskoczyłem. To był taki ludzki odruch solidarności. To jest takie polskie, że jeżeli są represje, to trzeba było być po stronie represjonowanego. Niedziela minęła bez wydarzeń. W poniedziałek na Krakowskim Przedmieściu było ostro. Było tam dużo chuliganów, którzy chcieli się „wyżyć”. Wszędzie było pełno odłamków kamieni, drewna. Odgłosy łomotów coraz dochodziły. Ja dotarłem tam od strony Placu Zamkowego. Zobaczyłem długa kolumnę samochodów milicyjnych, pomyślałem, że to jest przecież coś pozytywnego, czego nie należy się bać. I nagle z jednego z samochodów wyciąga milicjant tubę i wrzeszczy: „Kompania do boju!” I z każdego z tych wozów wyskoczyła grupa golendziniaków z pałami. Też wtedy oberwałem. Pamiętam ludzi szukali wtedy schronienia w sklepach. A milicja do sklepów nie wchodziła, operowali cały czas na ulicy. Pamiętam też to słynne spotkanie Gomułki z aktywem, dowiedziałem się wtedy, że są dwa rodzaje Żydów. Na Wydziale Fizyki było dużo osób o obco brzmiących nazwiskach.... Wtedy usłyszałem, że ci którzy chcą jechać do swoich do Izraela, dostaną paszporty. Nawet mnie ktoś zapytał na uczelni: a ty Geresz nie czujesz, że to też twoja ojczyzna!

Potem brałem udział w Oratorium Maximum w kilkudniowym strajku.

Czy po Marcu 1968 r. spotkały Pana represje?

Nie. Ale na terenie akademika przy ul. Zamenhofa 10 A powiesiłem wtedy plakat o treści anty (ale nie o wydźwięku politycznym). Wezwano mnie i przesłuchiwano, pytano czy wiem coś o tych plakatach. Wydarzenia marcowe wpłynęło na to, że nie mogłem myśleć o wzorach (matematycznych – przyp. Autora relacji). Na moją psychikę bardzo mocno wpłynęło bycie w tym tłumie i uczestnictwo w tych wydarzeniach, byłem wytrącony. Dało mi to poczucie takiej siły, która mocno poruszyła moja psychiką. Człowiek utożsamia się z tym tłumem. Potem czytając „Psychologię tłumu” Gustave Le Bona dotarło do mnie to, o czym potem czytałem. Pamiętam też spotkanie z ministrem z Jaremą Maciszewskim, I sekretarzem Komitetu Uczelnianego PZPR w klubie Proxima. To było spotkanie po wydarzeniach grudniowych na Wybrzeżu. To była wiosna 1971 r. on to podsumowywał, kolejna edycja błędów i wypaczeń. Powiedział, że zbierze się specjalne plenum, które to wszystko podsumuje i zbierze. Ja poczułem wtedy potrzebę, czy by nie należało się odnieść do wydarzeń marcowych. I wtedy padło takie z jego strony „NIE”. Stwierdził, że zostało już wszystko podsumowane i do tych wydarzeń nie będzie się już wracać. Komitet Centralny jak już raz ustanowi, to już nie ma do czego wracać.

Badania psychologiczne prowadzone nad moją osobą dwukrotne stwierdziły, że jestem osobowością schizoidalną, człowiekiem którego cechuje lęk przed obcymi. A jednocześnie to by świadczyło o tym, że człowiek jest zbitką sprzeczności. Ja zgadzam się z tym, że jestem człowiek podszytym lękiem, tzn. nie takim, że ktoś mnie napadnie, ale jest też coś takiego jak lęk przed odrzuceniem, przed obcym.

Czy w początku lat siedemdziesiątych czuł się Pan opozycjonistą, jak Pan odbierał Gierka?

Ja wierzyłem Gierkowi. Dałem się nabrać na tą jego pokorę, na to słynne „pomożemy” i no! Byłem zdania socjalizm tak, wypaczenia nie.

Potem zaczyna się moment osobliwy mojego dochodzenia do opozycji. Dotarła do mnie książka Stanisława Lema „Dialogi”. Wyszło to w latach siedemdziesiątych, jako popularyzacja cybernetyki, do mnie dotarło drugie wydanie. Zaczyna się: Nie pojawił się dotąd podręcznik patologii zarządzania socjalizmami. Znalazłem tam metaforę na temat tego, że zbudowano maszynę. Powinna ona funkcjonować bez zarzutów. A tu zaczyna się coś psuć, drgać. I nagle osoba obsługująca tą maszynę zaczyna obserwować, że coś jest nie tak. A co tu zrobić jeżeli ta maszyna została skonstruowana w sposób nieomylny. Można zakręcić dopływ pary, maszyna zwalnia, drgania ustają. A maszyna przecież nie może przestać pracować. Odkręcamy parę, maszyna zaczyna pracę, nabiera obrotów. Lem właśnie tą metafora zinterpretował okres dwutaktowy odpływu pary, dokręcania maszyny i przykręcania. Między rokiem 1956 a 1961 r. to był okres odkręcania pary, czyli takie rozpędzanie maszyny. To był okres zielonego światła dla rzemiosła itp. Wielu za ważną datę przyjmuje dzień zamknięcia „Po prostu”, więc to był taki ważny moment na dokręcanie. Wpadła mi w ręce książka w 1973 r. Rene Thome’a (wsłuchać się jeszcze raz w tytuł FILozofia nauki) przyczyniła się do mojego powrotu do chrześcijaństwa, ja tą książkę przepisałem prawię całą. Gdy dowiedziałem się o książce, to miałem do niej dostęp w jęz. Francuskim, a tego języka nie znałem. Dopiero uczyłem się francuskiego, tłumacząc tą książkę. R. Thome był osobiście na konferencji naukowej. Czytał moje interpretacje jego książki, z którymi się zgadzał. Zrobiło na nim wrażenie, że zobaczył swoją książkę spisaną przeze mnie odręcznie. Słowo stało się ciałem. W tej książce naukowej były cytaty z Biblii i to zrobiło to na mnie mocne wrażenie. Teraz to już nie dziwi. Rola symboli w życiu człowieka. Naiwna racjonalność. Odkrywanie chrześcijaństwa. Ja jestem ofiara reżimu w tym sensie, że zawierzyłem temu systemowi. Jako prosty człowiek przyjmowałem to, co mówiono w szkole. A bycie religijnym, to bycie ciemniakiem, prostakiem. R. Thome’owi zawdzięczam to, że on mnie naprowadził na te bardzo wszechstronne rozważania teologiczne.....filozoficzne Young Zwrócił moją uwagę na kwestie, że religijność to jest ciemnota.

Czy to dochodzenie do wiary przekładało się u Pana zmianę w światopoglądzie, jak dotarł Pan do środowiska opozycyjnego?

„Dialogi” Lema czytane w 1972 z tą maszyną parową zapadły mi w pamięć. Potem dostałem list Jana Graszkowiego w sprawie Tibora Petrisa, to był gangster. To było opisane w książce J.J. Lipskiego Mój znajomy Maciej ...wicz Moje życie składało się z bycia out i bycia studentem. Ukończyłem studia po 20 latach od momentu od rozpoczęcia w 1985 r., będąc studentem napisałem podręcznik dla doktorantów. Przyszedł do mnie mój przyjaciel Maciej Liniewicz z listem Janusza Groszkowskiego. Była sprawa relegowania z uczelni Jacka Smykała, moja znajoma Ewa Ligocka doznała represji. E. Ligocka razem z Jarosławem Kaczyńskim dojeżdżała do Białegostoku na zajęcia, dużo godzin spędzali w pociągu. J. Smykała był synem powstańca. J. Groszkowski zrezygnował z przewodnictwa Frontu Jedności Narodowej, dopiero z przebitek się dowiedziałem jaka była faktyczna przyczyna rezygnacji z tego stanowiska. A ja byłem tak naiwny i wierzyłem w Gierka. Moje pierwsze poczynania były na własną rękę. Mówiłem to Markowi Jeżmanowi. Przepisałem list Groszkowskiego na maszynie, którą miałem. Zacząłem go rozprowadzać. Wpadłem na pomysł, że na tablicy Wydziału Matematyki w Pałacu Kultury i Nauki, na której ludzie przyczepiali różne swoje wywody, ogłoszenia. Poszedłem do sklepu i poprosiłem o dobry klej hermol. Przykleiłem każdą kartkę osobno b. dokładnie. Na drugi dzień przychodzę a tam takie dziury w tych miejscach, gdzie były te moje kartki. W maju dotarł do mnie tekst Edwarda Lipińskiego do E. Gierka i też go przepisałem. Na lato przeniosłem się do mojego przyjaciela Jurka Blacharskiego. Wcześniej usłyszałem, że Jaroszewicz wycofuje się z podwyżek. Potem było o tym, że nie kursują pociągi ze stacji Warszawa Śródmieście. Nadal zajmowałem się moim Thome’ m, a w kraju cały czas poza tym coś się działo. I wtedy złożył mi wizytę Antek Macierewicz, to było gdzieś na początku lipca. Chodziło o przepisywanie tekstów na maszynie. Moim łącznikiem był Roman Kiszka. To może być osoba, która mogła udzielać SB informacji na mój temat. Był czas, że to właśnie od niego miałem informację, że będzie rozprawa sądowa 20 lipca, w sprawie wykolejenia elektrowozu w Ursusie. Rozkręcono tory i robotnicy wymyślili, że jak będzie jeszcze wykolejony elektrowóz, to będzie jeszcze więcej ambarasu. To był taki czas, że na salę nie wpuszczano publiczności. Byli A. Macierewicz, Adam Michnik. Moim zdaniem to reżim wypromował Adama Michnika, on brylował. Kuroń miał charyzmę, był w centrum. Od lipca jeździłem do Ursusa, Żyrardowa. Zbierałem relację. Utkwił mi w pamięci pan o nazwisku Szlaga. I nawet ten, który przepracował cały dzień był następnie sądzony. Szlaga też spędził cały dzień w pracy, po pracy poszedł na peron i zdziwiło go to, że pociągi nie jeżdżą. Na stacji jakieś osoby czekały, nagle wpadła cała grupa milicjantów z pałkami. Wtłukli mu i na dodatek zapakowali do milicyjnej „suki” i zawieźli przed kolegium. I on był tym bardziej zbulwersowany tym, że przecież przepracował cały dzień i za to go ukarano. Miał pecha. No i dostawałem zlecenia i dostarczałem pieniądze pod wskazane adresy do ludzi represjonowanych. Moim łącznikiem był Krzysztof Mączyński. Później się okazało, że jestem dobrze odbierany w pierwszych kontaktach. Byłem współpracownikiem KOR, wcześniej niż on faktycznie powstał. Ta działalność dotycząca zbierania danych, docierania z pomocą do represjonowanych. Byłem stałym współpracownikiem, tak jak i J. Kaczyński - Zofii i Zbyszka Romaszewskich. 28 października 1968 r. uległem wypadkowi, jadąc na rowerze, zahaczył o mnie autobus. Miałem 69 procent trwałej utraty zdrowia.

Ja byłem takim „pogotowiem”, byłem poza strukturami, jak była potrzeba to jechałem. Do Krakowa się udałem z inicjatywy Romana Kiszki, syna oficera wywiadu. R. Kiszka bardzo nienawidził swego ojca, robił mu na złość. Ja brałem udział tzw. Akcji „bojkotu juwenaliów” w Krakowie po śmierci Stanisława Pyjasa, odczytywałem apel w imieniu KOR-u przy ul. Szewskiej. Tam pierwszy raz zetknąłem się z Lesławem Maleszką. Udaliśmy się gdzieś do jakiegoś mieszkania, bo zaoferowałem się, że przepiszę Deklarację Założycielską SKS na maszynie do pisania i w czasie przepisywania coś zacięło się w maszynie, Maleszka wpadł w histerię, chciał z pięściami rzucić się na urządzenie. Mówię mu spokojnie, coś pokombinowałem i maszyna znowu działała. Zapamiętałem go właśnie wtedy jako typ takiego histeryka. Nie wiem, nie pamiętam jak to było, że znalazłem się w jednym z akademików, gdzie doszło do założenia SKS. Niewykluczone, że Wojtek Onyszkiewicz mnie tam skierował, a on bardzo aktywnie się tam udzielał. Esbecy wygarnęli młodą część KOR-u po tych juwenaliach, aresztowali ich prawdopodobnie 20 maja. A ja wróciłem pociągiem. W. Onyszkiewicz w trakcie powrotu uległ wypadkowi i potem leżał na łożu boleści, był w centrum uwagi. Następnie doszło do próby założenia warszawskich SKS – spotkanie założycielskie na Ursynowie. Tam był Lucek Dorn, Bronek Komorowski, Sergiusz Kowalski, R. Kiszka. A dla mnie przyszedł chrzest bojowy, ponieważ zostałem zatrzymany przez Służbę Bezpieczeństwa. Ludzie zaczęli zwracać uwagę, że coś się dzieje. Była tam para, dziewczyna i chłopak ubrani w jeansy (kurtki i spodnie). Zwróciliśmy uwagę, że spomiędzy nich wystawała antena, mieli przy sobie waki taki. W związku z tym, co zaobserwowaliśmy, podjęliśmy decyzję, że rozchodzimy się parami z tego naszego spotkania, tak co kilkanaście minut. Ja wyszedłem z Kiszką na autobus i nagle patrzymy a tam cala kolumna radiowozów. W pewnym momencie i nas zgarnęli. R. Kiszka wyznał mi kilka miesięcy później, że to był moment kiedy go złamali. Ja zaś spędziłem wtedy noc na dołku w Pałacu Mostowskich w towarzystwie B. Komorowskiego. Trafiliśmy do dwóch pospolitych, kryminalistów. Zostaliśmy przez nich bardzo pozytywnie przyjęci, jako ci którzy też są przeciwni reżimowi.

Na głodówkę do św. Marcina wprowadziła mnie Bogusława Blaifer, mówiono na nią Ośka. Napisałem tekst: Refleksje z kościoła św. Marcina. Jest zawarty w I numerze „Spotkań” pod redakcją Janusza Krupskiego. Kazimierz Świtoń pojawił się na tej głodówce, powiedział, że dla niego to jest chrzest bojowy. Tą głodówką rozpoczyna swoją działalność. Nie za wiele z nim rozmawiałem wtedy, z resztą osób też za dużo nie dyskutowałem. Cierpiałem wtedy na taki charakterystyczny ból głowy, spowodowany niejedzeniem. Czułem się na takiego skołowaciałego i otępiałego. Rej wodzili wtedy inni, min. Bogdan Cywiński, tam go wtedy poznałem. Był tam tez ojciec Aleksander...(uzupełnić), który jako osoba duchowna musiał każdego dnia odprawić mszę. A ja wtedy byłem jeszcze osobą areligijną. Ojcu zależało aby odprawić msze dla tych wszystkich „głodomorów” zależało mu byśmy się wzięli za ręce z celebransem i utworzyli krąg. Miedzy nami była B. Blaifer – osoba nigdy nie ochrzczona, córka przedwojennych komunistów. W czasie jednego z krótkich kazań które ojciec do nas wygłosił doznałem olśnienia, chodziło o to przeciwstawianie klasy klasie, człowieka człowiekowi. I dopóki to zło będzie na świecie, nic dobrego nie nastąpi. I to był dla mnie właśnie bardzo ważny moment. Po głodówce trafiliśmy do państwa Grzegorczyków ja i Świtoń. Ja na dwa dni, a Świtoń już na drugi dzień czuł się lepiej, ja byłem jeszcze słaby. Bardzo dużo numerów Znaku, Więzi w tym domu, odkryłem jakie ja mam ogromne zaległości w lekturze.

Kontakty z osobami ze Śląska: Władka Suleckiego poznałem u Henia Wujca. I na jego zlecenie jeździłem też do Suleckiego. Osobą, która bardzo mi się nie spodobała to był właśnie Andrzej Spyra który był umieszczony w stopce „Robotnika”. Zgłosiłem się do niego pod jego adres. Odprowadzał mnie do pociągu, a jego twarz przybrała inny wyraz – tak jakby druga twarz, wyglądał jakby już miał w głowie treść donosu. I jak tylko wysiadłem z pociągu, to już esbek zapraszał mnie do samochodu. Najczęściej byłem zatrzymywany, prawie zawsze przy okazji wizyty u Świtonia. Esbecy powiedzieli mi, że my tu (na Śląsku) sobie pana nie życzymy. W maju 1979 zapakowali mnie do „suki” i zaczęli wieźć, patrzę przez okratowane okno, że wyjeżdżamy z Katowic i wiozą mnie na wschód, mijamy Kraków, cóż jedziemy dalej, potem mijamy Tarnów i nagle w środku lasu mnie wysadzają i zostawiają samego. A samochód wyjeżdża. Esbecy prawdopodobnie przy okazji jakiegoś kursu wywieźli mnie w tamte okolice. Po słońcu oceniłem, że wywieźli mnie na południe Tarnowa. I szedłem tak na północ kilka kilometrów przez las. Potem wsiadłem w autobus, który zawiózł mnie do Tarnowa. Pamiętam, że wychodzę od Świtoniów i zostaję zatrzymany. Robiłem im różne takie siupy, robienia im na złość. Tak sobie pomyślałem, ż nie będę reagował na żadne ich polecenia. Usiadłem na podłodze i powiedziałem, że róbcie, co chcecie. Zacząłem stosować taki „bierny opór”, co było już praktykowane przez inne represjonowane osoby, w szczególności w czasie trwania tzw. kociołów. To co ja przeżyłem przy okazji wyjazdów do Świtonia, świadczy, że to był człowiek przez SB najbardziej szykanowany. I trzymany najbardziej na widelcu przez ten aparat reżimowo-ubecki.

Kazali mi okazać dowód, a ja im odpowiedziałem, że nie. I byłem nie na 48 godzin zatrzymany, a na 35 dni. Zawieziono mnie na Kolegium, które orzekło karę grzywny 40 tys. zł. Ponieważ odmówiłem zapłaty, zamieniono karę grzywny na 60 dni aresztu. Dostałem współwięźnia Jerzego Maciejewskiego (RAPORT MADRYCKI sprawdzić nazwisko i ten raport) Brali go codziennie na ileś godzin, siedziałem też z produkującym i zażywającym narkotyki. Dostałem też pod celę ziomka..Nicziporuka.. Maciejewski o nim mi mówił: ziomek z Łołaz. Ja podjąłem decyzje, że będę głodował. Ten Maciejewski i ziomek mieli mnie do niej zniechęcić, bili mnie ręcznikiem, byłem cały posiniaczony. Katowali mnie, żeby zniechęcić mnie do głodówki. Powodem głodówki było to, że chciałem do celi z powrotem dostać Biblię, którą miałem w dniu aresztowania przy sobie. A jeździłem z nią w długie trasy. Biblia była w depozycie. Nie chcieli mi jej zwrócić. Wytrzymałem 8 dni głodówki, po zakończeniu otrzymałem ten mój egzemplarz. Wychowawca oczywiście mówił, abym nikogo nie ewangelizował. Nikt na wolności nie wiedział gdzie przebywam do czasu. Zosia Romaszewska pierwsza wszczęła akcję poszukiwawczą, do Kobylan udał się Jarosław Kaczyński do moich rodziców, dowiedzieć się gdzie przebywam , oni też mieli formalne prawo do zawiadomienia o moim zaginięciu. K. Świtoń poszedł do Kolegium, zobaczył, że jeszcze do zapłaty pozostała reszta zasądzonej kary grzywny, wpłacił. Zwolnienie mnie wyglądało tak, że znowu wywieziono mnie bardzo wczesną porą w las, było bardzo rześko, to był jakiś sierpniowy dzień. Poszedłem w kierunku przeciwnym niż mnie przywieziono, z dwa- trzy kilometry. I nagle patrzę pojawiła się nazwa Miasteczko Śląskie. Doszedłem do jakiegoś przystanku i pomyślałem gdzie tu jechać. Pojechałem znowu do Świtonia. Ja miałem taką wewnętrzną potrzebę, aby nie zostawić tego człowieka samego sobie. Byłem tez pod wrażeniem sytuacji jego żony, to jest takiego rodzaju projekcja. Zobaczyłem tak jakby ścisłą analogię z moją rodziną, w której to moja matka była taką osobą, która to wszystko trzymała, musiała wytrzymywać różne sytuacje. To była taka kobieta, z którą kojarzą się trzy litery K: kinder, kirche, kitchen. Ona żyjąc z ta szóstką dzieci dźwigała ten ciężar życia to jest dla mnie ta swego rodzaju analogia. Ja miałem takiego poczucie, że ze Świtonia to wielki działacz raczej nie będzie, człowiek konfliktowy.

14 stycznia 1979 to była akcja ulotkowania, wtedy Świtoń był w więzieniu za rzekome pobicie 4 milicjantów. Ja rozdawałem te ulotki jako dodatek do mleka. Udało mi się rozdać połowę zawartości mojej torby. Było ciemno, zaczynało się rozwidlać. I nagle widzę ktoś biegnie. Ja nie wiem czy za mną, czy przyspieszyć kroku. I nagle mnie dopada, podjeżdża radiowóz i zabierają mnie z tą torba, która była własnością Zosi Romaszewskiej. Któremuś esbekowi musiała się spodobać, oczywiście nie otrzymałem jej z powrotem, bo powiedziano mi że jest to narzędzie przestępstwa. A tu przecież nie było żadnego orzeczenia sądowego, więc nie było też przestępstwa.

Pamiętam też wystąpienie na rozprawie sądowej, na której byłem, Siły Nowickiego, który w sądzie podważał to, by Świtoń mógł czterech sprawnych policjantów pobić, przecież to nie jest żaden atleta. To co milicja z samych niedołęg się składa.

Byłem tez obserwatorem na rozprawie Piotra i Ryszarda Świtoniów. Był to dość osobliwa sprawa, ponieważ byli sądzeni z jednego aktu oskarżenia, a zarzuty które im stawiano, nie miały żadnego związku ze sobą. Poszkodowanymi były różne osoby, w różnych miejscach. W moim przekonaniu na tym musiał pracować cały sztab specjalistów od psychologii stosowanej, cały czas były szykowane przynęty, aż wreszcie coś się udało, ryba chwyciła przynętę. Piotrka rozpracowywano tak, że ksiądz pederasta Longin Kozub musiał współpracować, zostawił te pieniądze. Potem kwestia tego pozostawionego pierścionka w łazience. Z reszta w sądzie nie było go jako dowód, ileś osób zeznających. Świtoń był rygorystą, nie chciał dzieci za bardzo rozpieszczać. A wyrok był nieadekwatny dla czynów. Utrzymywanie przeze mnie kontaktów z rodziną Świtoniów było traktowane z niechęcią przez środowisko, a ja jeździłem do nich całkowicie z własnej inicjatywy, z nikim tego nie uzgadniałem. A jechać żeby spędzić kolejne 48 godzin dodatkowo. A ja postanowiłem na przekór temu aparatowi, że będę jeździć, nie można o nich zapomnieć.

Bywałem też u Jerzego Grzebielucha kilkakrotnie (był to człowiek podłamany, podobny do Maleszki). Ostatnie moje zetknięcie z Grzebieluchem i ze Świtoniem miało miejsce w 1980 r., po utworzeniu „Solidarności”. Od Świtonia usłyszałem, ty się tu nie wtrącaj w nasze śląskie sprawy. To mogło być spotkanie założycielskie Rolników Indywidualnych w Łazach, tak to chyba było. Nad wejściem był napis: „Nie rzucim ziemi skąd nasz ród”. Był właśnie Świtoń i jak to zazwyczaj jak coś się działo z jego osoba doszło do scysji. Tam chodziło o Łaszka (jak ktoś był alkoholikiem w tamtym czasach, to trudno żeby nie był TW). On chodził w mundurze, takim jakby z czasów jego pracy w PKS, chciał się tym jakby dowartościować.

To było w przededniu imienin Kazimierza. Świtoń chciał żebym był u niego na imieninach. A ja się zastanawiałem, co wybrać. Towarzyszyłem Suleckim do Niemiec do granicy, gdy oni wyjeżdżali na stałe. To wszystko przez to, że w Gliwicach był esbek Ryszkiewicz, bardzo przystojny, który tak pracował nad Sulecką, że udało mu się ją namówić do wyjazdu zagranicę i wyjechali. A Świtoń był o Suleckiego zazdrosny. On uważał, że swoją działalność prowadzi oddzielnie. A Suleckiego uważał, że jest dla nas narzędziem (dla KOR), że sam nie wie, co podpisuje.

W lutym 1981 r. była scysja między Józefem Śreniowskim a K. Świtoniem na otwartym spotkaniu, na terenie Łodzi, prawdopodobnie zorganizowanym przez NZS. Pokłócili się o Józefa Geresza. Pojawił się też wątek Suleckiego, wtedy Świtoń zarzucił, że KOR posługiwał się nim jako pionkiem. A to chodziło o taki apel pożegnalny Suleckiego, to była jego inicjatywa. I Śreniowski powiedział właśnie, że to był apel Suleckiego, a pomógł mu zredagować Jurek Geresz. Po tym nastąpiła kłótnia, w której moje nazwisko wystąpiło w kilku przypadkach. Reżimowa gazeta w Łodzi to opisała.

Czy to nie było tak, że reżim najbardziej dowartościował tą próżność Świtonia.

Moje zmarnowane życie jest podobne do życia Edwarda Stachury.

Jazgot przeciwko biskupom (przepraszanie biskupów) – usłyszałem Gomułkę ze spotkania z aktywem z Żerania, język prymitywny.