Relacja:Jerzy Kowalewski

Z Encyklopedia Solidarności

Tylko w Internecie.

Relacja Jerzego Kowalewskiego

Warszawa, 9 IX 2009

KILKA WSPOMNIEŃ
1963

W kwietniu 1963 r. miały miejsce w Łodzi protesty pielęgniarek i tramwajarzy. Chyba pod wpływem tych wydarzeń ukazały się w akademiku na pl. Narutowicza w Warszawie (mieszkałem w tym kompleksie akademików przy ul. Mochnackiego 8) ulotki wzywające do udziału w wiecu wyznaczonym na 29 kwietnia 1963 r. na placu Politechniki. Chciałem zaprosić na wiec mojego kolegę szkolnego, który mieszkał na Żoliborzu, ale nie zastałem go w domu, więc sam o wyznaczonej godzinie stawiłem się przed Gmachem Głównym Politechniki. Byłem zaskoczony, bo nie zastałem tam tłumów. Było chyba trochę więcej osób, ale nikt nie przemawiał i ja nie czułem się tak, jakbym wiecował.

Po pewnym czasie dostałem wezwanie do Pałacu Mostowskich. Byłem przesłuchiwany przez jednego lub dwóch funkcjonariuszy. Przepytywali mnie na okoliczność ulotek i wiecu (może zgromadzenia?). Ulotek nie widziałem, więc nawet na wariografie mógłbym bezpiecznie zeznawać, że nic nie wiem. W sprawie wiecu twardo obstawałem, że nie byłem na wiecu, bo przecież żadnego wiecu nie było. Śledczy pokazali mi zdjęcia zrobione z budowanego wówczas budynku Wydziału Łączności (dzisiaj Wydział Elektroniki), na których wyraźnie było widać, że ja to ja, ale było też widać, że jestem sam, czyli nie musiałem się tłumaczyć z kolegi ze szkoły, którego nie przyprowadziłem na wiec, bo nie zastałem go w domu.

„Na Mostowskich” byłem w ten sposób przesłuchiwany chyba ze dwa razy może trzy. Następnie dostałem wezwanie do prokuratury, gdzie też byłem dwa lub trzy razy. Przesłuchiwała mnie młoda pani prokurator, którą zapamiętałem ze względu na to, że miała oczy prawie bezbarwne (do wiadra wody wpuścić jedną kroplę atramentu) i mimo, że twardo patrzyłem jej w oczy, nigdy tych oczu nie spuściła, ani nawet nie zamrugała nimi. Kiedy w 1982 r. w związku ze sprawą Jana Narożniaka (drukarz podziemny postrzelony przez milicję) w telewizji pokazywano prokurator Bardonową, poznałem w niej moją młodą panią prokurator z przesłuchań w 1963 r. Wezwania do MO i Prokuratury dostawałem do akademika. Kiedyś przyjechali do mnie zapłakani rodzice, rzucili mi się na szyje i wołali żebym się nie martwił, że już wszystko będzie dobrze. Zbaraniałem i nie mogłem pojąć, o co chodzi, dopóki mi rodzice nie pokazali zawiadomienia o umorzeniu postępowania. Te pacany z prokuratury ostatnie zawiadomienie wysłali na mój stały adres i w ten sposób dowiedzieli się o tym moi rodzice.

Potem jeszcze (a może przed incydentem z rodzicami) zostałem wezwany do Rektora PW. Było nas kilkanaście osób (studentów). Zapamiętałem, że prof. Jerzy Bukowski przemówił do nas w sposób raczej ojcowski, a nie urzędowy, raczej życzliwy, a nie opryskliwy. I tak się skończył mój wiec z 1963 r.

1965-1968

W 1965 r. nie brałem udziału w głosowaniu w wyborach do sejmu, tak jak i nie głosowali moi dwaj koledzy z pokoju akademickiego (Marian i Janusz). Wyjątkowo głupia kierowniczka akademika przy ul. Mochnackiego 8 próbowała nas straszyć, że powyrzuca nas z akademika, jak nie pójdziemy głosować. Po drobnych przepychankach słownych sprawę uznaliśmy za dawno zamkniętą, gdy nagle problem odżył w trakcie ubiegania się Mariana na wyjazd do Francji na obóz IASTE.

Nasz wspólny kolega z jednej grupy studenckiej, członek PZPR, Tadeusz Nowakowski stwierdził, że Marian nie może pojechać do Francji ze względu na postawę etyczno-moralną (tak to się chyba wtedy w nomenklaturze partyjnej nazywało). Marian był sierotą z domu dziecka, osobą spokojną i gołębiego serca, dobrze znał francuski i miał dobre wyniki w nauce. A do tego był moim kolegą z pokoju. W trakcie jakiejś przerwy wykładach, w dużej sali, przy licznym gronie studentów, pewnie w niezbyt obyczajny sposób nawymyślałem Tadeuszowi Nowakowskiemu, Teodorowi Lachowskiemu (z naszej grupy studenckiej, członek PZPR) i Bieńkowskiemu (imienia nie pamiętam, członek władz wydziałowych ZSP). Wszyscy dotychczas wymienieni mieszkaliśmy w akademiku na ul. Mochnackiego 8.

W ciągu następnych dni dochodziło do kolejnych ostrych dyskusji publicznych wśród studentów IV roku Inżynierii Budowlanej PW. Bieńkowski groził, że poda mnie do sądu koleżeńskiego za obrazę działacza ZSP. Ja szukając sojuszników i obrońców znalazłem solidne oparcie w Piotrze Witakowskim, który mieszkał w Warszawie, więc był trochę dalej od pyskówek w akademikach. W wyniku „burzy i naporu” władze Wydziału w osobach prof. Hildebranda i doc Kalabińskiego, sekretarza PZPR, uznały za wskazane dopuścić do otwartego zebrania studentów IV roku Wydziału Inżynierii Budowlanej PW.

Po stronie studentów niezależnych przywódcą całości był Piotr Witakowski ale ja mieszkaniec akademika też miałem do spełnienia ważną rolę, aby iskierka nadziei nie zgasła. Zdumiewające, że władze Wydziału dopuściły do tego aby studenci niezależni sami wyznaczyli swojego przedstawiciela (obrońcę?) spośród profesury. Dla Piotra i dla mnie było oczywiste, że naszym przedstawicielem może być tylko prof. Zbigniew Kączkowski.

Zebranie odbyło się w dużej sali w godzinach popołudniowych lub nawet wieczornych. Było dużo osób, pewnie ponad 100. Jak na ówczesne czasy było to wydarzenie niezwykłe: panowała wolność i swoboda. Ustalenia były mniej więcej takie: Marian może jeszcze raz (chyba w przyszłym roku) ubiegać się o wyjazd, ja nie będę pozwany przed sąd koleżeński, odbędą się wybory uzupełniające do wydziałowych władz ZSP (wakaty), w czynie społecznym posprzątamy teren w pobliżu ITB.

Z ciekawostek zebrania chcę odnotować dwie. Kiedy mówiono o tym co może i co powinien ZSP, zgłosił się nieznany zebranym facet i przedstawił się jako Witold Chodakiewicz, wiceprzewodniczący Naczelnego Sądu ZSP. Witek został przyprowadzony na zebranie przez Piotra Witakowskiego. W ten sposób poznałem Witka.

Zebranie trwało, a nasz Profesor, czyli Z. Kączkowski, nie zabierał głosu. Wreszcie zgłosił się, wstał i zaczął mówić. I co ja słyszę z ust prof. Kaczkowskiego: „Widać, że nie czytacie Lenina!” Dalej było o taktyce, której można się nauczyć od wodza rewolucji. Przyznaję, że wtedy byłem rozczarowany, ale później oceniałem, że była to wskazówka „jak zwyciężać mamy”.

Po zebraniu odbyły się wybory, w wyniku których wszedłem do Rady Wydziału ZSP. Po kilku miesiącach wszedłem do Uczelnianej Komisji Rewizyjnej (szefem był Janek Cytowski). W następnej kadencji zostałem szefem UKR. Szefem Rady Uczelnianej ZSP PW był Alfred Nowak (członek PZPR, później chyba sekretarz KC PZPR). Z władzami wykonawczymi ZSP, a szczególnie z przewodniczącym Alfredem Nowakiem nie miałem dobrych układów. Dość pryncypialnie podchodziłem do rozliczeń ekonomicznych dotyczących członków władz ZSP i jako szef UKR oddałem do sądu koleżeńskiego trzy sprawy: rozliczeń wyjazdu do Anglii, rozliczeń Sylwestra w Stodole, bezpłatnych obiadów członków władz ZSP.

Moją działalność w ZSP skończyłem w marcu 1968 r. W czasie wiecu w Dużej Auli na PW, chyba 12 marca, obok odbywało się zebranie władz ZSP. Alfred Nowak i inni zachowywali się i mówili tak, jak gdyby nie wiedzieli, że za ściana jest kilka lub kilkanaście tysięcy studentów. Zapytałem, jak władze ZSP PW maja zamiar odnieść się do postulatów studentów zza ściany. Alfred Nowak w sposób ordynarny, bezwzględny i poniżający mnie wylał całą złość, jaką żywił do mnie. Nie muszę dodawać, że w tym gronie nikt nie miał za złe takiego zachowania Przewodniczącemu. Dymisję złożyłem na piśmie i nigdy więcej nie byłem na żadnym zebraniu ZSP.

Tu pozwolę sobie na taką uwagę. Alfred Nowak poczuł się w marcu 1968 r. bardzo mocny. Nie sądzę, aby moje sympatie pro-studenckie (polityczne) były dla niego ważne. Ważne dla niego było załatwienie własnych spraw osobistych. Podobny przypadek miał miejsce w ITB po wprowadzeniu stanu wojennego. Dyrektor Węglarz wyrzucił swojego osobistego wroga płk. Kosteckiego. Kostecki był wyjątkową kanalią i na pewno zasłużył na takie potraktowanie. Ale wyrzucenie go w ramach obrony stanu wojennego jest majstersztykiem godnym nagrody Nobla.