Relacja:Joanna Górecka

Z Encyklopedia Solidarności

Tylko w Internecie.

Relacja Joanny Góreckiej-Kality

Opozycyjność towarzyszyła mi chyba od zawsze. Odkąd pamiętam w domu rodzinnym słuchałam o innej Polsce niż była ta, w której przyszło mi się wychowywać. Wynikało to z sięgających w odległą przeszłość tradycji pochodzącej z kresów rodziny. Mój dziadek był majorem artylerii konnej Wojska Polskiego dwukrotnie odznaczonym za udział w wojnie polsko bolszewickiej. Takie dziedzictwo musiało oczywiście obligować do kształtowania moich poglądów. A wyrastały one na dosyć pożywnej glebie jaką poza przysłuchiwaniem się rozmowom, było czytanie niezależnej literatury, której nigdy w moim domu nie brakowało. Rodzice w czasach mojego wczesnego dzieciństwa nie byli co prawda zaangażowani w jakąś konkretna działalność opozycyjną. Nie byli dysydentami, a raczej sympatykami opozycji i w 1980 zaangażowali się w „Solidarności”, ale przecież nie trzeba było wtedy być dysydentem, żeby z racji wyznawanych poglądów narazić się na kłopoty. Mieli oni ze mną pewien kłopot i nieraz zastanawiali się, czy mnie skrajnej gadule powiedzieć rzeczy, które później w szkole ochoczo publicznie ogłoszę. Obawy te były nie bezpodstawne gdyż pamiętam jak we wczesnej podstawówce zaprotestowałam dlaczego obchodzona jest tylko rocznica pierwszego września, a nie równie ważnego siedemnastego? Zrobiła się z tego jakaś straszna afera z wezwaniem rodziców do szkoły. Pamiętam też jak po wprowadzeniu Stanu wojennego, do mojej klasy przyszły paczki z pomocą ze Związku Radzieckiego. No a ja, mając wtedy 12 lat, powiedziałam, że odmawiam przyjęcia prezentu od okupanta! Kolejna awantura i kolejne wezwanie rodziców, którzy jakoś te moje poglądy musieli przed ciałem pedagogicznym tłumaczyć.

Tamten system wydawał mi się tak zły, że jakimś wewnętrznym nakazem stało się dla mnie przeciwstawianie mu. Ten opór narastał w miarę dorastania, ale jak sięgam pamięcią był we mnie zawsze. Kiedy powstała Solidarność oczywiście, żałowałam, że jeszcze nie jestem dorosła, ale za to zaniosłam do jej siedziby swoja pierwszą tygodniówkę. Tuż po 13 grudnia chodziłam zamaskowana po klatkach schodowych ukradkiem zrywając plakaty i ogłoszenia WRON-y. W pierwszej demonstracji uczestniczyłam dosyć przypadkowo. A było to w Warszawie, do której wybrałam się z Mamą w zupełnie innym celu. Znaleźliśmy się na Placu Zwycięstwa, na którym przed Pomnikiem Nieznanego Żołnierza ludzie układali ogromnych rozmiarów krzyż z kwiatów. Nie wolno się było przy nim zatrzymywać, więc zgromadzeni chodzili dookoła, a że coraz więcej ich się zbierało, pojawiło się też bardzo dużo milicji. A ja bardzo ciekawa przebiegu dalszych wydarzeń poleciałam tam gdzie był największy tumult. Po chwili zaczęło się robić bardzo niebezpiecznie, bo ludzie przestali już krążyć i rozpoczęła się regularna zadyma. Nie miałam oczywiście zamiaru stamtąd odchodzić, ale Mama odnalazła mnie i natychmiast zabrała.

Później w Liceum przez towarzystwo Oazowo – KiK-owskie trafiłam do grupy, która nie była, tak jak i pewnie wiele innych, w żaden sposób sformalizowana, ale przejawiała aktywność. Razem chodziliśmy na demonstracje w rocznicę Masakry na Kopalni Wujek. Po jednej z rocznic zdarzyło się, że trójka naszych kolegów została zadenuncjowana przez ubeka i za udział w manifestacji i rozrzucanie ulotek zostali oni na rok przed maturą karnie usunięci ze szkoły. Postanowiliśmy zemścić się na tym ubeku i puszkami z czerwoną farbą wytłukliśmy wszystkie okna w jego mieszkaniu. Działo się to w grudniu, więc dosyć dotkliwą była ta kara. Mniej więcej w tym czasie Ojciec zorientował się już w mojej aktywności i przeprowadził ze mną ważną rozmową. Usłyszałam od niego, że jak nie otrzymam formalnego wezwania mam nie stawiać się na żadne przesłuchania, mam nie mówić nikomu nawet jemu i mamie o tym co robię, z kim się spotykam itp. Myślę, że w przeciwieństwie do wielu młodych ludzi, będących w tym czasie w podobnej sytuacji byłam jedną z niewielu otrzymujących od Rodzica nie przysłowiowy ochrzan, ale dosłowny instruktaż!

Ojciec poza pamięcią o losie wygnanej z Wilna rodziny, utracie Kresów Wschodnich i kultywowanej w domu tradycji Polski Niepodległej miał jeszcze jeden ważny powód aby mu się ten ustrój nie podobał. Otóż jako inżynier, a był chyba najbardziej nieszczęśliwym inżynierem na świecie, gdyż za radą mojego dziadka zamiast ulubionej przez siebie historii studiował inżynierię na politechnice. Stało się tak dlatego, ponieważ Dziadek wytłumaczył mu, że jako historyk w tym zakłamanym ustroju albo się ześwini albo on i jego rodzina będzie przymierać głodem. I Tato jako inżynier bez powołania wyjeżdżał często na zagraniczne budowy, lecz z racji jego talentów lingwistycznych pełnił tam funkcje tłumacza. W połowie lat siedemdziesiątych ojciec napisał do tygodnika „Polityka” list piętnujący nadużycia w jego zakładzie pracy. Nie wiem, czy nadużycia ustały i czy kogoś za nie ukarano, ale Ojca wezwano do SB i tam nakłaniano do podpisania zobowiązania do współpracy. Oczywiście odmówił, więc odebrano mu paszport, którego nie mógł odzyskać przez długie lata. A działo się to tuż przed mającym za chwilę nastąpić wyjazdem na kontrakt do Norwegii. To była dla niego wielka tragedia, zresztą dla mnie też, a pamiętam swoje rozczarowanie, bo jako siedmioletnia dziewczynka bardzo chciałam zobaczyć Skandynawię, o której rodzice mówili, że jest najpiękniejszym miejscem na ziemi. Na pamiątkę tego niedoszłego wyjazdu pozostało mi zrobione wspólne z Ojcem zdjęcie paszportowe. Był bezkompromisowy wtedy i do dzisiaj pozostał człowiekiem głębokich zasad moralnych, a moja Mama, kiedy jej powiedział, że odmówił podpisania tej lojalki odpowiedziała mu, że rozwiodłaby się z nim, gdyby to uczynił! Postawę moich rodziców charakteryzują słowa wypowiedziane przez ich przyjaciół, którzy byli bardzo religijni i poza tym zaangażowani w działalność opozycyjną. I kiedy ten znajomy był zagrożony aresztowaniem, a jego żoną rozpaczała bo znowu wychodził z domu, odpowiedział jej tymi słowami – Nie martw się Gośka! Mamy jeszcze przecież ku..a życie wieczne! Ta sentencja, pomimo swojej niezbyt wyszukanej formie, stała się dla mnie wyznacznikiem i najważniejszym nakazem moralnym jaki wyniosłam z domu.

Przy okazji jakichś wyborów do komunistycznego nibysejmu wspólnie z przyjaciółmi z katowickiego liceum zrobiliśmy gazetkę szkolną, której wykonanie powierzyło nam niczego złego nie przeczuwająca dyrekcja. Jednym z tych przyjaciół był (i jest) dzisiaj dobrze znany nie tylko kabaretowej publiczności Dariiusz Basiński z Kabaretu Mumio. On wraz z Krzyskiem Prusem, obecnie reżyserem teatralnym udali się w lud i zbierali opinię szerokich mas społecznych na temat nadchodzących wyborów. Dobór rozmówców i zadawanych pytań obnażył całkowity idiotyzm i skretynienie panującego systemu, więc efekt końcowy nijak się miał do zamiarów dyrekcji szkoły, która nie podzielała wcale poczucia humoru reporterów. Którzy zgodnie z założeniem o szerokich konsultacjach społecznych przeprowadzali wywiady z babciami klozetowymi i bezdomnymi na dworcu. Nagrania stały się wielkim hitem i przegrywano je na kasety, ale z powodu zamieszczenie stenogramów z tych rozmów w gazetce wywołało kosmiczna awanturę. Pamiętam wypowiedź babci klozetowej, która całkiem na poważnie mówiła, że: Oczywiście idzie na wybory, bo to ważny obywatelski obowiązek i trzeba pogonić tych pedałów co tutaj do szaletu przychodzą. Jednakże wspomniani koledzy chociaż dobrze ukierunkowani to jednak mieli bardziej zapędy intelektualno artystyczne. Co prawda czytaliśmy książki, dyskutowaliśmy, słuchaliśmy Kaczmarskiego, lecz ja drugą nogą byłam w towarzystwie zadymiarskim i na pewno bardziej określonym politycznie.

W 1987 moja praca maturalna została nagrodzona w konkursie „Życia Warszawy” i otrzymałam nagrodę w postaci wyjazdu zagranicznego na obóz narciarski. Jako, że ten wyjazd był organizowany przez ALMATUR, czyli agendę Zsypu napisałam list, w którym poprosiłam o wypłacenie równowartości. Kiedy mi odmówiono poszłam do jakiegoś biura i wyjaśniłam, że z przyczyn ideologicznych rezygnuję z przyjęcia tej nagrody jednocześnie poprosiłam o przekazanie jej komuś potrzebującemu. Pani, z którą rozmawiałam nie ukrywała swego zaskoczenia i powiedziała mi, że dotychczas tylko jeden raz cos takiego się zdarzyło i odmawiającym był .. kleryk.

Podczas Papieskiej Pielgrzymki w 1987 roku pojechałam do Gdańska i nie ukrywam, że nie mniej niż przeżycie duchowe wspominam ją jako podążanie szlakiem zadym, które jej oczywiście towarzyszyły. Po spotkaniu z Papieżem na Westerplatte uczestniczyłam w Mszy na Zaspie, po której zgubiłam się rozdzielona z moja ekipa przez armatkę wodną. Byłam wtedy w swoim żywiole i nigdy z tych dni nie zapomnę atmosfery prawdziwej wolności, jakże innej niż powszedniość panująca ówcześnie w naszym kraju. Poznałam tam ludzi z wrocławskiego WiP-u i szłam razem z nimi na bosaka, po kałużach, środkiem ulicy śpiewając Raduje się serce, raduje się dusza, gdy Pierwsza Kadrowa na moskala rusza!

W tym samym roku przyjechałam studiować do Krakowa. Dzisiaj może to zabrzmi śmiesznie, ale ja wtedy nie mogłam się wprost doczekać, kiedyż wreszcie się zacznie ta moja wymarzona opozycyjna działalność. Żyłam wtedy w poczuciu umykającego czasu, bo komuna zaczynała pękać, a ja nie przyłożyłam się jeszcze stopniu mnie zadowalającym do jej upadku, co było, przyznam szczerze dosyć frustrujące. Pierwszą zapamiętana przeze mnie dużą demonstracją było dwudziestolecie Marca 1968 roku. Pierwsze lekkie utarczki z ZOMO a mnie bardzo zaciekawiła wtedy opowieść wiecznego studenta Zbyszka Jankowskiego, który opowiadał o wydarzeniach z przed dwudziestu lat, gdyż był ich uczestnikiem, również wtedy jako student pierwszego roku! Dzisiaj instytucja wiecznego studenta jest już chyba wymarłą, a jeżeliby gdzieś jakiś ocalał, to mógłby pewnie wspominać o tym co działo się właśnie wtedy przed ostatnimi dwudziestoma laty.

Później był strajk w Hucie i strajk okupacyjny na Miasteczku Studenckim. Akademiki zamienione w twierdze, służba porządkowa, sprawdzanie przepustek no i towarzyszące nam wszystkim poczucie, że robimy coś ważnego. Niekończące się dyskusje, debaty, atmosfera gorączkowego rozpolitykowania i mnóstwo wypalanych papierosów. Z tamtych chwil pamiętam Manuelę Gretkowską wypisującą czerwonym barszczem Winiary transparenty i pełne przejęcia komunikaty, na przykład o przyłączeniu się kopalni Manifest Lipcowy. Wtedy po raz pierwszy poznałam ludzi należących do Konfederacji Polski Niepodległej. Związałam się na stopie prywatnej z jednym z nich, ale też zaczęłam czynnie uczestniczyć w działaniach KPN. Ten mój wybór powodowany był chyba przyrodzonym naturalnie radykalizmem, a Konfederacja nawet z w swojej nazwie eksponując słowo Niepodległość jakby odpowiadała moim oczekiwaniom. Pomiędzy hippisowska - anarchistycznymi ciągotami a tradycją przekazaną w domu rodzinnym była głęboka przepaść, ale wybrałam właśnie KPN, gdyż był bardziej radykalny i bliski temu czym nasiąkałam od dzieciństwa. I nie zrażało mnie wcale odium awanturniczości, które przydawano ciągle Konfederacji w oficjalnym obiegu, a nawet wręcz przeciwnie tylko bardziej mnie ono do niej przyciągało.

Chociaż więcej dziewczyn działało, albo lepiej by powiedzieć, kręciło się przy WiP-ie i NZS-ie to jednak KPN wydawał mi się konkretniejszy jeżeli nie w działaniu to na pewno artykułowaniu własnych celów. Zresztą nie pamiętam, ażeby pomiędzy tymi organizacjami odbywała się jakaś rywalizacja. Była ścisłą współpraca w działaniu przeciwko jednemu wrogowi – dogorywającej już wtedy komunie i bardziej można było zauważyć coś w rodzaju ducha zdrowej konkurencji. Jednym z przykładów takiego wspólnego przedsięwzięcia była na pewno okupacja Studium Wojskowego. Wiem, że część członków Konfederacji nie podobało się zaangażowanie młodzieży w wojowanie z armią, ale uważaliśmy wtedy, że ta armia nazywająca się Ludowym Wojskiem Polskim, z prawdziwym Wojskiem Polskim niewiele ma wspólnego, dla nas była to skomunizowana i indoktrynowana formacja wysługująca się Moskwie, a Studium Wojskowe jej przyczółkiem na Uniwersytecie. Szefem był wówczas pułkownik Brochwicz-Ledóchowski (ojciec dzisiaj szerzej znanego Wojciecha Brochwicza), a wice niejaki Migdał, który zresztą wytoczył Przemkowi Markiewiczowi i Pawłowi Chojnackiemu sprawę za rzekome oberwanie guzika do munduru. Była to wierutne kłamstwo, gdyż na własne oczy widziałam, że nic takiego nie nastąpiło, ale chyba specjalnie to oskarżenie padło jednocześnie na członków KPN i WiP. I właściwie nie wiadomo czego taki zestaw miałby dowodzić, ale jestem pewna, że było to zamierzone. Co ciekawe w trakcie odbywającej się z tego powodu rozprawy, większość świadków – podkomendnych Migdała, czując chyba, że wiatr zaczyna wiać już z innej strony – albo traciła nagle pamięć, albo zeznawała na korzyść oskarżonych. Zresztą atmosfera panująca na sądowej sali nie wyraźnie nie sprzyjała powadze urzędu, bo pamiętam jak Maciek Gawlikowski wywoływał salwy śmiechu przejęzyczając się przy przytaczaniu nazwiska słynnego sierżanta Rypla. Za każdym razem wymawiał je jako tryper, przez co Rypel vel Tryper wyraźnie tracił rezon i nie był już taki groźny jak na zajęciach SW. Nie wiem jak inni uczestnicy okupacji, a teraz przedstawiają jej przebieg również publicyści i historycy, ale ja zapamiętałam, że nie nudziliśmy się tam wcale dzięki przyniesionym przez Grześka Surdego kasetom wideo z Kaczorem Donaldem, które namiętnie oglądaliśmy. I bynajmniej nie zakłócało to powagi chwili, a przecież uczestniczyliśmy w bądź co bądź ważnym w tamtym czasie, wydarzeniu politycznym. Swojego udziału w tym i zresztą wszystkich innych działaniach młodej opozycji nie uważałam za robienie przeze mnie polityki. Wcale nie miałam takiego zamiaru, bo oceniając rzeczywistość te swoje poczynania uzasadniałam potrzebą wspomożenia dobra, gdyż rządzący komuniści jawili mi się jako okupanci, kolaboranci stojący po ciemnej stronie mocy. Zawsze protestowałam słysząc, że na przykład księża nie powinni zajmować się polityką. Ta władza często piętnowała za zajmowanie się polityka studentów i robotników, a dla mnie to wcale nie była polityka, ale wręcz obowiązek płynący z nakazu moralnego. W tym postanowieniu byłam na tyle konsekwentna, że kiedy komuna już wreszcie padła, bardzo się ucieszyłam również i dlatego, że mogłam zająć się o wiele ważniejszymi dla mnie niż polityka sprawami – średniowieczem, literaturą XII wieku, czymś co mnie pasjonowało i czym zajmuję się do dzisiaj. Na myśl mi wtedy nie przyszło, że miałabym w wyczekiwanej Wolnej Polsce zajmować się działalnością polityczną. Jednak zanim nastała Niepodległa, pojawiały się pytania czy mamy uczestniczyć w wyborach, których warunki ustalono przy kontestowanym również przez KPN „Okrągłym stole”. 35 procentowa demokracja na którą zgodziła się strona Solidarnościowa bardzo nam się nie podobała, ale przeważył w Konfederacji pogląd, że trzeba skorzystać z możliwości jakie dawać miała kompania wyborcza. I z jednej strony robiliśmy rzeczy jeszcze przed kilkoma miesiącami dla nas niewyobrażalne, a z drugiej mieliśmy poczucie uczestniczenia w grze, której scenariusz napisano poza nami, gdzieś tam pod stołem, który chociaż niby okrągły, to jednak miał przecież bardzo wiele kantów. Dzisiaj irytuje mnie trochę wyznaczenie rocznicy Odzyskania Niepodległości akurat na 4 czerwca. Zwłaszcza 20 lecie w tym roku obchodzono bardzo hucznie, a pamiętam, że ci najbardziej dzisiaj je fetujący wtedy przed 20 laty, albo byli własnym wyborczym zwycięstwem tak zaskoczeni, że aż wystraszeni, albo też stali po drugiej stronie i nie mieli wtedy żadnych powodów do radości, a uzyskali je dopiero teraz bo na ostatnim dwudziestoleciu całkiem nieźle wyszli. KPN stawał wtedy do nierównej walki i w kampanii wyborczej nasz zapał i entuzjazm miał wyrównać niedostatek środków, które były bardzo mizerne w porównaniu z tymi, jakimi dysponowały Komitety Obywatelskie, o komunistach nawet nie wspominając. Zresztą musieliśmy się zmierzyć nie tylko z biedą, ale i nieprzychylnym stosunkiem części ludzi z Solidarności. Pamiętam, jak Maciek Gawlikowski do klipu wyborczego Leszka Moczulskiego użył jako podkładu muzycznego fragment piosenki „Layla” Erica Claptona, na co Zbigniew Hołdys zareagował publicznym protestem w Gazecie Wyborczej. Stwierdził w nim, że niedopuszczalnym skandalem jest użycie utworu tak wspaniałego artysty do promocji kogoś takiego jak Leszek Moczulski! Działo się to w czasach, w których nikt nie przejmował się, a nawet niewielu zdawało sobie sprawę z tego czym są prawa autorskie. To określenie kogoś takiego ukazuje stosunek już wtedy salonowego towarzystwa do jakiego przynależał Zbigniew Hołdys będąc szefem kampanii wyborczej Solidarności w Warszawie. Ten ton wyższości pobrzmiewał także w Krakowie z ust prominentnych już wtedy niektórych działaczy Komitetów Obywatelskich, ale nie zwracaliśmy na te głosy uwagi mając wówczas zbyt wiele do roboty. Hegemonię władzy w środkach przekazu i dominację Solidarności w rywalizacji plakatowej próbowaliśmy przełamać nowatorskim metodami. Jedną z nią było odwiedzanie mieszkańców Krakowa i przekonywanie do oddania głosu na Leszka, czyli po polsku domokrąstwo, a inną wykorzystanie gazika pana Janka, który cały oklejony plakatami jeździł po mieście, a ja siedziałam w środku i z wielkim zaangażowaniem wzywałam do głosowania na Leszka. No i oczywiście nie dało się wtedy w Krakowie nie zauważyć nieustającego wiecu wyborczego KPN, który odbywał się na Rynku Głównym pod pomnikiem Mickiewicza. Nie wiem doprawdy dlaczego nie zgłoszono tego osiągnięcia do księgi rekordów Guinessa, zasłużył na nie pewno Ryszard Bocian zdzierając gardło, i to jak najbardziej dosłownie. W trakcie kampanii wiele się działo na ulicach, oczywiście brałam w tym wszystkim mniej czy bardziej aktywny udział. Ale, że raczej nie pasowałoby do mnie rzucanie kamieniami w zomowców to można powiedzieć, że w pewnym sensie byłam nieco mniej aktywna od co niektórych pozostałych. Ale przyznać się muszę, że na jednej z demonstracji dosyć wyraźnie zaznaczyłam swoją obecność. Był to kolejny wypad na konsulat sowiecki, a chodziliśmy tam tłumnie i dosyć często, żądając wycofania z Polski armii rosyjskiej. Ażeby podkreślić naszą dezaprobatę dla pobytu zapewne wszystkich sowietów w naszym kraju napisałam na tabliczce z nazwą konsulatu czteroliterową nazwę pewnej, tylnej części ciała. Atmosfera wtedy była iście piknikowa i dosyć głęboko zabrnęliśmy w konwencji happeningu, bo jeszcze na dodatek, ktoś przyniósł portret Gorbaczowa z namalowanym na twarzy celownikiem. Tenże sfilmowany portret oraz mojego autorstwa cztery litery stały się, przez co najmniej kolejny tydzień, hitem dzienników i nawet specjalnych relacji telewizyjnych. Zrobiła się z tego straszna afera, Urban wyzywał nas prawie od terrorystów. Właściwie nie prawie, bo właśnie wtedy nazwał młodą opozycję z Krakowa Terrorystyczną Grupą Krakowską. Wtedy po raz pierwszy mnie zaaresztowano i fakt ten nie utrwaliłby się tak mocno w historii mojej rodziny, gdyby nie podanie go do publicznej wiadomości przez Radio Wolna Europa. Najpewniej Grzesiek Surdy powiadomił korespondentów i informacje o tym z Krakowa via Monachium usłyszała moja mama w odległych o kilkadziesiąt kilometrów Katowicach. Akurat wtedy zamaczała pranie w wannie i zadzwonił do niej wujek z Kopenhagi ogłaszając to czego przed chwilą się dowiedziała. Mama podrapała się po głowie, strzeliła lampkę koniaku, a o praniu przypomniała sobie, gdy wody było już po kostki. Żartujemy sobie, że ten mój chrzest bojowy mieszkanie rodziców przez te lata pamięta, gdyż do dzisiaj podłoga stoi dęba. Po tej tak rozsławionej przez reżimową telewizje zadymie niektórzy działacze Cepelii, czyli Solidarności oskarżali nas o zaprzepaszczanie wybitnych osiągnięć Okrągłego Stołu i wieszczyli co najmniej wybuch trzeciej wojny światowej. Odpowiedzieliśmy Marszem Pokutnym, który okazał się dobrym posunięciem ponieważ widok kilkuset klęczących przed milicyjna budką ludzi, kłócił się z wizerunkiem agresorów jakich z nas robiła oficjalna prasa. Nie zapomnę młodego chłopaczka z powieszona na piersi tabliczką o treści: Dałem się sprowokować! Ludzie to kupowali i wiedzieliśmy, że można lżejszą forma przekazywać poważniejsze treści, nie wszyscy byli co do tego przekonani, ale mnie takie stawianie sprawy bardzo odpowiadało. Było to wszak zgodne z moimi ikonoplastycznymi ciągotami, a jak ją pamiętam, to dokładnie ta demonstracja była prawdziwym pokazem inwencji twórczej uczestników. W Konfederacji dominowały akcenty Bogojczyźnianej powagi, a ja dobrze wiedziałam, że ciągłe odwoływanie się do tragicznych dziejów i wszelkiej tej bogoojczyźnianej martyrologii wcale nie przysparza nam zwolenników, zwłaszcza wśród młodzieży. Stąd się brały moje starania o odwrócenie tego trendu, a przyjęły postać pisma „Detonator”. Wymyśliliśmy je wspólnie z Maćkiem Gawlikowskim i Przemkiem Markiewiczem uznając, iż wydawanie odjazdowego i niepodobnego do wszystkich innych czasopism KPN przysporzy Konfederacji zwolenników, szczególnie wśród młodzieży. Było ono zupełnie pozbawione patosu i tego zadęcia jakie biło praktycznie z większość pism wydawanych przez opozycję. Zawartością jednego z numerów były odpowiednio skompilowane cytaty z jakiegoś pisemka ZSP czy ZSMP, które oczywiście wyszydzały i dowodziły kretynizmu komunistycznych działaczy młodzieżowych. Kiedy indziej zamieszczaliśmy teksty uznawane za obrazoburcze i jeżeli by się im przyglądnąć z odpowiedniego dystansu zapewne takimi były. Niekiedy nawet posuwaliśmy się w tym pewnie trochę za daleko, no bo przecież niewielu poznało się na pełnym przewrotności poczuciu humoru czytając tytuły: Ulica Zdobywców Poczty Gdańskiej albo Obrońców Monte Cassino. Oczywiście aktywność ta nakładała się na codzienna pracę związaną z kampanią wyborczą. Działo się wiele i mieliśmy poczucie jeżeli nie tworzenia, to na pewno towarzyszenia historii. Na naszych oczach zmieniało się niemal wszystko i wiedzieliśmy, że już wkrótce nadejdzie czas na który czekały trzy pokolenia Polaków. Chcieliśmy go przyspieszyć i stąd brało się nasze poświęcenie, zapał i młodzieńczy entuzjazm. Niestety nie na wiele się to wszystko zdało, gdyż wynik Leszka Moczulskiego nie zadawalał, chociaż wiedzieliśmy od samego początku, że walka z hegemonem jakim była Solidarność jest skazana na porażkę. Ważnym było zaistnienie i ogłoszenie programu KPN, pokazanie społeczeństwu, że Leszek Moczulski nie jest zbirem czyhającym z nożem w zębach jak go przedstawiała komunistyczna propaganda, ale też i część konkurencji z naszej strony.

Jednak prawdziwego po wyborczego kaca dostaliśmy po drugiej turze i przepchnięciu listy krajowej. Widać już wtedy było w którą stronę to wszystko zmierza, a wybór Jaruzelskiego prezydentem nasze obawy tylko potwierdził. Pamiętam dobrze, że po 4 czerwca zapadliśmy w jakby poświąteczny letarg. Tuż przed tą datą wszystko, każde działanie, najmniejsza nawet aktywność poświęcona była akcji wyborczej i kiedy już wszystko się dokonało poczuliśmy taką straszna pustkę. Chwilę wcześniej od rana do wieczora robiło się coś z wielkim zaangażowaniem, a teraz już nic nie trzeba było robić, jeździć gazikiem, kleić plakatów, roznosić ulotek, ani nawet przewidywać wyniku wyborów. Towarzyszyło poczucie jakby nie do końca spełnienia i żalu, że to tak szybko się skończyło. Oczywiście na wynik uzyskany przez Leszka Moczulskiego patrzyliśmy trochę przyszłościowo, a kampania była prezentacją KPN. Można uznać, że po części się udała, gdyż po upływie roku w wyborach samorządowych Konfederacja wprowadziła do Rady Miasta Ryszarda Bociana i Grześka Hajdarowicza.

Mnie już wtedy nie było w KPN, gdyż w wakacje 1989 z przyczyn rodzinnych ograniczyłam swoja aktywność do minimum, a na początku następnego roku wyjechałam na kilka miesięcy do Stanów Zjednoczonych. W międzyczasie zdążyłam jeszcze wziąć udział w demonstracjach pod Leninem w Nowej Hucie i wpaść do Komitetu Wojewódzkiego PZPR podczas okupacji w styczniu 90 roku. Przyszłam tam już po zajęciu go przez kolegów z KPN i pamiętam atmosferę bardziej wielkiego spotkania towarzyskiego niż jakiegoś arcyważnego wydarzenia politycznego. A na pamiątkę mojego pierwszego i zarazem ostatniego pobytu w tym gmachu zabrałam sobie stos karteczek o takiej mniej więcej treści: Informujemy, że wasza skarga została przesłana, gdzieś tam i stamtąd należy oczekiwać odpowiedz – KW PZPR. Rozsyłałam je przez długie lata znajomym, a ostatnia gdzieś mi się niedawno zapodziała.

Ten nasz pobyt w komitecie był jakby znakiem czasu, zatknięciem zwycięskiej flagi, więc uznałam wtedy, że czeka na mnie historia XII wieku i zaprzestałam jakiejkolwiek aktywności. Po 1989 przyszło rozczarowanie polityką, a KPN zaczął ja właśnie uprawiać. Nie chciałam wiedzieć, kto ma jakie wpływy, kto kogo wykosił w wyborach i kogo udało się przeciągnąć na tę czy inną stronę. Nie interesowało mnie to i chciałam pozostawić w swoich wspomnieniach jak najlepszy obraz tej wspólnoty myśli i szlachetnych czynów jaką będzie dla mnie Konfederacja. Żenującymi były dla mnie kolejne podziały i toczone od lta spory przez ludzi, dokonujących w przeszłości rzeczy naprawdę wielkich i godnych podziwu. Uczestniczyłam w obchodach XXX Rocznicy Powstania Konfederacji, cieszyłam się, że spotkania dawno nie widzianych znajomych, a ludzi z KPN spotykam regularnie dwa razy do roku na Mszach i Pochodach z okazji 3 Maja i 11 Listopada. Wtedy potwierdza się we mnie poczucie przynależności do grupy, o której w różnych latach i pokoleniach mówiono, a później śpiewano, „..Że żeśmy stumanieni”. Wyjątkowej grupy, bo mówiła na głos i wyszywała na sztandarach słowo Niepodległość w czasie, w którym dzisiejsi rządcy dusz o tym słowie nawet nie pomyśleli. Dlatego te spotkania zawsze są serdeczne bo w końcu tak bardzo Nasze są te święta. Polska Niepodległa nie jest taka, jaką ja sobie wyobrażałam przystępując do Konfederacji, ale dlaczego tak się stało to już temat na zupełnie osobną opowieść.