Relacja:Krzysztof Kopeć

Z Encyklopedia Solidarności

Tylko w Internecie.

Relacja Krzysztofa Kopecia

Z Konfederacją Polski Niepodległej formalny kontakt nawiązałem dopiero w 1988 roku, ale działalność niepodległościową rozpocząłem znacznie wcześniej. Aby opowiedzieć o jej początkach muszę się cofnąć do czasów młodości. W domu rodzinnym dowiadywałem się prawdy o najnowszej historii Polski, a dzięki tej wiedzy zyskałem fundament światopoglądowy. Mój Ojciec walczył w czasie wojny w Batalionach Chłopskich i można powiedzieć, że byłem wychowywany w kulcie poświęcenia dla Ojczyzny. Już jako młody chłopak, uczeń szkoły podstawowej, dobrze wiedziałem co to był Rok 1920, o tym że 17 września 1939 roku napadli nas Sowieci i że po 1945 roku w lasach ginęli żołnierze dzisiaj nazywani Wyklętymi. Dorastałem obserwując obłudę z jaką kłamano o tym w szkole i oficjalnej propagandzie, a prawdę, którą w domu przekazywano mi bez z żadnego skrępowania, mogłem konfrontować z „oficjalną” wersją i ta charakterystyczna dla każdej okupacji „schizofrenia” od samego początku zrażała mnie do komuny.

Wydarzeniem, które w największym stopniu zaważyło na obraniu przeze mnie takiej a nie innej drogi była tragiczna śmierć mojego Ojca. Zdarzyło się to w bardzo dziwnych okolicznościach, a znacznie później dowiedziałem się że mój Ojciec został zamordowany. To był moment przełomowy i będąc wtedy siedemnastoletnim człowiekiem postanowiłem dowiedzieć się wszystkiego o Jego śmierci. Poświęciłem się poszukiwaniu prawdy, nie tylko o powodach i okolicznościach, ale też prawdy samej w sobie. Traktuje prawdę jako pewien imperatyw. Dociekanie zawsze mnie interesowało, zresztą przecież motorem postępu byli ludzie poszukujący prawdy. Byli też i tacy, którzy prawdę za wszelka ceną fałszowali, zakłamywali a przykładów można by podać bez liku. Poza tym, że w charakterze miałem pewna niezgodę na kłamstwo, tak bardzo przecież obecne w tamtej epoce, dodatkowym impulsem stała się dla mnie potrzeba wyjaśnienia powodów tej tragedii. W ten sposób jako bardzo młody człowiek stałem się bojownikiem prawdy.

Mój Ojciec był dziekanem na Akademii Ekonomicznej w Krakowie i można powiedzieć, że w jakimś sensie przynależał do establishmentu tego miasta. Miał rozległe znajomości, nie tylko w środowisku naukowym, ale także wśród ludzi władzy tamtego okresu. Żyliśmy na poziomie odpowiednim dla człowieka o wysokim społecznym statusie, a moje dzieciństwo mogę uznać za bardzo szczęśliwe, bo pozbawione trosk będących wtedy bolączkami większej części społeczeństwa. Wielkim szokiem było dla mnie dopiero obserwowanie wydarzeń po śmierci Ojca. Pierwszym było niedopuszczenie rodziny do zobaczenia ciała i dające wiele do myślenia postępowanie różnych ludzi, którzy zaczęli pojawiać się jako tzw. „dobrzy wujkowie”. Następne to zachowanie niektórych uczestników pogrzebu. Były na nim tłumy ludzi, orkiestra wojskowa, ale do dzisiaj zapamiętałem na nie jednej twarzy cyniczne uśmieszki i całą tą sztuczność boleśnie przeżywanej przeze mnie i moją rodzinę ceremonii.

To był jakby pierwszy impuls, który powodował rozpoczęcie poszukiwania prawdy. Chciałem wiedzieć, wiedzieć jak najwięcej. Rzuciłem się więc na książki. Książki, jakich nie można było wówczas kupić w księgarniach. Zasmakowałem przekazywanej w nich wiedzy jak zakazanego owocu. Wtedy, a było to przed 1975 rokiem przeczytałem „Historię Polski” Poboga-Malinowskiego, wszystkie jej tomy znajdowały się w bibliotece Ojca. Później całkiem przypadkiem w moje ręce trafiły niektóre wydania „Paryskiej Kultury”. Łaknąłem wolnego słowa, a dysonans między tym czego się dowiadywałem, a wiedzą przekazywaną w szkole był ogromny. Chodziłem co prawda do dobrej szkoły jaką było II Liceum im. Sobieskiego i chociaż niektórzy nauczyciele zachowywali się bardzo godnie, to jednak sławetny dyrektor Noga uważany był za aparatczyka, czerwoną gnidę i wszyscy starali się nie wchodzić mu w drogę. Z rówieśnikami w liceum nie zjednoczyłem się w taka wspólnotę poglądów, jak w późniejszym okresie na studiach. Ale pamiętam, że z niektórymi z kolegów łączył mnie ogląd rzeczywistości i próby poszukiwań. Zaprzyjaźniłem się wtedy z Bogdanem Czubą i jakiś element buntu w tych naszych rozważań był obecny, ale jeszcze nie ukierunkowany stricte politycznie.

Maturę zdałem w 1976 roku, a ponieważ zawsze interesowały mnie przedmioty ścisłe mając do wyboru kilka ewentualności, wśród nich studiowanie na Uniwersytecie Jagiellońskim, niejako normalną koleją rzeczy, trafiłem na Wydział Matematyczno–Fizyczny UJ. Wydział ten miał to do siebie, że o ile stosunkowo łatwo było się na niego dostać, to już utrzymać znacznie trudniej. Pamiętam dobrze, że po upływie semestru, albo na koniec pierwszego roku ubywało wielu z tych, którzy razem ze mną rozpoczynali studia w październiku, a pozostało wyselekcjonowane egzaminami grono ludzi, którzy wybrali ten kierunek jak najbardziej świadomie. Obcowanie z nimi bardzo wiele mi dało, był to czas poszukiwań, no i dzięki temu ugruntowałem się w słuszności dokonywanych wtedy wyborów. Bardzo mile wspominam zwłaszcza zajęcia z filozofii. Nibyż obowiązującą była doktryna marksistowska, ale nic z marksizmu w tym nie było. Dyskutowaliśmy o Platonie, filozofii greckiej, rzymskiej, a także chrześcijańskiej. Ani trochę indoktrynacji. Co więcej! Nawet na egzaminach z filozofii nie było żadnych elementów marksizmu. Do tego jeszcze swobodna wymiana myśli, poglądów i właściwie atmosfera wolnej trybuny. Może się wydawać, że jakiś ferment wywrotowy mógł tworzyć się tylko na wydziałach humanistycznych, to jednak, ówczesny Mat-Fiz UJ był również miejscem, w którym ogniskowały idee i integrowało się środowisko mające za chwilę powołać ruch SKS. Studiowałem z Tomkiem Skwarnickim, a jego ojciec był bardzo mocno związany z Tygodnikiem Powszechnym. Wtedy po raz pierwszy trafiła w moje ręce bibuła. To też był jakiś przełom, porównywalny z tym kiedy po raz pierwszy sięgnąłem po nieprawomyślne według władzy książki. Z tym, że była to już różnica jakościowa, ponieważ otrzymywałem bieżące wiadomości, a to jednak coś innego niż czytanie tylko o historii. Spotkałem się wtedy także z przepisywanymi na maszynie opracowaniami historycznymi, które poruszały na przykład okres Jagielloński traktowany, z wiadomych względów przez oficjalną historiografię po macoszemu. Dokonywali ich studenci i pracownicy naukowi, a miałem do nich dostęp, gdyż wszyscy na roku wiedzieli, że prawdziwa historia bardzo mnie interesuje. Ta bardzo intensywna praca samokształceniowa przynosiła efekty, gdyż zyskiwałem coraz większe przekonanie o konieczności walki z tym ustrojem.

Ponieważ wychodziłem z założenia, że jeżeli miałbym się w coś zaangażować, to naprawdę na poważnie, więc jak bym to dzisiaj określił, nie wychylałem się za bardzo, aby nie wystawiać się bez potrzeby na strzał bezpieki. Pamiętałem dobrze jak dziadek i ojciec mówił mi, że rozpoczynając jakiekolwiek działanie, najpierw trzeba rozpoznać szanse jego powodzenia i najlepiej przyjąć taka formułę aby móc miarę łatwo wygrywać. A co do tego, że czerwoni kontrolują sytuację nie miałem, żadnych wątpliwości. Nie znaczy to jednak, że byłem całkiem bierny. Udzielałem się w kolportażu, nie odmawiałem rozdania bibuły. Jednak nie byłem jakimś znanym działaczem, organizatorem. Nie stawałem też w pierwszym szeregu. Oczywiście byłem całkowicie przekonany o potrzebie działania, ale miałem wątpliwości co do metodologii. Tak wtedy, jak też i później starałem się, działać tak aby jak najmocniej zaszkodzić czerwonym. Nie znaczy to, że byłem jakimś wewnętrznym konspiratorem, co to spikuje sam ze sobą, ale po prostu uważałem, że jeszcze nie ma warunków sprzyjających formom jakie zamierzałem przedsięwziąć na poważnie. Zawsze zresztą bardziej wołałem po cichu wydrukować bibułę, niż wygłaszać mowy na wiecach. Oczywiście nie mam nic do wiecowych mówców, ale wydawało mi się, że przeczytanie wolnego słowa przez dużą ilość ludzi też przyniesie jakieś wymierne efekty. To samo dotyczy akcji, o których opowiem w dalszej części.

W maju 1977 roku po zamordowaniu Staszka Pyjasa, sytuacja zmieniła się na tyle, ze podjąłem już pierwsze próby znacznie poważniejszych niż dotychczas działań. Był oczywiście kolportaż, ale niewielkich ilości bibuły, ale i kolejne pierwsze kroki na rozpoczętej wtedy drodze. Nastąpił pierwszy kontakt z matrycami białkowymi. Pamiętam jak cieszyłem się, kiedy przy pomocy otrzymanego z Warszawy podręcznika – instruktażu „małego drukarza” wykonałem wspólnie z gronem znajomych pierwsze odbitki na ramce. Towarzyszyła temu radość i cholerna satysfakcje, że w końcu i ja dołożyłem od siebie czerwonym. Obserwując represje jakie spotykały ludzi bardziej ode mnie zaangażowanych, czułem dla nich wielki podziw i jednocześnie rodził się we mnie coraz większy bunt wobec reżimu, a ten bunt przerodził się w normalną, całkiem ludzką wściekłość do rządzącej moim krajem bandy. A rekcją na to co się działo było ugruntowanie przekonania, że z tym reżimem trzeba po prostu walczyć. W tym samym czasie odkrywałem fakty związane ze śmiercią ojca. Moje poszukiwanie prawdy polegało na rozmowach z znajomymi i współpracownikami ojca, od tych, którzy zechcieli ze mną na ten temat rozmawiać uzyskiwałem n ten temat informacje. Część z nich się potwierdziła i chociaż do dzisiaj nie mam jednoznacznej pewności, to jednak skłaniam się ku wersji mówiącej o tym, że mój ojciec musiał umrzeć z powodu odkrycia poważnych nadużyć finansowych. Związane one były z budową budynków Akademii Ekonomicznej przy ulicy Rakowickiej w Krakowie. Nie wiem na ten temat jeszcze wszystkiego i moje dochodzenie prawdy ciągle trwa, ale wtedy, choć w tej tragedii nie było wątku politycznego, to ja w jakiś sposób utożsamiłem z nią ludzi rządzących w moim kraju. Uznałem, że to przez system utrzymywany przez tych skurwysynów mnie młodemu człowiekowi odebrano Ojca. Ten rodzący się i wręcz kumulujący gniew bardzo determinował i mniej więcej na drugim roku studiów zacząłem poszukiwać kontaktu z poważniejszą opozycją.

W wakacje 78 roku wyjechałem do Francji na winobranie. Paszport otrzymałem bez problemów, nie musząc niczego podpisywać, zresztą wielu studentów wyjeżdżało wtedy na Zachód do pracy. W podróż tą wybrałem się z moim przyjacielem Bogdanem Czubą, bez żadnego konkretnego planu, znajomości, kontaktów a nawet nie znając języka. Pamiętam, że mieliśmy napisaną po francusku formułkę: Jesteśmy studentami z Polski, poszukujemy pracy przy winobraniu. Uczyliśmy się jej w pociągu, żeby nie odczytywać z kartki i z taką naiwnie młodzieńcza wiarą wjechaliśmy do Francji. Ta wyprawa była okazała się kolejnym przełomem w moim życiu. Byłem już w jakiś sposób ukształtowany, ale brakowało mi postawienia takiej kropki nad „i”. Funkcjonowałem w określonym środowisku, byłem też zdeterminowany, ale wciąż jeszcze poszukujący. Nie znaczy to, że miałbym zboczyć na manowce, bo nigdy nie przystąpiłem do żadnego zsypu, harcerstwa, czy też innej komunistycznej organizacji. Tak się złożyło, że to czego szukałem, pewnego dopełnienia, a właściwie utwierdzenia, znalazłem dzięki spotkaniu z niezwykłymi ludźmi. W poszukiwaniu pracy pojechaliśmy na południe i nie wiem, czy to los tak zrządził, ale w pierwszym napotkanym domu, do którego poszliśmy z tą wyuczoną w podróży formułka, natrafiliśmy na Polaków. Byli to żołnierze Dywizji Pancernej generała Maczka, mieszkający tam od czasów wojny. Ujęli nas swoją serdecznością i otwartością, przyjmując pod swój dach całkiem nieznanych ludzi przybywających zza żelaznej kurtyny, a oni ze względów bezpieczeństwa nie ujawniali przed otoczeniem swojej przeszłości. Wspólne opowieści przy winie, oglądanie rodzinnych albumów, rozmowy o Polsce jakiej w ogóle nie znałem, uświadomiły mi, że ci ludzie są mi bliżsi niż ten cały PRL, z którego do nich przyjechałem. Do dzisiaj pamiętam tą wspaniałą najczystsza polszczyznę jaka między sobą się posługiwali, bo nie było to jedno gospodarstwo ale cała kolonia żołnierzy – przymusowych emigrantów. Zawdzięczam im wspaniałe doświadczenie, jakiego nie zaznałbym pewnie nigdy w kraju. Oni nie widzieli Polski od trzydziestu lat, ale Polską wciąż chyba oddychali. Rozmowy z nimi otworzyły mi oczy i właśnie tam postawiłem tą kropkę nad „i”. Przed wyjazdem do Polski poprosili mnie o dostarczenie niewielkiej przesyłki pod pewien adres w Poznaniu, mówili, że nie mogą tego wysłać poczta, ale wcale nie nalegali spodziewając się chyba, że mogę odmówić. Mnie wcale nie interesowało mnie co w niej było. Schowałem ja w stelaż plecaka, przewiozłem do kraju i dostarczyłem pod wskazany adres. Oczywiście razem z Bogdanem dokonaliśmy pewnych zabiegów pozorujących na granicy, ale pamiętam że odczuwałem taki cichy triumf, gdy ten pogranicznik traktujący nas jak bydło nie zorientował się, że coś przemycam. No i miałem taka cichą nadzieję, że to co jest w środku w chociaż niewielkim stopniu zaszkodzi komunie. Ale nawet, gdyby to był list do rodziny, czy coś całkiem banalnego, też poczytywałbym to co zrobiłem za pierwszy kamyczek wrzucony czerwonym do ogródka.

Za zarobione we Francji pieniądze kupiłem sobie porządną wieżę z wzmacniaczem, magnetofonem Symfonia do dostania w Peweksie i porządny gramofon z diamentową igłą, bo przywiozłem kilkanaście płyt, które mam jeszcze do dzisiaj. Wtedy to był cholerny prestiż wśród kolegów, a młodość ma swoje prawa. Pierwsze miłości, imprezy, spotkania.

No i wróciłem oczywiście do kolportażu, z początku były to niewielkie ilości bo 20 egzemplarzy, pojawił się „Biuletyn informacyjny KOR” i też wtedy pojawiły się pierwsze publikacje związane z ROPCIO. Z początku bibułę ROPCIO traktowałem tak jak każdą inna i właściwie choć dostrzegałem różnicę w treści między ta korowską, to jednak uważałem te zjawisko za kłótnie w rodzinie. Dla mnie każdy, kto walczył z komuną był ważny. Chociaż przyznaję, że bardziej po drodze mi było z ROPCIO, to widoczny dysonans wcale mi nie przeszkadzał i nawet tego specjalnie wtedy nie analizowałem. A jak trzeba było coś na ramce przedrukować traktowałem KOR i ROPCIO jednakowo.

Przyszedł rok 80, włączyłem się do organizowania NZS-u na UJ no i wtedy miałem pierwszy bezpośredni kontakt z ludźmi z KPN. Zorganizowali kilka spotkań na moim wydziale i dzięki nim poznałem Ryśka Majdzika. Wtedy moje kontakty z KPN-em były dosyć luźne, gdyż na poważnie zaangażowałem się w NZS. W lutym 81 roku uczestniczyłem w strajku o Rejestrację, do dzisiaj przechowuje przepustkę z tego strajku, bo byłem wtedy w takiej sekcji, która zajmowała się aprowizacją. W dzień dostarczaliśmy jedzenie do Collegium Novum i Witkowskiego, a wieczorami akcje plakatowe, malowanie na murach, jednym słowem akcja informacyjna. Poznałem wtedy Jana Rokitę, Zdzisława Jurkowskiego, z którym do dzisiaj utrzymuję serdeczne kontakty i wiele innych osób, których już nie ma w Polsce. Mogę też wymienić Krzysztofa Budziaka, był on mocno zaangażowany w działalność w KPN i później po stanie wojennym to właśnie dzięki niemu nawiązałem kontakt z ludźmi z Konfederacji. Ale w tamtym czasie byłem kojarzony jedynie z NZS i to raczej na wydziale Mat-fiz. Jakoś nigdy nie pchałem się do trybuny, czy władzy. Wolałem coś wydrukować, ludzi nakarmić. Po rejestracji NZS w marcu 1981 wziąłęm dziekankę i pojechałem do pracy w Niemczech. Wróciłem we wrześniu i zastałem już całkiem dobrze zorganizowane struktury NZS-u. Sytuacja w kraju była bardzo napięta i obserwując ją z pewnego kilkumiesięcznego dystansu powodowanego nieobecnością, stwierdziłem, że prędzej czy później władza wprowadzi ostry zamordyzm. Byłem wręcz pewien, że karnawał wkrótce się skończy i wróci ta łajdacka, ubecka rzeczywistość. Nie będę dzisiaj robił z siebie bohatera i przyznam, że miałem poważne rozterki, czy nie wyjechać na zachód. Nie chciałem marnować tutaj życia, i postanowiłem zmykać. Dostałem paszport, nawet kupiłem bilet do Wiednia na 16 grudnia, a czekali tam na mnie urządzeni już trochę przyjaciele. 13 Grudnia rozpoczął się Stan Wojenny więc nigdzie nie pojechałem, a we wtorek musiałem oddać paszport.

Uznałem, że skoro los tak chciał, to wypada mi się z nim pogodzić i w ogóle nie roztrząsałem dylematu jak mam się w tej sytuacji zachować. Moją pierwszą akcją przeprowadzoną wspólnie z kolegami 13 grudnia było wyniesienie z lokalu NZS-u na ulicy Reymonta całej dokumentacji Zrzeszenia. Dostaliśmy cynk, że jeszcze nie było tam ubecji. Więc w ciągu dziesięciu minut podjęliśmy decyzje. Wzięliśmy ze sobą dwa plecaki, i weszliśmy na teren Instytutu. Portier, który nie chciał dać nam kluczy został ostrzeżony, że jak o nas powie to my go znajdziemy. Wyłamaliśmy drzwi i po przeglądnięciu z grubsza tej całej masy papierów rozpaliliśmy z części z nich ognisko, a resztę tych ważniejszych zabraliśmy ze sobą. Na koniec zbiliśmy jeszcze okno, aby upozorować włamanie i dopakowaliśmy jeszcze kilka ryz papieru. Uratowane wtedy dokumentu, były przechowywane przez następne lata i wiem, że zostały przekazane Stowarzyszeniu NZS. Co ciekawe, jest to jedyna pełna dokumentacja członków NZS z tamtego okresu, teraz znajduje się prawdopodobnie w IPN. To pierwsza wymierna rzecz jaka udało mi się zrobić, gdy komuniści wypowiedzieli wojnę narodowi. Było w tym trochę brawury, zwłaszcza jeżeli zestawić ja z ogłoszeniami o wprowadzonej karze śmierci za nieprzestrzeganie przepisów stanu wojennego. Byliśmy wtedy tak nabuzowani, że gdyby jakiś ubek stanął nam na drodze pewnie byśmy go rozwalili. Przestraszył się nas ten portier, bo ostrzegaliśmy go całkiem na poważnie. Później zaangażowałem się w pomoc internowanym i ich rodzinom. Nie było jeszcze jakichś zorganizowanych struktur podziemnych i pamiętam, że tą naszą pomoc świadczyliśmy ludziom z NZS, KPN i Solidarności. Ta działalność to takie trochę pospolite ruszenie. Bardzo szybko pozbyłem się rozterek z przed 13 grudnia i wiedziałem, że jeżeli pozostałem to musze zaangażować się bo tego wymaga obowiązek. A wiedziałem, że jak walczyć z komuną to na całego. W styczniu 82 zaczęliśmy poszukiwać kontaktów z tworzącymi się strukturami. Było to dosyć ryzykowne, bo po internowaniu większości działaczy w tych początkowych formach wielu było prowokatorów. Niektórzy ludzie, zwinięci na początku stanu wojennego, wychodzili szybko po podpisaniu lojalek i angażowali się w tworzenie struktur, ale ja nie miałem do nich zaufania. Dlatego też skupiliśmy się w gronie bardzo bliskich znajomych.

Jeszcze pod koniec grudnia 1981, albo na początku stycznia w kilkanaście osób stworzyliśmy grupę, na razie bez nazwy (dopiero potem nazwaliśmy się „Sokół”), było to coś na wzór oddziału wojskowego Mieliśmy wiatrówki, pistolet pneumatyczny, kbks, nunczaki, a od jednego kolegi ze Strzelca dostaliśmy dwa oryginalne granaty ćwiczebne. Posiadaliśmy także trochę ostrej amunicji m. in. nabój przeciwlotniczy kaliber 22 mm. Ponieważ zdecydowani byliśmy na prawdziwa konfrontację, za główny cel na samym początku uznaliśmy dobre przygotowanie, a więc ćwiczenia fizyczne, treningi sportów walki itp. Szkoliliśmy się w terenie, najpierw na osiedlu Widok między nasypami kolejowymi, ale że na odkrytym terenie było to trochę niebezpieczne przenieśliśmy się do Lasku Wolskiego. Bardzo nas to rajcowało, ale żeby wyszkolić się jak najlepiej każdy z nas osobno zapisał się na treningi jakichś sportów walki. Ja trafiłem do sekcji senseia Pietrasa trenera Karate. Treningi odbywały się w szkole na ulicy Smoleńsk i były bardzo forsowne, ale po 2 i po rocznym szkoleniu zdobyłem pomarańczowy pas. Poczynione w szkoleniach postępy sprawdzaliśmy na zadymach, na które uczęszczaliśmy obowiązkowo w każdego 13 kolejnego miesiąca. Moja pierwsza manifestacja to 3 maja 1982 i poczucie niespełnienia, bo trzeba było uciekać. Jednak nawet porażka cementuje i mobilizuje, bo do kolejnych przygotowywaliśmy się o wiele solidniej. 13 września zaczynaliśmy jeszcze nieśmiało, jakieś kamienie leciały, butelki na radiowozy. Ale w październiku już mocniej, z procami i w miarę zorganizowanymi metodami, ale jeszcze kontaktu bezpośredniego fizycznego.

Trzecia, taka ostrzejsza zadyma była 11 listopada, kiedy po mszy na Wawelu rozbili pochód Było nas 10 wyposażonych w procę, trzymaliśmy się razem, a po rozgonieniu pochodu walki przeniosły się w stronę Jubilata. Przeszliśmy pod hotel Cracovia a stamtąd przez Błonia spychali nas w stronę Miasteczka Studenckiego. Po drodze nawinął nam się radiowóz powybijaliśmy w nim wszystkie szyby ale udało nam się zebrać trochę ludzi i zrobił się pochód z którym ruszyliśmy ul Reymonta w stronę miasta. Gdy byliśmy na wysokości akademika „Nawojka zomowcy zaatakowali nas z dwóch kierunków, od strony Alej i z parku Jordana. Zaczęło się ostre pałowanie i dochodziło nawet do walki wręcz i może by się to szczęśliwie skończyło, ale zdarzyła się dosyć humorystyczna sytuacja. Tłukłem się z nimi używając nóg, ale podczas wykonywania wyskoku, razem z kolegą, który był cały czas blisko mnie razem wylądowaliśmy nogami w koszu na śmieci. Zomowcy natychmiast to wykorzystali i zaczęli nas już leżących strasznie okładać. Dostałem parę mocnych ciosów, ale nadleciał ich kazał im przestać, jak nas prowadzili do suki, to jeszcze któryś z tych bandziorów przyłożył mi brzytwę do gardła, ale jakiś cywil, chyba ubek kazał mu przestać. Tak trafiłem na pierwsze 48 godzin. Na dołku na Mogilskiej, oczywiście ścieżka zdrowia, no i noce spędzone w bardzo zasyfionej celi. Dostałem grzywnę 15 tysięcy złotych, ale została ona natychmiast zapłacona przez ludzi z Kurii Biskupiej, odbywało to się w ten sposób, ze czekała na nas zorganizowana grupa i od razu wykupywała. Zwalniali nas od razu po wpłaceniu, ale nazajutrz na uczelni wezwał mnie dziekan i powiedział, że będę wyrzucony ze studiów i mam się zgłosić do rektora. Rektor powiedział mi, że nie zostanę relegowany z uczelni, ale będę zawieszony w prawach studenta, co prawda mogę normalnie chodzić na zajęcia, jednak nie podpisując listy obecności. Dopiero 22 lipca 1983 roku zostałem przywrócony w prawach studenta na mocy amnestii. Po tej przygodzie z kolegium powróciłem do kolportażu, ale i rozpocząłem drukowanie już znacznie większych ilości bibuły. Były to pierwsze wydziałowe pisma, raczej nawet biuletyny informacyjne, nie miały nawet tytułów. Wydawane niekiedy jako jednodniówki, zawierały informacje o internowanych, prośby o pomoc, komunikaty o zatrzymaniach itp. Bardziej regularna prasa pojawiła się po amnestii w 1983 roku. Z tego czasu pamiętam dostarczanie grypsów rodzinom jak też i w drugą stronę, ja na przykład często jeździłem do Rzeszowa-Załęża.

Cały czas spotykałem się z moją grupą. W przeciwieństwie do niektórych kolegów nie wierzyłem, że komuna upadnie bezkrwawo, dlatego tez w dalszym ciągu trenowaliśmy no i oczywiście chodziliśmy na zadymy. Z tym, że teraz już wojowałem tam w kominiarce i nie pchałem się jak harcownik do pierwszego szeregu, ale raczej wyczekiwaliśmy okazji, żeby trafić jakiegoś zomowca - marudera. W 1983 roku nawiązałem ściślejsze kontakty z KPN. Byłem wtedy na przedostatnim roku studiów, a od lat szkolnych przyjaźniłem się z Krzyskim Buczakiem, gdyż mieszkaliśmy na jednej klatce schodowej. Przez Krzyśka poznałem aktywnego działacza KPN-u Wojciecha Oberca. Po amnestii wyszli z więzień moi koledzy m.in. Zdzichu Kapuśniak i Janek Rokita oraz wielu innych, no i wtedy zaczęła się taka ostra konspira. Pojawił się pomysł, żeby zacząć wydawać książki. Nie jako jedno wydawnictwo, na początku nazywało się to Oficyna Książka, ale później występowaliśmy pod różnym nazwami. Właściwie to każde następne dwie pozycje sygnowaliśmy inna nazwą, po to żeby nas było trudniej namierzyć. Pamiętam, że wydaliśmy wszystkie pozycje Józefa Mackiewicza, oraz książki Sergiusz Piaseckiego. W Warszawie Adam Michnik nie wydawałby Mackiewicza, więc była to dosyć radykalna inicjatywa. Nasze książki wydawaliśmy w nakładzie 1000 egzemplarzy, co w panujących wtedy realiach było niezłym przedsięwzięciem.

Na wyposażeniu drukarni miałem dwa powielacze białkowe: elektryczny czeski „Rotor” oraz ręczną „maszynkę historyczną”, która pamiętała czasy POW (dostaliśmy ją od człowieka, którego dziadek działał w POW). Bardzo nowoczesny powielacz udało nam się ukraść z Drukarni Narodowej. Pomysłodawcą tej akcji był Jurek Piasecki. Posłużyliśmy się podrobionym zaświadczeniem z Służby Bezpieczeństwa i o pierwszej w nocy poszliśmy na portiernie mówiąc, że musimy zarekwirować ten powielacz. Portier oczywiście nie czynił żadnych przeszkód, więc poszliśmy na piętro i zabraliśmy tę maszynę. To był bardzo porządny sprzęt z automatycznym podajnikiem. Niestety on szybko wpadł i nie zdążyliśmy na nim nawet niczego wydrukować. Ale SB nigdy nie dowiedziała się, kto go tak bezczelnie zwinął.

W tamtym okresie współpracowałem z m.in. Markiem Szczurem-Sadowskim, Bartkiem Sienkiewiczem, Zdzichem Kapuśniakiem i wieloma innymi, których nazwisk dzisiaj już pewnie nie potrafię przytoczyć. Miałem też bardzo intensywne kontakty z ludźmi z Konfederacji, którzy właśnie powychodzili z więzień i internatów. Pamiętam, że wtedy w 1983 albo Krzysiek Buczak, albo Wojciech Oberc poznali mnie z Witkiem Tosiem. Z kolei Toś skontaktował mnie z Maćkiem Gawlikowskim. Chyba właśnie w roku 1984, gdy były jakieś kłopoty z drukowaniem „Opinii krakowskiej” pożyczyłem Mackowi Gawlikowskiemu powielacz. Mniej więcej w tamtym czasie pojawiło się w Krakowie więcej wydawnictw i czasopism, m.in. „Hutnik”, „Opinia Krakowska” „KOS” i „Promieniści” gazeta wydawana przez środowisko w które dosyć mocno wtedy wszedłem, a w szczytowym momencie kolportowałem im 400 egzemplarzy. Co było 1/3 nakładu. Większość z tej liczby przekazywałem na Hutę.

Inna sferą mojej aktywności było oczywiście rozwijanie naszej organizacji. Stąd też się brało moje zainteresowanie Nową Hutą. Otóż poznaliśmy tam grupy bardzo młodej młodzieży poszukujące kontaktu z podziemiem. Oni bardzo chcieli cos robić, a mogli się wyżywać tylko na rocznicowych „miesięcznicach”, wykorzystywaliśmy ich do przechowywania bibuły zapasowego sprzętu. Robiłem im szkolenia w zakresie drukowania, a także podstawy szkolenia w walkach ulicznych. W tym właśnie czasie dostałem od Zdzicha Kapuśniaka zlecenia na zorganizowanie zakupów benzyny. Ja sam jeździłem małym fiatem ale wykorzystywaliśmy tez inne samochody, a przy kolportażu robiliśmy dużo kilometrów, co przy benzynie na kartki graniczyło z prawdziwym cudem. Miałem znajomego taksówkarza, od którego kupowałem benzynę, bo taryfiarze wtedy mogli tankować co trzy dni pełny bak. Zwróciłem się do niego z propozycja kupowania znacznie większych ilości niż od czasu do czasu jednego kanistra Problemem jednak było magazynowanie tego paliwa, dlatego wynająłem garaż w Nowej Hucie na tyłach DT „HERMES” Płaciłem mu dolarami a on dostarczał mi coraz większe ilości benzyny. To też bez problemów na bieżąco zajmowałem się jej dystrybucją. A była z tego mojego CPN-u jeszcze jedna korzyść, bo na każdą zadymę mogłem swoją młodzież zaopatrzyć w wystarczające ilości koktajli mołotowa. A do dzisiaj wspominam z wielkim rozrzewnieniem zapach palonych radiowozów, i jak przyjemnie było oglądać skutki działania butelek z benzyną, gdy wychodziłem na spacer po Nowej Hucie.

Szkolenia i zaopatrywanie w bibułę tej młodzieży dawało nadspodzieane efektudniu 31 sierpnia 1984 lub 1985 roku urządzilismy solidny łomot ZOMO. Na Placu Centralnym w Nowej Hucie zebrała się ich grupka. Stali w miejscu, gdzie dzisiaj jest postój taksówek. A myśmy z chłopakami stali pod filarkami, z lewej strony (patrząc od strony ZOMO), koło koktajlbaru. Oni strzelali gazem w stronę ludzi, myśmy im odrzucali te pojemniki z gazem W pewnym momencie myśmy zrobili z pięć kroków do przodu, a potem odwróciliśmy się i zaczęliśmy uciekać. Kilku ZOMOwców puściło się za nami między bloki. Tam mieliśmy przygotowaną pułapkę. W kilkunastu ich dopadliśmy i w parę sekund dokładni ich zbiliśmy i zabraliśmy trofea: pały, tarcze, kaski. To był błysk.

Na 1 maja 1985 roku zrobiliśmy m. in. z Maćkiem Gawlikowskim taką fajną akcję, która polegała na zasmrodzeniu Rynku Głównego. Hasło tej akcji było takie - „Jaruzelski opuścił bąka.” Z Wydziału Chemii UJ dostaliśmy smrodliwe substancje na bazie siarkowodoru. Każdy z nas miał w nogawce na nitce przyczepiona ampułkę. W trakcie transmisji przemówienia Jaruzelskiego mieliśmy to opuścić na ziemię, przygnieść i zwiewać. Przed akcją spotkaliśmy się w barze na Karmelickiej. W sumie było nas kilkanaście osób, m. in. ja, moja żona, Maciek Gawlikowski. Akcja się nie udała bo padał deszcz ze śniegiem i ta substancja niestety nie parowała tak, jak się tego spodziewaliśmy. ... Później robili śledztwo w tej sprawie. Bez skutku.