Relacja:Marek Bik

Z Encyklopedia Solidarności

Tylko w Internecie.

Relacja Marka Bika

Postanowienie o zaangażowaniu się w działalność opozycyjną nie rodzi się z dnia na dzień, czy też z chwili na chwilę. W moim przypadku zdarzyło się to pod koniec lat siedemdziesiątych i było konsekwencją ciągu zdarzeń i doświadczeń, jeżeli oczywiście można mówić o doświadczeniach w przypadku nastolatka. Zaczęło się w liceum, a moją pierwszą aktywność zawdzięczam znajomości z kolegą Jurkiem Molem, z którym wiązała mnie na pewno wspólnota wyznawanych poglądów na ówcześnie panującą rzeczywistość. Rozpoczęliśmy od uczestnictwa w Mszy 11 listopada na Wawelu. Pamiętam, że w kościele było sporo ludzi, ale w demonstracji brało udział na pewno nie więcej niż setka. Później razem malowaliśmy napisy na murach przypominające Katyń i 17 Września. Były to nasze całkowicie spontaniczne i samodzielne działania, gdyż pomimo prób nawiązania nie mieliśmy kontaktu z żadną z działających wtedy w Krakowie grup opozycyjnych, ani tym bardziej z Konfederacją Polski Niepodległej. Problem polegał na tym, że ojciec Jurka był od 1949 do 1956 więźniem politycznym, a dostał wyrok w sprawie, w którą zamieszany był Krzysztof Gąsiorowski, więc wystawiał temu człowiekowi jak najgorszą opinię i nas przed nim ostrzegał. Do tego jeszcze od lat końca sześćdziesiątych w środowisku podejrzewano Gąsiorowskiego o współprace z bezpieką. Nam to za bardzo nie przeszkadzało, gdyż lepiej jednak wiedzieć i wystrzegać się niźli nie mieć tej świadomości.

27 kwietnia 1980 roku po spaleniu się Walentego Badylaka zorganizowaliśmy na Rynku Głównym demonstracje poświęcona Katyniowi. To było samo południe w niedziele przy studni w miejscu, w którym Badylak dokonał samo spalenia ułożyliśmy krzyż ze zniczy, szarfę biało czerwoną na której widniał napis „1940-1980 Pamięci Ofiar Katynia”. Zapaliliśmy znicze, a zebrało się tam trochę ludzi zupełnie przypadkowych, ale ich reakcje były pełne powagi i zadumy. Trwało to wszystko około piętnaście minut, po czym, kiedy już szliśmy z Jurkiem do domu na skrzyżowaniu Szewskiej i Jagiellońskiej zostaliśmy zatrzymani przez funkcjonariuszy SB. Zawieźli nas do komendy na Batorego, gdzie do wieczora trwały przesłuchania. Prowadzili je w kierunku ustalenia, czy mamy kontakty z jakimiś innymi grupami, czy też akcja na Rynku była naszym samodzielnym działaniem. Doświadczenie to było dla nas wyraźnym bodźcem do nawiązania kontaktu z działającą opozycja. W końcu jeżeli esbecy tak bardzo dociekali, to musiała istnieć i mieć znaczenie.

Wkrótce nastała Solidarność i oczywiście zaangażowaliśmy się w jej działalność, a już tak całkiem na poważnie to od 81 roku kleiliśmy plakaty i ulotki dla Sekcji Informacji Zarządu Regionu. Przy tej robocie dwukrotnie nas zatrzymano. Nie pamiętam w tej chwili jakiej konkretnie treści ulotki wtedy kolportowaliśmy, ale były to z pewnością materiały Solidarności. Jesienią 1981 przystąpiłem do Komitetu Obrony Więzionych za Przekonania i wtedy poprzez Witka Tukałłę nawiązałem bliższy kontakt z KPN. On mieszkał blisko Zygmunta Łenyka a zaprowadził nas do jego mieszkania, w którym odbywało się zebranie, i na nim zostałem zaprzysiężony przez Krzysztofa Bzdyla. Działo się to w listopadzie 1981 półtora miesiąca przed ogłoszeniem stanu wojennego. Od tego czasu zaczęliśmy aktywnie działać w Konfederacji, a pamiętam z tamtego czasu przygotowania i udział w demonstracji w zorganizowanym przez KPN 30 listopada 1981 roku „Dniu Wolności i Praw Człowieka”.

Pierwszego dnia stanu wojennego zgłosiliśmy się do zajezdni MPK w Łagiewnikach, aby wspierać strajk organizowany tam przez Krzysztofa Bzdyla. Z powodu małej liczby członków Konfederacji, wśród załogi panowały niezbyt bojowe nastroje i przeczuwaliśmy że nastąpi szybki koniec tego strajku. To też nazajutrz, jeszcze w jego trakcie przedostaliśmy się do zajezdni w Czyżynach, gdzie było znacznie więcej kapeenowców i tam byliśmy do samego końca, czyli pacyfikacji w nocy 15 grudnia. Jurka wtedy internowano, a mnie udało się wydostać. Podczas demonstracji na Rynku Głównym 17 grudnia spotkałem Witka Tosia i z osobami, które uniknęły internowania zawiązaliśmy Tymczasowe Kierownictwo Akcji Bieżącej. Konfederacja została poważnie przetrzebiona internowaniem większości działaczy i stworzenie takiej struktury okazało się wtedy niezbędne. W jej skład wchodzili; Wojciech Oberc, Rysiek Pyzik, Witek Toś oraz Krzysztof Stolarczyk, który jak się później okazało był współpracownikiem bezpieki. Od samego początku wydawaliśmy oświadczenia w formie ulotek przepisywanych na maszynie, bo dopiero w lutym udało nam się zdobyć powielacz i zaczęliśmy drukować „Niepodległość” – regularnie wychodzące pismo krakowskiej Konfederacji. W założeniu miało być tygodnikiem, ale z tym bywało różnie, gdyż zależało to od możliwości. Jednak było czymś znacznie więcej niż tylko ogłaszaniem w kwitach „Że żyjemy”. Ostatnim, i jak się okazało bardzo pechowym miejscem, w którym brałem udział w drukowaniu „Niepodległości” była suteryna w starej czynszowej kamienicy przy ulicy Findera na Dębnikach. Do dzisiaj nie mam pewności co zdecydowało o wpadce, a przypuszczam, że to chyba dozorca tej posesji doniósł na milicję, bo chociaż wykorzystaliśmy ten lokal tylko jeden raz, to jednak pozostały w nim wyraźne ślady naszej bytności. No i SB zrobiła tam, kocioł, a pierwszą osobą która w niego wpadła był Staszek Papierz, a później chyba równolegle zwinęli mnie i Witka Tosia.

Oczywiście aresztowali mnie i osądzili, a początkowo oskarżyli z artykułu 123 w związku z 128, a był to zarzut „próby obalenia ustroju siłą” zagrożony karą od 5 czy dziesięciu lat do kary śmierci włącznie. Dopiero później w trakcie rozprawy, przeprowadzonej zresztą w trybie doraźnym, zmieniono kwalifikacje czynu na artykuł 40. A sędzia Sądu Warszawskiego Okręgu Wojskowego niejaki Drabik „wycenił” udowodnione wydrukowanie 700 ulotek na 3 lata więzienia. My, to znaczy ja z Witkiem nie przyznawaliśmy się do winy, ale działanie agentury celnej w Areszcie na Montelupich spowodowało ujawnienie i praktycznie rozbicie całej naszej struktury.

Wsadzili nas obydwóch na oddział zwany gettem. Panowała tam ścisła izolacja i ograniczenia nie funkcjonujące w pozostałych oddziałach, bo getto było czymś w rodzaju więzienia w więzieniu. Przez dwa miesiące nie otrzymałem, ani jednego listu, nie miałem widzenia z rodziną ani też z adwokatem, nie docierały do mnie praktycznie żadne wiadomości z zewnątrz. Nawet w dostarczanych mi gazetach wycinane były wszystkie informacje dotyczące działania opozycji i nie mogłem w nich przeczytać na także relacji z co wtorkowej konferencji Urbana. Przesłuchania o dziwo prowadzone były spokojnie, a powiedziałbym nawet dosyć grzecznie. Wcale bardzo na mnie nie naciskali i specjalnie nie zależało im nawet na składaniu przeze mnie obszerniejszych zeznań. Wtedy takie podejście mogłoby i zaskakiwać, ale jego wyjaśnienie odnalazłem dopiero po wielu latach w aktach czytanych w IPN. Dowiedziałem się nich, że naszej sprawie Służba Bezpieczeństwa polegała na szeroko zakrojonej działalności agentury celnej. Wówczas, tylko za sprawą przypadku, o którym wspomnę w dalszym ciągu, zorientowałem się że coś musi być na rzeczy, lecz nie miałem żadnej wiedzy o skali tego przedsięwzięcia. Sam ustaliłem jednego donosiciela, współpracownika, a według ichniejszej nomenklatury agenta celnego. Ten człowiek w ciągu dnia przebywał w celi z Witkiem Tosiem, a na noc przychodził do mnie. Witkowi mówił, że udaje się do pracy w więziennej piekarni, a gdy rano wychodził z mojej celi także mówił, że od rana zaczyna pracę. Nawet nie pamiętam teraz gdzie on mieszkając ze mną miałby rzekomo pracować, ale na pewno w tym czasie mieszkał z Witkiem. W tak ścisłej izolacji, będąc pozbawiony kontaktu z kimkolwiek poza tym człowiekiem i strażnikami nie mogłem się niczego o nim dowiedzieć, ale kiedy przyniósł mi gryps od Witka pisany innym niż miał Witek charakterem pisma zorientowałem się, że to musi być kapuś. Jednakże nie dałem tego po sobie poznać i można powiedzieć, że podjąłem grę z przebiegłym cwaniakiem, albo raczej z przebiegłą bezpieką. Z treści grypsu wynikało, że Witek namawia mnie, żebym się przyznał i wszystko ujawnił. Już samo to wydawało się bardzo nieprawdopodobnym, więc charakter pisma upewnił mnie w przekonaniu, że musi to być mistyfikacja. W moim przypadku zastosowanie tych metod przez SB nie powiodło się, lecz agenturze celnej udało się podejść Świętej Pamięci Witka i nie wiem do końca jakim sposobem i przez kogo, ale bezpieka uzyskała od Niego jakieś informacje. Tak przynajmniej wynika z zachowanej w IPN dokumentacji. Później wielokrotnie, gdy przebywałem jeszcze w więzieniu, po wyjściu ale też i całkiem niedawno próbowałem dowiadywać się czegoś na temat działania agentury celnej. Rozmawiałem nawet z poznanym w czasie odsiadki z funkcjonariuszem – psychologiem więziennym i on powiedział mi, że tacy ludzie rekrutowani byli spośród skazanych za jakieś przestępstwa funkcjonariuszy milicji.

Po dwóch miesiącach zostałem przeniesiony na trzeci oddział krakowskiego aresztu, na krótko przed rozprawą, która odbyła się przed upływem trzech miesięcy od chwili aresztowania. Zresztą orzeczenia wydawane w trybie doraźnym polegały na przeprowadzeniu dochodzenia i procesu właśnie w trzymiesięcznym terminie. Bronił mnie mecenas Ostrowski, adwokat współdziałający z Kurią i jeden z niewielu posiadających uprawnienia do występowania przed Sądami Wojskowymi. Wyrok ogłoszono 24 września, a miesiąc później przewieziono mnie do Zakładu Karnego we Wrocławiu, gdzie przebywałem do lutego 1983 roku. Było tam bardzo wielu, bo cały pawilon ok. 300 osób politycznych, pochodzących z Południowej Polski w przeważającej większości ze Śląska. Jako skazany podlegałem więziennemu regulaminowi, lecz jako więzień polityczny oczywiście starałem się bojkotować określone w nim przepisy, jednakże skuteczność tych moich starań zależała od nastawienia dyrekcji poszczególnych kryminałów. Nasza sytuacja w więzieniach była w jakiś sposób odzwierciedleniem tego co się działo na wolności, a aktualna sytuacja polityczna miała oczywiście wpływ na przykręcanie śruby lub poluzowanie rygorów przez władze więzienne. Na przykład 13 grudnia, kiedy zawieszono stan wojenny wprowadzono „Akty Łaski”. Polegało to na tym, że skazani mogli sami występować o złagodzenie kary skutkiem czego na wiosnę 83 więzienie zaczęło się opróżniać.

W lutym przenieśli mnie do Strzelina, a tam szybko dowiedziałem się, jak łatwo w tym kraju można było zostać więźniem politycznym. Otóż w tym więzieniu wsadzono mnie do celi, w której miałem rzekomo siedzieć z politycznymi, a w rzeczywistości jedynym takim więźniem był chłopak z Świebodzina. Pozostali to w większości uczestnicy buntów w poprawczakach i zakładach karnych. Zdarzyli się też i ludzie, który założyli organizację faszystowską w zakładzie poprawczym, a skazani z Dekretu o Stanie Wojennym dostali wyroki po siedem lat. W więzieniu tym przebywałem przed ukończeniem 21 roku życia i według więziennych przepisów byłem tzw. małolatem, dlatego tez znalazłem się akurat w tej celi. Zresztą pobyt w niej wspominam nie najgorzej, bo z tą młodzieżą dosyć dokazywaliśmy na złość więziennej administracji, ale i ku utrapieniu starszych kolegów opozycjonistów. Uważali oni, że naszymi wybrykami psujemy im całą przyjemność siedzenia i tylko drażnimy dyrekcję, której również zależało na świętym spokoju. A my, jak to młodzież urządzaliśmy głodówki i robiliśmy zadymy przy byle okazji, a kiedy nam się naprawdę nudziło to ich wręcz szukaliśmy. Przykładami tej naszej młodzieńczej aktywności było na pewno uporczywe wybijanie szyb oraz podtruwanie psów biegających po pasie śmierci. Całymi nocami ujadały nie dając spać, więc jak kilka razy dostały słuszną porcję relanium w kaszance to się trochę uspokajały, a przez to i stawały się z pewnością mniej czujne.

Podczas odsiadki zaobserwowałem najprzeróżniejszą paletę postaw i nastrojów panujących wśród współtowarzyszy niedoli. Na przykład we Wrocławiu widziałem entuzjazm wywołany dochodzącymi za mury odgłosami odbywającej się 10 listopada na mieście zadymy, a wciąż żywą euforię budziły wspomnienia o zajściach ulicznych 31 sierpnia, kiedy tłum miał nawet szturmować więzienną bramę. Potem, po nieudanym strajku ogłoszonym na 10 listopada nastroje siadły i większość opanowało przygnębienie, a tylko trochę nadziei wzbudzało jeszcze oczekiwanie na pielgrzymkę Papieża w 1983. Jednak już wtedy powoli wygasała wiara w pokonanie reżimu, a zastępowała ją więzienna choroba – sen o amnestii. Poczucie porażki było widoczne i faktem dobitnie znamionującym poniesienie klęski przez opozycje jest z pewnością emigracja 80 procent ludzi opuszczających wtedy więzienia. Nie ma się zresztą czemu dziwić, bo trudno mi winić ludzi, którzy nie chcieli poświęcać swojego życia, czy bezpieczeństwa rodziny dla wyglądającej wtedy na całkowicie przegraną sprawy. Ja należałem do trochę innego gatunku ludzi, bo przypomnę iż kiedy odbywała się głodówka o przyznanie statusu więźnia politycznego, to niektórzy wręcz podkreślali, że oni nie czują się więźniami politycznymi, ale ..związkowymi! To dzisiaj może nieco dziwić, lecz zdarzały się i takie postawy w całej masie ludzi uwięzionych w czasie stanu wojennego. Zresztą ta masa wcale nie była jednorodną. Pamiętam przypadek człowieka z Piły, który napisał jakiś list protestacyjny, że bardzo mu przeszkadzają nisko latające samoloty z wojskowego lotniska i dostał za to trzyletni wyrok. Trudno od niego wymagać jakiejś dojrzałości politycznej, a tym bardziej chęci obalania ustroju, jeżeli on chciał mieć tylko cisze i spokój. Władze zamknęły wtedy faktycznych ale też i tylko potencjalnych ich zdaniem wrogów komuny, a nie stanowili oni oczywiście żadnego zagrożenia. Zwłaszcza na początku stanu wojennego była wyczuwalna nerwowość sądów orzekających wyroki z dekretu i obawa chyba o to, żeby nie były one za niskie. Więc ferowały je bardzo surowo oczywiście niewspółmiernie do osądzanej winy, jeżeli w ogóle można mówić w tych przypadkach o jakiejś winie. Było wśród więźniów bardzo wielu ideowych ludzi, ale też i takich, których odsiadka w zupełności zniechęciła do jakiegokolwiek dalszego działania, a nie zaobserwowałem też mającej większe znaczenie więzi łączącej siedzących w więzieniu z aktywnymi na wolności. Główną zasługą ukrywających się działaczy, było wtedy chyba jedynie to, że się jeszcze ukrywają, bo wszak działania przez nich podejmowane nie odnosiły żadnego skutku. Pomysł ogłoszenia strajku generalnego na 10 listopada uważam za całkiem poroniony. Decydować o tak nieprzygotowanym przedsięwzięciu mogli ludzie, albo beż żadnego rozeznania, albo co gorsze, świadomi bezsilności i w celu pokazania słabości opozycji. Wydarzenie to było w pewnym sensie przełomowym, gdyż tą słabość w pełnej krasie ukazało.

Dzięki ogłoszonej amnestii w lipcu 1983 roku opuściłem wiezienie. Od początku pobytu na wolności próbowałem działać w podziemnych strukturach. Było to dosyć trudne bo byłem zidentyfikowany i dokładnie namierzony i wiedziałem, że konspirowanie w tych warunkach jest bezsensowne gdyż w pewnym momencie na pewno zagrozi strukturze, w której się zaangażuje. To też po upływie roku, po zabójstwie Księdza Jerzego, kiedy wiadomo już było, że dotychczasowa formuła działania opozycji nie sprawdza się, a właściwie już się całkowicie załamała, w Krakowie spróbowaliśmy działań jawnych. Przystąpiłem do Inicjatywy Praw Człowieka Obywatela, która działała oficjalnie w tym sensie, że opublikowane zostały dane sygnatariuszy – założycieli. Ten komitet skupiał ludzi z KPN i Solidarności podobnie jak ja, po wyrokach, internatach, dokładnie namierzonych przez bezpiekę, którzy praktycznie nie mogli uaktywnić się w podziemiu. To była formuła naszym zdaniem najlepiej przystająca do ówczesnej rzeczywistości, a i cele działania, były z pozoru bardziej bezpieczne niż obalanie ustroju, to jednak wprost uderzające w reżim. W tym samym czasie, jako osoba związana z KPN zaangażowałem się w organizacje Marszu Szlakiem Kadrówki. Udało się to nam dosyć rozwinąć i frekwencja w 1984 roku dopisała, a Marsz milicja rozbiła pod Jędrzejowem bo przed naszym wejściem do miasta zwinięto wszystkich uczestników.

Jednak to wszystko ta było dla mnie cośkolwiek za mało. Niestety po jakimś czasie Konfederacja zrobiła się czymś na podobieństwo Armii pełnej samych dowódców, bez szeregowych. Poza tym wyraźnie wyczuwalne była dla mnie, że to co się dzieje w KPN wynika w jakimś stopniu z inspiracji SB. Mówię o momencie, w którym wyszedłem z więzienia, kiedy nie potrafiłem się w żaden sposób odnaleźć w strukturach Konfederacji. Skłócanie ludzi, wzmacnianie animozji, wiecznych pretensji i obsesyjnej wręcz podejrzliwości, to jak wynika z dostępnych dzisiaj materiałów była robota bezpieki. Prowadzona przez tajnych współpracowników, ale też całkiem nieświadomych i wydawałoby się Bogu ducha winnych ludzi. Atmosfera ciągłego sporu poważnie rozbijała jedność tej struktury, a nakładały się na to jeszcze względy ambicjonalne. Jak zresztą w każdej ludzkiej zbiorowości, z tym że KPN był pełen silnych indywidualności, więc i spory w nim toczone słabe nie były. Pamiętam kuriozalną sytuację, kiedy półtora miesiąc słuchałem, że Zygmunt Łenyk na pewno jest współpracownikiem bezpieki, a potem przez następny miesiąc z ust tej samej osoby tego samego dowiadywałem się o Ryszardzie Bocianie. Dla mnie ta sytuacja była czytelna już wtedy i świadczyła o pozostawaniu człowieka mówiącego takie rzeczy pod kontrolą operacyjną SB, a bezpiece przecież szczególnie zależało na dezintegracji środowiska, ponieważ najskuteczniej i najtańszym kosztem paraliżowała wszelką działalność. KPN faktycznie działał niewiele, natomiast w mojej ocenie mnożenie funkcji, struktur niczemu tak naprawdę nie służyło. Powołanie wydziału robotniczego bez robotników jest najlepszym chyba przykładem tworzenia bytów istniejących na papierze, lecz nie działających. Mnóstwo energii pochłaniało działaczom Konfederacji zajmowanie się czymś co w tamtym czasie uważałem za nieistotne i w głównej mierze dlatego po jakimś czasie skorzystałem z okazji jaką przyniósł pomysł założenia Ruchu Wolność i Pokój.

Uznałem, że zamysł Ruchu uderzenia w armię będzie najskuteczniejszą formą walki z reżimem, gdyż LWP była najważniejszą siłą podtrzymującą panowanie komunistów w Polsce. Dobrze pamiętałem i do dzisiaj pamiętam, że pierwszą osobą z tamtej strony widzianą przeze mnie podczas pacyfikacji strajku w Czyżynach, był oficer wojska, który zgłosił się na bramę i ogłosił Stan Wojenny. Przecież wszystkich ataków na strajkujące wtedy zakłady w pierwszym rzucie dokonywała armia, a posterunki na ulicach wystawiło wojsko. Wojskowi byli komisarze nadzorujący działanie wszystkich ogniw gospodarki i administracji. Nawet mianowani wówczas niektórzy ministrowie, a i wojewodowie wywodzili się ze struktur wojskowych. Stan wojenny został przeprowadzony siłami armii, a nie milicji, która spełniała wtedy funkcje pomocnicze, albo tak jak w przypadku kopalni Wujek dosłownie wykańczające. Nie słychać było wcale o samobójstwach oficerów, próbach odmawiania wykonywania hańbiących rozkazów itp. Dla mnie całe to ludowe wojsko było jednym wielkim kurewstwem. A irytuje trochę jak dzisiaj słucham tłumaczenia obecnego generała, bodajże Skrzypka, który opowiada dyrdymały jak 13 Grudnia 1981 trzymali ich gdzieś pod Gdańskiem i on nie miał rzekomo pojęcia o tym co się w Polsce dzieje. Jak nie wiedział to mógł sobie zrobić słuchawki i radia posłuchać! Zresztą dla mnie po tamtej stronie był każdy, kto składał przysięgę wojskową, której rota zawierała wierność PZPR i dozgonny sojusz z Sowietami.. Z tych właśnie względów śmiały zamiar WiP tak bardzo mi się spodobał, bo osłabienie władzy w punkcie, w którym całkowicie się tego nie spodziewała okazać się musiało prawdziwym strzałem w dziesiątkę.

Ruch Wolność i Pokój nie był jednorodny, a jego działacze, czy tez raczej – uczestnicy wywodzili się z różnych środowisk. Od Oazowego w Gorzowie Wielkopolskim, poprzez silnie antykomunistyczne i postkapeenowskie w Krakowie, do jak najbardziej Anarchizującego w Trójmieście. Z Warszawą to nie wiadomo do końca jak było, gdyż trudno mi ludzi stamtąd profilować ideologicznie. Wydaje mi się, że bardziej zależało im na wspinaniu się po szczeblach kariery, nawet i opozycyjnej, niźli na wcielaniu w życie jakichkolwiek idei. A tą przyświecającą wszystkim uczestnikom była walka z obowiązkowa służba wojskową. Jednakże zarysował się pewien podział stanowisk w ruchu i podczas gdy jedna strona, z której ośrodek Trójmiejski najdobitniej formułował ten postulat z pozycji pacyfistycznych odrzucając służbę wojskową w ogóle, to była też część osób zwłaszcza u nas w Krakowie, która nie negowała służeniu w wojsku. Ale na pewno nie w tym wojsku związanym przysięgą na wierność sojusznikowi – Armii Czerwonej. Jako, że WiP był ruchem społecznym z luźno ze sobą związanymi ośrodkami, tak głęboki spór wcale nie paraliżował jego działalności. Gdyby stał się jakąś ściślej powiązana strukturą było by może inaczej, a tak mogliśmy działać i nikomu jakoś ta różnica zdań za bardzo nie przeszkadzała.

Przeszkadzało natomiast niekiedy podejście warszawskich działaczy WiP. Pamiętam swój pobyt w stolicy w dosyć gorącym okresie naszej działalności, kiedy w Krakowie robiliśmy akcje za akcją. I spotkanie na którym wychodzi jakiś wąsaty jegomość i się mądrzy jakby był nie wiadomo kim i próbuje nas ustawiać. Facet był od nas ze dwa razy starszy więc musiało to wzbudzić naszą ciekawość, a ktoś z nas powiedział wtedy w żartach, że ten gość musi tutaj trzymać kasę! I jak się niebawem okazało miał rację. Mnie to wtedy śmieszyło, ale część z kolegów ze strony krakowskiego NZS zawsze ciążyła ku Warszawie. W końcu wtedy, tak jak i teraz łatwiej zrobić karierę w metropolii.

Już wtedy w czasie organizowania pierwszych akcji Ruchu praktycznie definitywnie rozstałem się z KPN, jednakże uważałem, że ten mój udział w działaniach WiP był kontynuacją aktywności w Konfederacji. Może to się wydawać dziwnym, ale jeżeli wziąć za przykład kryzys przysięgowy, to ówczesne zachowanie żołnierzy Legionów Piłsudskiego spokojnie mogę porównać do swojej odmowy złożenia przysięgi w LWP.

Bezpośrednią konsekwencją odesłania przeze mnie książeczki wojskowej było powołanie do odbycia służby wojskowej. Cofnięto mi urlop dziekański i chociaż okazało się, że jestem studentem to jednak jedynie wolnym słuchaczem i odraczać mogłem tylko do 21 roku życia, wobec czego zostałem wzięty do wojska, W sposób niezbyt formalny bo ustnie powiadomiono mnie o nakazie stawienia 21 listopada 1985 roku do jednostki wojskowej w Przemyślu. Ustnie ponieważ uniknąłem odebrania wezwania – biletu, a nie miałem przecież odesłanej Kiszczakowi książeczki wojskowej. Jadąc do Przemyśla przygotowany byłem na odsiadkę, gdyż zamknięcie po oświadczeniu o odmowie służby, czy też złożenia przysięgi następowało obligatoryjnie. Jednak po przybyciu na miejsce nie tylko mnie od razu nie zamknęli, to jeszcze przez kilka godzin nie chcieli wpuścić na teren jednostki. Wręcz nakazywali mi wracać do domu i wrócić z biletem. Uparłem się i siedziałem na wartowni, wiedząc, że jeżeli wrócę to WSW zaraz mnie zwinie za przekroczenie 48 godzinnego terminu, w którym miałem się stawić w wojsku. To była jednostka kolejowa tzn służyli w niej ludzie z nie pokończonymi podstawówkami, a ich podstawowym orężem przez dwa lata służby była łopata lub kilof, którym machali budując tory kolejowe. Kadra dowódcza nie była przygotowana na przyjęcie takiego jak ja delikwenta i stąd to początkowe wyrzucanie za bramę koszar. Dla nich byłem jednym wielkim kłopotem i dawali mi to oczywiście na swój sposób odczuć. Kiedy mnie wreszcie wpuścili, pewnie aby jak najszybciej pozbyć się tego kłopotu nakazano mi napisać oświadczenie o odmowie złożenia przysięgi. Przyznaję, że byłem w wielkiej kropce i chociaż liczyłem się z perspektywą rychłego uwięzieni, to jednak perspektywa powrotu za kraty była mi wtedy bardzo niemiła. I gdy tak się wahałem odwlekając tą chwilę, rozwiązanie podsunął mi oficer nakłaniający do pisania tego oświadczenia. Kpiącym tonem zapytał – „Czy ja może chcę to ogłosić przed generałem na przysiędze?” Skwapliwie potwierdziłem orzekając, że odmówię złożenia przysięgi na placu apelowym i to najlepiej przed samym generałem i trybuną honorową. A oczywiście na każdym kroku podkreślałem z jakich przyczyn odmawiam, wszystko stawiałem jasno a godzenie w nierozerwalny sojusz z bratnią armia radziecką wyglądało jakbym wygłaszał największe z możliwych herezję. Za którymś z kolejnych razów poszedłem jeszcze dalej i powiedziałem, że ja już raz przysięgałem na KPN i więcej nie będę przysięgał. Był to dla nich niemały ambaras, a trzymanie takiego gościa jak ja jeszcze się chyba w tej jednostce nie przydarzyło. O moich perypetiach zrobiło się dosyć głośno za sprawą Radka Hugeta, z którym byłem w kontakcie, a ten rozgłos stawiał na baczność całą kadrę i nie tylko, bo nawet broń wręczano mi w asyście żandarmów z WSW. Widocznie spodziewali się, że podobnie jak Świadek Jehowy albo objecter odmówię jej przyjęcia. Później prawie całe dnie spędzałem na korytarzach przed pokojami zastępcy dowódcy, oficera kontrwywiadu i jakichś trepów pomniejszej rangi. Wzywano mnie do nich kilka godzin odczekiwałem, a po wejściu jeszcze wiele razy nakłaniano mnie do napisania tego oświadczenia, lecz ja konsekwentnie odmawiałem i wreszcie dwa dni przed przysięgą nastąpił koniec tej przepychanki i zawieźli mnie do szpitala w Twierdzy Przemyśl. A tam lekarze stwierdzili „nerwicę sytuacyjną – depresyjną w stanie zaostrzenia” i zostałem wtedy po raz pierwszy odroczony na 12 miesięcy, później kolejne bo jednak LWP postanowiło ostatecznie zrezygnować z moich usług. Przez te dziesięć dni, odpowiednie służby zapewniły mi jednak opiekę, bo cały czas miałem przy sobie pewnego kaprala, który zapraszał mnie na wódkę, zapewniał, że chciałby też tak jak i ja, no i pytał ile mi za to wszystko CIA płaci. Z pozostałym więźniami nie miałem do czynienia od drugiego dnia pobytu. A stało się to tak, że najpierw trafiłem na kompanię na której byli bardzo niewykształceni i też niezbyt bystrzy żołnierze. A akurat odbywał się Konkurs Wiedzy O Związku Radzieckim, w którym główną nagrodą był bodajże trzydniowy urlop. I padały w nim pytania o imię i nazwisko żony Włodzimierza Lenina, nazwisko Polaka twórcy i pierwszego szefa Czeki. Żołnierze ni w ząb nie wiedzieli, ale wiedziałem ja i bardzo chętnie na cały głos podpowiadałem wszystko co wiem o Związku Radzieckim, co oczywiście zagroziło koniecznością udzielenia nagród przepustek wszystkim, właściwie całej kompanii. No i po tym incydencie już mnie odizolowali, tym bardziej, że właśnie dotarły papiery o dobytym wyroku za próbę obalenia ustroju. Wtedy już na poważnie przejęli się zagrożeniem jakie może mieć mój wpływ na resztę wojska. Myślę jednak, że nie mógłby mieć, nie była to dobra gleba na wywrotowe plony.

Po dziesięciu dniach wróciłem do Krakowa i zaczęliśmy działać trochę radykalniej. Zwłaszcza od 1987, bo prawo jednak przez te pięć lat znacznie złagodniało. Można było wejść na rusztowania, zorganizować manifestację i nie wsadzali za to do więzienia, a co najwyżej na 48 godzin i kończyło się na kolegium. Liczbę osób aktywnie działających w tym czasie w opozycji szacuję na mniej więcej sto osób. I to raczej mniej aniżeli więcej. Być może byli tez i tak głęboko zakonspirowani, że o ich działalności wiedzieli tylko oni sami. Dlatego też z takim zdziwieniem obserwowałem później gwałtowny wysyp opozycjonistów , przybywających nie wiadomo skąd. I nie byłoby w tym nic zdrożnego, ale ci ludzie mieli aspiracje do przewodzenia i to już mi się nie podobało. Poza tym, dlatego że panowała taka mizeria, bo przecież setka osób na milionowe miasto to naprawdę jest nędza wszystkie środowiska tak bardzo się przenikały, że po jakimś czasie FMW, WiP, młody KPN i NZS razem wzięte stały się właściwie jednym towarzystwem zabawowo imprezowym.

Blisko z Konfederacją związany byłem przez Witka Tosia, razem z nim współpracowałem w moich wszystkich działaniach ma jej rzecz i kiedy Witek zginął w 1985 roku właściwie rozstałem się z KPN. Pamiętam Jego pogrzeb, na którym pomimo środka wakacji zgromadziło się około 150 osób.

W Ruchu następowały sytuacje, których do końca nie rozumiałem. Jedną z takich było pojawienie się Maleszki, który zaczął występować w roli mentora Rokity. Nie podobała mi się inicjatywa Czas Przyszły, do której zresztą jako jedyna osoba z poza Ruchu przyłączył się Maleszka. Chodziło w tych działaniach o to, żeby zneutralizować i osłabić radykalizm najaktywniejszego ośrodka WiP. Przekaz do nas szedł mniej więcej w takiej formie – pokażcie, że jesteście intelektualistami, że potraficie rozmawiać itp. Tak samo niejasnym wydaje się dobranie spośród innych tych, którzy tworzyli to przedsięwzięcie nazwane nomen omen Czasem Przyszłym. Ten zestaw nazwisk pokrywa się z zaciągiem do MSW w pierwszych latach III RP i tak naprawdę nie wiem, czy oni już dokładnie przewidywali jaka będzie przyszłość? Jednak najbardziej jaskrawym i drastycznym przykładem tego co się wtedy działo była Konferencja w Mistrzejowicach. Przedsięwzięcie paralegalne, a właściwie całkowicie legalne, z udziałem gości zagranicznych i krajowych, na które oficjalnie zaproszono Służbę Bezpieczeństwa. W nazwie ta konferencja miała co prawda coś o prawach człowieka, ale ja myślę, że chodziło o to, żeby zorganizować konferencję, włożyć w to dużo energii, zapału młodych ludzi. Później posłuchać poklaskać i niewiele więcej. Teraz również odbywa się mnóstwo konferencji z których nic nie wynika i wtedy też tak było. Chociaż przyszedłem do Kościoła w Mistrzejowicach, to nawet na nią nie wszedłem, gdyż w dzień jej rozpoczęcia dowiedzieliśmy się o wybuchu strajku w Stalowej Woli i z dziedzińca w Mistrzejowicach w siedem osób tam wyruszyliśmy. Dla mnie było niezrozumiałym odbywanie konferencji o prawach człowieka w sytuacji, gdy w odległości dwustu kilometrów wojsko i ZOMO otacza dwadzieścia tysięcy walczących o swoje prawa zdesperowanych ludzi. Latały tam śmigłowce, a po złamaniu strajku odchodziły prawdziwie dantejskie sceny przy ścieżkach zdrowia i dwudniowym znęcaniu się nad zatrzymanymi. Działo się to w lecie 1988 roku, a brutalność sił porządkowych przypominała zachowania z 82. Jak się wkrótce miało okazać to był okres, w którym Wałęsa wypijał z Kiszczakiem pierwsze toasty, ale tego jeszcze nie wiedzieliśmy, lecz dla mnie czas teraźniejszy znacznie ważniejszy niż niewiadomy i abstrakcyjny Czas Przyszły. Nie mogliśmy siedzieć w Krakowie i słuchać bicia piany, kiedy ci ludzie w Stalowej Woli potrzebowali naszej pomocy. A pamiętam jak krzywo patrzył na sama naszą obecność przybyły z Warszawy Jan Józef Lipski. Doświadczenie tych sytuacji przekonywało nas o jakimś handlu pomiędzy władzą a zblazowanym tuzami opozycji. Ci ludzie nie mieli, ani poparcia społecznego, ani też właściwego rozeznania sytuacji. Posiadali jedynie sztandar i umiejętnie, zresztą z pomocą władzy go wykorzystali. Wszyscy ci, którzy pojechali z Krakowa do Stalowej Woli po kilku miesiącach stanęli na czele protestów przeciwko okrągłemu stołowi, przez niektórych nazywanych wydarzeniami krakowskimi. My wiedzieliśmy, że wykorzystując niezadowolenie społeczne można było od komunistów uzyskać znacznie więcej. Wiedział to też Wałęsa i chyba bał się nie mniej niż Kiszczak, który obawiał się że z innymi trudniej się będzie dogadać. Do głosu dochodziło nowe radykalniejsze zastępy działaczy i ci starsi przestraszyli się, że wkrótce zostaną przez nich zastąpieni. Byłem świadkiem wygwizdania przez tłum Gila i Nowaka, co musiało być dla nich wielkim szokiem, gdyż kilka lata wcześniej tłum ich nazwiska skandował. W roku 1989 kiedy odwaga staniała i pojawiło się całe mnóstwo stojących gdzieś z boku, albo zupełnie nieznanych mi ludzi i środowisko rozpęczniało do rozmiarów o jakich dwa lata wcześniej mogłem tylko pomarzyć – wycofałem się uznając, że swoje zrobiłem. Ale kiedy teraz jak Kozłowski, Mazowiecki w komitywie z Kiszczakiem opowiadają o odzyskaniu przez nich Niepodległości ja odbieram to jako żart, a ponieważ tej Sprawie poświęciłem dekadę swojego życia, ci ludzie nie powinni sobie ze mnie żartować.

Wciąż utrzymuję kontakty z ludźmi poznanymi w czasie działalności w Konfederacji i jak zauważam większość z nich ma podobny do mojego pogląd obalający mity założycielskie III Rzeczypospolitej. Uważam, że budowanie czegokolwiek na kłamstwie prędzej czy później będzie pokutowało, dlatego tak ważna jest w życiu publicznym prawda. W bieżących sporach politycznych nie biorę udziału, ale obserwuję obecną aktywność niektórych byłych kolegów z środowiska, lecz nie będę jej komentował, gdyż obiecałem sobie zakończyć tą relację jakimś pozytywnym akcentem. Nie żałuję lat poświęconych idei Niepodległości i choć może nie jest ona taka jaką ją wtedy śniłem, to myślę że było warto.