Relacja:Nina Kawalec

Z Encyklopedia Solidarności

Tylko w Internecie.

Relacja Niny Kawalec

Urodziłam się w 1956 roku w Żarach. Były to tzw. Ziemie Odzyskane Miałyśmy razem z moją siostrą Małgorzatą bardzo radosne i szczęśliwe dzieciństwo. Mama nie pracowała zawodowo i cały swój czas poświęcała naszemu wychowaniu. Ojciec był oficerem Ludowego Wojska Polskiego. Służbę w wojsku rozpoczął pod koniec II wojny światowej. Z wykształcenia był mechanikiem samochodowym, a to była specjalność dla wojska bardzo cenna w tamtych czasach, więc w pewnym sensie nawet nie miał wyboru. Musiał pozostać w służbie, jednak ideologicznie był daleki od systemu komunistycznego. W naszej rodzinie kultywowało się tradycje patriotyczne i katolickie. Cała nasza rodzina każdej niedzieli uczestniczyła w mszy świętej. Myślę, że był to jeden z powodów, dla których mój ojciec bardzo powoli awansował. Od 1973 roku jest majorem rezerwy.

Już w szkole średniej bardzo zainteresowałam się literaturą, co w dużej mierze było zasługą mojej polonistki. To właśnie ona zwróciła naszą uwagę na teksty, których oficjalnie nie można było czytać, na literaturę zakazaną. Te informacje były co prawda bierne, ale one rozbudziły we mnie niedosyt i sprzeciw, bo dla mnie wyłączenie jakiejkolwiek książki, jakiegokolwiek poglądu - nawet takiego, z którym się nie zgadzam - z szerszego dyskursu było złe. Zawsze uważałam, że czytelnik sam sobie powinien wybierać lektury i wyrabiać swój sąd o tym, co czyta. Wszelkie cenzurowanie uważałam i uważam w dalszym ciągu, za niemoralne.

Studia rozpoczęłam na wydziale polonistyki w Wyższe Szkole Pedagogicznej w Opolu w 1975 roku. Z grupą przyjaciół wydawaliśmy na uczelni gazetkę. To było czasopismo oficjalne, więc teksty, które się w nim ukazywały były bardzo „niewinne”. To były na ogół relacje z koncertów, spektakli teatralnych albo omówienia innych wydarzeń kulturalnych. Mniej więcej w tym okresie zetknęliśmy się z literaturą drugiego obiegu. To przede wszystkim były dzieła Miłosza, a także literatura dotycząca Katynia. Uczestniczyliśmy bardzo aktywnie w życiu kulturalnym i to był również niezwykle istotny czynnik, który wyzwalał w nas ducha wolności. Pamiętam, że podczas ostatniego roku studiów (1979-80) reżim już sobie odpuszczał. Na przykład esbecy przychodzili na różne, nieprawomyślne imprezy, ale nikogo nie zamykali.

Studia ukończyłam w czerwcu 1980 roku i rozpoczęłam pracę w Szkole Podstawowej w Katowicach. W sierpniu wybuchły strajki. Tuż po strajkach Międzyzakładowy Komitet Robotniczy z huty Katowice przeniósł się na ul. Stalmacha. Jeszcze wcześniej razem z koleżanką Joanną Zelwerowicz jeździłyśmy na hutę w celu zdobycia jakichś materiałów i informacji o nowopowstającym ruchu solidarnościowym. To, co się wtedy działo wokół nas w całym kraju było takie fascynujące; po prostu nie można było tego przegapić. Wtedy właśnie miałam pierwszy kontakt z MKR. Zadanie miałam ułatwione, bo studiowałam razem z siostrą Jacka Jagiełki, zastępcą Andrzeja Rozpłochowskiego w MKR i właściwie od pierwszego razu kiedy pokazałam się w ich siedzibie na Stalmacha, stałam się osobą zaufaną.

To był dobry okres dla ludzi myślących, którzy drwili z systemu komunistycznego. Uważaliśmy, że ani nie działał, ani nie miał przyszłości, nie miał również żadnych podstaw logicznych. Przecież ten system zniszczył i naszą ekonomię i demokrację, zniszczył kulturę i wszystko, co mieści w sobie pojęcie naród. W tamtym czasie poglądy, które wyznawałam nie były przecież niczym wyjątkowym. Ludzi podobnie myślących były miliony. Miałam może trochę więcej odwagi, aby je głośno artykułować. Uważam, że Polska zawsze powinna wyglądać tak jak w okresie „karnawału Solidarności”.

Pierwsze materiały dotyczące związku otrzymałam od Jacka Jagiełki. Rozprowadziłyśmy je wspólnie z Joasią Zelwerowicz po szkołach podstawowych, wśród nauczycieli. Prawdopodobnie w mojej szkole powstała pierwsza na terenie Katowic komórka Solidarności. Trzeba pamiętać, że środowisko nauczycielskie nie było łatwe w tym względzie. Dyrektorka mojej szkoły próbowała mi przeszkadzać na różne sposoby, kiedy próbowałam zorganizować pierwsze spotkanie. Najpierw zostałam przewodniczącą Solidarności w mojej szkole, aby ostatecznie zostać oddelegowaną do Zarządu Regionu Solidarności nauczycielskiej. Sprawowałam tam funkcję sekretarza. Przez pewien okres miałam takie dziwne poczucie, zresztą chyba nie tylko ja, że od tej pory Polacy będą mieli coraz więcej wolności i aż do „prowokacji bydgoskiej” w marcu 1981 roku nie spodziewaliśmy się jakiejś brutalnej reakcji reżimu. Było nas przecież tak wielu... Wydawało się, że naród raz na zawsze wypowiedział się po stronie demokracji i wolności i że już nic nie jest w stanie tego odmienić, ale po Bydgoszczy zaczęło się robić gorąco. Zaczęliśmy obawiać się reakcji ze strony władz. Nikt nie wiedział, co to będzie, ale wiedzieliśmy i czuliśmy, że do jakiejś konfrontacji dojdzie.

Wracając jednak do okresu przed stanem wojennym... Moja praca polegała głównie na działalności organizacyjnej. Jeździłam po różnego rodzaju placówkach oświatowych i pomagałam zakładać komisje Solidarności. Na skutek różnych działań (wg mnie była w to również zamieszana esbecja) Andrzej Rozpłochowski nie został wybrany na przewodniczącego Regionu w październiku 1981 roku. Szefem Regionu został Leszek Waliszewski. Przyznam szczerze, że od tej chwili już nie potrafiłam działać tak otwarcie jak do tej pory. Wielu spośród nas zaczęło się wycofywać. Wszyscy członkowie KPN usunęli się w cień. Nie zaprzestaliśmy działać w ogóle, po prostu nie wszystko robiło się już pod szyldem Zarządu Regionu ponieważ Waliszewski na to nie pozwalał. Próbował zminimalizować naszą aktywność, a w moim mniemaniu było to sprzeczne i z istotą działania związku, jak również z naszymi aspiracjami i pragnieniami.

Wstąpiłam do KPN jeszcze w 1980 roku. Program i idee tej partii przekonały mnie od razu. KPN była organizacją barwną i na ryle radykalną, aby mnie porwać i do siebie przekonać. Przecież my wszyscy pragnęliśmy niepodległości Polski, a to było ich hasło sztandarowe. Według mnie ta organizacja realizowała całe spectrum działań niepodległościowych. Marzeniem każdego przyzwoitego Polaka w tamtym czasie było uniezależnienie się naszego kraju od Rosji i uzyskanie pełnej suwerenności.

Jeśli chodzi o naszą współpracę z MKR Jastrzębie, to dla mnie takim swoistym wyznacznikiem uwidaczniającym, że wszystko idzie w niewłaściwym kierunku był fakt, że książki, które my rozpowszechnialiśmy zawierały według nich treści zbyt radykalne i wiele z tych pozycji uznawali za nie nadające się do czytania, więc ich nie dystrybuowali.

Stworzyłyśmy wspólnie z siostrą Małgorzatą sieć bibliotek zakładowych. Andrzej Rozpłochowski przyjął na etat moją siostrę jako oficjalnego bibliotekarza Zarządu Regionu. W początkowej fazie działalności rozdawałyśmy tą literaturę wszystkim zainteresowanym, ale ponieważ dysponowałyśmy bardzo ograniczonymi środkami, więc wpadłyśmy na pomysł zorganizowania bibliotek. Materiały ściągałyśmy z całego kraju od wszystkich, którzy mieli możliwości drukowania czyli praktycznie od wszystkich nowopowstających wydawnictw. Składano u nas zamówienia na konkretne pozycje, a myśmy szukały ich gdzie się tylko dało. Nie wprowadzałyśmy żadnej cenzury. Jeśli jakaś pozycja była trudno osiągalna, na jeszcze przecież wątłym rynku wydawniczym, a ludzie chcieli to czytać, to naszym zadaniem było załatwić tą książkę. Przyjeżdżali do nas ludzie z całego kraju. Przy zakładach pracy, z tego co pamiętam, stworzyłyśmy około 300 bibliotek. Oczywiście obsługiwałyśmy głównie Region, ale otrzymywałyśmy zamówienia naprawdę z różnych stron kraju. Chodziło nam o jak najszersze udostępnienie ludziom wolnej literatury.

Kiedy przewodniczącym związku został Leszek Waliszewski to zażądał od mojej siostry dokładnego rejestru zakupów, sprzedaży i kontaktów. Według mnie było to kompletnie bezsensowne, bo już wtedy po komunistach można się było spodziewać wszystkiego i należało przyjąć zasady konspiracyjne. Małgorzata odmówiła wykonania tego polecenia. Swoje zachowanie uzasadniła dbałością o bezpieczeństwo ludzi związanych z bibliotekami. W związku z tym biblioteka została zaplombowana, a Małgorzata na kilka dni została zawieszona w swoich obowiązkach. Szybko jednak zorientowano się, że to duży błąd i biblioteka decyzją Zarządu Regionu została ponownie otwarta. Jednak ten incydent mocno zagęścił atmosferę i zniszczył wzajemne zaufanie, które do tej pory mieliśmy wobec siebie. Zaczęliśmy działać tak trochę obok przewodniczącego. Trudno to już było nazwać współpracą.

Jeśli chodzi o stronę finansową - na początku otrzymaliśmy jakąś kwotę na rozruch, a potem nowe pozycje kupowałyśmy za pieniądze z zysku ze sprzedaży wcześniej zakupionych książek. Część pozycji nie szła na sprzedaż, tylko do biblioteki, no i tak to się kręciło. Można, więc powiedzieć, że biblioteka była przedsięwzięciem samofinansującym i nikt nie mógł nam w tym względzie niczego zarzucić.

Pod koniec „karnawału” dało się już odczuć pewne symptomy niepokojącego wzmożenia aktywności SB. Zaczęli częściej bywać w siedzibie Zarządu. Pojazdy milicyjne częściej przejeżdżały przed budynkiem Zarządu. To zaczęło być zastanawiające. Poukrywałyśmy wszelkie dokumenty, których treść mogłaby komukolwiek zaszkodzić. Nawiasem mówiąc niektórych z nich do dzisiaj nie potrafię odnaleźć. Stałyśmy się dużo czujniejsze. Rozumiałyśmy, że odnalezienie u nas jakiegokolwiek śladu może pociągnąć za sobą cały łańcuch nieszczęść, więc starałyśmy się chronić tych, którzy byli z nami jakoś związani. Musiałyśmy chronić i drukarnie, i wydawnictwa. Nie chciałyśmy, aby w ręce SB dostały się maszyny drukarskie i już wydrukowane książki.

Tuż przed wprowadzeniem stanu wojennego pojechałam do Olkusza, do Jacka Jagiełki; miałam tam umówione spotkanie. 12 grudnia tuż przed północą milicja zapukała do drzwi mieszkania Jacka. Nie wpuściliśmy ich do mieszkania. Po około dwóch godzinach o 2.00 w nocy pojawili się ponownie i tym razem zagrozili wyważeniem drzwi, jeśli im nie otworzymy z własnej woli. Stawianie oporu nie miało sensu. Kazali mi się ubrać i iść z nimi. Nie przedstawili mi żadnego zarzutu. Po prostu zabrali mnie bez słowa. Dwie godziny spędziłam na komendzie w Olkuszu, a potem przewieziono mnie na Komendę Wojewódzką do Katowic. Tam dołączyłam do kobiet, które już zdążyli aresztować. Na dobrą sprawę żadna z nas nie wiedziała, co się właściwie stało. Trzymali nas w jakichś piwnicach. Nie miałyśmy żadnego kontaktu ze światem zewnętrznym. Po kilku dniach przysłali nam do celi pobitą, młodą dziewczynę. Nie miała nic wspólnego z Solidarnością. Zamknęli ją już po 13 grudnia, więc od niej, co nieco się dowiedziałyśmy. Moją siostrę zabrali prosto z budynku Zarządu Regionu. Siły milicyjne zaatakowały Zarząd 12 grudnia o 20.00. Nie siedziałyśmy jednak w jednej celi. Dopiero po kilku dniach dowiedziałam się, że siostra również siedzi w tym samym co i ja areszcie na Mikołowskiej. 25 grudnia odwiedził mnie ojciec i dopiero od niego dowiedziałam się o wprowadzeniu stanu wojennego i że moje aresztowanie jest z tym właśnie związane. Na Mikołowskiej przetrzymywano mnie ok. 6 tygodni. Siedziałyśmy tam same polityczne, no może oprócz tej jednej dziewczyny, która dwa lub trzy dni z nami tam przesiedziała. To miejsce w ogóle nie było przygotowane do dłuższego przetrzymywania ludzi. Warunki sanitarno-bytowe były okropne.

Po 6 tygodniach przewieźli mnie do Darłówka, a po kolejnych dwóch miesiącach do ośrodka internowania w Gołdapi. Tam przesiedziałam do końca internowania, czyli do 23 lipca 1982 roku. Czasami za śpiewanie pieśni, które same układałyśmy władze ośrodka nie dopuszczały do widzenia z rodzinami, a ci ludzie niejednokrotnie aby spotkać się z którąkolwiek z nas odbywali kilkunastogodzinne podróże. W ramach innych restrykcji nie pozwalano nam się spotykać z księdzem z Gołdapi, który przez cały okres internowania starał się być nam bardzo pomocny. Najczęściej bywało tak, że nasze akcje były odpowiedzią na działania opresyjne ze strony władz ośrodka. To był taki ośrodek pokazowy; tam chyba nikogo nie pobito, ale z drugiej strony było tam bardzo ciężko, przynajmniej mnie. Miałam bardzo ograniczony kontakt z rodziną. Poza tym wszystkie odczuwałyśmy dręczącą niepewność. Nie przedstawiono nam żadnych zarzutów. Nie miałyśmy zielonego pojęcia, na jakich podstawach prawnych nas przetrzymują. Nie wiedziałyśmy jak długo będą nas trzymać. Nie wiedziałyśmy nic. Przesiedziałyśmy w sumie około 9 miesięcy, ale żadna z nas nie miała wyobrażenia jak długo to potrwa. Takie zawieszenie w pustce, zawieszenie w niewiedzy wpływało na nas bardzo destrukcyjnie.

Nie zwolniono mnie z pracy w trakcie internowania, ale na krótko przed rozpoczęciem roku szkolnego 1982/83 moja dyrektorka poinformowała mnie, że jednak zostałam zwolniona. Uczyniła to zresztą wobec całego grona pedagogicznego. To było bolesne i upokarzające. Myśmy w okresie „karnawału” pewnych ludzi poodsuwali od stanowisk, ale władza ludowa na powrót im je przydzieliła. Tak było właśnie z moją dyrektorką. Bolało mnie to, że nikt spośród tych, którzy wybierali mnie na swoją przewodniczącą nie stanął w mojej obronie. Bali się. Zwolniono mnie z pracy, bo zachodziła obawa, że nie będę wychowywała młodzieży w duchu socjalistycznym. Chyba wtedy zdecydowałam, że opuszczę Polskę. Miewałam jeszcze bardzo sporadyczne kontakty ze środowiskiem opozycyjnym po wypuszczeniu mnie z internowania, ale ponieważ obawiałam się, że jestem śledzona, więc nie chciałam swoją osobą narażać nikogo na restrykcje ze strony władz.

W maju 1983 roku wyjechałam najpierw na krótko do Niemiec, a potem już na stałe do Stanów Zjednoczonych. Nie umiałam już żyć w Polsce ogarniętej stanem wojennym. To było takie depresyjne, takie smutne i zastraszone miejsce, że zupełnie mnie przerażało. Nie miałam pracy ani żadnych środków utrzymania. Kiedy starałyśmy się z siostrą o jakąś posadę, to pokazywano nam listę osób, których pod żadnym pozorem do pracy przyjmować nie wolno było i nasze nazwiska też na niej się znajdowały. Esbecy stale przyjeżdżali samochodami pod dom rodziców. Kiedy wybierałyśmy się na manifestacje, to za każdym razem osobno, abyśmy nie zostały znowu razem aresztowane. Zresztą Małgorzatę raz na krótko zamknęli. Nie dało się tego znieść na dłuższą metę. Rodzice też już byli tym wszystkim bardzo zmęczeni. Z kraju wyjechaliśmy całą grupą działaczy Solidarności. W Stanach trafiłam do St. Louis w stanie Missouri, bo to miejsce sobie wybrałam ze względu na klimat. W USA nie miałam żadnej rodziny, więc najpierw - jeszcze w Polsce - próbowałam się dowiedzieć czegoś o tym kraju z książek, ale trafiłam na takie pozycje, z których nie wyniosłam zbyt wiele wiedzy i właściwie pojechałam całkiem w ciemno. Już podczas mojego pobytu w Stanach nawiązałam kontakt z Januszem Górnym, który mnie tam nawet odwiedził i z Andrzejem Rozpłochowskim, jeszcze przed jego emigracją. W Stanach wyszłam za mąż za Polaka i tam urodził się nam syn. Spotkania Polonii w Ameryce poza takimi większymi ośrodkami jak Chicago odbywają się głównie przy kościołach i mają charakter informacyjny. W mniejszych ośrodkach polonijnych stanowimy co najwyżej kilkuset osobowe grupy, a Ameryka to jednak wielkie przestrzenie i trzymanie się całej Polonii razem nie jest możliwe.

Muszę powiedzieć, że dzisiejszą Polskę widzę bardziej pozytywnie niż moi znajomi mieszkający tutaj na stałe. Wynika to jednak chyba z tego, że za każdym razem kiedy odwiedzam kraj, to postrzegam go tak, jak chciałam go widzieć wtedy, w latach 80. Myślę, że okres buntu, okres destrukcji mamy już za sobą. Teraz trzeba budować silną ekonomię i dbać o poczucie narodowe. Musimy odbudować swoja tradycję i historię, a buntować się tylko wtedy kiedy nas otwarcie atakują.

Opracowanie: Andrzej Kamiński