Relacja:Radosław Huget

Z Encyklopedia Solidarności

Tylko w Internecie.

Relacja Radosława Hugeta

U mnie wszystko zaczęło się od zabójstwa Staszka Pyjasa. Jakoś bardzo szybko dowiedziałem się od ludzi o uroczystościach, w których oczywiście uczestniczyłem. Pamiętam dobrze te zgromadzenia pod bramą na Szewskiej 7 gdzie go zamordowali. Juwenalia, które na skutek bojkoty wcale się nie odbyły no i oczywiście Czarny Marsz i idących w nim mnóstwo ludzi. Robiłem nawet zdjęcia aparatem FED, ale kliszę dałem później komuś do wywołania i zaginęła bez wieści. Wydarzenia te odegrały w moim siedemnastoletnim do tego czasu życiu rolę przełomową. Wiedziałem, że zabili Pyjasa komuniści i wiedziałem też za co. Zawsze ich nienawidziłem, a to co wtedy oglądałem w tej nienawiści jeszcze bardziej mniie utwierdziło. Przez kolejne dwa lata niewiele się działo, aż 1979 roku pojawił się KPN. Znalazłem w szkole ulotkę Konfederacji z adresem punktu na Meiselsa, poszła tam moja siostra i poznała najpierw Dropiowskiego, a później Krzyśka Bzdyla. Krzysztof bardzo szybko zaangażował mnie do drukowania. Jechałem na wałkach używając matryc białkowych, początki były trudne, lecz szybko się wyrobiłem. Drukowaliśmy przede wszystkim ulotki oraz w późniejszym okresie pismo KPN - „Opinię Krakowską” . Ta drukarnia podziałała do czerwca 1980. bo wpadła tuż przed pierwszymi strajkami w Lublinie i Świdniku. Okres przed Solidarnością był naprawdę pionierskim, a KPN był pod ostrzałem esbecji. Później w 81 było już trochę łatwiej, gdyż ludzie byli coraz wścieklejsi na komunę no i więcej już wtedy było można. Ale nawet podczas Karnawału Solidarności Konfederacja nie miała lekko, gdyż jak wiadomo Solidarność poobsadzana przez ludzi KOR-u niezbyt przychylnie patrzyła na działalność organizacji odwołującej się do haseł niepodległościowych. W Krakowie bardzo często dochodziło do napięć pomiędzy KPN i „S” lecz nie przeszkadzało nam włączyć się w organizacje Komitetu Obrony Więzionych za Przekonania (KOWzP), a nawet prowadziłem biuro komitetu przy Alejach Krasińskiego, ale wyrzucili mnie stamtąd za niewielki błąd, który był tylko pretekstem. Komitety były afiliowane przez „Solidarność” i korzystały z lokalu, bazy poligraficznej Zarządu regionu, a KPN był biedny, wtedy nawet bez jednego powielacza, więc postanowiłem dopomóc Konfederacji skorzystaniem z poligrafii „S”. Wpadłem na pomysł wydrukowania takiego kwitu, czym jest KPN z deklaracją założycielską itp. Firmując to wszystko jako KOWzP przy Solidarności. Uczyniłem to dosyć nieporadnie, bo najpierw wyszła Deklaracja Założycielska KPN, a później dopiero kwit wiążący tą moją inicjatywę z Komitetem i „Solidarnością”. No i wtedy zrobiło się piekło, a Robert Kaczmarek, który był szefem sekcji informacji wyrzucił mnie stamtąd. Większość ludzi obsadzających ważne stanowiska w Zarządzie Regionu pochodziła z SKS i do KPN nie pałali jakąś nadmierną sympatią, a poza tym, dzisiaj to wiemy na pewno, do powstawania tych animozji z ich strony przyczynił się w znacznej mierze Maleszka, którego tam zawsze było pełno. Miałem z nim scysję, bo gdy zastałem go nad rozpakowaną paczką naszych ulotek trochę się z nim ściąłem, nawrzeszczałem, on też wrzeszczał, że narażam Solidarność na kłopoty bo trzymam w biurze bibułe KPN itp. Skończyło się tak, że to towarzystwo nie ukrywało swojej radości, kiedy mnie wreszcie z Komitetu walali. Tak było w Krakowie, ale wiem, że na Śląsku, czy we Wrocławiu, te komitety odegrały bardzo pozytywną rolę.

Stosunek ludzi z SKS do Konfederacji był pełen uprzedzenia i wiązał się z opinia Kuronia o Moczulskim. Mianowicie Kuroń twierdził, że Moczulski jest szpiclem, a KPN założył tylko po to, aby osłabiać wpływy KOR-u. Z tego co widziałem bywając w Siedzibie Zarządu Regionu, ludzie z KOR bez żadnych przeszkód drukowali swoje materiały na maszynach i papierze „Solidarności”, gdy tymczasem Konfederacji takiego wsparcia odmawiano, a nawet odżegnywano się kontaktów z KPN. Trochę się zmieniła moja sytuacja po moim krótkim aresztowaniu we wrześniu 1981 roku Zamknęli mnie za kolportaż ulotek, w których domagaliśmy się uwolnienia Leszka Moczulskiego i innych działaczy Konfederacji. Czerwoni musieli dostawać kota, bo tych ulotek sypnęliśmy na miasto wiele tysięcy najbezczelniejszym z możliwych sposobem ‘na tramwaj”. Otóż kładliśmy je – wystawiając rękę przez okno - na dachu i tramwaj rozpędzając się je rozrzucał. Ludzie zbierali ulotki z ulicy, gdyż najpierw wznosiły się a potem swobodnie opadały na ziemię. To była cała technika – jak to położyć, żeby była odpowiednia prędkość i miejsce (bo nie można było rzucać byle gdzie), czy położyć krótką strona do kierunku jazdy, czy długą. I to nie było tak, że kładło się te ulotki i uciekało. Trzeba je było położyć i stać w środku robiąc głupie miny i przytrzymując te ulotki ręką, aż do momentu, kiedy się je wszytkie wypuściło. Jednorazowo zrzucało się powiedzmy 200 ulotek i trzeba było to tak zrobić, wszystkie na pewno trafiły do ludzi. Dobrymi miejscami były przystanki tramwajowe dookoła Plant i ulica. Bohaterów Stalingradu (dzisiejsza Starowiślna), gdyż na jej docinku od Poczty Głównej do kina „Uciecha” w godzinach szczytu przewalały się ogromne masy przechodniów. I tam tez wpadłem, a wytropili mnie ormowcy z nadzoru ruchu MPK, którzy już jakiś czas tropili tych co rozrzucają ulotki z tramwajów. Ja w torbie miałem ich jeszcze cały zapas, więc mnie zwinęli trafiłem na dołek, a później do aresztu. Oskarżono mnie o szkalowanie najwyższych organów, bo w ulotce napisano, iż sądy nie były niezawisłe a decyzje o postawieniu przywódców KPN przed sadem podjęło kierownictwo PZPR! . W tym samym czasie zatrzymano też Kazia Zmarlika z z zajezdni autobusowej, który woził te same chyba ulotki w autobusie. T o był koniec września i władzom pasowało zatrzymać studenta wichrzyciela tuż przed rozpoczęciem roku akademickiego, chociażby po to żeby podrażnić NZS. Kazik Zmarlik pracował w MPK i szef Solidarności z zajezdni w Czyżynach więc go dosyć szybko zwolnili nie czekając aż Solidarnośc się o niego upomni. A ja nadal siedziałem i cos ruszyło dopiero kiedy Michał Żurek zagroził strajkiem komunikacji miejskiej jak mnie nie wypuszczą. To była jesień 1981 roku, i o ile władze szukały już konfliktów, zwłaszcza konfliktów z uczelniami, a Rokita z NZS zagroził strajkiem studentów, to jednak nie chciały ryzykować paraliżu miasta i wypuścili mnie na dzień przed planowanym terminem strajku. Poza tym wielu ludzi się zaangażowało się w to moje uwolnienie . W Krakowie rozrzucono 10 tysięcy ulotek z tekstem żądania uwolnienia. Wisiał nawet wielki transparent na Collegium Novum - „Uwolnić Hugeta!”. To też jak już wyszedłem, czułem się naprawdę doceniony widząc na każdym słupie plakaty w mojej obronie. Siedząc spodziewałem się jakiejś akcji, ale nie przewidywałem, że będzie na taką skale i co najważniejsze skuteczna. Już nie byłem byle kim, anonimowym studentem, ale działaczem o którego uwolnienie miał zostać ogłoszony strajk. Działo się to w trakcie drugiej tury zjazdu Solidarności i cała sprawa obiła się wszędzie. Wiele komisji zakładowych w tym także największa z Huty wydawało oświadczenia w mojej obronie, a nazwisko Huget było przez ten tydzień nagłaśniane w całym kraju. Być gościem z powodu, którego komuna dostała tak mocno w ucho, to było coś i nie ukrywam, że ta popularność nie przynosiła mi pewnej satysfakcji.

Z ówczesnym szefem Krakowskiego KPN Krzysztofem Gąsiorowskim, często się spierałem. Szanowałem go bo wiedziałem, że jest starszym facetem, i że kiedyś siedział. Ale nie szczędziłem mu słów krytyki, za styl działania polegający na ciągłym wydawaniu oświadczeń. Według mnie to była nieaktywność, hamująca i niekiedy torpedująca aktywność pozostałych członków KPN. Ja przystąpiłem do Konfederacji po to, żeby konkretnie działać i dowalić komunie najwięcej ile było można. Jak przeczytałem tą ulotkę w 1979 roku, a stało w niej jak wół – niepodległość, suwerenność to już wiedziałem, że tego właśnie chciałem i to mi odpowiada, a nie zwracałem uwagi na hamulcowego Gąsiorowskiego, ani obiekcje jakichś gości z Solidarności, ja po prostu robiłem swoje. Nie przemawiały też do mnie argumenty o awanturniczości KPN z racji zbyt daleko idącego celu wpisanego z reszta w nazwę partii, a tym celem była Niepodległość. Przecież po 10 latach nastała Niepodległość, o której mieliśmy odwagę, w przeciwieństwie do wielu innych, mówić na głos i na głos się jej domagać. Ja całą tą ideologię KOR polegającą na nieustannym reformowaniu i ulepszaniu komunizmu uważałem za totalne bzdurę i wręcz przeszkodę w odzyskaniu wolności.

Tej gorącej ostatniej jesieni Karnawału Solidarności spodziewałem się jakiegoś przełomu, bo napięcie wtedy naprawdę sięgało zenitu. Ale przypuszczałem ze wydarzenia te przybiorą charakter jakiegoś w miarę równorzędnego starcia, a nie błyskawicznego precyzyjnego ataku i tak szybkiej porażki naszej strony.

Stan Wojenny rozpoczął się dla mnie w ten sposób, że zatrzymali mnie razem z moją siostrą Bożeną tuz przed północą 13 grudnia 1981 roku. Wsadzili nas razem do nyski, z tym że mnie wysadzili na Siemiradzkiego. ą Bożenę zawieźli na Mogilską, potem przez Strzelce – Piaski, aż do Gołdapi. Do dzisiaj przechowuję list depozytowy numer dwa z 13 grudnia 1981 roku. Czyli musiałem być drugą osobą (a chyba nawet pierwszą), którą przywieźli tego dnia na do tamtejszego aresztu. Już na dzień dobry usłyszałem głos jakiegoś ubeka zza zamkniętych drzwi - „Huget! Pojedynka, kurwa!” Tam przesiedziałem jedną noc w strasznie brudnej celi pojedynczej, ale z jakimś takim wariatem, który całą noc przestał przy drzwiach zamiast się położyć. Bał się wszystkiego i wciąż powtarzał zgroza !! Okazało się, że facet całkiem przypadkowo przechodził koło budynku Zarządu Regionu a oni go zwinęli myśląc może, ze to jakiś ważny działacz Solidarności. Na drugi dzień nad ranem przewieźli nas do Wiśnicza. A przed świętami Bożego Narodzenia przetransportowali już na dłużej do Rzeszowa – Załęża. Tam było wyjątkowo nieprzyjemnie, w porównaniu z Wiśniczem, gdzie warunki jaki stosunek klawiszy był w porównaniu z Rzeszowem wręcz elegancki. Później byłem [przez chwilę w Kielcach i następnie znowu Załężu. Za tym drugim razem wybuchł tam bunt z powodu znalezienia podsłuchu w podłodze którejś z cel. Koledzy skuli ściany między celami, tak ze całe więzienie praktycznie poszło w drzazgi. Zrobiliśmy w tych ścianach dziury takiej wielkości, że normalnie dwóch gości pod rękę mogło przez nie przechodzić. Nikt nie zrobił nam z tego żadnej afery, bo te cele nie miały prawa tak być zbudowane. Miały mieć pręty stalowe w ścianach, ale je oczywiście skradziono. Tak samo z kaloryferami. Widać było, że na ścianie jest miejsce przygotowane na 8 żeberek, a umieszczono 3. Było jedno z ostatnich więzień wybudowanych w PRL, więc tak jak i wiele budowli z czasów socjalizmu większość materiałów do jego budowy ukradziono i nie tylko nie zapewniało ono standardu, ale i wymogów bezpieczeństwa. Prawdopodobnie ktoś na wysokim szczeblu brał w tym udział i jak w wielu podobnych przypadkach zatuszował sprawę.

W miarę upływu czasu zmniejszała się liczba internowanych, zaczynano już zwalniać ludzi chorych i lżejsze przypadki Im później tym ostrzejsi zawodnicy pozostawali jeszcze za kratami. Pod koniec sierpnia 1982, jak wywieźli nas z Załęża do Łupkowa w Bieszczadach, to tam już była naprawdę ostra ekipa z Wrocławia. Trochę ludzi ze Śląska, a także pojedyncze osoby z całego kraju. W tym czasie w całej Polsce zostało już tylko kilkuset internowanych i nie powiem, że nie było fajnie przynależeć do tej bądź co bądź dosyć elitarnej grupy. Nie dawaliśmy sobie od samego początku w żadnym razie w kasze dmuchać. Klawiszy na spotkanie z nami również odpowiednio przygotowali, bo żeby nas surowiej traktowali to im powiedzieli, że na 31 sierpnia my będziemy ich mordować. Ale na całe szczęście takie próby mobilizowania klawiszy niewiele dały. Łupków ot było lekkie więzienie przeznaczone do odsiadywania końcówek wyroków. Były tam trzy pawilony, każdy po jakieś 20 cel. Część cel miała zwykłe, domowe drzwi a jedynie część takie normalne, więzienne. W oknach nie było blind, lecz normalne szyby i kraty zrobione z prętów zbrojeniowych. Kiedyś, jak nas nie wyprowadzono na spacer, siedzieliśmy w takiej celi z telewizorem, to ja wziąłem ławkę i tę kratę wyłamałem. Potem klawisze do mnie przybiegli i krzyczeli - „Pan tu zniszczył mienie! Co pan zrobił?” A ja odpowiedziałem - „Żadnego mienia nie zniszczyłem. Tylko jest powiedziane, że od 8-ej mamy spacer. I chciałem, żeby regulamin był respektowany. A więc chroniłem prawo, a nie łamałem. Więc odpierdol się człowieku!”

Pamiętam jak przywieźli tam Antka Lenkiewicza z Wrocławia, o którym krązyły opowoeści jako pogromcy klawiszy jako pogromcy klawiszy. I tam był w Łupkowie taki kretynek wychowawca, przyszedł do tych Wrocławian (ich była chyba ośmiu). w pojedynkę do tej ich celi. Przedstawił się - „Dzień dobry ja nazywam się Organ. Ja tu jestem waszym wychowawcą. Ze wszystkimi sprawami proszę do mnie się zwracać.” Antek pochwycił tego wychowawcę dwoma palcami za nos, tak jak to się robiło kolegom w szkole, zgiął go do ziemi, pyskiem go położył na podłodze i powiedział mu: „Słuchaj, chuju! Ja mam 48 lat, jestem doktorem prawa konstytucyjnego i ty mnie chcesz, kurwa, wychowywać? Nie przychodź tu więcej, bo cie zapierdolę!” Na co Organ zniknął i nigdy już więcej nie pojawił się w Antka celi. W Łupkowie uchodziło płazem walnięcie klawisza, tak jak i to kiedyś zrobiłem i nawet się cos takiego rozchodziło po kościach. Strzelaliśmy do stojących na majdanie latarni. Zrobiliśmy proce z gumy modelarskiej, którą przysłała mi mama i z anten telewizyjnych, które tam były i miały takie długie pręty aluminiowe. W nocy strzelaliśmy albo do tych latarni, albo do klawiszy. Jako naboje służyły nam nakrętki z drzwi, które odkręcaliśmy. I wydarzyła się taka scena. Żeby tam zrobić rewizję, to musieli ściągnąć ekipę z zewnątrz. Nie byli w stanie zrobić rewizji swoją ekipą. Więc ściągnęli attandę (ze 120 gości – kompanię klawiszy). Myśmy wtedy na kraty wejściowe zarzucili łańcuch i od środka żeśmy się zamknęli. Przez chwilę nie mogli wejść. Oczywiście mieli sprzęt i otworzyli. I się rozbiegli w dwie strony korytarza, który miał może z 50 - 80 metrów. Ja zobaczyłem, że pędzą na mnie z tymi tarczami i stanąłem sobie na środku korytarza, ciekaw byłem co będzie. Ręką pchnąłem tego pierwszego, który biegł na mnie. Jak pchnąłem tego pierwszego, to tych 30 hoplitów, cyborgów którzy byli za nim, stanęło i bez kolejnego rozkazu nie uczyniło żadnego ruchu.

Innym razem wpadł do mnie do celi taki kapitan, który się nazywał Wąsek a z nim z pięciu klawiszy. I on zawołał - „Wszystko wywrócić do góry nogami a Huberta rozebrać!” A my z dwoma kolegami graliśmy w karty. I ja zapytałem kolegi - „Ty, kto to jest Hubert?” A Rafał Szymoński powiedział - „Jak podskoczy, to zaraz mu zapierdolimy w mordę!”

Ten Wąsek mnie nie lubił. Kiedyś byłem w celi u Jurka Stępnia (który później był przewodniczącym Trybunału Konstytucyjnego). A był akurat apel. Jurek siedział w celi z normalnymi drzwiami, z klamką. Przytrzymałem klamkę i dowódca zmiany – Wąsek – nie mógł wejść do środka. On najpierw nie spodziewał się, lekko nacisnął i nie mógł otworzyć. Ale potem czułem, że się spiął, więc odsunąłem się od drzwi. A on wskoczył do celi tak gwałtownie, że mi stanął na nodze. A był ode mnie o głowę niższy. I widać było, że będzie awantura i że się pobijemy. Wtedy do celi wskoczył szybko taki major, żeby nas rozdzielić. I myśmy wtedy powiedzieli do tego majora - „Panie majorze, niech ten chuj więcej do nas nie przychodzi na oddział!” I major go zabrał.

Albo wieczorem oni robili apel. Cele były wszystkie pootwierane, nawet na noc. Więc wieczorem oni robili tak. Stawali na korytarzu, żeby pilnować, czy nikt nie przechodzi i szybko liczyli więźniów celami. A ja robiłem taki kawał, że się chowałem za szafą. I jak klawisz stał w drzwiach (bo on nie wchodził do celi) to mnie nie widział. Więc on mnie nie policzył. I na koniec mu się nie zgadzało. To potem oni wycwanili się i drugi klawisz chodził na zewnątrz i zaglądał od okna, czy nikt się nie chowa. I pokazywał tamtemu drugiemu palcami, ilu jest faktycznie więźniów w celi.

Tak to już było pod koniec. Trzeba było szukać jakichś rozrywek. Nie można było bez przerwy grac w brydża. Z internowania wyszedłem, jako jeden z ostatnich, 4 grudnia 1982 roku. W Łupkowie zostało jeszcze z 60 osób ze Śląska. Ich trzymali dłużej, potem ich zawieźli na Śląsk i jeszcze trzymali aż do samych świat. Zawdzięczali to chyba generałowi Grubie, który był wtedy komendantem MO na Śląsku.

Jak wróciłem w grudniu 1982 roku do KPN, to co mogłem zrobić? Mogłem wydać jakieś pisemko i je kolportować, ale tak na prawdę niewiele więcej można było zdziałać. Kiedyś można było komunę kąsać takim pisemkiem (zwłaszcza przed „Solidarnością”), ale w 1983 czy w 1984 roku – to już nie za bardzo. Chodziło się na demonstrację (3 maja, 11 listopada – standartowe rzeczy), malowało jakieś napisy na murach i takie tam .

W latach 1983 i 1984 moim zdaniem KPN się zupełnie zakręciła, ludzie nie wiedzieli co robić. Konfederacja była niby jawna, ale niejawna. Jakaś taka konspiracja, pseudonimy. Jakieś takie harcerstwo. Każdy kto zna historię ochrany, czy powojennego WiN i zaczyna konspirować w 1985 roku z nieznanymi sobie ludźmi, był dla mnie człowiekiem naiwny. Byłem zawsze za jawnym działaniem. Ja chciałem komunie dowalić. Dlatego zanlazłem się w Inicjatywie „Przeciwko przemocy”, dlatego zmontowałem Bieżanów i dlatego założyłem WiP. Miałem dość takiego myślenia cośkolwiek magicznego, że przed komuną się trzeba schować. Poza tym cały czas toczył się ten smród z Gąsiorowskim...

Dla mnie był to dość trudny czas w KPN, bo Krzysiek Bzdyl wyjechał. Zresztą on już wcześniej mało co robił, bo przygotowywał się do wyjazdu. Na koniec ja się z nim popstrykałem, kiedy on przyszedł do mnie tydzień czy dwa przed wyjazdem i mówił, że idziemy malować napisy. A ja mu powiedziałem – że w dupie mam jakieś napisy. Wyjeżdżasz, to wyjeżdżaj!” I on się wtedy na mnie obraził.

Trudno mi dzisiaj powiedzieć, kto wymyślił Inicjatywę „Przeciwko Przemocy.” Na spotkaniu w Mistrzejowicach spotkało się iluś tam dawnych opozycjonistów, głównie byłych internowanych. Wszyscy mówią - „Trzeba coś zrobić”. Ale co? Jeden mówi - „Wydajmy kwit.” Chodziło o to, aby napisać list do marszałka Sejmu, który nazywał się Gucwa. „Napiszmy list do Gucwy.” A ja mówię - „Co wy tu pieprzycie. Zabili Księdza Popiełuszkę porządnego gościa, a wy wyślecie list do Gucwy?” Ja się już tak wkurzyłem, że mówię – „To już lepiej nic nie róbcie.” I poszedłem stamtąd. Ale wcześniej powiedziałem Staszkowi Kusiowi, który też tam był - „Jak oni tu coś sensownego wymyślą, to mnie podpisz.” I jak ja poszedłem, to ktoś wpadł na pomysł, żebyśmy powołali takie stałe ciało, które się będzie przyglądało sprawom związanym z łamaniem prawa przez władze, bo mieliśmy w tym czasie ileś tam tajemniczych zgonów. I od tego się zaczęło. To była pierwsza jawna opozycja od 13 grudnia 1981 roku. Potem powstały podobne ciała we Wrocławiu i w Warszawie. Oni się tak samo nazywali i robili to samo w tym samym czasie . To dawało te 50 czy 60 jawnych podpisów opozycjonistów w skali kraju. W spotkaniach Inicjatywy brałem udział przez kilka miesięcy, przychodząc na odbywające się co tydzień spotkania. Parę miesięcy później ma jednym z nich powiedziałem - „Słuchajcie, musimy coś zrobić coś więcej.” I przedstawiłem pomysł głodówki w Bieżanowie. Ja właściwie tę głodówkę całą przygotowałem.

Właśnie wtedy pojawiła się Anna Walentynowicz z Gdańska. Była zdaje się całkowicie wykasowana przez Wałęsę w Gdańsku i dlatego przyjechała do Krakowa. Dopisaliśmy ją nawet jako sygnatariusza Inicjatywy Przeciwko Przemocy. Potem ona powiedziała, że ma tu takiego znajomego księdza, którego chce odwiedzić. I ja pojechałem z nią do księdza Adolfa Chojnackiego. I powiedziałem mu, że jest tutaj taki pomysł, aby zrobić protest głodowy w celu uwolnienia więźniów politycznych Chojnacki na początku bardzo nieufnie nas przyjął, ale potem się rozchmurzył. A ja wtedy go zapytałem wprost - „A co będzie, jak Kardynał każe nas wyrzuci?” A on odpowiedział - „Jak Kardynał każe was wyrzucić, to ja was nie wyrzucę.” No to ja mówię - „To dobra. To jedziemy!”

Na początku razem z Anną Walentynowicz, wszedł w to Marek Bik, Mietek Majdzik, Piotrek Świder – mój przyjaciel, Agata Michałek, Bożena – moja siostra. No i ja i jeszcze parę zaufanych osób. Generalnie moim celem jednak był Ruch Wolność i Pokój, którego powołanie wymyśliłem już wcześniej, zanim jeszcze zaczęła się głodówka. Głodówka miała być jedynie punktem skupienia uwagi ludzi i początkowo osiągnęła ten cel. Msza, na która przyszło tysiąc osób to było coś – taki „promyk wolności.”

Esbecja podstawiła mi wtedy Piotra Sitarza, który był agentem (TW). Nie zwracałem nawet na to uwagi i starałem się wykorzystywać dla dobra sprawy nawet i farbę drukarska która nam przynosił. Nie czułem się zagrożony donosicielami, bo przecież nie mieliśmy zamiaru wysadzać mostów, a nasza akcja była w pełni jawna.

Potem Walentynowicz zaczęła tam wariować i myśmy stamtąd uciekli. Ona zaczęła rzucać podejrzenia na ludzi. Myśmy kiedyś zrobili tam zebranie w kuchni i rozmawialiśmy o czymś innym, ani nie o głodówce, ani nie o Inicjatywie. Ona tam wpadła i zaczęła krzyczeć - „Co to – konspyracja w konspyracji?” No to poszliśmy stamtąd. Gdzieś po tygodniu przerwałem głodówkę i potem tam tylko bywałem. A głodówka trwała nadal, już beze mnie.

A moje doświadczenie jest takie, że jeśli wyzwolisz energię, to się pojawiają ludzie. Mało kto zorganizuje głodówkę, ale jeśli ktoś to już zorganizuje, to się pojawiają inni ludzie. Ludzie nie mają na tyle inicjatyw, żeby samemu zacząć, ale już kontynuować samodzielnie, to mogą.

Moczulskiego i z nim rozmawiałem. Ale ja sam wiedziałem, że mam założyć WiP przed Kuroniem. Ja po to zmontowałem głodówkę w Bieżanowie, żeby założyć tam WiP i tam ogłosić jego powstanie. I tak bym zrobił, gdyby nie Walentynowicz, która zrobiła tam taką atmosferę, że tam nie było dziennikarzy, nie było ludzi. Nie było sensu tego ciągnąc dalej.

Ja na ideę WiPu wpadłem wtedy, gdy zabili księdza Popiełuszkę. Ja byłem wtedy „w takim dole” jak nigdy w życiu. Może jak nas potłukli w Załężu to się równie źle czułem. Pamiętam do dzisiaj te okropne sceny łowienia zwłok księdza w tym zbiorniku, te motorówki, ten koszmar. Dziś, jak sobie to przypomnę to się za głowę łapię. I wtedy sobie pomyślałem - „Trzeba te komunę ubić!”. Już byłem na dnie. Wiedziałem, że tylko się można odbić. I szukałem sposobu. Wiedziałem, że KPN nie jest taką firmą, która będzie w stanie poprowadzić ludzi, NZS taką firmą nie było, „Solidarności” w tym czasie w ogóle nie było. Miałem intuicję. Nie wiedziałem, że przyjdzie taki facet jak Dutkiewicz – gość, który ma włosy do ramion i nie chce iść do wojska. A potem przez pół roku nie są w stanie tego faceta zmusić żeby jadł i ładują mu rurę przez gardło. Ty takiego faceta zlekceważysz na ulicy a on cię jutro zje. Poznałem ludzi absolutnie zdeterminowanych, ale zupełnie z innej bajki niż ci, których znałem wcześniej. Jankowski – nauczyciel przysposobienia obronnego, któremu proponowali wszystko, żeby tylko powiedział, że jest chory, że go noga boli, to go zwolnią z wojska. Pól roku go prosili. A on mówi - „Nie. Jestem pacyfistą.” Za to się siedzi i dostaje trzy i pół roku! Poznałem inny typ ludzi. Nie gadaczy tylko zdeterminowanych. Oni mieli pewną ideę i nie byli w stanie im nic zrobić. Zrezygnowałem z pomysłu, aby ogłosić powstanie WiPu na głodówce. Ogłosiłem to 14 kwietnia 1985 roku w kościele na Dąbiu u księdza Mazgaja. W czasie ogłoszeń duszpasterskich ja odczytałem deklaracje założycielską WiPu.

Gdy my zakładaliśmy WiP to Handzlik przywiózł list od Jacka Kuronia. Jak nam go dał, to okazało się, że my mamy założyć grupę pacyfistyczną, która będzie starała się uwolnić Adamkiewicza. A myśmy zrobili z tego deklaracje, w której był Afganistan, antykomunizm i „ostre zęby”. Prawda o Rokicie czy Czaputowiczu jest taka, że wszyscy ci ludzie później WiP rozbili. To było w roku 1988. My wtedy już byliśmy za duzi, żeby nas skasować, to trzeba było nas skanalizować. Maleszka cały czas podpuszczał Rokitę. Myślę, że Maleszka był desygnowany, żeby z Rokita cały czas trzymać sztamę i żeby go podkręcać. Niewątpliwie Rokita w dużym stopniu ulegał Maleszce. W 1988 roku część WiPu pojechała na strajk do Stalowej Woli (m. in. Marek Bik), a pozostali (w tym ja) zrobili w Krakowie sympozjum na temat praw człowieka (wspólnie z Komisją Praworządności Romaszewskiego). I skończyło się to tak, że ja przestałem rozmawiać z Rokitą. Ten czas, to był okres, gdy większość ludzi już chciała się ustawić. Już było wiadomo, że coś będzie można dostać, była tylko kwestia – ile? Ja wiedziałem, że jeśli komuna coś chce dać, to chce dać mniej, niż można zabrać. Więc mnie to nie interesowało. Ale nie byłem w stanie się przeciwstawić takiej tendencji. Dla mnie to było zaskoczenie, że moi koledzy z WiPu postanowili iść do UOP. A jeden z nich siedział w pokoju z gościem, który wcześniej był ubekiem i go aresztował. Dla mnie to było zdumiewające, ale może to jest taka kolej rzeczy, że ludzie to lubią. Przynajmniej mógł tyle zażądać, żeby z tym człowiekiem nie siedzieć w jednym pokoju. Dlatego uważałem, że mycie garnków jest znacznie bardziej cnotliwe niż branie udziału w czymś takim. Ale inni niestety uważają inaczej